To jest jej najlepszy czas! Laura Dern ma 53 lata i świeci wśród oscarowych gwiazd
getty images

To jest jej najlepszy czas! Laura Dern ma 53 lata i świeci wśród oscarowych gwiazd

Ulubiona aktorka Davida Lyncha gra w filmach od 5 roku życia!
Magdalena Żakowska
21.02.2020

Chociaż karierę rozpoczęła 40 lat temu, to nigdy nie pracowała tak dużo, jak dziś. Niedawno oglądałyśmy ją w „Wielkich kłamstewkach”, teraz w „Historii małżeńskiej” i „Małych kobietkach”. „Kiedy niektóre koleżanki brały pierwszą lepszą rolę ze strachu, że świat o nich zapomni, ja wolałam poczekać na ciekawsze propozycje”, mówi Laura Dern. I się doczekała. 10 lutego w dniu swoich 53 urodzin, aktora otrzymała pierwszego Oscara za rolę drugoplanową w „Historii małżeńskiej”.

Specjalizuje się w rolach kobiet niepoukładanych, wewnętrznie niedojrzałych, które szukają własnego głosu. Zawsze są to kobiety, które za nic mają zasady, a ich zachowanie wymyka się wszelkim konwenansom. Nigdy nie wiadomo, czy wybuchną płaczem, czy dostaną ataku furii, a czasem jedno i drugie równocześnie, jak w pierwszej scenie pierwszego odcinka genialnego serialu „Iluminacja” (HBO). 

Laura Dern: recepta na filmowy sukces

Obecność Dern na ekranie sprawia, że film staje się mniej przewidywalny, bliższy życiu, niepokojąco autentyczny, bo jej bohaterki nigdy nie są czarno-białe. Bywają naiwne i głupie, czasem nieznośnie poważne i przeczulone na swoim punkcie. Dlatego czasem zajmuje nam trochę czasu, aby je polubić. Renata z „Wielkich kłamstewek” z początku wydaje się nie do zniesienia – jest oschłą kobietą sukcesu, która wychowuje córkę według zasad z podręczników motywacyjnych, a męża traktuje jak zbędny mebel. Potrzebujemy czasu, żeby zrozumieć, ile cierpienia, nieprzepracowanych emocji, niepewności kryje się za tą maską. I takie są wszystkie role Dern – adresuje je wprost do naszego poczucia empatii. Większość aktorek boi się przed kamerą nadmiernej ekspresji, chce kontrolować swój wygląd, wcielać się w postać na bezpiecznym dla siebie gruncie. Dern ciągle stoi nad krawędzią – jej bohaterki balansują na granicy załamania nerwowego, zachowują się irracjonalnie, są niedojrzałe i postępują głupio.

Aż chciałoby się wziąć je za rękę, uspokoić i poprowadzić bezpiecznie przez życie. „Wcielając się w postać, Laura zawsze robi o pół kroku za dużo”, mówi Greta Gerwig, która reżyserowała ją w filmie „Małe kobietki” na podstawie kultowej powieści Louisy May Alcott, gdzie Dern gra postać Marmee wzorowanej na matce pisarki. „Z początku byłam pewna, że ta jej nadmierna odwaga w kreowaniu postaci wypadnie śmiesznie, ale myliłam się. Laura odnajduje prawdę o postaci w przerysowaniu, co ostatecznie okazuje się zaskakująco wiarygodne. Takie podejście wymaga od aktorki olbrzymiej brawury, bo ociera się przecież o śmieszność”, dodaje Gerwig. David Lynch, z którym Laura Dern zrobiła w sumie cztery filmy, m.in. „Blue Velvet” (1986), „Dzikość serca” (1990), „Twin Peaks” (2017), twierdzi, że aktorka jest w 99 procentach nieustraszona. Jeden procent dotyczy prośby, aby na potrzeby roli w jednym z jego filmów ogoliła głowę. Stanowczo odmówiła. 

Małe kobietki
mat.pras.

W „Małych kobietkach” Laura Dern gra wbrew swojemu emploi. Jest zorganizowaną, cichą i bezgranicznie dobrą matką czterech córek.

Aktorstwo ma w genach

Laura Dern urodziła się w aktorskiej rodzinie, która od dwóch pokoleń należała do elity świata filmowego. Hollywoodzka arystokracja. W 2010 roku ona, jej matka Diane Ladd i ojciec Bruce Dern tego samego dnia otrzymali gwiazdy na słynnym Hollywood Boulevard. Rodzice rozwiedli się, kiedy Dern miała dwa lata. Wychowywały ją matka (na kolejnych planach filmowych) i babcia (na ranczu w Missisipi). Ojciec odsunął się od rodziny po śmierci starszej siostry Laury, która utopiła się w basenie w wieku niespełna dwóch lat. Chociaż aktorki nie było jeszcze wtedy na świecie, wielokrotnie będzie później powtarzać rodzicom, jak bardzo za siostrą tęskni. „Ta tęsknota nie była wymyślona – mówi jej ojciec. – Laura cała jest uczuciem, tykającą bombą emocji”. 

W 1973 roku matka zabrała ją na plan filmu „Alicja już tu nie mieszka”. Siedmioletnia Dern nie sprawiała kłopotu, godzinami przyglądała się Martinowi Scorsese. Od tego czasu fascynuje ją praca reżyserów. „A szczególnie proces, dzięki któremu osiągają od aktora to, czego chcą”, mówi Dern. Jako nastolatka nie kochała się w przystojnych aktorach, tylko w wybitnych reżyserach – Franku Caprze, Prestonie Sturgesie, Robercie Altmanie. Czas spędzała przed telewizorem, oglądając pierwszy płatny kanał w amerykańskiej telewizji, legendarny Z Channel, w którym pokazywano ambitne amerykańskie filmy, często w wersjach reżyserskich (Dern do dziś kolekcjonuje pudełka na lunch ozdobione kadrami filmowymi). 

Chociaż w kinie debiutowała w wieku pięciu lat, pierwszą dużą rolę zagrała w wieku 11 lat u boku niewiele starszej Jodie Foster („Lisice”, 1980). Jak przystało na hollywoodzką arystokratkę, nigdy nie była trudnym dzieckiem ani zbuntowaną nastolatką. W szkole podstawowej trenowała pływanie i była szefową samorządu szkolnego. Kiedy koleżanki nosiły spodnie dzwony i skąpe bluzeczki albo kuse spódniczki mini do wysokich kozaków – zgodnie z modą lat 70. – Laura wybierała długie, eleganckie sukienki nieodsłaniające ramion, a włosy związywała romantycznie wstążką. Dern jest jak Sandy (Olivia Newton-John) z filmu „Grease”, która nie poznała swojego Danny’ego (John Travolta) i na zawsze pozostała grzeczną dziewczynką. 

Laura Dern wspiera kobiety

Do gazet trafiła po raz pierwszy w  czasach liceum, kiedy zorganizowała w szkole strajk, żądając podwyżek płac dla nauczycieli. Nigdy nie miała problemów z alkoholem ani narkotykami. Wszystkie jej związki należały do gatunku „poważnych” i trwały co najmniej po kilka lat. Jako że karierę filmową zaczęła we wczesnym dzieciństwie, naturalne w świetle #MeToo było pytanie, czy udało jej się uniknąć losu wielu koleżanek z branży, które stały się ofiarami molestowania.

Laura Dern odpowiada na to pytanie szczerze, ale i powściągliwie. „Między 11 a 16 rokiem życia wielokrotnie zdarzało mi się znaleźć w sytuacjach dwuznacznych i potencjalnie niebezpiecznych. Byłam przecież dzieckiem, nie wiedziałam, czy w ogóle wolno mi powiedzieć nie. Dziś nie mieści mi się to w głowie: kto wysyła 13-letnią dziewczynkę do pokoju hotelowego 40-letniego reżysera, aby razem przećwiczyli scenę miłosną z filmu?! Na szczęście, być może zawdzięczam to rodzicom i ich znajomościom, otaczał mnie krąg życzliwych ludzi uważnych na różne zagrożenia”, mówiła, lecz w jej wypowiedziach nigdy nie padły żadne nazwiska. „Miałam szczęście, należałam do znanej rodziny, traktowano mnie z respektem, w końcu mój ojciec zabił Johna Wayne’a!”, żartowała, nawiązując do sceny z filmu „Kowboje” (1972). 

Kiedy przeczytała list Moniki Ramirez, założycielki fundacji „Sprawiedliwość dla Emigrantek”, która w imieniu kobiet zatrudnianych nielegalnie w USA wyrażała solidarność z kobietami w branży filmowej, poczuła wstyd i konsternację. Natychmiast jej odpisała. Dziś Dern i Ramirez współpracują i blisko się przyjaźnią. Piszą razem edukacyjne książki dla dzieci i obie prowadzą fundację. Dern jest współzałożycielką fundacji Time’s Up, gdzie skupia się na reformie zasad przeprowadzania castingów do seriali i filmów telewizyjnych. Jak twierdzi, to właśnie tam dochodzi do największej liczby przestępstw na tle seksualnym i nadużyć władzy.

Dernologia stosowana

Najważniejszym reżyserem w jej życiu jest niewątpliwie David Lynch. W jego „Blue Velvet” zagrała jeszcze w trakcie studiów (dziennikarstwo i psychologia), ale dopiero rola w „Dzikości serca” pokazała skalę jej możliwości aktorskich. Niezrównoważona nimfomanka, zaburzona, niebezpieczna, a jednak ujmująca i słodka – taka była jej Lula i takie pozostały już niemal wszystkie jej bohaterki. Z Davidem Lynchem przyjaźni się całe życie, od lat spotykają się co tydzień w niedzielę na kolacji w legendarnym hollywoodzkim hotelu Chateau Marmont. Na przyjaciół nie może zresztą narzekać, są jej wierni od lat, a należą do nich głównie reżyserzy: Paul Thomas Anderson, Alexander Payne i Peter Bogdanovich, a ostatnio także Greta Gerwig.

Mniej szczęścia miała w miłości. Spotykała się ze swoimi filmowymi partnerami: Kyle’em MacLachlanem („Blue Velvet”), Jeffem Goldblumem („Park Jurajski”) i Billym Bobem Thorntonem („Zdrowie taty”), który porzucił ją dla Angeliny Jolie. „Wyjechałam na kilka tygodni na plan filmowy, a kiedy wróciłam do Los Angeles, dowiedziałam się, że mój chłopak się w tym czasie ożenił i zapomniał mi o tym powiedzieć”, mówiła później, nie ukrywając pretensji. Jedyny trwały związek stworzyła z muzykiem Benem Harperem – jeśli znacie jego piosenki, to z pewnością zrozumiecie Dern! Ich małżeństwo co prawda rozpadło się po ośmiu latach, ale wychowują wspólnie dwójkę dzieci – 18-letniego syna Ellery’ego, który jako model debiutował właśnie w pokazie Rafa Simonsa, i 15-letnią córkę Jayę.

Chociaż Laura Dern karierę rozpoczęła ponad 40 lat temu, nigdy nie pracowała tyle, co teraz, po pięćdziesiątce. I nigdy jeszcze nie była tak popularna. Aby opisać ten fenomen, amerykańscy dziennikarze stworzyli nawet termin: dernaissance (z połączenia Dern i renaissance). Aktorka przyjęła ten pomysł chłodno. Uważa bowiem, że słowo renesans charakteryzuje odrodzenie czegoś, co zamarło czy na jakiś czas zniknęło. A ona była, jest i będzie. Nawet jeśli nie gra w filmach, to wychowuje dzieci, prowadzi własną firmę producencką (w tym roku zobaczymy ją w wyprodukowanym przez nią serialu „The Dolls” w HBO, który opowiada o wydarzeniach z 1984 roku w Arkansas, gdzie doszło do fali przemocy spowodowanej ogromnym popytem na… kolekcję lalek). Działa w Time’s Up, zbiera fundusze na budowę olbrzymiego i imponującego rozmachem Muzeum Akademii Filmowej. 

Do Dern bardziej niż renesans pasuje słowo wiedza, dlatego lepszym terminem na opisanie jej fenomenu jest dernologia. Jedno można o niej powiedzieć na pewno: wie, jak żyć w poczuciu spełnienia. „Życie z drugim człowiekiem w związku ma dla mnie sens jedynie wtedy, kiedy obie strony darzą się nie tylko miłością, ale i szacunkiem. Podziwiają się nawzajem. A to rzadkie. Chciałabym, żeby mnie to jeszcze kiedyś spotkało – mówi. – W dzieciństwie moją idolką była aktorka komediowa Lucille Ball. Kochałam Barbarę Stanwyck i Katharine Hepburn, ale Lucy była dla mnie wszystkim. Codziennie po szkole pędziłam do domu, żeby obejrzeć kolejny odcinek serialu »Kocham Lucy«. A potem serial zniknął z anteny, a kilka lat później pojawił się znacznie gorszy »The Lucy Show«. Nie chciałam go oglądać. Kiedy babcia zapytała dlaczego, odpowiedziałam, że Lucy wydaje mi się smutna. Miałam dziewięć lat, wiedziałam już, że będę aktorką i postawiłam sobie warunek, że nigdy nie zagram w czymś, co uczyni mnie smutną. Nie będę taką Lucy”.

Dotrzymała słowa. Chociaż zdarzały jej się lata zawodowego zastoju, to grała tylko u najlepszych reżyserów, a każda rola rozwijała ją jako aktorkę i pogłębiała dorobek. „Kiedy niektóre koleżanki brały pierwszą lepszą rolę ze strachu, że świat o nich zapomni, ja wolałam poczekać na ciekawsze propozycje. Uważałam, że historie dojrzałych kobiet opowiadane przez dojrzałe kobiety muszą w końcu pojawić się w kinie. Wierzyłam, że świat mnie kiedyś dogoni”, wyjaśnia. Laura Dern nie ma się czego w życiu wstydzić.

I to jest chyba główna zasada dernologii. 

Artykuł ukazał się w „Urodzie Życia” 2/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG