Królowa popu i synonim obciachu lat 90., czyli za co kochamy Britney Spears?
Materiały prasowe Sony Music

Królowa popu i synonim obciachu lat 90., czyli za co kochamy Britney Spears?

Dokładnie 20 lat temu ukazał się jeden z najważniejszych albumów w dziejach popkultury: „Oops!… I Did It Again”.
Magdalena Żakowska
18.05.2020

Wiem, że dla wielu z was Britney Spears to synonim plastiku, różu i taniości. I to na pewno jest cześć prawdy o niej, a raczej o czasach, w których powstały jej największe przeboje. Koniec lat 90. to był estetyczny koszmar, chyba największy od czasów baroku, ale, powiedzmy to sobie uczciwie, każda z nas w mniejszym lub większym stopniu brała w tym udział. Malowałyśmy się jak opętane, stroiłyśmy w dopasowane bluzki z dekoltem i prawie wszystkie chciałyśmy być blondynkami. Do kina biegałyśmy na „Słodkie zmartwienia”, „Ten pierwszy raz” i „Szkołę uwodzenia”, ikoną mody była Paris Hilton, Victoria Beckham miała jeszcze sztuczne piersi, a z radia straszył przebój „Barbie Girl”, który powinien być dziś zakazany na równi z manifestem Andersa Breivika.

Właśnie w takiej scenerii ukazał się drugi album Britney Spears „Oops!… I Did It Again”, który w samych Stanach Zjednoczonych sprzedał się w nakładzie ponad 10 mln egzemplarzy. Bo przypomnę: to były czasy, w których nie było jeszcze Facebooka i telefonów komórkowych, za to kupowałyśmy masowo płyty CD. 17 sierpnia z okazji 20. rocznicy ukaże się specjalne winylowe wydanie „Oops!...”.

 

W momencie wydania „Oops!...” Britney miała 19 lat, z czego już 11 spędziła na scenie. Była produktem wymyślonym przez wytwórnię muzyczną. Nie pisała swoich piosenek, nie decydowała o tym, jak będą wyglądały jej teledyski, ani o tym, jak długo będzie trwała trasa koncertowa. Jej zadaniem było śpiewać, tańczyć i szeroko się uśmiechać. I dawała z siebie to wszystko. „Oops!…”, „Lucky”, „Stronger” to ponadczasowe hity, które do dziś znam na pamięć. Pamiętam nawet fragmenty układów tanecznych Britney, uczyłam się ich z MTV. Te piosenki, te teksty, te teledyski ilustrowały nasze nastoletnie fascynacje, towarzyszyły nam, kiedy byłyśmy zakochane i kiedy ktoś złamał nam serce. Czy tego chcemy, czy nie, są w dużej mierze ścieżką dźwiękową naszej młodości.

To, co później stało się z Britney Spears, sprawiło, że niechętnie nam się dziś do tego przyznać, ale właściwie dlaczego? Czy mamy moralne prawo, żeby ją oceniać? Wszystko, co spotkało Britney Spears, miało swoje źródło w tamtych dość obleśnych, jeśli chodzi o branżę muzyczną, czasach. 

Britney Spears & Justin Timberlake
East News

Jej kariera to cykliczne upadki i wzloty. W latach 1998-2002 była księżniczką popu. Za sprawą „Hit Me Baby” stała się jedną z najbogatszych piosenkarek na świecie z majątkiem wartym ponad 500 mln dol. Jej kolejne występy na MTV Video Music Awards przechodziły do historii w kategorii „legendarne”. Spotykała się z członkiem boysbandu NSYNC, Justinem Timberlake'iem (na zdjęciu powyżej: ich najlepsza jeansowa stylówka), którego poznała w wieku ośmiu lat w Klubie Przyjaciół Myszki Mickey (razem z nimi występowali wtedy Christina Aguillera i Ryan Gosling).

Ale w 2002 roku ich związek się rozpadł, a Justin Timbelake wypuścił swój pierwszy solowy album „Justified”. W teledysku do promującej go piosenki „Cry Me a River” śpiewa o tym, jak został zdradzony, jak cierpi, jak tęskni, i wodzi smutnym wzrokiem za dziewczyną do złudzenia przypominającą Britney Spears. Po tym teledysku wszyscy zapisali się do klubu Timberlake'a, a Britney Spears zalała pierwsza fala hejtu. Będzie ich jeszcze później wiele – kiedy weźmie w Las Vegas ślub z kolegą z dzieciństwa i odwoła go po 55 godzinach, kiedy ogoli głowę na łyso, kiedy nietrzeźwa zaatakuje robiących jej zdjęcia paparazzi, kiedy w 2007 roku zaliczy na VMA najgorszy występ w swojej historii, kiedy odwoła koncerty w Las Vegas, bo bilety się nie sprzedały.

Rzadko wspomina się natomiast jej późniejsze sukcesy – genialne przeboje „Toxic” i „Me Against the Music”, które Britney już współkomponowała i napisała, słynny występ z Madonną i Christiną Aguilerą na VMA, podczas którego Madonna pocałunkiem namaszcza ją symbolicznie na nową królową popu, mocny powrót w 2008 roku z przebojem „Womanizer”. Ale fakt, nie było tego dużo. 

Britney Spears jak Marilyn Monroe?

Britney Spears nie potrafiła zarządzać swoją karierą. Podczas gdy Justin Timberlake ma dziś pozycję genialnego muzyka, aktora i głowy szczęśliwej rodziny, ona po kilkuletniej walce odzyskała prawo do opieki nad dziećmi, wyszła z alkoholizmu i prowadzi w niezamierzony sposób śmieszne konto na Instagramie. Przedstawiana była przez lata jako niestabilna emocjonalnie gwiazda w stylu Marilyn Monroe. Ale jeśli przyjrzeć się bliżej, nie ma nic dziwnego w tym, że tak bardzo się pogubiła.

W wieku 17 lat straciła wolność wyboru tego kim i jaka chce być. Wytwórnia zdecydowała za nią i sprzedała ją na okładce magazynu Rolling Stone w samej bieliźnie. Taka miała od dzisiaj być – szczupła, seksowna, niewinnie młoda, ale już niegrzeczna. W wieku 18 lat stała się największą gwiazdą muzyki pop i od tego momentu każdy jej nastoletni błąd, każdy głupi ruch, spotykał się z globalną falą krytyki. Była ścigana przez paparazzi, odarta z prywatności, pozbawiona głosu nawet w swojej własnej sprawie. A jednocześnie niewyobrażalnie bogata i odizolowana od świata.

W dokumencie pokazującym kulisy trasy koncertowej „Me Against the Music” Britney z zakłopotaniem przyznaje się przed kamerą, że chociaż codziennie na scenie wygina się w seksualnych gestach, jedyne zbliżenie, jedyny pocałunek, jaki dzieliła z drugim człowiekiem w ciągu ostatnich dwóch lat, to ten z Madonną. W teledysku do niedocenionej piosenki „Everytime” gra samą siebie – zaszczutą, prześladowaną i samotną – i rozważa samobójstwo. Ale taka wersja Britney Spears nie spodobała się fanom. Odmówiono jej prawa do mówienia w swoim imieniu, stworzenia własnej narracji, zdefiniowania własnej dojrzałej artystycznej tożsamości. A potem wyśmiano kolejne potknięcia. Dlatego kiedy patrzę na nią dzisiaj, na przykład w towarzystwie Jamesa Cordena w Carpool Karaoke, myślę sobie, że i tak nieźle sobie dała z tym wszystkim radę. Żyje, nie pije, dużo ćwiczy, zajmuje się dziećmi. To mało i dużo jednocześnie.

Nie wróci już raczej z żadnym nowym przebojem, ale na mojej prywatnej playliście i tak zawsze będzie wysoko.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
HBO W domu Małgorzata Szumowska i Michał Englert
Kadr z filmu Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta. Materiały prasowe

Skolimowski, Szumowska, Skonieczny… Reżyserzy kręcą  14 filmów o epidemii

16 filmowców, 14 historii – HBO produkuje antologię o doświadczeniu izolacji. Premiera już za kilka tygodni!
Magdalena Żakowska
15.05.2020

Co to znaczy być twórcą w czasach niespotykanej od dawna epidemii, która sprawiła, że wszyscy musieliśmy pozostać w swoich domach? Zaproszeni do projektu HBO twórcy pracują nad swoimi filmami już od trzech tygodni, próbując na gorąco uchwycić wyjątkowość momentu, w jakim znalazła się ludzkość. W efekcie powstanie antologia 14 filmów, stworzonych w ramach artystycznego manifestu: filmy muszą dziać się tu i teraz, w czasie pandemii; nie mogą trwać dłużej niż 10 minut;  wszystkie muszą uwzględniać wprowadzone na czas pandemii restrykcje; artyści muszą przygotować filmy samodzielnie w czasie 4 tygodni, mając pełną dowolność w kwestii formy i gatunku. „W domu” to projekt HBO, który jednocześnie produkowany jest w kilku krajach europejskich. W polskiej wersji zobaczymy filmy: Jacka Borcucha, Andrzeja Dragana, Krzysztofa Garbaczewskiego, Renaty Gąsiorowskiej, Magnusa von Horna, Pawła Łozińskiego, Jana P. Matuszyńskiego, Tomka Popakula, Jerzego Skolimowskiego, Krzysztofa Skoniecznego, Małgorzaty Szumowskiej we współpracy z Michałem Englertem, Mariusza Trelińskiego, Anny Zameckiej we współpracy z Sung Rae Cho oraz Xawerego Żuławskiego. Jakie mają pomysły?  Jerzy Skolimowski: Wirus zastał mnie na Sycylii, gdzie przygotowuję swój nowy film. Dzięki niemu zostałem świadkiem zarówno włoskiej tragedii, jak i włoskiego heroizmu. Ale też splendoru sycylijskiej wiosny. Czas się na chwilę zatrzymał, ale też czas zdaje się mieć tu inny wymiar. Moim filmem dziękuję Sycylii za jej szczodrą gościnność. Renata Gąsiorowska: Mój film będzie o tym, jak jesteśmy jeszcze bardziej zamknięci w swoich bańkach, mimo że możemy komunikować się na odległość na tyle sposobów. O mojej relacji z mediami, które pochłaniam, a konkretnie z jednym kanałem na...

Czytaj dalej
Kazik Staszewski
Adam Polański

Kazik Staszewski: „Kwestia podzielenia Polski to ostatnie lata. Kiedyś rozmawialiśmy ze sobą”

Głos pokolenia. A właściwie kilku pokoleń, bo jest na scenie od ponad 30 lat. Kazik Staszewski opowiada o punkowej rebelii, artystycznej bezkompromisowości i tym, jak to jest być mężem, ojcem i dziadkiem.
Wika Kwiatkowska
17.05.2020

Kazimierz Staszewski – rocznik 1963. Wokalista i autor tekstów, lider Kultu i wielu innych formacji muzycznych. Jedna z czołowych postaci polskiego undergroundu lat 80. Mąż (żona Anna), ojciec (synowie Kazimierz i Jan) i dziadek (wnuczki Hanna i Helena).  W wywiadzie dla „Urody Życia” mówi: „Zrozumiałem, że piosenka, a tym bardziej wykrzyczany tekst, niesie za sobą o wiele większy przekaz niż słowo mówione czy pisane”. Wika Kwiatkowska: Waszą kultową płytę „Spokojnie” nagraliście ponad 30 lat temu. Cenzura nie przeszkadzała? Kazik Staszewski: Byliśmy już po dwóch płytach. Podczas obowiązkowych wizyt w urzędzie cenzury przepadł cały materiał pierwszej, musieliśmy wybierać z tekstów drugo- albo nawet trzeciorzędnych. Nie godziłem się na żadne ingerencje – albo teksty szły tak, jak napisałem, albo w ogóle.  Cenzorów było dwóch – ten dobry i ten zły. Zły nazywał się Witold Gawdzik, był leciwym panem i purystą językowym, zresztą autorem słynnych w PRL-u książek dla dzieci „Ortografia na wesoło” i „Gramatyka na wesoło”. Oczywiście czepiał się treści, ale czasem się rozpędzał i chciał też poprawiać ortografię czy składnię. Drugi nazywał się Wiesław Konopka i był tym dobrym. Mówił: „Musimy tak zrobić, żeby ci na górze się nie domyślili”. To była nie tyle walka z systemem, co prawdziwy Monty Python.  Na drugiej płycie po przepychankach przepuścili tekst „Wódki” pod warunkiem, że dam słuchaczom do zrozumienia, iż problem alkoholizmu dotyczy nie tylko Polski. Mocowałem się ze sobą, czy tego typu ustępstwo jest godne, czy niegodne. W końcu dałem tytuł: „Na całym świecie źle się dzieje, koledzy”.  Wybrnąłeś. A jak było ze...

Czytaj dalej
Wielkie kłamstewka z Reese Witherspoon i Nicole Kidman
mat. prasowe

Gwiazda „Wielkich kłamstewek” Reese Whiterspoon robi rewolucję w Hollywood

Marta Strzelecka
12.06.2019

Po pierwszych odcinkach już wygląda na to, że „Wielkie kłamstewka 2” powtórzą sukces pierwszego sezonu nagrodzonego ośmioma Emmy i czterema Złotymi Globami! Nowe odcinki trzymają w napięciu i zachwycają plejadą najlepszych aktorek Hollywood: w serialu HBO opartym na książce australijskiej pisarki Liane Moriarty występują Nicole Kidman, Meryl Streep, Laura Dern, Shailene Woodley – ale to Reese Witherspoon jest tutaj największą gwiazdą. Nie tylko gra jedną z głównych ról, ale też była współproducentką serialu (razem z Nicole Kidman) i jego inicjatorką. Ta pozornie krucha blondynka dzisiaj rządzi Hollywood – i jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Reese Witherspoon tworzy nowe kobiece Hollywood Jedna z popularniejszych młodych aktorek na świecie, z Oscarem za pierwszoplanową rolę, kilka lat temu dostała do przeczytania scenariusz. Miała zgrać przyjaciółkę głównego bohatera. „Dziewczynie nie zależy na tym, jak jest traktowana. Najgłupsza historia, jaką czytałam – wspominała Reese. – Zanim odmówiłam, dowiedziałam się, że o udział w tym projekcie starały się świetne aktorki. Pomyślałam: naprawdę? Tak źle myślimy o postaciach, jakie możemy grać?” Wydarzyło się to 10 lat temu i było dla Witherspoon pierwszym impulsem do tego, żeby zmienić sposób opowiadania o kobietach w kinie. Wtedy za największy sukces aktorki uznawano oscarową rolę June Carter, żony Johnny’ego Casha w „Spacerze po linie”. Ale przede wszystkim jej nazwisko wciąż kojarzyło się z „Legalną blondynką”, filmem o Elle Woods, która jest naiwna, dobrotliwa, sporo czasu poświęca temu, jak wygląda. I bez trudu dostaje się na Harvard, po czym odnosi sukcesy jako prawniczka. „Kiedy pracowałam nad tym filmem blisko 20 lat temu, nie...

Czytaj dalej