Moje życie to kino drogi  –  mówi nam gwiazda serialu „Król” Lena Góra
mat.prasowe

Moje życie to kino drogi  –  mówi nam gwiazda serialu „Król” Lena Góra

Mojego ojca gra Andrzej Seweryn, TEN Andrzej Seweryn, ale gdy się o tym dowiedziałam, nie miałam pojęcia, kto to jest. Nie znałam jego filmów – rozmowa z Leną Górą, czyli Anną Ziembińską z serialu „Król”.
Magdalena Żakowska
16.11.2020

W serialu „Król" gra Annę Ziembińską córkę prokuratora Ziembińskiego i siostrę faszysty z ONR-Falanga. Jedyną kobietę, dla której Jakub Shapiro gotowy jest zrobić wszystko. Chociaż Ziembińska to w książce (a jeszcze bardziej w jej telewizyjnej wersji) jedna z najważniejszych kobiecych postaci, twórcy serialu zdecydowali się obsadzić w tej roli aktorkę w Polsce kompletnie nieznaną. Kim jest Lena Góra? 

Magdalena Żakowska: Jak trafiłaś do serialu „Król”?

Lena Góra: W Los Angeles dostawałam od czasu do czasu jakąś propozycję z Polski, ale ta była pierwsza, dla której byłam gotowa zostawić Stany na tak długo, jak będzie trzeba. Dopiero, kiedy tu wróciłam, zorientowałam się, że mam w Polsce mnóstwo do odkrycia, dużo zaległości do nadrobienia. Kiedy rozmawiam o Polsce, znajomi pytają mnie czasem: „Lena, żartujesz, naprawdę o tym nie wiesz?”. Nie wiem, ale mam na to sposób. Odpowiadam: „Oczywiście, że wiem! Ale opowiedz, jak ty to widzisz”. Działa.

Odrobiłam lekcje!

Prawda jest taka, że nie znam polskich książek, muzyki, kina. Od 14 lat nie miałam kontaktu z polską kulturą. Mojego ojca w „Królu” gra Andrzej Seweryn, TEN Andrzej Seweryn, ale gdy się o tym dowiedziałam, nie miałam pojęcia, kto to jest. Nie znałam jego filmów.

Pewnie się zdziwił.

Odrobiłam lekcje i przygotowałam się na zdjęcia próbne. Wtedy wiedziałam o nim już prawie wszystko, łącznie z tym, że jest bardzo eleganckim dżentelmenem. Chciałam, żeby przed kamerą między nami szczerze zaiskrzyło, przecież Ziembińskiego łączyła z córką ognista relacja. Na planie pozwoliłam sobie na zadarcie nosa, à la aktorka z L.A. Powiedziałam do niego: „Andrzej, możesz mi podać scenariusz?”. Wszyscy zamarli. Znalazłam podobną sztuczkę na scenę z Michałem Żurawskim.

Jaką sztuczkę?

Nie powiem! Ale Michał powiedział później reżyserowi: „Każda, tylko nie ta”. I tak chyba dostałam rolę.

góra
Fot. Łukasz Bąk

Lubisz Annę Ziembińską?

Dla mnie to po prostu Ania, jest mi w jakimś sensie bardzo bliska. Czasem z tego powodu było mi trudno ją grać.

Dlaczego nie widzieliśmy cię wcześniej w kinie? Skąd jesteś?

Teraz często słyszę, że jestem „tą Leną z Los Angeles”, kiedyś byłam Leną z Sopotu, mogę być też z Nowego Jorku, gdzie spędziłam wiele lat. Ale czemu to takie ważne skąd?

To, skąd jesteśmy, chyba nas jakoś kształtuje?

Pewnie tak. Mam polski i amerykański paszport co w obecnym świecie faktycznie daje mi jakieś poczucie wolności. I to jest dla mnie ważne. Może całe życie będę tworzyć i żyć tu i tam. Wyjechałam z Polski w wieku 16 lat. Byłam jeszcze dzieckiem i po prostu szukałam wolności.

Dlaczego wyjechałaś?

Długa historia. Moi rodzice są artystami. Tata, Sławek, jest malarzem. Mama, Ela, znana jako Malwina, była artystką awangardową, śpiewała w alternatywnych postpunkowych zespołach, m.in. Pancernych Rowerach i Aptece. A sztuka często łączy się z jakimś rodzajem narcyzmu. Byłam takim dzieckiem, które rodzice zabierali na koncerty, wernisaże, imprezy, kręcili różne papierosy, żyli swoim życiem, a ja z nimi, ale bardzo osobno. Często się przeprowadzaliśmy, zmieniałam szkoły, nie miałam poczucia bezpieczeństwa. Dość szybko zrozumiałam, że jeśli chcę znaleźć swój świat i bezpieczeństwo, to muszę po nie wyruszyć sama. W jakimś sensie sama byłam od zawsze.

I dlatego szybciej dorosłaś?

Na pozór pewnie tak, na pewno nie miałam tyle czasu na zabawę, co moi rówieśnicy. W wieku 12 lat zgłosiłam się do Teatru Wybrzeże na warsztaty teatralne prowadzone przez Szymona Jachimka. To były warsztaty dla dorosłych, a ja, chociaż byłam smarkaczem, weszłam tam i usiadłam, jak dorosła. Dziś Szymek opowiada tę historię jak anegdotę – byłam tak pewna tego, że należy mi się tam miejsce, że nikt nie miał odwagi zaprotestować.

Dorosłe dziecko…

Nie myślałam o sobie jak o dziecku, ale to normalne, dzieci zawsze myślą, że są dorosłe. Szybko zaczęłam grać w Teatrze Wybrzeże i Wybrzeżak. Poczułam wtedy, że chcę być aktorką, bo na scenie nikt nie ocenia mnie, tylko postać, w którą się wcielam. Dzięki temu mogę pozwolić sobie być, czuć, przeżywać emocje.

A dlaczego uciekłaś z Polski?

Kiedy miałam 15 lat, moi rodzice wyjechali do Anglii, ojciec chciał tam malować i nawiązał współpracę z jakąś galerią, a mnie zostawili u dziadków, rodziców taty, z którymi trudno mi było się porozumieć. Oni nie akceptowali mojej mamy, jej siły i wolności. Ani siły rodzącej się wtedy we mnie. To było zderzenie światów, dziadkowie byli zamożni, bardzo konserwatywni, a ja byłam nastolatką wychowaną bezstresowo przez parę artystów.

Należałaś do jakiejś subkultury?

Byłam taką emo skaterką. Kumplowałam się ze skaterami, bo słuchali najlepszej muzy i najlepiej się ubierali. Moje relacje z dziadkami były trudne, chociaż marzyłam o tym, żeby mieć prawdziwy dom, i myślałam, że to się właśnie spełniło. Chodziłam do angielsko-polskiego liceum w Oliwie, miałam najlepsze oceny w klasie, wygrywałam konkursy, nie ćpałam, ale im to nie wystarczało.

Zarabiałam kasę, ale nie była fajnie

Dostałam rolę w spektaklu w Berlinie, chciałam jechać, ale babcia zabrała mi paszport. W końcu spakowałam się i wyprowadziłam do kolegi i jego rodziny. Przez trzy miesiące, do końca pierwszej klasy liceum, mieszkałam u nich w dużym pokoju na kanapie i regularnie wyjadałam im wszystko z lodówki. Przygarnęli mnie całym sercem. Po zakończeniu roku szkolnego wyjechałam do Londynu.

Do rodziców?

Nie, oni byli już wtedy gdzie indziej. A ja wylądowałam na lotnisku z dwiema dużymi walizkami i oszczędnościami ze świnki skarbonki. Nie miałam nawet planu na to, jak spędzę tam pierwszą noc.

Co zrobiłaś?

Spotkałam przypadkiem w centrum Londynu siostrę mojego byłego chłopaka. Powiedziała „O, cześć Lena. Nie lubię cię. Idziemy na piwo porozmawiać o tym, jak rzuciłaś mojego brata?”. Na szczęście się upiłyśmy i przyjęła mnie do siebie do domu. Był 2007 rok, a ja skończyłam 17 lat.

Ciężko było?

Nie widziałam tego w ten sposób. W ciągu dnia kontynuowałam naukę, w nocy pracowałam za barem. Dużo się uczyłam i tu, i tu. O świecie, o różnych kulturach, ludziach. W końcu dostałam pierwszą rolę w offowym teatrze i skończyłam college aktorski. Nie pamiętam, czy miałam wtedy w ogóle czas na sen, ale jakoś go nie potrzebowałam.

góra
Fot. Łukasz Bąk

 

A potem przeprowadziłaś się do Los Angeles?

Najpierw w wieku 19 lat do Nowego Jorku.

Skąd brałaś odwagę do tego wszystkiego?

Nie miałam innego wyjścia. Nie miałam miejsca, do którego mogłabym wrócić, moi rodzice właśnie się rozstali, mieli swoje sprawy. W Londynie podczas próby do spektaklu zerwałam więzadło krzyżowe w kolanie. Po operacji spędziłam kilka miesięcy w łóżku, nie mogłam pracować, kolejne role przepadły. Kiedy wreszcie wstałam, dostałam propozycję zagrania w „Juliuszu Cezarze” w Nowym Jorku. Żeby kupić bilet, sprzedałam prawie wszystkie ciuchy. I tak miałam ich za dużo. Lekko łatwiej się podróżuje. W Nowym Jorku wciągnęłam się w świat mody. To było bardzo specyficzne środowisko. Przestałam jeść, chudłam i po raz pierwszy zaczęłam zarabiać dobrą kasę – jako modelka. Ale nie było fajnie.

Dlaczego?

Pod powierzchnią tych fajnych ubrań i elitarnych imprez kryje się dużo cierpienia. Czułam ciągłą presję i niepewność: czy jestem wystarczająco cool, czy jestem wystarczająco chuda, ładna. Z powodu niedowagi zaczęłam mieć problemy zdrowotne, byłam wycieńczona, miałam wory pod oczami, ale agencja była zadowolona. Poznałam modela, w którym się zakochałam, razem wyjechaliśmy do Los Angeles i oboje rzuciliśmy modeling.

W Nowym Jorku należałaś do słynnego Actors Studio, w Los Angeles skończyłaś prestiżową American Academy of Dramatic Arts.

Po latach spędzonych w różnych szkołach aktorskich w Londynie, Nowym Jorku i Los Angeles bardzo dużo czasu poświęcałam na rozkminianie tematu „bycia dobrym aktorem”. Poznałam techniki aktorskie: Uta Hagen, Meisner, Adler, Strasberg, Stanisławski, Czechow – wiedziałam o nich wszystko. Skupiłam się na tym, jak „grać”, a zapominałam po prostu „być”. W końcu trafiłam na mojego coacha aktorstwa, Anthony’ego Montesa. Kazał mi wywalić z głowy wszystkie metody. Uważa, że aktor ma dwa problemy: nie słucha partnera i jest cały czas skoncentrowany na sobie, na tym, jak gra, wygląda. Ciągle uczę się pozbywać tych dwóch nawyków.

I jak ci idzie?

Aktor musi być szczery, pozbyć się przed kamerą ambicji bycia dobrym. Najtrudniejsze jest bycie nudnym. Wtedy aktor nie gra, tylko staje się kimś innym. I to jest dopiero magia. Obejrzałam ostatnio „Sztuczki” Jakimowskiego [główne role grają amatorzy – red.] i zakochałam się w tym filmie.

Wróciłaś do Polski. Odnowiłaś relacje z rodziną?

Rodzina to przyjaciele. Ludzie, którzy cię po prostu kochają i to bezwarunkowo, dają ci czas i przestrzeń, a ty im. Ludzie, którzy sprawiają, że jest ci lżej i piękniej. Mam takich ludzi i czuję się megaszczęściarą, u jednych mam swoje rzeczy w L.A., u innych w Nowym Jorku. Wiesz, teraz dom, rodzina są we mnie. Może stało się to dzięki temu, że robię rzeczy, z których jestem dumna, które są moje, w których się spełniam. Nie szukam już akceptacji i oparcia na zewnątrz.

Nie tęsknisz za mamą?

Mama zawsze była genialna, potwornie utalentowana i krucha. Po przerwaniu kariery, a potem rozstaniu z moim ojcem wycofała się w siebie. Od czterech lat mieszka w lesie, nad jeziorem, w starym drewnianym domu. Pomagam jej wtedy, gdy mi na to pozwala.

Kiedy w twoim życiu pojawił się Jerzy Łapiński, którego nazywasz swoim dziadkiem?

Mój tata, po tym jak zostawił moją mamę, odnawiał kontakty z kobietami ze swojej przeszłości. Między innymi z Agnieszką Łapińską, z którą studiował na ASP w Gdańsku. Od razu się zaprzyjaźniłyśmy. Mój tata zniknął, a my zostałyśmy. Agnieszka się mną naprawdę zaopiekowała. Do jej taty najpierw mówiłam „panie Jerzy”, potem „panie dziadku”, w końcu „dziadku”, zresztą zawsze gdy wpadałam na jego premiery, to przedstawiał mnie wszystkim jako wnuczkę i robił to z taką pewnością, że nikt tego nie kwestionował. Jak do niego przyjeżdżałam, zawsze szykował wielkie uczty i pamiętał dokładnie, co najbardziej lubię jeść. Od dłuższego czasu chorował. Wieczorem, jak kładł się spać, mówił: „Gdybym się już nie obudził, to żegnam się!”. W Wigilię zeszłego roku w zasadzie się pożegnaliśmy. Przyjechała też moja mama i byliśmy wszyscy razem. Było pięknie. Umarł w maju, nie było mnie na pogrzebie, podczas pandemii utknęłam w Los Angeles.

Przygotowujesz już kolejny film. Olga Chajdas reżyseruje wasz wspólny scenariusz, a ty grasz główną rolę.

Tak, z Olgą poznałyśmy się już w L.A. i od pewnego czasu chciałyśmy coś wspólnie stworzyć. No i w lutym zaczynamy zdjęcia do naszego filmu.

Co to za historia?

Mogę jedynie powiedzieć, że nasz film opowiada historię pewnej alternatywnej artystki o imieniu Ela vel Malwina, która w latach 80. grała w alternatywnych kapelach, szukała swojej tożsamości, domu i wolności. To projekt, który jest dla mnie bardzo intymny, prywatny i trudny, a pisanie scenariusza stało się dla mnie rodzajem ozdrowieńczej terapii. Wiem, że teraz wcielenie się w tę postać będzie trochę obnażeniem i to na ekranie. Ale wiem, że przy kimś takim, jak Olga Chajdas, jestem bezpieczna – i ja, i ta historia.

Przygotowując się do tego filmu, przestałam się depilować. Wszędzie. A ponieważ ze względu na pandemię zdjęcia były już kilkakrotnie przekładane, od roku chodzę zarośnięta. Bardzo mnie bawią reakcje ludzi, jak widzą moje pachy.

A w trakcie pandemii nakręciłaś też film w Los Angeles.

Oglądając polskie krótkie metraże, natrafiłam na Michała Chmielewskiego i jego film „Hi, how are you”. Dostał za niego nagrodę na festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie. To, jak on widzi świat, było mi jakoś bliskie.

Bliskie, czyli jakie?

Kameralne, proste, nie na siłę, ale i w głąb. Ważne jest dla mnie kino drogi, bo moje życie to kino drogi. I nasz film należy do tego gatunku. Po zakończeniu zdjęć do „Króla” wróciłam do Los Angeles, a Michał przyleciał do mnie, bo okazało się, że jego ukochany aktor, John Hawkes [nominowany do Oscara za rolę w filmie „Do szpiku kości” – red.], jest moim przyjacielem. Chciał go poznać. Wylądował 13 marca, a kilka dni później zaczęła się pandemia. Oboje utknęliśmy w Los Angeles na cztery miesiące. Zaczęliśmy pisać razem scenariusz. To historia dziewczyny, którą rzucił chłopak, i musi zmierzyć się z tym, że jest totalnie samotna. Moja bohaterka kradnie samochód i rusza na pustynię. A po drodze zakochuje się we właścicielu samochodu – na podstawie muzyki, którą nagrał na płytach CD i zostawił w aucie [oryginalną muzykę napisał John Hawkes – red.]. Właściciela gra oczywiście John, spotykają się w finale.

Żałuję, że nie mogę pogadać z Hłaską

Pisząc ten scenariusz, zainspirowaliśmy się historią Connie Converse, nowojorskiej artystki, która w latach 70. spakowała wszystko, co miała, do samochodu, wyruszyła w poszukiwaniu nowego życia i słuch po niej zaginął. Stała się niewidzialna, przeżyła swoje życie w sposób, który się nigdzie nie zapisał. Do dziś w internecie na poświęconych jej stronach mnożą się spekulacje na temat tego, co się z nią stało.

Jaka jest Polska z perspektywy Polki, która wychowywała się z dala od niej?

Fascynująca, piękna, silna. Kiedy przyjechałam do Polski kręcić „Króla”, chodziłam po Warszawie z szeroko otwartymi oczami. Zakochałam się w barach mlecznych, w polskim świetle i obłokach – zwłaszcza latem nie ma takich nigdzie na świecie, a po ulicach chodzą białe gołębie i są jakieś takie boskie. Zakochałam się w starszych paniach, które na rogu ulicy sprzedają z rozkładanego stolika miód i grzyby, które same zebrały, i historiach, które opowiadają, jeśli tylko zapytasz. Zaczęłam nadrabiać polskie książki i muzykę, czytać Marka Hłaskę, Jerzego Kosińskiego, Andrzeja Żuławskiego. Ich spojrzenie na Amerykę i Polskę jest dla mnie bardzo interesujące – żałuję, że nie mogę z nimi o tym pogadać.

Rozmowa ukazała się w miesięczniku „Uroda Życia" 9/202

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Mat.prasowe

Emma Corrin to wykapana księżna Diana. Co wiemy o młodej aktorce z serialu „The Crown”? 

Życie Diany Spencer zmieniło się, gdy dołączyła do rodziny królewskiej. Podobnie jak Emmy Corrin po premierze czwartego sezonu serialu „The Crown”.
Sylwia Arlak
16.11.2020

Twórcy serialu Netfliksa „The Crown” nie chcieli, by aktorka, która zagra księżną Dianę, była kojarzona z innymi produkcjami. Postawili na 24-letnią Emmę Corrin. „The Crown” to trzecia produkcja w jej karierze, pierwsza, która przyniesie jej prawdziwą rozpoznawalność. Co o niej wiemy? Zawsze marzyła o aktorstwie Emma Corrin urodziła się w 1995 roku w mieście Royal Tunbridge Wells w południowo-wschodniej Anglii. Jej rodzice nie mają nic wspólnego z aktorstwem. Mama jest terapeutką zajmującą się mową ciała, a ojciec biznesmenem. Ma też dwóch młodszych braci: 20-letniego Richarda i 17-letniego Charlesa.  Podobnie jak Lady Di, Emma uczęszczała do szkoły z internatem dla dziewcząt. Następnie dostała się na prestiżowy Uniwersytet Cambridge, gdzie należała do Cambridge University Amateur Dramatic Club, najstarszej studenckiej trupy teatralnej w Wielkiej Brytanii. Wystąpiła m.in. w „Koriolanie” i „Straconych zachodach miłości” Szekspira. Początki kariery Jeszcze do niedawna Emma pracowała w jednym ze sklepów w Londynie, gdzie pakowała bieliznę. Jej pierwszą poważną rolą był występ w „Pennyworth”, serialu telewizyjnym o młodym Batmanie. Niedługo potem pojawiła się w filmie „Niepokorna miss” o grupie aktywistek, które w 1970 roku przerwały wybory miss. Teraz możemy oglądać ją w serialu „The Crown”. „Oglądam serial od pierwszego odcinka. To niesamowite, że dołączyłam do tej niezwykle utalentowanej rodziny aktorskiej. Wpływ księżnej Diany na świat jest ogromny” — cieszyła się, kiedy dostała rolę. W jednym z wywiadów wspominała, że czuła się tak „jakby ktoś mi się właśnie oświadczył”. Diana zawsze była obecna w jej życiu Podobieństwo między Emmą i Dianą jest niesamowite (Emma...

Czytaj dalej
The Crown Netflix
Księżna Diana (Emma Corrin). Fot. materiały prasowe

Księżna Diana, Margaret Thatcher i królowa Elżbieta. 4. sezon „The Crown” to starcie gigantek

Polityczny pojedynek Margaret Thatcher i królowej Elżbiety oraz nieszczęśliwe małżeństwo księżnej Diany z księciem Karolem – długo czekałyśmy na czwarty sezon „The Crown”. I było warto!
Magdalena Żakowska
14.11.2020

Trzeci sezon „The Crown” rozczarował chyba wszystkich. Serial przechodził coś w rodzaju kryzysu wieku średniego – oglądaliśmy pogrążoną w impasie Wielką Brytanię oczami bohaterów, którzy sami borykali się z emocjonalnym wyczerpaniem. Była fantastyczna kreacja Olivii Colman w roli królowej Elżbiety, ale brakowało tego, za co tak kochamy „The Crown” – wglądu w kulisy życia kolejnych legend XX-wiecznej historii Wielkiej Brytanii. Pod tym względem czwarty sezon jest najlepszy ze wszystkich. Już w pierwszym odcinku Margaret Thatcher (Gillian Anderson) zostaje pierwszą kobietą premier Wielkiej Brytanii , a książę Karol (Josh O'Connor) spotyka 16-letnią Dianę Spencer (Emma Corrin). A potem jest już jak w filmach Hitchcocka! Diana i Thatcher, czyli dwa w jednym Co prawda w rzeczywistości książę Karol i Diana spotkali się po raz pierwszy w 1977 roku, a Thatcher została premierem dopiero dwa lata później, ale twórcy serialu zdecydowali się na ten fałsz w słusznym celu. Chcieli, żebyśmy od początku oglądali te dwa najważniejsze wątki sezonu równolegle. Oto dwie postępujące katastrofy: krótkie zaloty i szybkie zaręczyny Karola i Diany przygotowały grunt pod burzliwe małżeństwo, które przebiega w cieniu twardych rządów Thatcher. Co prawda dziedzictwo pani premier poznajemy głównie w jej relacji z królową Elżbietą, ale postać Thatcher jest na tyle ważna, że w kilku odcinkach opuszczamy komnaty pałacowe, aby przyjrzeć się temu, co bezduszne plany oszczędnościowe Thatcher i jej kosztowna wojna z Argentyną o Falklandy wyrządziły krajowi. W efekcie powstał porywający sezon, w którym dostajemy dwa w jednym – wgląd w największy skandal na dworze królewskim i kulisy rządów chyba najbardziej kontrowersyjnego premiera tego kraju w minionym...

Czytaj dalej
Serial Król
Łukasz Bąk/Canal+

To oni w latach 30. rządzili Warszawą. Oto prawdziwa historia postaci z książki i serialu „Król”

Gruba Rum-Helka, gangster Tata Tasiemka i doktor Józef Łokietek. To na nich Szczepan Twardoch wzorował swoich bohaterów, pisząc „Króla”. Przenieśmy się na chwilę w czasie i poczujmy klimat Warszawy z lat 30.
Kamila Geodecka
12.11.2020

Było głośno, gwarno i niebezpiecznie. W powietrzu wisiała rewolucja. W knajpach przesiadywali gangsterzy. Na ulicach można było słyszeć przeplatające się dwa języki – polski i jidysz. Polityka mieszała się z mafią, a mafia – z hazardem i prostytucją. Prasa była tak stronnicza, że nawet repertuary kin były przedstawiane w duchu propagandy. Mimo to w każdej z gazet można było przeczytać o Tacie Tasiemce – pierwowzorze Jana „Kuma” Kaplicy – oraz jego prawej ręce, Pantaleonie Karpińskim. Raz na jakiś czas dowiadywali się również o kolejnych przestępstwach doktora Józefa Łokietka, który był inspiracją dla postaci doktora Radziwiłka. Jeśli ktoś nie chciał czytać gazet, mógł posłuchać piosenek Grzesiuka. Śpiewano m.in. o Rum-Helce, osławionej burdelmamie, która być może ma coś wspólnego z Ryfką Kij Twardocha. Król był tylko jeden Chociaż tytułowym królem w książce Szczepana Twardocha jest bokser Szapiro, tak naprawdę w Warszawie z lat 30. rządził Łukasz Siemiątkowski, znany wszystkim jako Tata Tasiemka. Każdy mógł mu coś zawdzięczać, ale każdy mógł też przez niego wszystko stracić – łącznie z życiem. Skąd więc tak infantylny pseudonim dla wpływowego i groźnego gangstera? Przecież nawet sam Szczepan Twardoch w jednym z radiowych wywiadów wspominał, że brutalność „Kuma” Kaplicy nie odbiegała od realnej brutalności Taty Tasiemki. A kto czytał „Króla” lub widział serial, ten wie, że Kaplica lubił wyrafinowane metody ostrzegania tych, którzy nie chcieli mu się poddać. Jeśli te nie działały, bez skrupułów zlecał kolejne morderstwa i rozboje. Podlegali mu absolutnie wszyscy – łącznie z władzą, która z jednej strony się go bała, z drugiej sporo mu zawdzięczała....

Czytaj dalej