„Moja Stara najmilsza”. O wyjątkowej miłości Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów
East News

„Moja Stara najmilsza”. O wyjątkowej miłości Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów

Kiedy się poznali, ona była najlepszą partią w Warszawie, on poetą o homoseksualnych skłonnościach, których nigdy nie krył. Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie bardzo się różnili, a jednak byli małżeństwem przez 58 lat i odeszli tuż po sobie, w odstępie dwóch miesięcy.
Anna Król
11.08.2020

W 1921 roku Anna Lilpop, 24-latka o artystycznych zainteresowaniach i wrażliwej naturze, poznała początkującego literata Jarosława Iwaszkiewicza – ubogiego 27-latka, przybysza z Ukrainy. Jedni uważali, że była to miłość od pierwszego wejrzenia, a tę najtrudniej zrozumieć czy wytłumaczyć. Inni, że para zawarła wygodną dla siebie umowę. Faktem jest, że Jarosław żenił się najlepszą partią Warszawy – kobietą piękną, wykształconą, pochodzącą z dobrego i bogatego domu. Miała być podporą i budzącą zazdrość znajomych towarzyszką życia. 

Anna zyskiwała wymarzonego męża artystę – poetę z muzycznymi zamiłowaniami. Partnera do rozmów o sztuce, bywania w towarzystwie i kogoś, kogo się podziwia. W zamian za związek oparty na zrozumieniu i poszanowaniu inności, godzili się na różnicę charakterów i temperamentów. Dodatkowo, od początku wiadomo było, że Jarosław interesuje się mężczyznami. Wiedziała o tym i Anna,  ale uznała, że nie będzie to przeszkoda dla związku. 

W pierwszych listach, pisanych jeszcze w okresie narzeczeństwa, zapewniała Jarosława o szczerym zrozumieniu: „Mnie osobiście nic zrazić do Pana nie mogłoby (…). Źle mi jest bez Pana i tęskno strasznie, ale głupio jest mówić o tych kwestiach, o których zresztą nigdy nic odpowiadającego rzeczywistości powiedzieć nie można”.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Ryzykowny związek, szybki ślub

Młodzi postawili na swoim pomimo protestów rodziny Lilpopów. Kilka tygodni po poznaniu Jarosława Anna oddała słowo dotychczasowemu narzeczonemu – księciu Radziwiłłowi. W Wielkanoc 1922 roku zaręczyła się z Jarosławem, a pięć miesięcy później byli małżeństwem. Wśród znajomych zawarty pospiesznie ślub budził zdumienie. Jan Lechoń powtarzał kpiąco, że „to taki ślub na sześć tygodni”. 

Tymczasem Iwaszkiewiczowie przeżyli razem dwudziestolecie międzywojenne, okupację i PRL. Ich związku nijak nie dałoby się nazwać modelowym, a jednak byli małżeństwem przez 58 lat i odeszli tuż po sobie, w odstępie dwóch miesięcy. 

W pierwszych latach małżeństwa wydawali się nierozłączni. Rozumieli się w pół słowa i o wszystkim rozmawiali. Gdy rozstawali się na dłużej, bywało, że każdy dzień opisywali sobie w serdecznych listach. Jarosław, pisząc do żony, nazywał siebie „Ciupasem” i „Ciupaseczkiem”, a Hanię tytułował czule: „Moja najdroższa”, „Kiciu kochana”, „Moja Stara najmilsza”.  

Jarosław Iwaszkiewicz do końca życia kochał Annę

Młoda żona starała się być dla męża atrakcyjna. W latach 20., częściowo z powodu mody, a częściowo z chęci podobania się Jarosławowi, obcięła włosy, żeby upodobnić się do młodego, delikatnego chłopca – jak sama siebie określała w listach do męża. 

Pierwszy poważniejszy romans Jarosława, który zakłócił atmosferę spokoju i zrozumienia młodych małżonków, „wydarzył się” już w połowie lat 20. Warszawa plotkowała o tym, że Iwaszkiewicz wcale się nie zmienił, a Anna próbowała ze zrozumieniem traktować tę „słabość” męża. 

Dla Jarosława z kolei problemem była niechęć rodziny żony. Lilpopowie przez długie lata kpili z nieżyciowej profesji Iwaszkiewicza i tego, że zamierza utrzymywać Annę „piórkiem”. Po urodzeniu córek ponownie bardzo się do siebie zbliżyli. Anna uczyła się nowej roli, a Jarosław czuł się szczęśliwy jako tata. Ich korespondencja z późnych lat 20. pełna jest rozmów o córkach – ich pierwszych krokach, wypowiedzianych słowach, ulubionych zabawach. Na początku 1925 roku Anna pisała do męża: „Na ogół mam teraz dużo czasu, rano gram, czytam, wieczorami szyję koszulki dla Żabki (…). Wiesz, że ona przez ten ostatni tydzień znowu zmądrzała, mówi już wyraźnie na mnie mama, nie tylko jak mnie widzi, ale nawet jak słyszy mój głos z drugiego pokoju”.

W 1928 roku rodzina zamieszkała w Stawisku – domu zbudowanym przez ojca Anny w modnej podwarszawskiej Podkowie Leśnej. Iwaszkiewicz wciąż był tylko początkującym pisarzem. Miał już wprawdzie na koncie dobrze przyjęte tomy wierszy, ale na życie zarabiał, pisując artykuły do zaprzyjaźnionych „Wiadomości Literackich”, a przede wszystkim wykonując pracę urzędnika. Sytuacja zaczęła się zmieniać na lepsze, gdy Jarosława skierowano na placówkę dyplomatyczną. 

Pieczęć milczenia

W 1932 roku Iwaszkiewiczowie wraz z kilkuletnimi córkami, Marią i Teresą, przenieśli się ze Stawiska do Kopenhagi, gdzie Jarosław objął stanowisko sekretarza poselstwa Rzeczpospolitej Polskiej. Dla niego wyjazd do stolicy Danii był ważnym awansem, dla jego nadwrażliwej żony przeprowadzka do obcego kraju wydawała się końcem świata. Życie z dala od domu, rodziny, przyjaciół, w nowym otoczeniu znacznie pogorszyło stan nerwów Anny. Kursowanie między Polską a Danią, ciągłe pożegnania, samotne święta – w ciągu trzech lat pobytu na placówce życie Iwaszkiewiczów wywróciło się do góry nogami. 

Powodziło im się znacznie lepiej niż kiedyś, ale ich związek przechodził poważny kryzys. Anna czuła się coraz bardziej rozbita, nerwowa, zalękniona. Jej stan pogarszał się szybko – w końcu nie dało się dłużej ignorować postępującej choroby. 

W lutym 1935 roku Jarosław zaalarmowany złym stanem żony zrozumiał, że nie poradzą sobie z leczeniem na własną rękę. Nie było wyboru, zdecydował się zawieźć tracącą kontakt z rzeczywistością Annę do szpitala psychiatrycznego. 

W Tworkach spędziła ostatecznie siedem miesięcy. Potem jeszcze długo leczono ją w domu. Iwaszkiewicz, zmuszony do rezygnacji z posady dyplomatycznej, wrócił do Warszawy, żeby zaopiekować się żoną i córkami. Znów zaczęły się pytania – tym razem o źródło choroby. Według warszawskich plotkarzy Anna podupadła na zdrowiu na wieść o romansach męża. 

Rzeczywistość była dużo bardziej skomplikowana. Anna prawdopodobnie chorowała od dziecka, pochodziła bowiem z rodziny obciążonej skłonnościami do chorób nerwowych. Zmiana sytuacji życiowej oraz stres związany z przeprowadzką były prawdopodobnie tylko bezpośrednią przyczyną choroby.

Jarosław nawet w najszczerszych zapisach z tamtego czasu nigdy nie nazywał wprost choroby żony. Nie pisał także o własnym cierpieniu – o miesiącach spędzonych w kolejce kursującej między Podkową a Tworkami, o odsuwaniu się niegdyś bliskich przyjaciół i własnym załamaniu. Inni wiedzieli jeszcze mniej. Annie odzyskiwanie względnej równowagi psychicznej zajęło kilka lat. Kiedy wreszcie się to udało, wybuchła wojna. 

Celebryci PRL

W czasie okupacji i Powstania Warszawskiego dom rodzinny Iwaszkiewiczów był ważnym ośrodkiem kulturalnym, a oni sami zaangażowali się w pomoc środowisku literackiemu oraz ratowanie Żydów. Po 1945 roku Iwaszkiewicz został  prezesem Związku Literatów Polskich. Był także posłem na sejm, zaangażował się w propagandową działalność Komitetu Odbudowy Pokoju. W latach 50. stał się już niekwestionowaną gwiazdą literacką. W ważnym i spełnionym pisarzu nikt nie rozpoznałby już wycofanego poety z Ukrainy.

W PRL-u Iwaszkiewiczowie prowadzili światowe życie. Bywali w filharmonii, na najważniejszych premierach teatralnych. Iwaszkiewicz reprezentował kraj na zjazdach, konferencjach i w międzynarodowych środowiskach literackich. 

Jednocześnie, im Iwaszkiewiczowie byli starsi, tym bardziej dzieliły ich poglądy i styl życia. Jarosław stale potrzebował akceptacji, uznania dla twórczości i eksponowanych funkcji. Annie wystarczało intensywne życie wewnętrzne i bliski kontakt z kościołem. Na starość Jarosław najgłębiej przeżywał to, że Anna, niegdyś nieprzytomnie zapatrzona w jego talent, zaczęła wyrażać własne sądy, nierzadko inne od jego poglądów. Przez całe życie była pierwszym kompetentnym krytykiem utworów męża, w ostatnich latach życia nie zawsze wyłącznie przychylnym. On w latach 60. skarżył się w dzienniku, że nie ma już między nimi „niczego wspólnego”. Ona nigdy jednak nie  protestowała przeciwko życiu w cieniu wielkiego pisarza. Własna twórczość dawała jej satysfakcję, ale Anna nie traktowała jej zbyt poważnie. 

Do dziś niektórzy się dziwią, że to właśnie Anna Iwaszkiewiczowa jest autorką pierwszego polskiego przekładu prozy Prousta albo że potrafiła recytować z pamięci długie fragmenty francuskich klasyków. Jarosław zdawał sobie sprawę z uzdolnień żony. Żartował czasem, że w encyklopedii wydanej po jego śmierci pod hasłem „Iwaszkiewicz” będzie można przeczytać: „Jarosław, mąż znanej krytyk literackiej i tłumaczki Anny Iwaszkiewiczowej”. 

Jarosław Iwaszkiewicz
East News

Ostatni miłosny dramat

Nie byli parą idealną, lecz nigdy nie planowali rozstania. Podobnie jak w mieszczańskim środowisku lat 30.,  tak i w Polsce Ludowej żyli po swojemu. Pierwszą fascynację zastąpiły duchowa i intelektualna wspólnota, rodzina, dom i artystyczne zainteresowania. Niezmiennie dzieliły ich temperamenty. Anna nie tylko wiedziała, że mąż zdradza ją z mężczyznami. Wielu z nich znała, z niektórymi się przyjaźniła. Jeszcze innych wspierała i pomagała im w życiowych trudnościach. W dodatku Jarosław rzadko fascynował się kimś wyłącznie erotycznie, więc oboje mocno angażowali się w jego nowe miłości. 

Ostatni miłosny dramat z udziałem „tego trzeciego” przeżyli, gdy oboje mieli już za sobą sześćdziesiąte urodziny. W połowie 1959 roku Iwaszkiewicz przeszedł poważne załamanie spowodowane śmiercią chorego na gruźlicę Jerzego Błeszyńskiego – tragicznej, najważniejszej i ostatniej miłości jego życia. Błeszyński, z którym Iwaszkiewicz był w związku przez kilka lat, umarł przedwcześnie, w wieku zaledwie 27 lat. 

Starzejący się pisarz nie tylko przeżywał śmierć ostatniego kochanka, ale i własne przemijanie. Wiedział, że doświadcza prawdopodobnie ostatniego tak silnego uczucia w życiu, i był wstrząśnięty tym, jak trudno przyszło mu poradzić sobie ze śmiercią ukochanego.

Anna – która w ostatnich miesiącach życia Jurka także się nim opiekowała, odwiedzała w lecznicy, kontrolowała wyniki badań, modliła się w jego intencji, a także zwyczajnie troszczyła się i dodawała mu otuchy – próbowała wyciągnąć męża z poważnej depresji. 

Po śmierci kochanka, zgodnie z życzeniem Jarosława, usunęła się, żeby sam mógł pogodzić się ze stratą. Tydzień po pogrzebie ukochanego Jarosław wyjechał na kilka tygodni do Sandomierza. Pisał stamtąd do żony: „Droga moja – otrzymałem Twój list, nie niepokój się o mnie – ja jestem bardzo silny. Inna sprawa, że niedobry był pomysł tego wyjazdu tutaj! Niestety pracować nie mogę. Siedzę w papierach po nim, odczytuję listy itp. Wszystko bardzo tragiczne. (…) Całuję Cię gorąco Jarosław”. Mimo całej dziwaczności tego miłosnego trójkąta to właśnie żonę Jarosław mógł poprosić o wszystko. 

Jarosław Iwaszkiewicz
East News

Anna Iwaszkiewicz nigdy nie miała żalu, że żyje w cieniu męża. W 1972 r. obchodzili 50. rocznicę ślubu.

„Ja bez Hani nie będę żyć…”

Druga połowa lat 70. to znów trudny czas dla małżonków. Coraz częściej chorowali, odwiedzali szpitale, a od pewnego momentu oboje spodziewali się końca. Iwaszkiewicz od lat żegnał się ze światem. Jednocześnie panicznie bał się tego, że Anna umrze pierwsza. Listy do żony z tego okresu znów są pełne czułej troski: „Moja najmilsza! Czy robisz wszystko, tak jak Cię proszę? Czy bierzesz lekarstwa? Czy jadasz dostatecznie? Nie martw mnie, proszę. Całuję Cię po tysiąc razy” – napisał na ostatniej pocztówce wysłanej do Anny pod koniec czerwca 1979 roku.

Anna na swój sposób przygotowywała go na swoje odejście. Uciekała z domu na długie spacery, spędzała czas na modlitwie. Wymykała mu się stopniowo, przyzwyczajając do wiecznej nieobecności. Zgodnie z obawami Jarosława umarła pierwsza, dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia 1979 roku. Pogrzeb był skromny, rodzinny. Kiedy po uroczystości Iwaszkiewicz wracał z cmentarza w towarzystwie przybranego syna Wiesława Kępińskiego, nie krył załamania. Pan Wiesław do dziś wspomina tamten dzień łamiącym się głosem: „Prowadziłem go pod rękę. Poruszał się już bardzo powoli, a jeszcze było ślisko, chyba padał śnieg. Strasznie długo to trwało. Kiedy weszliśmy po schodach na werandę, nagle się zatrzymał. Stał tam i stał przed drzwiami. Próbowałem go przekonywać, żeby wszedł do środka. W końcu spojrzał na mnie takim strasznym wzrokiem i powiedział: »Ja już bez Hani nie będę żyć«. I rozpłakał się”. Dołączył do żony niecałe trzy miesiące później – zmarł 2 marca 1980 roku. Są pochowani we wspólnym grobie na cmentarzu brwinowskim.

 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Anna Jantar / East News

Natalia Kukulska o mamie, Annie Jantar: „Nikt mi nie powiedział, że mama zginęła…”

„Nikt mi nigdy nie powiedział, że mama zginęła, odeszła na zawsze. Gdy na lotnisku, trzymając bukiet frezji, nie doczekałam się przylotu mamy i spotkania z nią… to tak jakby czekanie na jej powrót przeciągnęło się do teraz”, pisze Natalia Kukulska w 70. urodziny swojej mamy Anny Jantar.
Anna Zaleska
09.06.2020

Gdyby nie wielka tragedia, która wydarzyła się 14 marca 1980 roku, Anna Jantar kończyłaby dziś 70 lat. Cieszyłaby się sukcesami córki, trójką wnucząt i miałaby pewnie poczucie spełnienia patrząc wstecz na życie wypełnione niezapomnianymi przebojami, koncertami granymi na całym świecie i wyrazami uwielbienia fanów. Książka Marcina Wilka „Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia” (Wydawnictwo Znak) to biografia wyjątkowej kobiety. „Ania całą sobą niosła aurę słońca”, wspominała ją Halina Frąckowiak. Zarazem była utalentowaną piosenkarką, pracowitą, skoncentrowaną na tym, by spełniać swoje marzenia. Jej życie zakończyło się w szczytowym momencie kariery, na pogrzeb przyszło 40 tysięcy ludzi, nad grobem przemawiał Daniel Olbrychski, kilka kobiet zemdlało. Przebój „Nic nie może przecież wiecznie trwać” nabrał nowego sensu. Drugie wydanie biografii legendarnej piosenkarki ukazało się właśnie teraz, w rocznicę jej 70. urodzin, wzbogacone o wzruszający wstęp napisany przez córkę artystki,  Natalię Kukulską. Jego fragmenty publikujemy poniżej, razem z fragmentami opowieści o Annie Jantar (wtedy jeszcze Hani Szmeterling) z czasu, gdy miała tyle lat, co teraz jej wnuczka, Ania. Marcin Wilk w swojej biografii nie ogranicza się tylko do czasu, kiedy Anna Jantar, była już sławną piosenkarką, w swojej opowieści cofa się do jej okresu nastoletniego, kiedy 14–15-letnia Hanka wbrew zakazom mamy zaczyna się malować, eksperymentuje z modą, spotyka się z przyjaciółkami, flirtuje z chłopakami i rozrabia na lekcjach. Jej życie  odmieniło spotkanie z zespołem Szafiry: czterema chłopakami, którzy początkowo chcieli być jak Beatlesi, ale potem uznali, że przydałaby im się wokalistka. Potem wydarzają się jeszcze dwa przełomowe momenty. Jeden: Ania...

Czytaj dalej

Gwiazdy światowej literatury na Big Book Festival 2020! Na kogo najbardziej czekamy?

Big Book Festival 2020 to trzy dni i ponad 30 wydarzeń: spotkań z pisarzami, dyskusji, spektakli i performansów. Start 28 sierpnia. Czego absolutnie nie możecie przegapić?
Anna Zaleska
06.08.2020

Mam mnóstwo wspomnień związanych z Big Book Festival. Pierwsze – z 2014 roku, kiedy razem z moimi córkami brałam udział w biciu rekordu Guinessa pod względem liczby osób czytających jednocześnie książki na świeżym powietrzu. Do dziś mam też pamiątkowe trzy tekturowe głowy Jarosława Iwaszkiewicza, pamiątkę po maratonie literackim „Iwaszkiewicza sprawy osobiste”. A moje najważniejsze bigbookowe przeżycie? Chyba spotkanie autorskie z Karlem Ove Knausgradem zaraz po tym, jak przeczytałam pierwszy tom „Mojej walki” i byłam tą książką mocno poruszona. Nie zapomnę też spotkań ze Swiatlaną Aleksijewicz, Zadie Smith czy Larsem Saabye Christensenem. Twórczynie Big Book Festivalu Anna Król i Paulina Wilk zawsze trzymają rękę na pulsie i doskonale wiedzą, kogo w danym roku trzeba do Warszawy zaprosić. Big Book Festival 2020: poznaj największe gwiazdy Z powodu pandemii festiwalowe spotkania z pisarzami ze świata odbywać się będą zdalnie, prowadzący rozmowy będą łączyć się z nimi na żywo z Centrum Łowicka, ale publiczność też będzie mogła zadawać pytania. Plus tego jest taki, że wszystkie festiwalowe spotkania z autorami i dyskusje będą transmitowane online na stronie festiwalowej i będą dostępne dla czytelników z całego świata. A lista zagranicznych pisarzy jest jak co roku imponująca. Osobiście najbardziej czekam na Agnetę Plejiel . Szwedzka pisarka i poetka (prywatnie żona wybitnego pisarza i dziennikarza Macieja Zaremby Bielawskiego) w Polsce wydała już kilka powieści: „Kto zważa na wiatr”, „Zima w Sztokholmie”, „Lord Nevermore” (o przyjaźni Witkacego i Malinowskiego). Najciekawsze są jednak dwie autobiograficzne powieści Agnety Plejiel: „Wróżba” (opowieść o dorastaniu, młodzieńczych niepokojach i ucieczkach w literaturę) i...

Czytaj dalej
Mat.prasowe

Nie tylko „Pokora” Twardocha – jakie jeszcze książki będziemy czytać tej jesieni?

Już we wrześniu ukaże się nowa książka Szczepana Twardocha „Pokora”. Przebieramy też już nogami do premiery „Zakłamanego życie dorosłych” Eleny Ferrante i nową pozycję Katarzyny Nosowskiej „Powrót z Bambuko”.
Sylwia Arlak
24.08.2020

Powrót z wakacji umilą nam nowości czytelnicze. Znajdzie się coś dla miłośniczek epickich opowieści o miłości i wojnie („Pokora” Szczepana Twardocha) i historia o poszukiwaniu siebie („Zakłamane życie dorosłych” Eleny Ferrante). W swojej najnowszej książce „Powrót z Bambuko” Katarzyna Nosowska uczy czytelniczki dystansu, a w porażających reporterskich „Szramach” Witold Bereś i Janusz Schwertner pokazują nam, jak działa, czy też raczej jak nie działa polska psychiatria dla dzieci i młodzieży. Oto co warto przeczytać we wrześniu: „Pokora”, Szczepan Twardoch Po ogromnym sukcesie „Króla” i kontynuacji — „Królestwa”, Szczepan Twardoch powraca z zupełnie nową historią. „Pokora” to epicka opowieść o miłości i wojnie. Przenosimy się do 1918 roku do zrewolucjonizowanego Berlina po I wojnie światowej i na Śląsk. Poznajemy syna biednego górnika, żołnierza Aloisa Pokorę. Wychodząc ze szpitala, gubi się w urządzanym na nowo świecie. Nie tęskni za przeszłością, ale też nie potrafi zaakceptować tego, co nadchodzi. Ucieka w przygodny seks z perwersyjną Agnes. Premiera: 16 września 2020 r., Wydawnictwo Literackie Czytaj też:  Znamy finalistów Nagrody Literackiej Nike 2020! „Kowalska. Ta od Dąbrowskiej”, Sylwia Chwedoruk Sylwia Chwedoruk przybliża nam sylwetkę niezwykłej pisarki, autorki uznanej „Szczeliny” Anny Kowalskiej. Artystki, która stała się inspiracją m.in. dla Iwaszkiewicza i Hartwig. W książce „Kowalska. Ta od Dąbrowskiej” przenosimy się do przedwojennego Lwowa, stolicy Polski w czasie powstania warszawskiego i odradzającego się po wojnie Wrocławia. To jednak przede wszystkim opowieść o relacjach, które nawiązywała Kowalska. Poznajemy ją jako żonę, matkę i...

Czytaj dalej
Agnieszka Osiecka i Marek Hłasko
east news

To była artystyczna miłość! Historia Agnieszki Osieckiej i Marka Hłaski

Poetkę i pisarza łączyło niebywałe uczucie.
Sylwia Niemczyk
02.02.2019

Poznali się na przełomie 1956 i 1957 r. Agnieszka Osiecka – studentka reżyserii w łódzkiej filmówce, wschodząca gwiazda STS-u. Hłasko – 24-letni pisarz, już wtedy sławny autor zbioru opowiadań „Pierwszy krok w chmurach”. Oboje piękni i niegrzeczni. Ona nieprzeciętnie inteligentna i wyjątkowo jak na tamte czasy wyzwolona. Zawsze flirtowała z kilkoma chłopakami naraz. Panienka z Saskiej Kępy.   Brylowała w towarzystwie o wiele starszych od siebie literatów i filmowców. Miała skłonność do łamania serc i do efektownych puent. I jedne, i drugie kolekcjonowała z równym zapałem. Pod szklanym blatem w biurku zbierała zdjęcia zdobytych mężczyzn. Wojciech Frykowski, Andrzej Jarecki, Daniel Passent, Jeremi Przybora i wielu, wielu innych. „Hłasko był proletariackim księciem, którego mi zazdrościły koleżanki – tak go zaklasyfikowała w swojej kolekcji. – Twarz rozgrymaszonego bachora, figura cowboya, ręce Madonny. Wyższy był od naszego pokolenia o pół głowy”.   On wychowany na Powiślu, edukację zakończył na poziomie podstawówki, od 16. roku życia pracował fizycznie jako robotnik na budowie i szofer. Zbuntowany i gniewny. Łudząco podobny do Jamesa Deana, na którego się zresztą robił. „Pisanie – mówił – jest tak wspaniałe, jak chlanie”. O jego nocnych wybrykach krążyły legendy, które sam podkręcał. W Kameralnej pojawiał się zwykle dopiero po północy – latem w szoferskiej skórze, zimą w swoim słynnym białym kożuchu. Wszyscy cisnęli się wtedy do baru, żeby choć się o niego otrzeć. Bo odezwać się do Hłaski było nie lada odwagą. Kto się odezwał głupio – dostawał w zęby.   Agnieszka Osiecka leczyła rany Marka po wcześniejszym związku Oboje komponowali swoje życie...

Czytaj dalej