Natalia Kukulska o dojrzałości, marzeniach i odwadze: „Chcę jeszcze w życiu wielkich emocji”
Karolina Wilczyńska

Natalia Kukulska o dojrzałości, marzeniach i odwadze: „Chcę jeszcze w życiu wielkich emocji”

Natalia Kukulska spełniła swoje marzenia i zrealizowała największy życiowy projekt: płytę z aranżacjami utworów Fryderyka Chopina. „Czułe struny” to bardzo kobieca płyta – o miłości, odwadze, macierzyństwie.
Sylwia Niemczyk
17.10.2020

Jestem w takim momencie życia, że nie chcę już tylko marzyć, ale spełniać swoje marzenia, by za kilka czy kilkanaście lat nie żałować, że nie spróbowałam”, mówi Natalia Kukulska przy okazji premiery płyty „Czułe struny” z nowymi, wyjątkowymi aranżacjami utworów Fryderyka Chopina.

Sylwia Niemczyk: Powiedziałaś kiedyś w „Urodzie Życia”, że w życiu warto kierować się odwagą. Twoja nowa płyta „Czułe struny” pokazuje, że odwagi na pewno ci nie brakuje. 

Natalia Kukulska: Dotykanie twórczości wielkich kompozytorów czy poetów zawsze wymaga pewnej zuchwałości i powiem szczerze, że prawdopodobnie bym się na to spotkanie z Chopinem nigdy nie zdecydowała, gdyby nie to, że zostałam na nie w pewien sposób zaproszona. 10 lat temu, w dwusetną rocznicę urodzin Chopina, zostałam jako wokalistka zaproszona przez poznański Classic Jazz Quartet do udziału w koncercie „Chopin nasz współczesny”. Wtedy byłam tym tak samo zdziwiona, jak pewnie dzisiaj są niektórzy, widząc moje „Czułe struny”. Myślałam: „Jak to, ja?!”. Ale po tamtym jednym koncercie miałam duży niedosyt i pomyślałam, że warto byłoby kiedyś jeszcze do Chopina wrócić. I jako że jestem osobą, która lubi sobie wszystko planować z dużym wyprzedzeniem, to już wtedy, te 10 lat temu zaplanowałam, że wrócę w kolejną okrągłą rocznicę urodzin Chopina. Miałam dużo czasu, żeby ten pomysł się w mojej głowie zweryfikował. Po pierwsze: czy, ale przede wszystkim: jak to zrobić. 

I to „jak” jest zrobione naprawdę z przytupem: razem z tobą na płycie występuje Sinfonia Varsovia. 

To już od długiego czasu było moim wielkim marzeniem. Każdy artysta, który miał okazję wystąpić na scenie z orkiestrą symfoniczną, wie, jakie to jest wspaniałe uczucie – obcowanie z wielką ścianą dźwięku – magiczna rzecz. Jestem w takim momencie życia, że nie chcę już tylko marzyć, ale spełniać swoje marzenia, żeby za kilka czy kilkanaście lat nie móc sobie zarzucić, że nie spróbowałam. 

Zaprosiłaś też do współpracy pięć artystek, które razem z tobą napisały teksty.

To jest piękna lista: Kayah, Gaba Kulka, Bovska, Mela Koteluk i Natalia Grosiak z Micromusic. Każda z nich pytała mnie o to, jak sobie to wyobrażam, czy jest jakiś temat przewodni płyty, którego mają się trzymać, ale ja prosiłam tylko o to, żeby to był zapis ich emocji. Wyszły teksty, które są jak najbardziej współczesne, ale jednocześnie uniwersalne. Romantyzm, którym są nasycone, jest trochę niedzisiejszy, widać to choćby w Etiudzie E-dur, gdzie śpiewam tekst Meli Koteluk „Z wyjątkiem nas”, którego pointą jest dzisiejszy deficyt czy nawet utrata naszej wrażliwości na piękno.  

Wracasz do tego deficytu też w innym utworze, w którym śpiewasz: „Świętujemy znieczulenia czas”. 

Tekst „Znieczulenie” napisałam jako pierwszy, pod wpływem impulsu po wysłuchaniu wspaniałej przemowy noblowskiej Olgi Tokarczuk. Słowo „czułość”, które przypomniała nam pisarka, wydało mi się niewiarygodnie ważne w naszym życiu. „Znieczulenie” to piosenka o jakimś dziwnym zepsuciu świata, które dzisiaj wszyscy widzimy. Jesteśmy znieczuleni, być może dlatego, że codziennie docierają do nas skrajne, przerysowane bodźce. Kiedy śpiewam: „Świętujemy znieczulenia czas”, to mówię o społeczeństwie, którego też jestem częścią, nie czuję się od nikogo lepsza, wrażliwsza. Nieraz, na przykład na urlopie, łapię się na wewnętrznym lęku, który wynika z chwilowego wyciszenia się. Codzienny bieg zagłusza prawdziwe potrzeby, tęsknoty, a później, gdy uda mi się zatrzymać i one mogą w końcu dojść do głosu, zetknięcie się z nimi jest dla mnie trudne i bolesne. 

Ale muszę tu uściślić, że leitmotivem płyty nie jest znieczulenie, tylko przeciwnie: czułość – to wspaniałe pojęcie, którego nie można do końca opisać, nawet noblistka potrzebowała wielu słów, by je zdefiniować! 

„Czułe strony”: muzyka Chopina i kobiece uczucia

Który z tekstów śpiewanych na płycie poruszył cię najbardziej?

Każdy z nich rezonuje we mnie w inny sposób. Choćby piękna piosenka Kayah o samotności w związku i zawodzie miłosnym. Ale jeśli mam wybrać rodzaj poruszenia, który był dla mnie odkrywczy, to słowa, które napisała Gaba Kulka, „Ktoś całkiem nowy”. Jak przeczytałam całość, to się bardzo wzruszyłam. To jest utwór o relacji matki i dorastającej córki. Pisana tak linearnie, jakbym opowiadała o naszym życiu i czasie, który naszą relację zmienia i buduje. O chęci zatrzymania tego, co nie do zatrzymania.

„Dalej biegnij 
Dalej goń 
Tylko proszę, obiecaj
Że powrócisz tu
Znowu malutka
I dasz się utulić do snu”.

Chyba prawie każda matka dorastającej córki odnajdzie w nim swoje emocje. 

 

Śpiewasz o macierzyństwie, o cierpieniu po zdradzie, tęsknocie za miłością – mam wrażenie, że w ten sposób odzierasz utwory Chopina z tradycyjnej, narodowej otoczki. Tytułowe „Czułe struny” to przecież Polonez As-dur, który kiedyś był nazywany heroicznym. 

Absolutnie się zgadzam z tym, że to nasz skarb narodowy, od lat padamy przed wielkością tej twórczości na kolana, dumni, że mamy tak wybitnego rodaka. Ale muzyka to coś żywego, to emocje, które czujemy dzisiaj, tu i teraz. Dla mnie utwory Chopina współgrają z moimi emocjami, często się przy nich wzruszałam. Pamiętam momenty, kiedy towarzyszyły mi w ostatnich miesiącach życia mojej babci Haliny. Leżała w jednym pokoju, a naprzeciwko, w drugim pokoju, moje dzieci ćwiczyły do szkoły muzycznej preludia chopinowskie e-moll i c-moll. Ile w nich refleksji, bólu, wzruszenia… 

Same „Czułe struny” to utwór o odwadze, której potrzebujemy, żeby się spełniać w życiu, żeby sięgnąć po swoje marzenia. Dla ciebie to nie jest heroiczne? Nieraz wchodzimy w bezpieczne schematy, bo boimy się wielkich emocji. Często też przed działaniem powstrzymują nas kompleksy albo zasady wpojone w domu. Bardzo trudno jest się nam uwolnić od konwenansów, znam to z własnego doświadczenia. Moja babcia, która po śmierci mamy pomagała mnie wychowywać, była w stu procentach mieszczańska i przez całe lata od niej słyszałam: „To wypada, tego nie wypada” albo: „Co powiedzą ludzie?”. Dla niej największą wartością była skromność. Strój musi być skromny, zachowanie musi być skromne. Coś było ładne, bo skromne. Kiedy dorastałam, musiałam się z tego dyktatu skromności wyzwolić, na szczęście mój zawód zawsze dawał mi dużo pretekstów do zabawy, wolności, eksperymentowania z wizerunkiem.

 Musiała co chwilę łapać się za głowę, gdy widziała twoje fryzury, stroje. 

To zdecydowanie nie był jej świat, ona nigdy się nie malowała, zawsze ubierała się skromnie i nobliwie, w szarości i beże, zajmowała się tylko domem. Nie byłoby nic w tym złego, gdyby nie to, że jako dorastająca dziewczyna już widziałam w niej umęczoną kobietę, która nie miała własnego życia, bo się poświęciła, wiecznie sprzątającą i utyskującą: „Czemu nie odłożyłaś tego na miejsce?”. Była też na pewno osobą żyjącą w ciągłym lęku, co dzisiaj umiem zrozumieć: gdy miała dwa lata, straciła tatę, potem córkę. Dla niej każdy mój wyjazd był ogromnym stresem, żegnała się ze mną, jakbyśmy miały zobaczyć się już ostatni raz.

Mieszkała z wami, gdy byłaś dzieckiem, na nowo zamieszkałyście razem, gdy byłaś już dorosłą kobietą. 

Zaprosiłam ją do siebie nie z obowiązku odpłacenia opieką za opiekę, ale dlatego, że czułam potrzebę bliskości z nią. Przez to rola opiekunki, w jaką weszłam, była piękna mimo wszystkich wyzwań. Poznałam tę rolę od podszewki, dlatego wiem też, że trzeba o niej rozmawiać i wspierać wszystkich, którzy ją odgrywają. Sama zresztą to robię, angażując się w kampanię edukacyjną dotyczącą roli opiekuna osób przewlekle chorych. Ostatnie miesiące z babcią były trudnym, ale też bardzo ważnym dla mnie doświadczeniem. Cieszę się, że mogłyśmy być razem w tych najcięższych momentach, bo babcia, z tymi wszystkimi swoimi trudnymi cechami, była dla mnie niezwykle ważna, miała na mnie wielki wpływ.  

Co od niej wzięłaś? 

Czasem żałuję, że nie wzięłam więcej, nie nauczyła mnie na przykład lepienia pierogów, choć na szczęście zostały po niej przepisy. Ale nie o te przepisy chodzi, bardziej o to, co jednak udało jej się mi przekazać – o to, że dom jest ważny, że w tym domu ważne są wspólne posiłki, spotkania przy stole. Babcia się we mnie odzywa w różnych sytuacjach w życiu, często ją słyszę w głowie i lubię ten jej głos. Dzisiaj widzę między nami więcej podobieństw niż kiedyś, zauważam na przykład, że stałam się tak jak ona osobą twardo stąpającą po ziemi. Kiedyś taka nie byłam, ale potrzeba mnie zmieniła. 

Kiedy nastała ta potrzeba? Gdy zostałaś mamą?

No właśnie to jeszcze nie było wtedy. Kiedy Jaś się urodził, miałam nianię, wielką pomoc mojej babci, która była wtedy jeszcze w bardzo dobrej formie, i rodziców Michała, mojego męża. Moje twarde stąpanie po ziemi zaczęło się dużo później, kiedy najpierw zachorował mój tata, a potem babcia. Wtedy zaczęły się powolutku nasze role odwracać. Wcześniej przez wiele moich dorosłych lat miałam poczucie, że to oni cały czas się mną opiekują, wiedziałam, że choć mam dzieci, to mogę wyjechać, bo ktoś pomoże, ogarnie. A potem nagle tego zabrakło – nagle to ja weszłam w rolę opiekuna i babci, i taty, każde z nich miało dość długi okres chorowania przed odejściem. Wzięłam sprawy w swoje ręce, dbałam o leczenie, wizyty lekarskie i planowanie im codzienności, po prostu dbałam o nich. To mnie bardzo zmieniło.

Natalia Kukulska o dojrzałości: „boję się”

Dojrzałaś? 

Coraz bardziej boję się, że zaczynam tę dojrzałość czuć… 

Boisz się? 

Tak, to też jest pewien lęk. Oczywiście z radością witam w sobie dojrzałość, która kojarzy się ze świadomością, poznaniem siebie. Ale jednocześnie dojrzałość mi się też kojarzy z utratą spontaniczności. Przez tę odpowiedzialność, której nabyłam w ostatnich latach, przez to, że tak o wszystkim myślę i wszystkim się przejmuję, staję się mniej spontaniczna – i mocno pracuję nad tym, aby tak nie było. Dojrzałość to nie tylko zdawanie sobie sprawy z tego, kim jesteśmy i czego w życiu chcemy. To też uświadomienie sobie, że czas mija, że decyzje, które podejmujemy, mogą być nieraz nieodwracalne. Przez tę świadomość człowiek może stać się nazbyt ostrożny. Boję się, aby szala nie przechyliła się zbyt mocno, żeby z osoby spontanicznej, którą byłam przez wiele lat, nie stać się zachowawcza. Walczę cały czas o swój luz, dystans, szczere emocje, o swoją wewnętrzną radość. 

 

Nowa płyta to część tej twojej wewnętrznej walki?

Ta płyta jest dla mnie bardzo mobilizująca, była wielkim wyzwaniem: logistycznym, artystycznym, wokalnym. Kiedy zaczynałam nagrywać, starałam się być bardzo correct, chciałam, żeby te melodie były jak najprościej oddane, bałam się, że będzie słychać naleciałości czy jakieś moje manieryzmy. Stałam spięta, cała na baczność przy mikrofonie, na szczęście Leszek Kamiński, który nagrywał mój wokal, cały czas mi przypominał, żebym nie trzymała emocji na wodzy, żebym zamknęła oczy i puściła je wolno, i była prawdziwa. To było dla mnie bardzo ważne – żeby wyszło naturalnie. 

Na pewno nie chodziło mi o to, żeby dołączyć do tych, którzy „przerobili” Chopina. Opracowań tych kompozycji było wiele, co prawda głównie interpretacje jazzowe, mniej było utworów wokalnych, w Polsce powstały do tej pory tylko dwie takie płyty. Novi Singers w latach 70., tylko że oni śpiewali scatem, nie śpiewali tekstów. Dopiero w latach 80. Bernard Maseli, wybitny wibrafonista, nagrał płytę „Tylko Chopin” z Lorą Szafran. Niedawno z nim rozmawiałam, opowiedział mi, że wtedy mocno im się dostało po głowie. Więc jeśli mi też się oberwie – to będę w dobrym towarzystwie. Ale na razie odbiór albumu wręcz mnie unosi.

Natalia Kukulska „Czułe struny”
mat. prasowe

„Czułe struny” (wyd. Agora) to największy dotychczasowy projekt muzyczny Natalii Kukulskiej. Na płycie znajduje się 10 kompozycji Fryderyka Chopina opracowanych w formie utworów symfonicznych. Za aranżację utworów odpowiadają: Krzysztof Herdzin, Nikola Kołodziejczyk, Adam Sztaba, Paweł Tomaszewski i Jan Smoczyński, a pod ich batutą zagrała orkiestra Sinfonia Varsovia.

***

Rozmowa z Natalią Kukulską ukazała się w „Urodzie Życia” 9/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Natalia Kukulska
Marta Wojtal

Natalia Kukulska szczerze o dzieciństwie: „Ludzie litowali się nade mną. Nienawidziłam tego!”  

„Biedne, biedne dziecko bez mamy, mówili”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Natalia Kukulska mówi, że chwilami czuje się tak, jakby dramatyczna przeszłość rodziców przytrzymywała ją i nie pozwalała na kolejny krok. Z trudem buduje swój własny muzyczny świat. Właśnie wydała nową płytę „Ósmy plan”. To nie tylko tytuł, ale i życiowy manifest. Pyta Jakub Janiszewski.    Nagrałaś bardzo mroczną płytę. Chyba nikt tego tak wprost do tej pory nie nazwał, ale ja sama też tak czuję. Na tej płycie jest parę utworów, w których trochę bawię się słowem, ale rzeczywiście wszystko pochodzi z ciemniejszych i bardziej refleksyjnych obszarów mojej jaźni. Teksty do tych piosenek wydobywałam z siebie z wielkim trudem, choć nigdy łatwości pisania nie miałam, weszłam w to, bo czułam się nie fair wobec moich autorów, którym za dużo narzucałam, za dużo zmieniałam. Nie chciałam ludzi dręczyć, już na „Sexi Flexi” zaczęłam pisać sama, ale tam dużo było po angielsku, co paradoksalnie czyniło sprawę o wiele łatwiejszą. Tym razem – pisząc już po polsku – okazało się, że trafiam na takie obszary samej siebie, których nie mogę odciąć, choćbym nawet próbowała.   I wyszła płyta o utracie. I o rozstaniu. Nie myślałam tak o niej, ale ona chyba rzeczywiście się w jakąś historię ułożyła. Już pierwsza piosenka – „Pióropusz” – opowiada o kimś, kto przy całym swoim zagubieniu wewnętrznym struga bohatera. Na pewno tematu rozstania dotyka „Na koniec świata” oraz „Ósmy plan”. A w piosence „Chowam się” mówię o tym, jak to jest, gdy próbuje się uciec od stanów depresyjnych i lękowych, chowając się za „bezmyślenia zakrętem”. Ale jednak śpiewam w niej „horyzont pastelowy jest”.   W depresji też zdarzają się...

Czytaj dalej
Anna Jantar / East News

Natalia Kukulska o mamie, Annie Jantar: „Nikt mi nie powiedział, że mama zginęła…”

„Nikt mi nigdy nie powiedział, że mama zginęła, odeszła na zawsze. Gdy na lotnisku, trzymając bukiet frezji, nie doczekałam się przylotu mamy i spotkania z nią… to tak jakby czekanie na jej powrót przeciągnęło się do teraz”, pisze Natalia Kukulska w 70. urodziny swojej mamy Anny Jantar.
Anna Zaleska
09.06.2020

Gdyby nie wielka tragedia, która wydarzyła się 14 marca 1980 roku, Anna Jantar kończyłaby dziś 70 lat. Cieszyłaby się sukcesami córki, trójką wnucząt i miałaby pewnie poczucie spełnienia patrząc wstecz na życie wypełnione niezapomnianymi przebojami, koncertami granymi na całym świecie i wyrazami uwielbienia fanów. Książka Marcina Wilka „Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia” (Wydawnictwo Znak) to biografia wyjątkowej kobiety. „Ania całą sobą niosła aurę słońca”, wspominała ją Halina Frąckowiak. Zarazem była utalentowaną piosenkarką, pracowitą, skoncentrowaną na tym, by spełniać swoje marzenia. Jej życie zakończyło się w szczytowym momencie kariery, na pogrzeb przyszło 40 tysięcy ludzi, nad grobem przemawiał Daniel Olbrychski, kilka kobiet zemdlało. Przebój „Nic nie może przecież wiecznie trwać” nabrał nowego sensu. Drugie wydanie biografii legendarnej piosenkarki ukazało się właśnie teraz, w rocznicę jej 70. urodzin, wzbogacone o wzruszający wstęp napisany przez córkę artystki,  Natalię Kukulską. Jego fragmenty publikujemy poniżej, razem z fragmentami opowieści o Annie Jantar (wtedy jeszcze Hani Szmeterling) z czasu, gdy miała tyle lat, co teraz jej wnuczka, Ania. Marcin Wilk w swojej biografii nie ogranicza się tylko do czasu, kiedy Anna Jantar, była już sławną piosenkarką, w swojej opowieści cofa się do jej okresu nastoletniego, kiedy 14–15-letnia Hanka wbrew zakazom mamy zaczyna się malować, eksperymentuje z modą, spotyka się z przyjaciółkami, flirtuje z chłopakami i rozrabia na lekcjach. Jej życie  odmieniło spotkanie z zespołem Szafiry: czterema chłopakami, którzy początkowo chcieli być jak Beatlesi, ale potem uznali, że przydałaby im się wokalistka. Potem wydarzają się jeszcze dwa przełomowe momenty. Jeden: Ania...

Czytaj dalej
Luciano Pavarotti i Nicoletta Mantovani
East News

Luciano Pavarotti i Nicoletta Mantovani. O ich miłości mówiono: „To obrzydliwe!”, „Mając 60 lat, nie powinien robić takich rzeczy!”

Flirt światowej sławy tenora z 34 lata młodszą asystentką przerodził się w wielką miłość, wielokrotnie wystawianą na próby. Łącznie z ciężką chorobą, śmiercią dziecka i obrazą całych Włoch na mistrza.
Anna Zaleska
16.10.2020

Luciano Pavarotti dobiegał sześćdziesiątki, miał żonę, trzy dorosłe córki i był wszechświatową gwiazdą opery, gdy w 1993 roku poznał 23-letnią studentkę nauk przyrodniczych Nicolettę Mantovani. „To spotkanie musiało nam być przeznaczone”, mówiła po latach Nicoletta. Planowała wyjazd na wakacje, ale w ostatniej chwili zmieniła plany i postanowiła poszukać dorywczej pracy na lato. Agencja eventowa, w której się zatrudniła, skierowała ją do obsługi pokazu koni, organizowanego przez słynnego tenora. Luciano Pavarotti i Nicoletta Mantovani – początek miłości Wielki Luciano zawsze miał słabość do kobiet, co nie przeszkadzało mu być od ponad 30 lat mężem Adui Veroni, którą poślubił w czasach studenckich. Niezwykle pogodna i delikatna Nicoletta natychmiast zwróciła na siebie uwagę mistrza. Gdy pokaz dobiegł końca, zaproponował, żeby dla niego pracowała. Szczerze powiedziała, że nic nie wie na temat opery. „To był dla mnie bardzo odległy świat, nie słuchałam takiej muzyki i nie chciałam słuchać”, mówiła po latach. „Ale potem zdałam sobie sprawę, że on po prostu chciał mnie ponownie zobaczyć”. Ostatecznie podjęła pracę jako asystentka Pavarottiego. Była młoda, nieobyta, ale im lepiej poznawała mistrza, tym bardziej była zafascynowana i zauroczona jego osobowością. Spontaniczny, wesoły, umiał cieszyć się życiem. Kiedyś zaprezentował przyjacielowi, co trzeba zrobić, by schudnąć. Najpierw pochłonął gigantyczną porcję kurczka, fasoli i tłuczonych ziemniaków, potem zabrał się za cztery gałki lodów waniliowych. Zjadł trzy, czwartą odsunął od siebie i oznajmił: „To właśnie jest dieta”. W trasie koncertowej oczekiwał, że jego zachcianki będą spełniane. Pierwsza żona skomentowała kiedyś z przekąsem: „Przywykł, że dostaje wszystko, czego...

Czytaj dalej
Isabella Rossellini
Isabella Rossellini z ukochanym psem Panem. Fot. @isabellarossellini

Isabella Rossellini: Starość daje dużo szczęścia. Jesteśmy grubsze, ale wolne! 

W wieku 42 lat straciłam wszystko – karierę filmową, kontrakt reklamowy, uwagę świata. Dziś mam 66 lat i wszystko to odzyskałam. Ale nie poradziłabym sobie, gdyby nie zwierzęta – mówi Isabella Rossellini.
Magdalena Żakowska
14.10.2020

Isabella Rossellini jest bardzo zajętą kobietą. Nie dość, że jest czynną aktorką, modelką, pisarką,  behawiorystką zwierzęcą i farmerką, to znajduje jeszcze czas na to, żeby opowiadać o seksie. W ciągu ostatnich kilku lat nakręciła serię filmów „Zielone porno " (serial dostępny na YouTube'ie), w których przebrana za różne gatunki opowiada o życiu seksualnym zwierząt: modliszkach, które zjadają samców w trakcie penetracji, wężach o dwóch penisach, dżdżownicach hermafrodytach, które są w seksie całkowicie samowystarczalne. Teraz poprowadzi serię wykładów na ten temat, które będą na żywo transmitowane z jej farmy na Long Island. Martin Scorsese, David Lynch i inni Była u szczytu sławy, kiedy w 1986 roku wystąpiła w roli tajemniczej gwiazdy nocnego klubu w kontrowersyjnym filmie Davida Lyncha „Blue Velvet”. Od kilku lat jej twarz nie schodziła z billboardów reklamowych na całym świecie, grała – z wyboru – w ambitnych awangardowych filmach i teatrze, a widzowie niemalże zapomnieli już, że jest córką swoich rodziców, wybitnej aktorki Ingrid Bergman i włoskiego mistrza neorealizmu, Roberto Rosselliniego. Sukcesy zawodowe nie szły jednak w parze ze szczęśliwym życiem osobistym. Miała już za sobą dwa nieudane małżeństwa z Martinem Scorsese i modelem Jonathanem Wiedemannem oraz kilka równie burzliwych, co krótkotrwałych romansów. Po sukcesie „Blue Velvet” związana była z Davidem Lynchem, później z aktorem Gary Oldmanem, ale wszystkie te relacje kończyły się identycznie. „To mężczyźni zawsze mnie porzucali. Łatwo sobie wyobrazić, jak się z tym czułam. Martin Scorsese rozstając się przyznał, że był ze mną tylko ze względu na mojego sławnego ojca. David Lynch po 5-latach związku zerwał ze...

Czytaj dalej