Monika Bellucci: „Jeśli jesteś piękna, musisz starać się bardziej”
Ralph Wenig/H&K/Agencja Free
#czytajdlaprzyjemności

Monika Bellucci: „Jeśli jesteś piękna, musisz starać się bardziej”

„Wybaczą ci przeciętność, ale nie wybaczą urody.”
Sylwia Niemczyk
04.02.2019

Trudno ocenić, ile Monica Bellucci ma lat. Wprawdzie skończyła już 50, ale równie dobrze można dać jej dziesięć mniej. Żadnego zmęczenia na twarzy, żadnych znaków odmładzania za wszelką cenę. Cieszy się z życia jak 20-latka. Opowiada o sobie jak ktoś dojrzały, ale też młodzieńczo zakochany – w dzieciach, pracy, w codzienności. To, co przyciąga uwagę w publicznym wizerunku Bellucci – intensywne spojrzenie, pełne usta, długie ciemne włosy – blednie przy jej łagodnym głosie, spokojnych gestach, dowcipie, inteligencji, błyskotliwości. 

 

Siedzi przede mną kobieta pewna siebie i pełna uroku. „Co miałabym robić obok Bonda? Nie jestem dziewczyną – pomyślałam, kiedy agent zadzwonił z informacją, że chcą mnie zaprosić do pracy nad kolejnym filmem o 007”. Ale propozycję przyjęła właśnie dlatego, że wydała jej się nieoczywista i odważna. „Poza tym zawsze lubiłam mężczyzn takich jak Bond – silnych i nieprzewidywalnych. Takich upodobań nie tracimy przecież z biegiem lat”.  Mamy zatem włoską diwę u boku angielskiego dżentelmena. Tajemniczą, zmysłową, trochę melancholijną i magnetyczną. Dojrzałość  Moniki Bellucci ma dopełnić wszystko, czego dotąd pragnął Bond.  

 

To ona zaczyna naszą rozmowę – od oceny „Idy” Pawła Pawlikowskiego, jednego z jej ulubionych filmów ubiegłego roku. „Mocny przekaz w czytelnej formie, prosty i ważny. Kiedy zobaczyłam plakat filmu z aktorką schowaną za woalem jak za maską, wiedziałam, że to opowieść dla mnie”. Pytam dlaczego, a ona odpowiada: „Wydawało mi się, że to historia o tym, co możemy w życiu zmienić, a na co nie mamy wpływu. I niewiele się pomyliłam. Ida jest odważna, a jednocześnie zniewolona przez swoje wcześniejsze decyzje, historię, los”. A kiedy mówię, że rok temu rozmawiałam z Agatą Kuleszą do pierwszego numeru „Urody Życia” o dojrzałości, rodzinie, kształtowaniu własnej drogi zawodowej, Monica Bellucci najchętniej spośród tych spraw podejmuje temat upływającego czasu.

 

O rodzinie nie mówi otwarcie od rozstania z mężem Vincentem Casselem dwa lata temu. Dziś sama wychowuje ich córki: dziewięcioletnią Devę i pięcioletnią Leonie. Ale do odpowiedzi na pytania o własny wiek przygotowana jest doskonale. „Niczego nie da się zrobić z tym, że jestem coraz starsza, prawda? Dlatego bawię się tym i korzystam ze wszystkiego, co sprawia, że dziś czuję się lepiej, niż kiedy miałam dwadzieścia lat”.

 

Marta Strzelecka: Jak dużo może być plusów dojrzałego wieku?

Monica Belluci: Prawie same. Ciało się zmienia, to oczywiste, ale wciąż jesteś kobietą – to przecież pozostaje bez zmian. Kobiecość jest wielką wartością i trzeba o nią dbać. Można się bawić własnym wizerunkiem, przerabiać go na różne sposoby, cieszyć się z bycia damą, atrakcyjną matką czy kimkolwiek chcesz. Właściwie widzę tylko jeden minus: martwi mnie, że moje córki dorastają, a ja rzeczywiście się starzeję. Pierwszą urodziłam, kiedy zbliżałam się do czterdziestki, drugą – jak miałam 45 lat.

 

Dlaczego tak późno?

Wcześniej po prostu nie byłam gotowa na doświadczenie tak ogromne, wymagające, odpowiedzialne. Trudno mi było wyobrazić sobie, że oddaję komuś siebie, stawiam na drugim miejscu własne ambicje. Myślę, że po prostu bardzo długo, być może za długo, czułam się dzieckiem. Dziś mogę powiedzieć, że do czasu urodzenia pierwszej córki. To ona pozwoliła mi uwolnić się od myślenia o sobie samej przede wszystkim jak o jedynej córeczce rodziców, zamkniętej we własnym świecie. Trudno mi było uciec od tej roli. Dopiero jako matka poczułam się sobą w dorosłej, pełnej wersji.

Monica Bellucci
Ralph Wenig/H&K/Agencja Free

Była pani samotnym dzieckiem?

Dosyć. Dorastałam wprawdzie w tradycyjnej, wielopokoleniowej włoskiej rodzinie pełnej dzieci, jednak zawsze wolałam trzymać się gdzieś z boku. Ojciec był kochany, ale potrafił być też nieprzewidywalny, wybuchowy. I najważniejszą z rzeczy, których mnie nauczył, było to, że muszę umieć zadbać o siebie, że nie mogę być zależna. Powtarzał: „Kiedy wychodzisz z mężczyzną, zawsze miej przy sobie pieniądze, bo nie wiadomo, kiedy i czy będą ci potrzebne”. I szczerze mówiąc, kilka razy byłam mu za tę naukę wdzięczna. Od wczesnej młodości chciałam być samodzielna, również finansowo.

 

Stąd pomysł, by zarabiać na studiach jako modelka?

To miała być krótka przygoda. Studiowałam prawo i myślałam o poważnej, statecznej pracy. Do tego mama powtarzała, że nie mogę dać się zwieść blichtrowi świata mody. Namawiała mnie, żebym wciąż chciała więcej, żebym się nie zatrzymywała. Ona sama wiodła bardzo proste życie: wyszła za mąż, prowadziła dom i jej główną rolą było bycie partnerką ojca i moją matką. „Nie mów mi, że chcesz tego samego” – słyszałam od niej. Może widziała przede mną możliwości, których sama nie zrealizowała. Klasyka opowieści rodzinnych, ale cieszę się, że tak się to wszystko ułożyło.

 

Jednak gdyby nie pani uroda, praca modelki i trochę szczęścia...

…nie byłoby mnie dziś obok Bonda. To prawda. I rzeczywiście szczęście było tu najważniejsze. Sprawdza się druga nauka od ojca: życie zaskakuje i zawsze jest silniejsze od ciebie. Nie warto siłować się z losem, wystarczy ciężko pracować.

 

Co to znaczy: siłować się z losem?

Przywiązywać się do planów i złościć się, kiedy coś nie wychodzi. Dziś wiem na pewno – możemy uznać, że mój wiek ma z tym związek – że nie opłaca się przyjmować niczego na stałe ani w pracy, ani nawet w najważniejszych relacjach z ludźmi. Trzeba nauczyć się akceptować wszystko, cokolwiek się stanie.

 

Bez jakiego wydarzenia nie byłoby pani dziś w kinie?

Myślę, że gdyby Francis Ford Coppola nie zobaczył mojego zdjęcia z jakiejś sesji mody, pewnie byłabym dziś prawniczką, która porzuciła karierę, by zajmować się domem i gotować spaghetti gdzieś na Sycylii. To, co stało się na początku mojej drogi zawodowej, było zaskakujące, piękne i jednocześnie przerażające. Kiedy Coppola dał mi małą rolę w „Draculi”, czas na planie spędziłam w uniesieniu, a potem wpadłam w panikę. Pomyślałam, zgodnie ze sposobem myślenia mamy: „Przecież nie mogę wrócić z kina do modelingu. Nie mogę iść w dół, skoro wspięłam się wyżej”. A nie znałam sposobu na to, by wyrażać siebie w aktorstwie. Czułam, że to jest mój świat, na tym polega moje spełnianie się, ale nie wiedziałam, jak to robić. Do tego miałam świadomość, że dostałam tę rolę dzięki urodzie, nie dzięki talentowi. Nigdy nie wiadomo, co i jak zostanie wykorzystane z twojej przeszłości. Nie przeceniałam urody, ale to ona dała mi wejście do filmu. Kino było dla mnie jak nastoletnia miłość, która wydaje się nie do spełnienia. Ale zaczęłam chodzić na lekcje aktorstwa, pamiętając słowa mamy: „Monica, nie chcesz chyba powiedzieć, że nie będziesz się starać”.

Monica Bellucci
Ralph Wenig/H&K/Agencja Free

Musiało panią męczyć przez lata, że jako aktorka była pani postrzegana jako „ta ładna”, nie „ta utalentowana”.

To dowód, że lubimy operować stereotypami. Nie twierdzę, że jestem wybitnie utalentowana, ale uważam, że było sporo przesady w postrzeganiu mnie jako modelki, która gra w filmach. Przez lata wydawało mi się, że może lepiej byłoby wyglądać średnio atrakcyjnie. I dowiedziałam się, że wybaczą ci przeciętność, ale nie wybaczą urody. Dostajesz za to rodzaj kary: jeśli jesteś pięknością, musisz starać się bardziej, żeby doceniono twój intelekt.

 

Nie budowała pani takiego właśnie wizerunku – kogoś, kto uwodzi urodą?

Może taka po prostu jestem. Co zrobić? Poza tym trzeba być naprawdę naiwnym, żeby wierzyć, że aktorka jest tą postacią, która pozuje do zdjęć w magazynach. Doskonale znam różnice między bohaterką, jaką gram w swoim publicznym wizerunku, a człowiekiem, jakim jestem. Na tych czerwonych dywanach stoją przecież ludzie, nie nadludzie. A ja pomiędzy nimi. Czasem są wystraszeni, czasami próżni, często korzystają z krótkiej chwili, w której błyszczą.

 

Jak się pani dziś czuje na tych czerwonych dywanach?

Znacznie lepiej, niż kiedy miałam dwadzieścia kilka lat. Jestem bardziej pewna tego, czego chcę. Lepiej radzę sobie z własnymi wadami, łatwiej akceptuję to, jaka jestem. Doskonale wiem, że nie chcę być maszyną, która liczy kalorie i odmierza czas treningów z prywatnym trenerem. Że lubię włoską kuchnię i nie jestem chuda. Cieszę się z tego wszystkiego.

 

I naprawdę nie zna pani żadnego sekretu przedłużania młodości?

Myślę, że nie ma takich sekretów. Miłość. Ale to chyba żadna tajemnica. Poza tym mnie życie rozpieszcza, więc pewnie nie mam prawa podawać recept, bo po prostu miałam sporo szczęścia. Zdaję sobie z tego sprawę. Może zawdzięczam coś również własnej sile. Bez wewnętrznej siły życie może zniszczyć. Niezależnie od tego, ile odniosłabyś sukcesów, jak pięknie byś wyglądała, ile Oscarów mogłabyś dostać, trzeba mieć siłę, żeby to wszystko przyjąć.

 

A jak przyjęła pani rolę dziewczyny Bonda?

Z ekscytacją, ale nie była dla mnie przełomowa – tak, jak chociażby Malena. Jednak niezwykle ważna jako opowieść o kobietach różnych pokoleń i kultur. Gram dojrzałą Włoszkę i to nie jest przypadek. To wielkie dopełnienie w życiu Bonda, otoczonego młodymi dziewczynami, które dorastały w zupełnie innych czasach niż moja Lucia. One są naprawdę niezależne, korzystają z równouprawnienia, imponuje im świat gadżetów Bonda – wszystko, co w nim zewnętrzne. A ja jestem tajemnicą – kobietą z sekretami. I należę do starego świata rządzonego przez mężczyzn. Uczę się w tym filmie niezależności, jak wiele kobiet, nie tylko we Włoszech.

 

Myśli pani, że taka opowieść o potrzebie prawdziwej niezależności kobiet jest dziś wciąż ważna?

Tak, bo teraz chodzi o coś więcej niż na początku feminizmu: o walkę w głowach. Gra nie powinna się toczyć tylko o zewnętrzne oznaki niezależności, takie jak równe prawa w pracy, ale o zmianę sposobu myślenia. We włoskich rodzinach dziewczyny żyją w klatkach bardzo długo, myślą przede wszystkim o rodzinie, nie o sobie. I nawet jeśli otwierasz taką klatkę, dziewczyna nie wylatuje. Nie ma w niej woli ani umiejętności, które mogłaby podpatrzyć u matki czy babki. Sama musi nauczyć się wolności.

 

Ale Bond to chyba nie jest najlepszy partner do takiej nauki?

Dziś już jest. Albo zaczyna być. Kiedyś był mężczyzną, któremu chodziło tylko o flirty, zabijanie wrogów, kontrolowanie sytuacji. Teraz Bond to człowiek, który walczy ze sobą. Chce prawdziwej bliskości, prawdziwego uczucia, a żeby je dostać, musi pokonać siebie – tego macho, który jest seksowny dlatego, że jest niebezpieczny, a nie dlatego, że daje kobiecie spokój. Stara się znaleźć złoty środek. Mam nadzieję.

 

Daniel Craig jako Bond szuka złotego środka? Niemożliwe.

Wciąż nie wiadomo, czy cię pocałuje, czy zabije. Ale ja najbardziej wierzę w jego wewnętrzny spokój.

 

To najbardziej pożądana cecha mężczyzny?

Chodzi o odpowiednią mieszankę. Marcello Mastroianni był bliski ideału – męski z kobiecą wrażliwością. Była w nim jakaś słodycz, jakaś niewinność, ale też trochę szorstkości. Bill Murray jest podobny – potrafi być groźny, niebezpieczny nawet, a jednocześnie delikatny, zabawny. Podoba mi się ta dwoistość. Trzech albo czterech mężczyzn w jednym to by było coś dla mnie.

 

A gdyby pani miała od nowa zaprojektować własny wizerunek, porzucając etykietki, które już do pani przylgnęły?

Aktorka po pięćdziesiątce, która budzi pożądanie i błyszczy intelektem. To byłoby coś zaskakującego?

 

W pani przypadku raczej nie.

No i są przecież Isabelle Huppert, Catherine Deneuve, Charlotte Rampling. Życie jest dłuższe niż kiedyś, może dlatego postrzegamy dojrzałe kobiety w kinie inaczej niż kilkadziesiąt lat temu. Wydaje mi się, że pięćdziesiątka to nowa trzydziestka. I tego będę się trzymać.

 

Wywiad z Monicą Bellucci ukazał się w „Urodzie Życia” 11/2015

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG