Czego mogą nas nauczyć najfajniejsze (i te mniej fajne!) serialowe matki?
Nicole Kidman jako Celeste, matka bliżniaków, w serialu „Wielkie kłamstewka” / mat. prasowe HBO

Czego mogą nas nauczyć najfajniejsze (i te mniej fajne!) serialowe matki?

Matka matce nierówna, dlatego dzisiaj bierzemy pod lupę znane seriale i szukamy macierzyńskiego ideału. I zastanawiamy się, do którego typu serialowej matki same jesteśmy podobne.
Anna Zaleska
21.05.2020

Nie jest łatwo być idealną matką, ani w życiu, ani – jak się okazuje – w serialu. Nie jest łatwo być nawet dobrą matką. Kochającą, serdeczną, ciepłą, cierpliwą, wspierającą, potrafiącą ustanawiać jasne zasady i przy nich trwać… – o czymś zapomniałam? Za to raczej nietrudno być „fajną”.

Pamiętam taką scenę z filmu „Wredne dziewczyny” z Lindsey Lohan. Najpopularniejsza w liceum nastolatka zaprasza do domu nową koleżankę. Tam wita ją blondynka w różowym dresiku, ze świeżo zoperowanym biustem i miniaturowym pieskiem na rękach: „Jeśli będziesz czegokolwiek potrzebować, po prostu powiedz – zachęca. – W tym domu nie ma żadnych reguł. Ja nie jestem mamą! Ja jestem fajną mamą!”. I takich „fajnych mam” jest w serialach sporo. Ale na szczęście są też fajne bez cudzysłowu, choć trzeba urządzić sobie naprawdę porządny binge-watching, żeby się z nimi spotkać.

Joanna Luberadzka-Gruca: Najważniejsza dla dziecka jest więź z drugim człowiekiem [ŻYCIOWE ROZMOWY]

Matka, która nie mówi „słów na zet i na en”

Bycie „fajną” zaczyna się, gdy tylko dziecko przyjdzie na świat. Na przykład Alice z „Pracujących mam” (Netflix) wyznaje na grupie wsparcia, mocno zestresowana, że mówiąc do dziecka, użyła dwóch zakazanych słów: na zet i na en. Nie będę pisać, co przychodzi do głowy innym matkom, bo to nieeleganckie. Tymczasem biedna Alice użyła słów „zakazuję” i „nie”, a niektóre poradniki dla rodziców uznają je za „nadmiernie negatywne”… Można sobie wyobrazić, że za kilkanaście lat Alice będzie w poradnikach szukać odpowiedzi na pytanie: co zrobiłam nie tak?

Kathryn Hahn jako „Pani Fletcher” / mat. prasowe HBO

Można by tu przeskoczyć do serialu „Pani Fletcher” (HBO). To opowieść o samotnej matce, która swojego jedynego syna wyprawia właśnie do college'u. Jest w niego tak wpatrzona, tak bardzo nie umiała używać tych strasznych słów na „zet” i na „en”, że wyrósł na tępego młotka, egoistę, narcyza, upokarzającego dziewczyny, znęcającego się nad kolegami i niezauważającego własnej matki.

Matka z Instagrama

W „The Letdown” (Netfflix) pojawia się nowy typ „fajnej matki” – „matka z Instagrama”. Zwykle na różowo. Sophie używa aplikacji „Śledź dziecko”, która podobno o wszystkim pamięta, pozwala dzielić się z followersami kamieniami milowymi w jego rozwoju, do tego ma najlepsze filtry. Matka z Instagrama chodzi codziennie do innego miejsca dla cool-matek, przeczytała wszystkie modne poradniki, nawet budząc się rano, ma idealnie ułożoną fryzurę, a w dodatku jej dziecko przesypia w nocy dwanaście godzin. Nie omieszka wytknąć innej mamie, że coś nie najlepiej wygląda, a jej wózek jest podróbką z Indonezji. Z czasem okaże się, że cały obraz jej życia na Instagramie też jest podróbką.

Matka zombie

To bardzo wyraźny trend w serialach o rodzicielstwie! Nazwałabym go martyrologicznym. Twórcom seriali w tym duchu przyświeca myśl: odkłammy macierzyństwo, powiedzmy wreszcie całą prawdę na ten temat. „Cała prawda” – jak wiadomo – często ma niewiele wspólnego z prawdą. Nie jestem zwolenniczką przedstawiania pierwszych lat rodzicielstwa wyłącznie w słodkoróżowych barwach, ale halo, nie róbmy z tego największej katastrofy, jaka może nas spotkać. Oglądając pierwszy odcinek serialu „The Letdown”, zaczęłam się zastanawiać, czy nie sponsorowała go organizacja walcząca z przeludnieniem Ziemi. Dziecko Audrey (Alison Bell) śpi tylko w samochodzie, więc udręczona młoda matka nocami jeździ po mieście, posypiając w miejscach, gdzie łatwo spotkać dealera narkotyków. I sama stopniowo zmienia się w kogoś w rodzaju zombie. Mąż próbuje zdezerterować, przyjaciele się przed nią ukrywają, a grupa wsparcia dla młodych matek wpędza ją w jeszcze większą depresję.

Daisy Haggard jako matka zbyt często wystawiana na próbę w serialu „Breeders” / mat. prasowe HBO

Brytyjski serial „Breeders” (HBO) do tego stopnia „odkłamuje rodzicielstwo”, że zbliża się niebezpiecznie do granicy, za którą można by uznać przemoc domową za coś, co się po prostu musi zdarzać, bo jak inaczej wytrzymać z tymi wiecznie wrzeszczącymi potworami? Nawiasem mówiąc, nie jestem pewna, czy do tego stopnia niepanujący nad sobą rodzice to temat na komedię…

Matka, która musi być najlepsza

Serialowe matki nieustająco ze sobą rywalizują. Często nawet wtedy, gdy się przyjaźnią. „Kobiety! Chcecie, by przyjaciółki wam zazdrościły, byle nie za bardzo!”, zauważa mąż Renaty z „Wielkich kłamstewek” (HBO). Walka toczy się zwykle o to, która jest najlepszą matką i czyje dziecko ma najwyższe IQ. W „Pracujących mamach” i „The Letdown” pierwszym polem bitwy staje się poporodowa grupa wsparcia. Matki rodzące naturalnie czują się lepsze od tych po cesarce. Matki karmiące piersią patrzą z wyższością na te, które sięgnęły po mleko modyfikowane. Matki czytające o rozwoju mózgu górują nad tymi, które czytają „Frankensteina”. Jedne bobasy szybciej wykonują swoje milowe kroki, inne okazują się maruderami. Są leaderki, jest peleton, i matki, które – jak biedna Audrey z „The Letdown” – zostają w tyle z poczuciem, że zawiodły, nie nadają się, nie radzą sobie z niczym.

Alison Bell jako matka, która sobie nie radzi, w serialu „The Letdown” / mat. prasowe Netflixa

W „Wielkich kłamstewkach” rywalizacja i walka matki kontra matki przenosi się na dzieci w wieku szkolnym. To Renata (Laura Dern), dumna rodzicielka dziecka o IQ 152, ma ambicję być tą najlepszą. Jak się na niej odegrać? Uderzyć w najczulszy punkt. Na przykład zepsuć urodziny jej sześcioletniej córki.

Matka, która ogarnia

Ale najważniejszą linię frontu wytycza coś innego. „Cieszę się, że do naszych szeregów dołączyła pełnoetatowa mama: my kontra matki-karierowiczki”, takimi słowami Madeline (Reese Witherspoon) wita nowo przybyłą w ich strony Jane w „Wielkich kłamstewkach”. „Te superważne narady. Wygoogluj to, wrzuć w Yahoo tamto. Więcej czasu spędzają w salach konferencyjnych niż z dziećmi”. Taka jest Kate z „Pracujących mam” (Catherine Reitman). Kobieta, która nigdy nie opuszcza gardy. W ciążę zaszła, gdy jej kariera była na szczycie. Wracając z urlopu macierzyńskiego, postanawia, że zawsze będzie w domu na wieczorną kąpiel. Ale już pierwszego dnia nie jest to możliwe, bo w firmie jej miejsce zajął gość, który „stara się sprostać jej legendzie”, czyli najzwyczajniej w świecie wygryźć ją ze stanowiska.

Catherine Reitman jako Kate w „Pracujących mamach” / mat.prasowe Netflixa

Ale Kate się nie poddaje. W pracy dostaje awans. W kuchni wielka tablica zapisana kolorową kredą przypomina, co jest dziś do zrobienia. W różnych miejscach domu wisi dla porządku harmonogram dnia synka. „Zawsze ogarniasz cały ten szajs”, mówi z uznaniem mąż. Ale ona tak nie uważa. Wybucha płaczem, gdy kolega z pracy rzuca żart: „Czy twoje dziecko mówi już do niani: mamo?”.

Niepracująca matka-kosmitka

Żony z „Wielkich kłamstewek” zwykle nie pracują. Ale bycie niepracującą matką – tak zachwalane w rozmowach z tzw. karierowiczkami – staje się problemem, gdy na horyzoncie rysuje się perspektywa opuszczenia przez dzieci gniazda. Tak jest z Madeleine (Reese Witherspoon). Trzęsąca całym miasteczkiem, wścibska, snująca intrygi, rozdmuchująca konflikty, wobec tego wyzwania okazuje się słaba i bezradna. Widzi, że córki, z którymi miała kiedyś bliski kontakt, teraz jej się wymykają. Sześcioletnia Chloe maszeruje do pierwszej klasy, nawet się nie odwracając („Jak stara malutka”, komentuje Madeleine). Siedemnastolatka, która jeszcze niedawno przybiegała do jej łóżka, teraz nie chce z nią nawet rozmawiać. „Wkrótce dorosną i znikną, a co mi pozostanie poza byciem mamą?”, martwi się. A matką jest całkiem fajną, choć córki uważają ją za nieznającą prawdziwego życia kosmitkę. Wie, na jakie kobiety chce je wychować. „Gdy przyjdzie co do czego, musisz być samowystarczalna. Musisz być silna, niezależna i wykształcona.”

Laura Dern, Reese Witherspoon i Shailene Woodley, czyli matki z Monterey w serialu „Wielkie kłamstewka” / mat. prasowe HBO

Matka: rycerka w srebrnej zbroi

Jak zauważa dyrektor szkoły, matki z Monterey to nie helikoptery, to kamikadze. Jane (Shailene Woodley) do nich nie pasuje. Samotnie wychowuje syna, jest niezamożna, źle ubrana, nie ma pięknego domu nad oceanem i dobrego samochodu. Ktoś patrzący z boku zauważa z okrucieństwem, że wśród innych mieszkanek miasteczka wyróżnia się jak stary brudny prius na parkingu przed Barneys. A jednak w tej hermetycznej, snobistycznej społeczności Jane znajduje przyjaźń i wsparcie. Matką jest zaś nadzwyczajną. To wzruszające, jak walczy o synka, który zostaje oskarżony o krzywdzenie koleżanki. Jak mu wierzy, jak staje za nim murem, jak go broni. Ciepła, serdeczna, wspierająca, czuła, pogodna. Choć sama doświadczyła w życiu strasznej traumy, chce wychowywać Ziggy'ego w poczuciu, że świat jest dobry i ludzie są dobrzy. A jeśli czasem popełniają błędy, trzeba im wybaczyć. Kiedy Ziggy ma trudny czas, znajduje sposoby, by go wzmocnić. „Co sobie powtarzamy? Każdego dnia będziemy najdzielniejsi?”. Kieruje się raczej instynktem niż wiedzą z poradników, i jakoś intuicyjnie czuje, co dla jej Ziggy'ego jest najlepsze.

Aktorka Shailene Woodley podsumowała swój występ w roli Jane: „Było tak świetnie, że teraz bardzo chcę mieć dziecko”. I dla mnie to jest numer jeden w kategorii: fajna serialowa matka. Bez cudzysłowu.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Mat.prasowe

Seriale dla kobiet i o kobietach. Poznaj bohaterki, które nas inspirują!

Siła jest kobietą. Nowe bohaterki popkultury są nie tylko piękne, ale mają coś do powiedzenia.
Sylwia Arlak
24.07.2020

Pamiętacie bohaterki „Seksu w wielkim mieście”? Carrie, Miranda, Charlotte i Samantha często imponowały nam samodzielnością, inteligencją i niezależnością… – ale tylko do momentu, kiedy na horyzoncie pojawiał się kolejny mężczyzna albo kolejna para butów. Do dzisiaj myślimy o nich z sentymentem, ale z drugiej strony cieszymy się, że dzisiejsze serialowe bohaterki są zupełnie inne – nie zajmują się zakupami, ale walczą o siebie, o swoją niezależność i prawa. Nie są idealne, popełniają błędy, ranią najbliższych, nieraz zmagają się z porażkami. Jak my. Przeżywają dramaty i nie proszą mężczyzn o ratowanie ich z opresji – ale szukają wsparcia w kobiecym kręgu. Upadają, żeby wstać i działać z jeszcze większą siłą. Popkultura w końcu upomniała się o bohaterki z krwi i kości. Oto siedem seriali, które udowadniają, że nadszedł czas kobiet. 1. „Unortodox”, Netflix „Unortodox” to oparta na autobiograficznej książce Debory Feldman historia młodej Żydówki, Esther, która postanawia uciec z Brooklynu do Berlina przed ultraortodoksyjną społecznością i zaaranżowanym, nieszczęśliwym małżeństwem. W Berlinie szuka matki, która tak samo jak ona kiedyś nie umiała odnaleźć się w miejscu, gdzie kobiety są pozbawiane własnego głosu, miały podporządkowywać się tradycji (czytaj: mężczyznom) sprzątać, prać i rodzić dzieci. Młoda dziewczyna (której rozterki wspaniale oddała Shira Haas) ze świata pełnego zakazów i nakazów trafia do otwartego europejskiego miasta. Kiedy jej mąż dowiaduje się, że jest w ciąży, postanawia znaleźć bohaterkę i przekonać ją (czytaj: zmusić) do powrotu. Nie jest w stanie zrozumieć, że kobieta może chcieć od życia czegoś więcej. Serial ogląda się z zapartym tchem nie tylko ze względu na...

Czytaj dalej
Mat.prasowe

Gwiazda Hollywood i dziewczyna z sąsiedztwa. Shailene Woodley jest nową ulubienicą Ameryki

Do niedawna ulubienicą Ameryki była Jennifer Lawrence. Dzisiaj jest nią Shailene Woodley, która od ścianek, czerwonego dywanu i szpilek, woli naturę, bose stopy i towarzystwo wiernych przyjaciół.
Sylwia Arlak
26.06.2020

Policja zatrzymała ją na placu budowy, skąd transmitowała na Facebooku protest przeciwko budowie gigantycznego rurociągu. Skarżyła się, że szła do swojego samochodu, gdy funkcjonariusze złapali ją za kurtkę. „Mają wielkie spluwy i pałki, nie chcą mnie puścić” — relacjonowała w 2016 roku.  Shailene Woodley we wszystko, co robi, angażuje się na sto procent. Choć nie ma aktorskich korzeni (rodzice są psychologami), to po raz pierwszy stanęła na scenie w wieku czterech lat. „Trafiłam do tego biznesu przez przypadek. Nigdy nie planowałam, że zostanę aktorką. To się po prostu stało” — przyznała lata później w jednym z wywiadów. Zaczęła od występów w reklamach telewizyjnych. Jej debiutem na małym ekranie był występ w filmie telewizyjnym „W poszukiwaniu ojca” w 1993 roku. Później mogliśmy zobaczyć ją w serialach „Bez pardonu”, „Bez śladu” i „Jordan”. Zagrała też m.in. w kultowym serialu dla młodzieży „Życie na fali”, gdzie wcieliła się w siostrę jednej z głównych bohaterek. Szybko zaczęła więc grywać w filmach fabularnych. Szerszej publiczności zaprezentowała się w znakomitej, nagrodzonej Oscarem za scenariusz produkcji „Spadkobiercy” Alexandra Payne’a, w której wystąpiła u boku George’a Clooneya. Przekonała publikę i krytyków. Za rolę w tym filmie Woodley otrzymała nominację do Złotego Globu i wygrała nagrodę Film Independent. Po „Spadkobiercach” jej kariera nabrała tempa. W 2013 roku zagrała główną rolę w filmie „Cudowne tu i teraz”, a już rok później w kinowym dramacie „Gwiazd naszych wina” na podstawie bestsellerowej powieści Johna Greena. To był prawdziwy przełom w jej karierze. „Gwiazd naszych wina” i...

Czytaj dalej
Mat. prasowe

To będzie lato wielkich premier! Na co warto w wakacje pójść do kina? 

Znamy już pierwsze kinowe premiery po pandemii: m.in. nowy film Christophera Nolana, kolejna „Wonder Woman” i polski dramat „Eastern”. Dzieci w końcu doczekają się filmową wersję bajki Disneya „Mulan”.
Sylwia Arlak
05.06.2020

Choć kina mogą być otwarte od 6 czerwca, wiele placówek (w tym multipleksy) wciąż pozostają zamknięte. Dystrybutorzy zapowiadają już jednak daty pierwszych kinowych premier. Wiadomo, że obejrzymy je latem, ale konkretne daty mogą jeszcze ulec zmianie. Oto tytuły, na które czekamy najbardziej. „Eastern” – polski dramat o kobiecej zemście W pierwszy weekend lata, 26 czerwca, do kin wejdzie polski film „Eastern”, wyreżyserowany przez debiutanta Pawła Adamskiego i zapowiadany przez wielu krytyków jako „najciekawszy debiut sezonu”. To historia dwóch młodych dziewczyn (grane przez znaną choćby z serialu Kingi Dębskiej „Szóstka” Maję Pankiewicz i debiutantkę, Paulinę Krzyżańską), które, aby bronić honoru swoich rodzin, same muszą wymierzyć wrogom sprawiedliwość.    „Mulan” – propozycja dla całej rodziny To jedna z najbardziej wyczekiwanych produkcji tego roku. Sądząc po zwiastunie, zaryzykujemy stwierdzenie, że może to być najlepsza „dorosła” wersja bajki Disneya. Konkurować o to miano mogłaby chyba tylko „Piękna i bestia” z Emmą Watson, która nic nie straciła ze swojego bajkowego pierwowzoru. „Mulan” (w roli głównej wystąpi amerykańsko-chińska aktorka, Yifei Liu) to opowieść o dziewczynie, która ucieka z domu w przebraniu mężczyzny, aby zgłosić się do cesarskiej armii w zastępstwie za schorowanego ojca. 24 lipca w kinach będziemy razem z naszymi dziećmi na zmianę wzruszać się i zachwycać – tak, jak było podczas oglądania animowanej wersji.   „Wonder Woman 1984” – superbohaterka powraca „Wonder Woman” powróci 14 sierpnia. Superbohaterka (w tej roli Gal Gadot) ratuje świat, tym razem podczas zimnej wojny....

Czytaj dalej
Jamie Dornan
East News

Wszystkie twarze Jamiego Dornana: zmysłowy Grey czy… tatuś na obcasach?

Przypadek Jamiego Dornana pokazuje, że można być męskim ideałem, do którego wzdychają miliony kobiet, i nadal pozostać skromnym facetem z kompleksami. I może właśnie to jest w nim najbardziej sexy!
Magdalena Żakowska
22.07.2020

Był mordercą psychopatą, Christianem Grayem i Wiedźminem. Teraz nareszcie możemy oglądać go w roli normalnego faceta z sąsiedztwa. W filmie „Coś się kończy, coś się zaczyna” (już w kinach!) Jamie Dornan gra u boku znanej z „Wielkich kłamstewek” Shailene Woodley. Ona rzuca pracę, rozstaje się z chłopakiem, przeprowadza do siostry i postanawia odpocząć od związków. Ale kiedy na imprezie poznaje jednocześnie czarującego pisarza Jacka (w tej roli Jamie Dornan) i klasycznego bad boya Franka (Sebastian Stan, znany z roli Zimowego Żołnierza w serii o superbohaterach Marvela), zaczyna spotykać się z nimi jednocześnie. Tym razem Jamie Dornan walczy o względy filmowej partnerki nie seksownym umięśnieniem, a poczciwością i urokiem osobistym. To jednak nie koniec romantycznych wcieleń aktora, bo właśnie skończył w rodzimej Irlandii zdjęcia do melodramatu „Wild Mountain Thyme”, gdzie zagra u boku Emily Blunt. Jamie Dornan: morderca, ale za to seksowny Urodził się w Hollywood, ale nie tym. Jego Holywood to podmiejska dzielnica Belfastu. „W latach osiemdziesiątych nie było to najbezpieczniejsze miejsce na świecie, ale nie zamieniłbym go na żadne inne” – mówi. „Mam mnóstwo przyjaciół z czasów szkolnych, do dziś grywamy w rugby. Z dziewczynami w tamtym czasie kompletnie sobie nie radziłem. Byłem zbyt nieśmiały”. Wychował go ojciec ginekolog i dwie starsze siostry (jego mama zmarła na raka, gdy miał 16 lat). „Dlatego od zawsze chciałem być bardziej macho, niż w rzeczywistości” – mówił w rozmowie z „Vogue”. Z tego powodu przez lata żywił się w McDonald'sie i pakował na siłowni. W czasie, kiedy spotykał się z Keira Knightley (byli ze sobą trzy lata, rozstali się w 2005 roku) uważał się za nieatrakcyjnego chuderlaka. Dopiero kariera...

Czytaj dalej