Moje życie to kino drogi  –  mówi nam gwiazda serialu „Król” Lena Góra
mat.prasowe

Moje życie to kino drogi  –  mówi nam gwiazda serialu „Król” Lena Góra

Mojego ojca gra Andrzej Seweryn, TEN Andrzej Seweryn, ale gdy się o tym dowiedziałam, nie miałam pojęcia, kto to jest. Nie znałam jego filmów – rozmowa z Leną Górą, czyli Anną Ziembińską z serialu „Król”.
Magdalena Żakowska
16.11.2020

W serialu „Król" gra Annę Ziembińską córkę prokuratora Ziembińskiego i siostrę faszysty z ONR-Falanga. Jedyną kobietę, dla której Jakub Shapiro gotowy jest zrobić wszystko. Chociaż Ziembińska to w książce (a jeszcze bardziej w jej telewizyjnej wersji) jedna z najważniejszych kobiecych postaci, twórcy serialu zdecydowali się obsadzić w tej roli aktorkę w Polsce kompletnie nieznaną. Kim jest Lena Góra? 

Magdalena Żakowska: Jak trafiłaś do serialu „Król”?

Lena Góra: W Los Angeles dostawałam od czasu do czasu jakąś propozycję z Polski, ale ta była pierwsza, dla której byłam gotowa zostawić Stany na tak długo, jak będzie trzeba. Dopiero, kiedy tu wróciłam, zorientowałam się, że mam w Polsce mnóstwo do odkrycia, dużo zaległości do nadrobienia. Kiedy rozmawiam o Polsce, znajomi pytają mnie czasem: „Lena, żartujesz, naprawdę o tym nie wiesz?”. Nie wiem, ale mam na to sposób. Odpowiadam: „Oczywiście, że wiem! Ale opowiedz, jak ty to widzisz”. Działa.

Odrobiłam lekcje!

Prawda jest taka, że nie znam polskich książek, muzyki, kina. Od 14 lat nie miałam kontaktu z polską kulturą. Mojego ojca w „Królu” gra Andrzej Seweryn, TEN Andrzej Seweryn, ale gdy się o tym dowiedziałam, nie miałam pojęcia, kto to jest. Nie znałam jego filmów.

Pewnie się zdziwił.

Odrobiłam lekcje i przygotowałam się na zdjęcia próbne. Wtedy wiedziałam o nim już prawie wszystko, łącznie z tym, że jest bardzo eleganckim dżentelmenem. Chciałam, żeby przed kamerą między nami szczerze zaiskrzyło, przecież Ziembińskiego łączyła z córką ognista relacja. Na planie pozwoliłam sobie na zadarcie nosa, à la aktorka z L.A. Powiedziałam do niego: „Andrzej, możesz mi podać scenariusz?”. Wszyscy zamarli. Znalazłam podobną sztuczkę na scenę z Michałem Żurawskim.

Jaką sztuczkę?

Nie powiem! Ale Michał powiedział później reżyserowi: „Każda, tylko nie ta”. I tak chyba dostałam rolę.

góra
Fot. Łukasz Bąk

Lubisz Annę Ziembińską?

Dla mnie to po prostu Ania, jest mi w jakimś sensie bardzo bliska. Czasem z tego powodu było mi trudno ją grać.

Dlaczego nie widzieliśmy cię wcześniej w kinie? Skąd jesteś?

Teraz często słyszę, że jestem „tą Leną z Los Angeles”, kiedyś byłam Leną z Sopotu, mogę być też z Nowego Jorku, gdzie spędziłam wiele lat. Ale czemu to takie ważne skąd?

To, skąd jesteśmy, chyba nas jakoś kształtuje?

Pewnie tak. Mam polski i amerykański paszport co w obecnym świecie faktycznie daje mi jakieś poczucie wolności. I to jest dla mnie ważne. Może całe życie będę tworzyć i żyć tu i tam. Wyjechałam z Polski w wieku 16 lat. Byłam jeszcze dzieckiem i po prostu szukałam wolności.

Dlaczego wyjechałaś?

Długa historia. Moi rodzice są artystami. Tata, Sławek, jest malarzem. Mama, Ela, znana jako Malwina, była artystką awangardową, śpiewała w alternatywnych postpunkowych zespołach, m.in. Pancernych Rowerach i Aptece. A sztuka często łączy się z jakimś rodzajem narcyzmu. Byłam takim dzieckiem, które rodzice zabierali na koncerty, wernisaże, imprezy, kręcili różne papierosy, żyli swoim życiem, a ja z nimi, ale bardzo osobno. Często się przeprowadzaliśmy, zmieniałam szkoły, nie miałam poczucia bezpieczeństwa. Dość szybko zrozumiałam, że jeśli chcę znaleźć swój świat i bezpieczeństwo, to muszę po nie wyruszyć sama. W jakimś sensie sama byłam od zawsze.

I dlatego szybciej dorosłaś?

Na pozór pewnie tak, na pewno nie miałam tyle czasu na zabawę, co moi rówieśnicy. W wieku 12 lat zgłosiłam się do Teatru Wybrzeże na warsztaty teatralne prowadzone przez Szymona Jachimka. To były warsztaty dla dorosłych, a ja, chociaż byłam smarkaczem, weszłam tam i usiadłam, jak dorosła. Dziś Szymek opowiada tę historię jak anegdotę – byłam tak pewna tego, że należy mi się tam miejsce, że nikt nie miał odwagi zaprotestować.

Dorosłe dziecko…

Nie myślałam o sobie jak o dziecku, ale to normalne, dzieci zawsze myślą, że są dorosłe. Szybko zaczęłam grać w Teatrze Wybrzeże i Wybrzeżak. Poczułam wtedy, że chcę być aktorką, bo na scenie nikt nie ocenia mnie, tylko postać, w którą się wcielam. Dzięki temu mogę pozwolić sobie być, czuć, przeżywać emocje.

A dlaczego uciekłaś z Polski?

Kiedy miałam 15 lat, moi rodzice wyjechali do Anglii, ojciec chciał tam malować i nawiązał współpracę z jakąś galerią, a mnie zostawili u dziadków, rodziców taty, z którymi trudno mi było się porozumieć. Oni nie akceptowali mojej mamy, jej siły i wolności. Ani siły rodzącej się wtedy we mnie. To było zderzenie światów, dziadkowie byli zamożni, bardzo konserwatywni, a ja byłam nastolatką wychowaną bezstresowo przez parę artystów.

Należałaś do jakiejś subkultury?

Byłam taką emo skaterką. Kumplowałam się ze skaterami, bo słuchali najlepszej muzy i najlepiej się ubierali. Moje relacje z dziadkami były trudne, chociaż marzyłam o tym, żeby mieć prawdziwy dom, i myślałam, że to się właśnie spełniło. Chodziłam do angielsko-polskiego liceum w Oliwie, miałam najlepsze oceny w klasie, wygrywałam konkursy, nie ćpałam, ale im to nie wystarczało.

Zarabiałam kasę, ale nie była fajnie

Dostałam rolę w spektaklu w Berlinie, chciałam jechać, ale babcia zabrała mi paszport. W końcu spakowałam się i wyprowadziłam do kolegi i jego rodziny. Przez trzy miesiące, do końca pierwszej klasy liceum, mieszkałam u nich w dużym pokoju na kanapie i regularnie wyjadałam im wszystko z lodówki. Przygarnęli mnie całym sercem. Po zakończeniu roku szkolnego wyjechałam do Londynu.

Do rodziców?

Nie, oni byli już wtedy gdzie indziej. A ja wylądowałam na lotnisku z dwiema dużymi walizkami i oszczędnościami ze świnki skarbonki. Nie miałam nawet planu na to, jak spędzę tam pierwszą noc.

Co zrobiłaś?

Spotkałam przypadkiem w centrum Londynu siostrę mojego byłego chłopaka. Powiedziała „O, cześć Lena. Nie lubię cię. Idziemy na piwo porozmawiać o tym, jak rzuciłaś mojego brata?”. Na szczęście się upiłyśmy i przyjęła mnie do siebie do domu. Był 2007 rok, a ja skończyłam 17 lat.

Ciężko było?

Nie widziałam tego w ten sposób. W ciągu dnia kontynuowałam naukę, w nocy pracowałam za barem. Dużo się uczyłam i tu, i tu. O świecie, o różnych kulturach, ludziach. W końcu dostałam pierwszą rolę w offowym teatrze i skończyłam college aktorski. Nie pamiętam, czy miałam wtedy w ogóle czas na sen, ale jakoś go nie potrzebowałam.

góra
Fot. Łukasz Bąk

 

A potem przeprowadziłaś się do Los Angeles?

Najpierw w wieku 19 lat do Nowego Jorku.

Skąd brałaś odwagę do tego wszystkiego?

Nie miałam innego wyjścia. Nie miałam miejsca, do którego mogłabym wrócić, moi rodzice właśnie się rozstali, mieli swoje sprawy. W Londynie podczas próby do spektaklu zerwałam więzadło krzyżowe w kolanie. Po operacji spędziłam kilka miesięcy w łóżku, nie mogłam pracować, kolejne role przepadły. Kiedy wreszcie wstałam, dostałam propozycję zagrania w „Juliuszu Cezarze” w Nowym Jorku. Żeby kupić bilet, sprzedałam prawie wszystkie ciuchy. I tak miałam ich za dużo. Lekko łatwiej się podróżuje. W Nowym Jorku wciągnęłam się w świat mody. To było bardzo specyficzne środowisko. Przestałam jeść, chudłam i po raz pierwszy zaczęłam zarabiać dobrą kasę – jako modelka. Ale nie było fajnie.

Dlaczego?

Pod powierzchnią tych fajnych ubrań i elitarnych imprez kryje się dużo cierpienia. Czułam ciągłą presję i niepewność: czy jestem wystarczająco cool, czy jestem wystarczająco chuda, ładna. Z powodu niedowagi zaczęłam mieć problemy zdrowotne, byłam wycieńczona, miałam wory pod oczami, ale agencja była zadowolona. Poznałam modela, w którym się zakochałam, razem wyjechaliśmy do Los Angeles i oboje rzuciliśmy modeling.

W Nowym Jorku należałaś do słynnego Actors Studio, w Los Angeles skończyłaś prestiżową American Academy of Dramatic Arts.

Po latach spędzonych w różnych szkołach aktorskich w Londynie, Nowym Jorku i Los Angeles bardzo dużo czasu poświęcałam na rozkminianie tematu „bycia dobrym aktorem”. Poznałam techniki aktorskie: Uta Hagen, Meisner, Adler, Strasberg, Stanisławski, Czechow – wiedziałam o nich wszystko. Skupiłam się na tym, jak „grać”, a zapominałam po prostu „być”. W końcu trafiłam na mojego coacha aktorstwa, Anthony’ego Montesa. Kazał mi wywalić z głowy wszystkie metody. Uważa, że aktor ma dwa problemy: nie słucha partnera i jest cały czas skoncentrowany na sobie, na tym, jak gra, wygląda. Ciągle uczę się pozbywać tych dwóch nawyków.

I jak ci idzie?

Aktor musi być szczery, pozbyć się przed kamerą ambicji bycia dobrym. Najtrudniejsze jest bycie nudnym. Wtedy aktor nie gra, tylko staje się kimś innym. I to jest dopiero magia. Obejrzałam ostatnio „Sztuczki” Jakimowskiego [główne role grają amatorzy – red.] i zakochałam się w tym filmie.

Wróciłaś do Polski. Odnowiłaś relacje z rodziną?

Rodzina to przyjaciele. Ludzie, którzy cię po prostu kochają i to bezwarunkowo, dają ci czas i przestrzeń, a ty im. Ludzie, którzy sprawiają, że jest ci lżej i piękniej. Mam takich ludzi i czuję się megaszczęściarą, u jednych mam swoje rzeczy w L.A., u innych w Nowym Jorku. Wiesz, teraz dom, rodzina są we mnie. Może stało się to dzięki temu, że robię rzeczy, z których jestem dumna, które są moje, w których się spełniam. Nie szukam już akceptacji i oparcia na zewnątrz.

Nie tęsknisz za mamą?

Mama zawsze była genialna, potwornie utalentowana i krucha. Po przerwaniu kariery, a potem rozstaniu z moim ojcem wycofała się w siebie. Od czterech lat mieszka w lesie, nad jeziorem, w starym drewnianym domu. Pomagam jej wtedy, gdy mi na to pozwala.

Kiedy w twoim życiu pojawił się Jerzy Łapiński, którego nazywasz swoim dziadkiem?

Mój tata, po tym jak zostawił moją mamę, odnawiał kontakty z kobietami ze swojej przeszłości. Między innymi z Agnieszką Łapińską, z którą studiował na ASP w Gdańsku. Od razu się zaprzyjaźniłyśmy. Mój tata zniknął, a my zostałyśmy. Agnieszka się mną naprawdę zaopiekowała. Do jej taty najpierw mówiłam „panie Jerzy”, potem „panie dziadku”, w końcu „dziadku”, zresztą zawsze gdy wpadałam na jego premiery, to przedstawiał mnie wszystkim jako wnuczkę i robił to z taką pewnością, że nikt tego nie kwestionował. Jak do niego przyjeżdżałam, zawsze szykował wielkie uczty i pamiętał dokładnie, co najbardziej lubię jeść. Od dłuższego czasu chorował. Wieczorem, jak kładł się spać, mówił: „Gdybym się już nie obudził, to żegnam się!”. W Wigilię zeszłego roku w zasadzie się pożegnaliśmy. Przyjechała też moja mama i byliśmy wszyscy razem. Było pięknie. Umarł w maju, nie było mnie na pogrzebie, podczas pandemii utknęłam w Los Angeles.

Przygotowujesz już kolejny film. Olga Chajdas reżyseruje wasz wspólny scenariusz, a ty grasz główną rolę.

Tak, z Olgą poznałyśmy się już w L.A. i od pewnego czasu chciałyśmy coś wspólnie stworzyć. No i w lutym zaczynamy zdjęcia do naszego filmu.

Co to za historia?

Mogę jedynie powiedzieć, że nasz film opowiada historię pewnej alternatywnej artystki o imieniu Ela vel Malwina, która w latach 80. grała w alternatywnych kapelach, szukała swojej tożsamości, domu i wolności. To projekt, który jest dla mnie bardzo intymny, prywatny i trudny, a pisanie scenariusza stało się dla mnie rodzajem ozdrowieńczej terapii. Wiem, że teraz wcielenie się w tę postać będzie trochę obnażeniem i to na ekranie. Ale wiem, że przy kimś takim, jak Olga Chajdas, jestem bezpieczna – i ja, i ta historia.

Przygotowując się do tego filmu, przestałam się depilować. Wszędzie. A ponieważ ze względu na pandemię zdjęcia były już kilkakrotnie przekładane, od roku chodzę zarośnięta. Bardzo mnie bawią reakcje ludzi, jak widzą moje pachy.

A w trakcie pandemii nakręciłaś też film w Los Angeles.

Oglądając polskie krótkie metraże, natrafiłam na Michała Chmielewskiego i jego film „Hi, how are you”. Dostał za niego nagrodę na festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie. To, jak on widzi świat, było mi jakoś bliskie.

Bliskie, czyli jakie?

Kameralne, proste, nie na siłę, ale i w głąb. Ważne jest dla mnie kino drogi, bo moje życie to kino drogi. I nasz film należy do tego gatunku. Po zakończeniu zdjęć do „Króla” wróciłam do Los Angeles, a Michał przyleciał do mnie, bo okazało się, że jego ukochany aktor, John Hawkes [nominowany do Oscara za rolę w filmie „Do szpiku kości” – red.], jest moim przyjacielem. Chciał go poznać. Wylądował 13 marca, a kilka dni później zaczęła się pandemia. Oboje utknęliśmy w Los Angeles na cztery miesiące. Zaczęliśmy pisać razem scenariusz. To historia dziewczyny, którą rzucił chłopak, i musi zmierzyć się z tym, że jest totalnie samotna. Moja bohaterka kradnie samochód i rusza na pustynię. A po drodze zakochuje się we właścicielu samochodu – na podstawie muzyki, którą nagrał na płytach CD i zostawił w aucie [oryginalną muzykę napisał John Hawkes – red.]. Właściciela gra oczywiście John, spotykają się w finale.

Żałuję, że nie mogę pogadać z Hłaską

Pisząc ten scenariusz, zainspirowaliśmy się historią Connie Converse, nowojorskiej artystki, która w latach 70. spakowała wszystko, co miała, do samochodu, wyruszyła w poszukiwaniu nowego życia i słuch po niej zaginął. Stała się niewidzialna, przeżyła swoje życie w sposób, który się nigdzie nie zapisał. Do dziś w internecie na poświęconych jej stronach mnożą się spekulacje na temat tego, co się z nią stało.

Jaka jest Polska z perspektywy Polki, która wychowywała się z dala od niej?

Fascynująca, piękna, silna. Kiedy przyjechałam do Polski kręcić „Króla”, chodziłam po Warszawie z szeroko otwartymi oczami. Zakochałam się w barach mlecznych, w polskim świetle i obłokach – zwłaszcza latem nie ma takich nigdzie na świecie, a po ulicach chodzą białe gołębie i są jakieś takie boskie. Zakochałam się w starszych paniach, które na rogu ulicy sprzedają z rozkładanego stolika miód i grzyby, które same zebrały, i historiach, które opowiadają, jeśli tylko zapytasz. Zaczęłam nadrabiać polskie książki i muzykę, czytać Marka Hłaskę, Jerzego Kosińskiego, Andrzeja Żuławskiego. Ich spojrzenie na Amerykę i Polskę jest dla mnie bardzo interesujące – żałuję, że nie mogę z nimi o tym pogadać.

Rozmowa ukazała się w miesięczniku „Uroda Życia" 9/202

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Jennifer Croft z Olgą Tokarczuk, Uroda Życia
east news

Jennifer Croft, tłumaczka Olgi Tokarczuk, szczerze o książkach noblistki

„Pierwszy raz spotkałyśmy się 10 lat temu w Krakowie, na piwie”.
Sylwia Niemczyk
21.10.2019

Kim ona jest? – zastanawiali się wszyscy, kiedy z Olgą Tokarczuk odbierała literacką nagrodę Bookera, jedną z najważniejszych na świecie. Jennifer Croft przyciągała uwagę nie mniej niż pisarka – w końcu tłumacząc „Biegunów”, stworzyła ich międzynarodowy sukces. „Chodziło mi o to, żeby czytelnicy poznali charakter Olgi, jej otwartość, ciekawość ludzi, empatię” – mówi Marcie Strzeleckiej w „Urodzie Życia”. Marta Strzelecka „Uroda Życia”: Język polski pojawił się w pani życiu przez przypadek? Jennifer Croft:  Zaczęłam uczyć się polskiego na studiach lingwistycznych, rzeczywiście nie planując tego wcześniej. Chodziłam na lekcje rosyjskiego i ktoś podpowiedział mi, żebym zajęła się jeszcze jednym językiem słowiańskim, wybrałam więc polski. Niczego wtedy nie wiedziałam o Polsce, co tylko podsyciło mój zapał. Miałam świetną nauczycielkę. A kiedy zaczęłam czytać w tym języku, z pasją poznawałam wiersze Szymborskiej, teksty Krall, książki Olgi Tokarczuk.  Co zachwyciło panią tak bardzo, że postanowiła tłumaczyć z polskiego? Emocje, które odnajdowałam w tym języku, sposób opisywania rzeczywistości – bardzo mi bliski, ale jednocześnie świeży. Miał w sobie humor, ironię, ciekawość świata. Trzy pierwsze autorki, które poznawałam po polsku, są przecież bardzo różne, a jednak odczytałam z ich tekstów wspólny ton, jakiś rodzaj zachwytu nad światem, czułość, wymieszaną z błyskotliwym humorem, czasem ironią. Ale tak naprawdę jeden wiersz sprawił, że zostałam tłumaczką – „Urodziny” Wisławy Szymborskiej. Poznałam go najpierw w amerykańskim przekładzie, potem przeczytałam tekst o tym, jak powstawała angielskojęzyczna wersja, i uznałam, że to rodzaj magii, żeby w dwóch językach tak...

Czytaj dalej
Gabriela Muskała
Iza Grzybowska

„Ta cholera ma w życiu szczęście!” Kim jest Gabriela Muskała, gwiazda „Fugi” i „Szóstki”?

„Miałam ogromny kompleks, że wyglądam jak dziecko”
Wika Kwiatkowska
26.03.2019

Gabriela Muskała dawno wyrosła z  ról dziewczynek (wyjątek zrobiła tylko dla Marka Koterskiego) – teraz woli grać dojrzałe kobiety – ostre, silne, chropawe. Właśnie taka jest w „Fudze”, filmie, w którym zagrała główną rolę i do którego napisała scenariusz. I za który dostała statuetkę Orła w kategorii Odkrycie roku! Przeczytaj wywiad, jakiego laureatka Orłów 2019 udzieliła „Urodzie Życia” z okazji premiery „Fugi”.    Projekt, nad którym pracowałaś 13 lat, zaczyna żyć własnym życiem. „Fuga” właśnie wchodzi na ekrany. Czujesz euforię czy przeżywasz żałobę? „Fuga” miała premierę w maju 2018 r., w ramach festiwalu w Cannes. Bardzo się na to cieszyłam, ale jakoś tak spokojnie, bez większej ekscytacji... I nagle, tuż przed pokazem, ostatniego dnia, poczułam, że coś mnie trzyma za gardło. Jakieś wzruszenie, ale takie dobre, ciepłe, fajne. Musiałam pobyć sama w hotelu. Siedziałam i przełykałam łzy, bo dotarło do mnie, że tu, w Cannes, po raz pierwszy zobaczę film, a moja opowieść po raz pierwszy skonfrontuje się z widzem! I że to jest jakiś rodzaj nagrody za te 13 lat ciężkiej pracy, wielu wyrzeczeń, zwątpień, walki o scenariusz. To była długa droga, na jej końcu jestem innym człowiekiem. Zaczęło się od programu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” – zobaczyłaś kobietę, która nie wiedziała, kim jest. Wtedy zadzwonił jej dawny sąsiad. I powiedział, że ona ma męża i dwójkę dzieci. To, co zobaczyłam wtedy na jej twarzy, było jak objawienie. Zafascynowała mnie pustka w jej oczach, która wypełniała się zdziwieniem. Nie wiedziałam wtedy, z czego się to brało. A  to był brak pamięci. Każdy z nas ma w oczach zapisaną historię życia: w sposobie patrzenia, w rodzaju uważności....

Czytaj dalej
Iliana Ramirez
Olga Majrowska

„Intuicja uratowała mi życie” – mówi dr Iliana Ramirez, meksykańska badaczka żyjąca w Polsce

„Mamy dzisiaj kilka teorii dotyczących intuicji. Jestem przekonana, że kiedyś intuicja będzie tak samo badana, jak pamięć czy inteligencja” – mówi Iliana Ramirez, doktor farmakobiologii, żona psychologa i pedagoga dr. Mateusza Grzesiaka.
Sylwia Niemczyk
16.12.2020

Intuicja to trudny temat – lubimy się na nią powoływać, ale gdyby nas spytać, czy naprawdę ona istnieje, to  wiele z nas odżegnuje się od wiary w nią. Bo właściwie co to takiego? Pytamy o to dr Ilianę Ramirez, Meksykankę, naukowczynię z doktoratem w dziedzinie farmakobiologii i jednocześnie autorkę warsztatów m.in. o intuicji.  Sylwia Niemczyk: Kierujesz się w życiu intuicją? Iliana Ramirez: Cały czas intuicja jest u mnie na pierwszym miejscu. Dopiero w drugiej kolejności włączam logiczne myślenie. Dzięki intuicji podejmuję decyzję, dzięki logice – wiem, jak tę decyzję wcielić w życie. A co to takiego: intuicja? To określenie czegoś nieuchwytnego, czego nie umiemy jeszcze opisać naukowo, ale co z całą pewnością istnieje w nas. Kiedy nie wiemy, dlaczego robimy jedną rzecz, a nie inną, dlaczego podejmujemy taką decyzję, a nie przeciwną, mówimy: kieruje nami intuicja. Jakie życiowe decyzje intuicja pomogła podjąć ci samej? Na przykład tę największą i najważniejszą: przyjechać do Polski i wyjść tutaj za mąż. Wszystko mówiło nie, a intuicja mówiła: tak, zrób to! Wszystko wyglądało mega skomplikowanie: on Polak, ja Meksykanka. On miał w Polsce rozpoczęty doktorat, ja w Meksyku prowadziłam już naukowe badania, dostałam grant na projekt naukowy na uniwersytecie w Los Angeles, to był mój plan. Kiedy poznałam Mateusza, byłam kilka miesięcy przed wyjazdem, wszystko już miałam zaplanowane – miałam wyjechać, ale nie do Polski, tylko do Stanów. Widziałam siebie jako naukowczynię. Kiedy próbuję na poziomie logicznym wytłumaczyć komuś, dlaczego zdecydowałam się w takim punkcie życia zaangażować emocjonalnie – to nie mogę, bo tu logiki nie ma żadnej. A to nie jest tak, że po prostu kierowała tobą miłość? Oczywiście, że się...

Czytaj dalej
Ida Nowakowska o rodzicach
Iga Maćkiewicz

Ida Nowakowska o rodzicach: „Czuję, że tata wciąż ma mnie na oku”

Jurorka „Dance, dance, dance” jest córką słynnego pisarza, Marka Nowakowskiego. „Kiedy umarł, to był dla mnie koniec świata” – mówi.
Marzena Rogalska
05.09.2019

Ida Nowakowska jest znakomitą, świetnie wykształconą tancerką, udowodniła swoją wiedzę też jako jurorka w show „Dance, dance dance”, a teraz potwierdza swój talent jako prowadząca „Pytanie na śniadanie”. Ale w „Urodzie Życia” Ida Nowakowska opowiada Marzenie Rogalskiej przede wszystkim o relacji z ojcem – Markiem Nowakowskim, nieżyjącym już wybitnym pisarzem, opozycjonistą z czasów PRL, legendą. Posłuchajcie jej opowieści: Najwcześniejsze dzieciństwo Mama urodziła mnie, kiedy była dojrzałą kobietą. Mieszkała w USA, gdzie odniosła sukces – pracowała dla „New York Timesa”, robiła grafiki dla największych firm amerykańskich, studiowała reżyserię i miała praktyki w CNBC TV. Rodzice spotkali się w Paryżu i zakochali. Tata przyjeżdżał do Nowego Jorku. Kiedy skończył się komunizm, tata przywiózł mamę do Polski. Wychowywałam się w Ameryce, Paryżu i Polsce.  Od początku rodzice wszędzie mnie ze sobą zabierali, nosili mnie w koszyku czy torbie, gdzie tylko się dało, na wystawy, do opery. Mama obserwowała uważnie, co mi się podoba, a potem pozwalała mi się rozwijać w tych kierunkach. Uczyłam się gry na pianinie, gimnastyki artystycznej, jeździłam na łyżwach, nartach, ale moją pasją stał się taniec. Mama dbała o to, żebym była pewna siebie i odważna, ale robiła to niezwykle mądrze. Potrafiła mnie krytykować bez piętnowania, uczyła wiary w siebie, ale też, żeby ta wiara była pokorna. Ja w ogóle wychowałam się w wierzącym domu, za co jestem wdzięczna moim rodzicom. Wychowano mnie w wierze, że jest coś większego niż my, że trzeba zawsze ciężko pracować, ale też zachować dystans.  Moje dzieciństwo to także Paryż, do którego chętnie zabierała mnie mama, mieszkał tam i tworzył mój wujek, słynny malarz Jan Lebenstein. Był wybitną postacią i...

Czytaj dalej