„Na lekcjach historii za mało nas uczyli o kobietach” – mówi Anna Fryczkowska, pisarka, autorka „Cyrkówki Marianny”
East News/mat. prasowe

„Na lekcjach historii za mało nas uczyli o kobietach” – mówi Anna Fryczkowska, pisarka, autorka „Cyrkówki Marianny”

Nowa powieść Anny Fryczkowskiej „Cyrkówka Marianna” to fabularyzowana biografia o artystce cyrkowej i ludowej malarce, Mariannie Razik. To także opowieść o powojennej Polsce, fantazji i radości życia – której nie zmogła ani wojna, ani głód i bieda.
Sylwia Niemczyk
10.01.2021

Kończy się wojna, trzydziestoletnia Marianna Razik wraca na bosych, przemarzniętych stopach z Prus do rodzinnej wsi na Mazowszu. Głodna, bez sił, nie wie, co robić dalej w życiu. I wtedy w jej domu także po wojennej tułaczce pojawia się Franciszek. Atleta, przed wojną wędrowny cyrkowiec. Marianna zakochuje się i razem z nim zakłada dwuosobowy cyrk. Ruszają w Polskę jako siłacz Arnoldo i akrobatka Marisse Boticellisse. Przez kolejnych dwadzieścia biednych, powojennych lat będą nie dojadać i nie dosypiać, ale za to będą nieść ludziom radość i rozrywkę, odwiedzać wiejskie odpusty i występować na jarmarkach.

Ta historia wydarzyła się naprawdę. O jej bohaterce, Mariannie Razik, artystce cyrkowej i ludowej malarce rozmawiamy z Anną Fryczkowską, pisarką i scenarzystką, której nowa powieść biograficzna „Cyrkówka Marianna” właśnie ukazała się w sprzedaży.

Sylwia Niemczyk: Podobno zakochałaś się w Mariannie od pierwszego wejrzenia?

Anna Fryczkowska: Absolutnie tak! Moje pierwsze spotkanie z nią było naprawdę magiczne. Byłam akurat tuż po napisaniu „Równonocy”, opowiadającej o serii zniknięć nastoletnich chłopców pod koniec lat 90. w Polsce. To była dla mnie strasznie trudna książka, pozbawiła mnie sił. Żeby odpocząć, pojechałam razem z córką na kilka dni do Płocka. Tamtego dnia był straszny upał, przed którym schroniłyśmy się do płockiego Muzeum Etnograficznego nad Wisłą. Weszłyśmy, pachniało słomą i drewnem. Zaszłyśmy na pierwsze piętro, a tam we wnęce – odlotowy obraz przedstawiający cyrkową scenę, a także jakieś kolorowe ciuchy i wypłowiały cyrkowy afisz. I obok opis, oni mają świetne opisy w tym Płocku. I nagle poczułam, że całe zmęczenie i to wyczerpanie emocjonalne mi odeszło! Wyjątkowa, słoneczna osobowość Marianny i jej niezwykła historia podziałała na mnie jak balsam.

Czym cię zauroczyła?

Inteligencją, radością życia, do tego niezwykłą, imponującą odwagą. Posłuchaj choćby tego: w czasie wojny hitlerowcy chcieli wziąć na roboty młodszego brata Marianny, Jana, ale ona stwierdziła, że on jest zbyt słabego zdrowia i zgłosiła się za niego. A po wojnie wróciła z Prus piechotą do rodzinnej wsi, poznała przedwojennego atletę, założyła z nim dwuosobowy cyrk i ruszyli w podróż po Polsce.

Zastanawiałam się, kim trzeba być, żeby zostawić wszystko i rzucić się w coś, czego się nigdy nie robiło, coś tak kompletnie nowego i odjechanego? Przecież ona już nie była młódką, miała trzydzieści lat, co wówczas, na wsi było już uznawane za wiek średni. Stojąc przed obrazem Marianny w płockim muzeum, pomyślałam, że to musiała być strasznie fajna osoba!

Poczułaś: to jest temat?

Zachwyciłam się nią, ale jeszcze wtedy nie chciałam o niej pisać – bo w ogóle już nic w życiu nie chciałam pisać. Dopiero potem, kiedy zaczęłam czytać książeczkę o Mariannie – kupiłam ją w muzealnej recepcji – zorientowałam się, że jej historia ma jeszcze więcej barw, niż na początku myślałam. Marianna była niezwykła, zanim została cyrkówką, i była niezwykła, kiedy po 23 latach przestała nią być. Bo kiedy rzuciła fach cyrkowy, to – niedługo przed sześćdziesiątką – zaczęła malować i tu także osiągnęła sukces! Dostawała nagrody, kupowały ją muzea. Pomyślałam, że osoba, która ma tak dużo kolorów w sobie, jest warta tego, by związać się z nią na dłużej.

Więc związałaś się na prawie dwa lata.

Moja córka i mąż nieraz mieli mnie dość, bo w tym czasie chyba nie było jednego dnia, żebym ich nie zamęczała: „A Marianna to…”, „A Marianna tamto…”.

Czułaś nostalgię, pisząc o cyrku w powojennej Polsce?

Na pewno miałam świadomość, że opisuję świat, którego już nie ma. Razem z Franciszkiem i Marianną odeszło ostatnie pokolenie wędrownych cyrkowców, którzy występowali na jarmarkach czy odpustach. Mnie bardzo fascynowała ta atmosfera, zresztą sama wiele lat temu przez chwilę myślałam, żeby zostać cyrkówką. Na studiach występowałam w teatrze pantomimy i strasznie, ale naprawdę strasznie chciałam iść do szkoły cyrkowej w Julinku. Zadzwoniłam tam, ale miałam już 21 lat i powiedzieli, że na akrobatykę jestem już za stara. Mogłam natomiast zostać treserką, czego ja z kolei nie chciałam, więc moja kariera cyrkowa skończyła się jeszcze zanim zaczęła. Szkoła cyrkowa w Julinku też już nie istnieje...

Cyrkowi towarzyszy jakiś dziwny romantyzm: z jednej strony prowizorka sceny rozkładanej na jeden wieczór, tanie farbki do malowania twarzy, przerysowanie. Z drugiej – osoby, które się tą sztuką zajmują, podporządkowują jej całe swoje życie. Dla Franciszka i Marianny najważniejsze było, żeby nieść radość, odrywać ludzi od niewesołej rzeczywistości. Oni nigdy się na swoim dwuosobowym cyrku nie dorobili, żyli od sezonu do sezonu, nieraz biedowali, zwłaszcza zimą, kiedy występów nie było. Ale dla nich pieniądze były kwestią wtórną, oni mieli misję.

Powiedziałaś, że pisanie „Równonocy” cię wyczerpało, a jak było z „Cyrkówką Marianną”?

Zupełnie inaczej. To było strasznie dziwne doświadczenie, bo pisząc tę opowieść, wiele razy czułam to wspaniałe uczucie brzydko zwane z angielska flow, a po polsku mówiąc: wenę. Historia Marianny pisała się sama, tak jakby ktoś mi ją dyktował, jakbym poprzez to pisanie zapełniała jakąś dziurę we wszechświecie, jakby ktoś na tę opowieść czekał. Choć owszem, miałam jeden wielki kryzys, gdy okazało się, że nie mogę stworzyć zwykłej biografii, bo nie zgadzały mi się fakty dostępne w tekstach źródłowych.

Na przykład jakie?

W jednym źródle Marianna nosi pseudonim Marisse Boticellisse, w innym – Baltica Contessa. W jednym podróżują wozem cyrkowym, w innym – nie mają wozu, jeżdżą pociągami. Dwie walizki, cztery walizki. W jednym tekście było napisane, że Marianna przestała jeździć z cyrkiem tuż po śmierci męża, w drugim, że nie przestała i jeszcze przez jakiś czas jeździła z innymi artystami. Dotarłam nawet do jej autobiografii, ale okazało się, że tam są jeszcze inne fakty, a o całym okresie cyrkowym Marianna napisała raptem trzy akapity!

Nadszedł więc moment, kiedy zupełnie nie wiedziałam co z tym zrobić. Jakoś jednak wtedy zapisałam się na zajęcia z kolażu do Patrycji Dołowy w muzeum Polin. Mówiła tam o odkrywaniu postaci kobiecych dla historii, o klejeniu metaforycznych kolaży z wiedzy, którą się ma, i z opowieści, które trzeba sobie domyślić i dopowiedzieć.

Twoja opowieść o Mariannie Razik jest właśnie takim kolażem.

Wolę o niej mówić: makatka albo patchwork, bo zamiast klejenia, wolałam wyobrażać sobie, że zszywam fakty wyobraźnią.

W „Cyrkówce…” historię opowiada sama Marianna. To ona jest narratorką.

Bardzo starałam się wejść w jej myślenie i postrzeganie świata. Pisałam w jej imieniu, bardzo starałam się, żeby to był głos Marianny, choć w którymś momencie złapałam się na tym, że za bardzo podbudowywałam ją w stronę niezależnej feministki. Zwróciła na to uwagę moja córka: „Tu brzęczy straszny fałsz, to nie jest Marianna, to jesteś ty”. Miała rację, musiałam wykreślać, przepisywać.

Żałujesz, że nie zdążyłaś jej poznać, zanim umarła?

Strasznie żałuję. Prawie wszyscy, którzy ją znali, mówią, że ją się albo kochało, albo z miejsca odrzucało. Nie każdy umiał wejść w jej poetykę, bo Marianna do końca życia była odjechana, bajkowa, troszkę nadekspresyjna – ale ci, którym to nie przeszkadzało, zakochiwali się w jej osobowości i stawali się jej fanami na lata. Myślę, że ja też bym należała do fanek. Bardzo żałuję, że nie mogłam z nią porozmawiać i zadać jej kilku pytań.

Jakich?

Choćby takiego: dlaczego do trzydziestki z nikim nie była związana na stałe? Jak wytrzymywała tyle lat w tej szalonej cyrkowej podróży? Jak razem z Franciszkiem ogarniali codzienność w tych wędrówkach? Jak wyglądała ich miłość? Jak odbierała tę nową dla wszystkich Polskę? I przede wszystkim: skąd czerpała siłę i odwagę? Na te pytania staram się odpowiedzieć w książce.

Masz ochotę na pisanie kolejnych biografii?

Na pewno jestem teraz bardzo wyczulona na ciekawe historie kobiece. Bardzo mi się podoba nurt w historiografii i w literaturze faktu, który odkrywa różne przemilczane postaci z naszej połowy ludzkości. Chcę pisać o kobietach, które zostały zapomniane, a takich jest sporo, na historii przecież mało, o wiele za mało uczyli nas o kobietach.

Pożegnałaś się już z Marianną? Nie zamęczasz już rodziny opowieściami o niej?

Marianna zostanie już chyba ze mną. Cały czas trzymam przy biurku segregator z notatkami o niej, ze zdjęciami jej obrazów. Wciąż o niej opowiadam. Była i jest bardzo inspirującą postacią, zwłaszcza na dzisiejsze czasy: odważna, niezależna, wierna sobie. Przyszła do mnie w czasie, kiedy zupełnie nie miałam sił i dodała mi nowej energii, nauczyła mnie, żeby nie bać się w życiu zaczynać nowych rzeczy. Dla mnie jest ikoną.

Anna Fryczkowska
mat. prasowe

„Cyrkówka Marianna” Anna Fryczkowska, wyd. Świat Książki

Anna Fryczkowska – pisarka i scenarzystka. Autorka m.in. powieści „Kobieta bez twarzy”, „Starsza pani wnika” (nagroda główna festiwalu Pióro i Pazur) „Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)” (Róża Gali), „Równonoc” (nominacja do nagrody Literackiej dla Autorki Gryfia) i „Wdowinek”. Mieszka w Warszawie.
Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

KONKURS - wygraj książkę „Cyrkówka Marianna”

Najnowsze dzieło Anny Fryczkowskiej jest do wygrania w naszym konkursie. Mamy do rozdania 5 książek. Aby zdobyć egzemplarz „Cyrkówki Marianny”, wystarczy odpowiedzieć na pytanie, jaki tytuł miałaby książka opisująca twoją historię życia. Powodzenia! 

Lista laureatów konkursu:

Dagmara K., Rębiska
Danuta O., Kłodawa
Marzenna S., Nowe Proboszczewice
Paulina W., Blizanów
Magdalena B., Jonkowo

Materiał powstał z udziałem wydawnictwa Świat Książki

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Elżbieta Dzikowska o Tonym Haliku
Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Elżbieta Dzikowska o Tonym Haliku: „Nie żałuję ani jednego dnia z nim”

„Jeśli miałabym wskazać jedną cechę, która nas połączyła, to powiedziałabym, że nam się chciało. Mieliśmy głód życia, zapał do pokonywania przeszkód. Tony nie żyje, ale mi ciągle chce się chcieć. Myślę, że by się z tego cieszył. Jestem futuro, a nie retro. Patrzę do przodu” – mówi znana podróżniczka i pisarka.
Magdalena Żakowska
11.09.2020

Elżbieta Dzikowska – historyczka sztuki, sinolożka, legendarna podróżniczka, reżyserka (ur. 1937). Wraz z Tonym Halikiem stworzyła najpopularniejszy duet podróżników w Polsce. Ich program „Pieprz i wanilia” oglądało 18 milionów widzów. Autorka wielu książek. Bohaterka biografii „Dzikowska” napisanej przez Romana Warszewskiego. 6 września na festiwalu Doc Against Gravity miała miejsce premiera filmu o ich życiu: „Tony Halik”. Magdalena Żakowska: Kiedy czytałam o waszych podróżach, to ciągle zastanawiałam się, który element dzikiej natury przerażał panią najbardziej. Pająki? Węże? Owady? Elżbieta Dzikowska: Dzika natura nie przeraża mnie ani trochę, przecież jestem Dzikowska. Zresztą, lubię być blisko natury nie tylko podczas wielkich wypraw. Z pierwszym mężem, Andrzejem Dzikowskim, dużo podróżowaliśmy z namiotem. On łapał ryby, ja zbierałam grzyby, było co jeść, a przemieszczaliśmy się kajakiem. Z drugim mężem pływałam żaglówką.  Myślałam, że z pierwszym mężem była pani krótko. Wzięliście ślub jeszcze na studiach, a chwilę później wyjechała pani na swoją pierwszą wielką wyprawę – sześć tygodni w Chinach.  Nie było tak źle. Byliśmy sobie bliscy i blisko – po ślubie przez osiem lat wynajmowaliśmy pokój z możliwością korzystania z kuchni, a w sumie byliśmy ze sobą 17 lat. Z Tonym – 25 lat. Bez ślubu.   Nie potrzebowaliśmy go. Dla mnie Tony był mężem. Zawsze tak o nim myślałam. Jak byśmy sami sobie udzielili ślubu, to najważniejsze. Nie lubię słowa „partner” w kontekście związku uczuciowego. Ale mam wrażenie, że Tony Halik to był pani „partner in crime”, najlepszy towarzysz przygód....

Czytaj dalej
Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz
Ewa Lipska/Fotonova

Wyjątkowa miłość: Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz. „Byliśmy końmi, które cwałują obok siebie”

„Kocham Cię, ale się tym nie przejmuj ani nie licz się z tym specjalnie” – pisała Wisława Szymborska do Kornela Filipowicza. Byli ze sobą 23 lata. I była to wyjątkowa miłość, choć nie mieli ślubu i nie mieszkali ze sobą.
Magdalena Żakowska
01.07.2020

Ich znajomi mówili, że związek poetki Wisławy Szymborskiej i pisarza Kornela Filipowicza był „organiczny”, że tworzyli jedność. A przecież nie byli typową parą, nawet ze sobą nie mieszkali. Za to codziennie pisali do siebie listy. Czułe, intymne, zabawne. „Kocham Cię bezustannie, tylko z przerwą obiadową” –pisze Szymborska, choć wszyscy wiedzą, że kocha go nieustająco. W innym wyznaje: „Najlepiej w życiu ma Twój kot, bo jest przy Tobie”. Kiedy w połowie lat 60. zbliżyli się do siebie oboje mieli już za sobą inne małżeństwa, nie byli też młodzi. Wisława Szymborska była po 40, Filipowicz starszy od niej o dziesięć lat po 50. Na czym polegał fenomen tej miłości? Kilka spraw ustalili od razu: będą mieszkać oddzielnie, telefon co najmniej dwa razy dziennie (rano na dzień dobry, wieczorem na dobranoc), spotkania częste. Wszyscy, którzy ich znali i mieli okazję obserwować narodziny tego uczucia, podkreślają, że bardzo do siebie pasowali. Oboje dość staroświeccy, powściągliwi i niezwykle życzliwi. Sprawiali wrażenie melancholijnych samotników. Niełatwo było poznać, że są razem. „Nie manifestowali publicznie swoich uczuć. Wisława nie poprawiała Kornelowi krawata, on nie otulał jej czule płaszczem. Byli niezwykle powściągliwi – wspomina przyjaciółka Szymborskiej, Teresa Walas. – To było obce ich naturze. Nie mieszkali ze sobą, bo nie czuli potrzeby chodzenia w jednym zaprzęgu. Poza tym, jak mówiła sama Wisława, nie wyobrażali sobie pracy w jednym domu. Dwie stukające maszyny do pisania? To by było dla nich nie do zniesienia”. Wisława Szymborska: „Boże, jaki piękny mężczyzna” Na „ty” przeszli gdzieś między grudniem 1966 roku a kwietniem 1967, chociaż poznali się 20 lat wcześniej. Ale wtedy oboje byli jeszcze w innych związkach....

Czytaj dalej
Marianna Stuhr
Maciej Zienkiewicz

Marianna Stuhr: „Po tym, co przeżyliśmy, mamy z Maćkiem sztamę!”

„Maciek nigdy mi nie tatusiował. Jako dzieci razem wymyślaliśmy występy dla rodziców" – Marianna Stuhr o swoim bracie Macieju Stuhrze. Rodzina Stuhrów wspiera się i stoi za sobą murem.
Marzena Rogalska redakcja „Uroda Życia”
23.07.2020

Marianna Stuhr – młodsza o siedem lat siostra Macieja Stuhra, córka Barbary i Jerzego Stuhrów, nie występuje na scenie. Skończyła krakowską ASP, jest malarką i graficzką, prowadzi własną firmę. Angażuje się w różne akcje m.in. „Adoptuj psa”. Razem z ojcem wydała książkę „Kto tam zerka na Kacperka” złożoną z historyjek, które Jerzy Stuhr opowiadał jej i bratu na dobranoc, tworząc fikcyjną postać Kacperka. Dzisiaj, gdy Jerzy Stuhr leży w szpitalu wszyscy mocno trzymamy kciuki za jego powrót do zdrowia! W „Urodzie Życia” Marianna Stuhr opowiedziała przede wszystkim o relacjach z bratem i o tym, jak rodziła się między nimi zażyłość: *** – Mój brat i ja to kompletnie dwa różne usposobienia. Na dodatek różnica wieku między mną a Maćkiem była dosyć felerna i w pewnym sensie zabrała nam wspólne dzieciństwo. Młodsza o siedem lat siostra zazwyczaj nie jest wymarzonym kompanem do zabaw dla starszego brata. I rzeczywiście, tych wspólnych zabaw nie było zbyt wiele, za to pamiętam sporo momentów, w których razem wymyślaliśmy występy dla rodziców. Maciek grał na pianinie, a ja śpiewałam lub popisywałam się tanecznie. Poza tym przez długi czas dzieliliśmy z sobą pokój. Olbrzymi, więc rodzice przedzielili nas regałem z książkami. Nie było między nami szczególnej zażyłości, Maciek nie był też wobec mnie nadmiernie opiekuńczy z racji tego, że jestem młodszą siostrą. Są czasami tacy bracia, którzy „tatusiują” siostrzyczkom. On tak nie miał, ale za to był niesłychanie obowiązkowy. Kiedy mama poprosiła go, żeby zaprowadził mnie na lekcje baletu lub z nich odebrał, robił to bez najmniejszego zająknięcia – do dziś wspominam to z rozczuleniem. Kiedyś rodzice wyjechali i poprosili go, żeby...

Czytaj dalej
Lara Gessler
Wojciech Affek

Lara Gessler: „Chciałabym przekazać dzieciom gen Gesslerów – gen szczęścia i radości”

„Miałam dziewięć lat, kiedy rodzice się rozstali. Nie musiałam wskazywać, z kim chcę być. Tato był dla mnie naturalnym wyborem. Mama wtedy bardzo skupiła się na pracy”. O potędze rodzinnego klanu i poszukiwaniu w nim własnej ścieżki opowiada Lara Gessler.
Marta Bednarska
12.06.2020

Lara Gessler gesty i mimikę odziedziczyła po mamie. Pragnienie smakowania życia – po obojgu rodzicach, Magdzie i Piotrze Gesslerach. Nie bez problemów, czasem płacąc wysoką cenę, szukała swojej drogi. Nie boi się już – jak kiedyś – kreowania własnej marki. Pisze książki kulinarne, prowadzi warsztaty. Ma inną wizję własnego domu niż ten, który zna z własnego dzieciństwa. Jednocześnie jest silnie związana z rodziną. Choć jej rola w układance klanu Gesslerów mocno zmieniła się przez lata. Kim jest dziś Lara?  Marta Bednarska: „Jestem medialnym wypłochem” – to twoje słowa. Trudno namówić cię na publiczne zwierzenia. Kto jednak zobaczy sztućce i haftowaną serwetkę, wytatuowane na twoich plecach, wie, że… Lara Gessler: Właśnie, jak to odczytujesz? Że kochasz gotować? Jeść? Że masz w sobie kulinarny gen Gesslerów? Tatuaż jest integralny ze mną. To pomysł, którego nie żałuję. Stąd odwzorowane nóż i widelec z czasów dzieciństwa w rodzinnym domu w Łomiankach. Kształtowały moje poczucie smaku. Obok serwetka z Fukiera – wspólnej restauracji taty i mamy, gdzie spędzałam masę czasu. 20 lat temu w szarawej Warszawie było to miejsce wyjątkowo inspirujące kulinarnie, towarzysko, artystycznie. „Wyhaftowałam” też inicjały rodziców. Ten tatuaż to wyraz mojej miłości do gotowania i hołd dla mamy i taty.  Za co najbardziej jesteś im wdzięczna?  Nauczyli mnie chłonąć życie. Z dziecięcą ciekawością poznawać świat, odbierać go wszystkimi zmysłami. Mnóstwo podróżowaliśmy – Hiszpania, Włochy, Niemcy. Mama potrafiła w środku tygodnia zapytać: „Jutro Madryt? Nic się nie stanie, jak nie będzie cię w szkole”. Uwielbiałam to nasze wspólne celebrowanie każdego momentu...

Czytaj dalej