Magdalena Biedrzycka: „Moja praca to krew, pot i łzy”
fot. Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Magdalena Biedrzycka: „Moja praca to krew, pot i łzy”

Jako kostiumografka pracowała m.in. dla Wajdy, Polańskiego i Krauzego. Sama o sobie mówi, że jest „psychiatrą, praczką, krawcową i czasami artystką”.
Magdalena Żakowska
01.06.2020

Ma na koncie ponad sto produkcji filmowych. Jej projekty znamy z takich obrazów jak „Wałęsa”, „Pianista”, czy „Katyń”, ale również np. z „Listów do M.” i „Czasu honoru”. Po odpowiednie kostiumy potrafi zarówno pojechać do Paryża lub Londynu, jak i zrobić je z wywróconego na drugą stronę obicia kanapy. Czasami to one ją znajdują – jak sztuczne futro z wilka, które kurzyło się na półce w Centrum Obsługi Przedsiębiorstw i Instytucji Artystycznych i czekało na rolę w „Panu T.”.  Czarno-biały film Marcina Krzyształowicza z Pawłem Wilczakiem w roli głównej możesz teraz obejrzeć na platformie VOD Player+.

Magdalena Biedrzycka: Postanowiłam przygotować się do naszej rozmowy. Przeczytałam swoje CV, przypomniałam sobie swoje filmy i policzyłam, ile pracuję. Wie pani, co mi wyszło?

Magdalena Żakowska: Równo 40 lat na planie filmowym. 

Pani też się przygotowała! Co prawda miałam dwa lata przerwy na stan wojenny, lata 90. też były dziwne, bo nagle rozpadła się filmowa struktura państwowa i zapanował chaos – każdy kręcił, co tylko mógł, w efekcie niewiele jest dobrych filmów z tego okresu. Pracowałam wtedy mało. 

Poznałyśmy się na planie „Wałęsy” Wajdy. Opowiadała mi pani o swetrze, w którym Robert Więckiewicz podpisywał akurat tego dnia Porozumienia Sierpniowe... 

...że to oryginalny sweter Wałęsy z tego okresu. Gdzieś w gazecie znalazłam wzmiankę, że pani Danuta oddała ten sweter do Muzeum Solidarności. Oni mi go pożyczyli. Ktoś, kto sobie wyobraża, że moja praca polega na tym, że sobie siedzę przy biureczku i rysuję, albo idę do sklepu i kupuję, ma mylne pojęcie o tym zawodzie. To krew, pot i łzy. Czasem zdarza mi się pracować w garażu z betonową podłogą i oknem pod sufitem. Zimą zimno, w lecie gorąco. Macham na to ręką i walczę. Kostiumy do filmów pożyczam, kupuję w second-handzie, dokładam z własnej szafy, czasem dostaję coś w prezencie. Na przykład od byłej łódzkiej teściowej – po jej babci, ciotce. Zawód kostiumografa to psycholog, psychiatra, krawcowa i czasami artystka. A przy okazji sprzątaczka i praczka. 

Ale zacznijmy od „Pana T.”

Ostatnie trzy lata mojego życia to nieustanne pożegnania. Co chwila ktoś umiera, odchodzi całe pokolenie filmowców – moje pokolenie. Mam wrażenie, że nie robię nic innego, tylko jeżdżę z pogrzebu na pogrzeb. I tu nagle telefon od Marcina Krzyształowicza. Nigdy wcześniej nie pracowaliśmy razem. Ucieszyłam się – facet przed pięćdziesiątką, ma jeszcze jakąś przyszłość w kinematografii! Poza tym widziałam jego filmy, a ja – może to źle zabrzmi – ale nie pracuję dla byle kogo. 

„Pan T.” to film czarno-biały. To chyba dużo różnica dla kostiumografa?

Uwielbiam czarno-białe filmy. Ten jest czwarty w moim dorobku. Kolory się nie liczą, nie liczy się, czy coś jest stare, czy nowe, tylko forma. Ale o tym potem! Na razie ten telefon od Marcina, przeczytałam scenariusz, nie wszystko zrozumiałam, ale wydał mi się bardzo ciekawy. Główny bohater, inspirowany postacią Tyrmanda, w didaskaliach został przedstawiony jako warszawski bikiniarz: w wielkiej marynarce, wąskich spodniach, kolorowych skarpetkach i butach na słoninie. Musiałam szybko wyprowadzić scenarzystów z błędu! Tyrmand opisał tę subkulturę, ale sam do niej nie należał. Był stuprocentowym inteligentem i dandysem. W angielskim trenczu, garniturze i zawsze pod krawatem. Tylko te skarpetki się zgadzały. Ubierając Pawła Wilczaka do tego filmu, chciałam stworzyć figurę człowieka, który odstaje od świata, w którym żyje. 

Magdalena Biedrzycka, „Pan T.”
fot. Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Wilki w magazynie, czyli historia COPIA

Reżyser ingerował w pani wizję?

Marcin jest trochę jak Polański – taki reżyser totalny. Musi położyć rękę na wszystkim. Mieliśmy przegadaną każdą postać w tym filmie, każdy, nawet najmniejszy, epizod. Co do kształtu kołnierzyka. To on wymyślił to wielkie futro, od którego zaczyna się film. Wysłał mi archiwalne zdjęcie przedstawiające mężczyzn budujących kolej na Alasce: czterech facetów w garniturach i kapeluszach oraz długich do kostek futrach, chyba z wilka. Napisał: „W takie futro ubierzemy naszą Złotowłosą”. Świetnie, tylko skąd ja mam je wziąć?! Zjeździłam chyba wszystkie magazyny z kostiumami, ale nie znalazłam nic, co przypominałoby futro ze zdjęcia. Nigdzie. I wtedy zdarzyło się coś, co przekonało mnie, że Pan Bóg lubi pracowitych kostiumografów. Wie pani, co to jest COPIA?  

Nie!

Centrum Obsługi Przedsiębiorstw i Instytucji Artystycznych. To słynna instytucja, która powstała tuż po wojnie i za komuny specjalizowała się w szyciu wszystkich kostiumów – od zespołu Mazowsze przez „Noce i dnie” po filmy historyczne Hoffmana. Potem padła ofiarą transformacji, przez lata dogorywała, a dziś został z niej szczątek w postaci firmy prywatnej, która składa się z pana kierownika Andrzeja, starego krojczego, który umie skroić wszystko – garnitur z każdej epoki, mundur, suknię – i trzech szwaczek. Ten mały zespół szył mi m.in. kostiumy do „Zemsty” Wajdy, do „Pana T.” uszyli mi garnitur Bieruta. Pojechałam do nich na przymiarki, siedzę z panem Andrzejem w kanciapie dwa na dwa metry, w której większość miejsca zajmowały zresztą półki z materiałami aż po sufit. Nagle patrzę, a na najwyższej półce futro. Sztuczne wilki! Moja praca składa się właśnie z takich zbiegów okoliczności. 

Lubi pani pracować z krojczymi i szwaczkami z minionej epoki?

Nie tylko. Mam też młodego człowieka, który sam się wszystkiego nauczył, każdego kroju z każdej epoki, a oprócz tego, że świetnie szyje, rozumie, co to znaczy film.

Czyli?

Że z trzech szmat trzeba czasem zrobić jedną, z grubej baby przerobić coś na chudą i odwrotnie. A to wszystko w 24 godziny. 

Smutna jest historia COPIA. Dużo takich miejsc upadło po transformacji?

Wszystkie. Ale nie tyle upadły, co ciągle upadają, od 20 lat ledwo dyszą. I uważam, że one wreszcie powinny upaść, żeby producenci filmowi przestali mieć złudzenie, że coś w tych magazynach jeszcze jest. 

Magdalena Biedrzycka, „Pan T.”
fot. Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Wajda, Krauze, Kędzierzawska, Polański…

Kiedyś kostiumy po skończonym filmie wracały do magazynów wytwórni filmowej. A dziś?

Dziś przeważnie zatrzymuje je producent prywatny. Znikają, nie sposób ich później odnaleźć. A zapasy w magazynach od 30 lat się nie powiększają. Ja zresztą mam taką zasadę, że poza garniturem, który jest mało rozpoznawalny, nigdy na głównego bohatera nie założę cudzego kostiumu, który wystąpił już w polskim filmie. Czasem zdarza mi się pojechać po kostium do Londynu czy Paryża, ale u nas nikt go wcześniej nie widział. Role drugoplanowe, statyści to już co innego. W Londynie jest zresztą wielki magazyn oryginalnych ubrań z epoki. Na przykład z lat 40. Cały „Katyń” zrobiłam w takich oryginałach. 

Wajda podchodził do tych kwestii chyba bardzo poważnie.

Ale miał do mnie ogromne zaufanie. Mój pierwszy film Wajdy, „Zemstę” [2002], zrobiłam z Krystyną Zachwatowicz [scenografką, żoną Andrzeja Wajdy – red.]. Ona miała na temat epoki ogromną wiedzę, a ja miałam siłę latać i wszystko załatwiać. To była fantastyczna przygoda. Chyba właśnie po tym filmie narodziłam się dla świata. Chociaż uważam, że to niesprawiedliwe, bo wcześniej zrobiłam 18 filmów fabularnych. 

„Gry uliczne” Krzysztofa Krauze, „Wrony” i „Nic” Doroty Kędzierzawskiej, „Weisera” Wojciecha Marczewskiego... 

Dziś mam na koncie ponad setkę realizacji, w tym około 50 filmów fabularnych. Z ostatnich kinowych hitów zrobiłam na przykład „Listy do M.”. Pierwsze, bo kolejne już mój asystent. To kostiumy współczesne, a ja nienawidzę biegać po centrach handlowych. 

Pracowała pani też dużo w Teatrze TV.

Tam traktują naszą pracę z większym szacunkiem, jak w prawdziwym teatrze. Bo w filmie to my jesteśmy idiotki z garderoby. Pamiętam, jak pierwszy raz pracowałam dla teatru w Łodzi. Rzuciłam się na kostiumy jak na te do filmu – tu przecierka, tu trzeba wyplamić, miesiąc wybierałam guziki. Wszyscy patrzyli na mnie w tym teatrze dziwnie i wreszcie taki stary krawiec, pijący jeszcze kawę w szklance, mówi: „Pani Magdo, przepraszam, że to powiem, ale niech pani wreszcie da spokój. Tego, co pani robi, już z trzeciego rzędu nie będzie widać”. Wtedy zrozumiałam, na czym polega różnica między teatrem a filmem. A Teatr TV, to dwa w jednym, no i widać te guziki.

…Kurosawa, Kubrick, Gilliam i Fellini

Kim chciała pani być, zanim zrobiła pani pierwsze kostiumy do filmu?

Nie miałam pomysłu. Poszłam na studia plastyczne, nie myśląc o przyszłości. U nas w domu nigdy nie było ciśnienia względem naszej przyszłości – mojej i siostry. Nikt nam nie mówił, że mamy być prawniczkami czy lekarkami. Wiadomo było tylko tyle, że obie będziemy studiować. Siostra wybrała architekturę, a ja jestem z wykształcenia grafikiem warsztatowym, specjalistką od drzeworytu. Ale film fascynował mnie od zawsze. Naprzeciwko naszego domu było kino Kultura, byłam w nim kilka razy w tygodniu. Uwielbiałam wczesnego, czarno-białego Kurosawę, Kubricka, Terry’ego Gilliama i mojego ukochanego Felliniego. Marzyłam o tym, żeby u niego pracować. Jak wziął i umarł, to bardzo byłam zawiedziona. 

Jak trafiła pani do branży filmowej?

Studiowałam w Łodzi. W latach 70. w tym smutnym mieście szkoły artystyczne, czyli nasza plastyczna, filmówka i muzyczna, trzymały się razem. Moja uczelnia była raczej babska, więc oczywiście narzeczonego miałam w filmówce. Nazwiska nie zdradzę, bo to był zakazany związek. Oboje pochodziliśmy z innych miast, a nasza miłość kwitła w Łodzi. Fantastyczne pięć lat przeżyliśmy razem, ale to musiało się kiedyś skończyć. 

Pod koniec studiów zaczęłam się spotykać z moim przyszłym mężem, który pochodził z bardzo dostojnej przedwojennej łódzkiej rodziny. W ich meblach mieszkam zresztą do dziś. Mówiąc krótko: wyszłam za „Ziemię obiecaną”. W rodzinie męża panowała tradycja, że każdy męski potomek musi skończyć studia o kierunku włókienniczym. Tak było też z moim mężem, tyle że zaraz potem zdał do szkoły filmowej. W ten sposób w filmówce spędziłam w sumie 10 lat. Na studiach odwiedzałam też Ankę na planach filmowych i to było magiczne. No ale nic by z tego nie wyszło, gdyby nie Piotr Szulkin, który w 1976 roku zaproponował mi zrobienie z nim filmu.

Siostra, Anna Biedrzycka-Sheppard, dziś słynna hollywoodzka kostiumografka, która pracowała m.in. dla Polańskiego, Spielberga i Tarantino, pierwsza zaczęła pracować w filmie.

Od zawsze ciągnęło ją do filmu, bo interesowała się modą. A ja byłam w opozycji. Żyłyśmy w różnych światach. Anka obracała się w kręgu złotej młodzieży warszawskiej. Ja jeździłam na obozy harcerskie, a ona ze znajomymi do Jastarni. Ja szłam do kina, ona na prywatkę. Pamiętam ją z tamtych czasów jako niedościgły dla mnie wzór: modna, pięknie ubrana, zawsze „en vogue”. A ja całe życie miałam kompleksy, nienawidziłam swojego ciała, chociaż miałam wymarzoną figurę do spodni – długie nogi i wąskie biodra. 

Na maturę poszła pani w przerobionych spodniach od garnituru ojca.

I były z tym problemy! Spodnie dziewczyna mogła wtedy włożyć na obozie wędrownym, ale nie do szkoły. To były czasy, kiedy w sklepach nie było ubrań. Moja mama miała panią Wiesię na ulicy Madalińskiego, która raz do roku szyła jej letnią sukienkę albo zimową garsonkę. I ta pani Wiesia właśnie przerobiła dla mnie ślubne spodnie od garnituru ojca. I kasak – rodzaj długiej kamizelki, która była potem bardzo modna w latach 70. Miałam do tego białą koszulę i mokasyny, byłam superelegancka, ale nie mieściłam się w definicji ubioru maturalnego. Ostatecznie maturę zdawałam w spódnicy pani Zosi, naszej dozorczyni. Pamiętam dzień, gdzieś w połowie lat 60., kiedy ojciec po powrocie z delegacji, dał mi w prezencie pierwsze dżinsy. Jak się w nie ubrałam, świat mi się uporządkował. Do dziś z nich nie wyszłam. 

Czy żałuje pani, że nie zrobiła jakiegoś filmu?

„Arii dla atlety” Bajona. Nie zrobiłam tego filmu z osobistych powodów, ale za to wyszłam za mąż. Dziś to sobie wypominam: małżeństwa nie ma od 20 lat, a film by mi został. I do tej pory pracowałabym pewnie z Bajonem. Bo dobrzy reżyserzy przywiązują się do ludzi, z którymi im się dobrze pracuje. 

Magdalena Biedrzycka, „Pan T.”
fot. Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Hollywood w Łodzi?

Żałuje pani małżeństwa?

Mam z niego fantastyczną córkę, wnuki, rodzinę. Na studiach ja miałam swój układ, on swój, i oba te nasze układy się źle skończyły. Ciągle spotykaliśmy się na jakichś prywatkach organizowanych po domach. Nosił długie włosy i futro z królików. Wtedy nie trzeba było jechać do Hollywood, bo Hollywood był w Łodzi – Polański, Skolimowski, Kondratiukowie. Było pięknie. I nagle z dnia na dzień postanowiliśmy się pobrać. Wesele zrobiliśmy w 60-metrowym mieszkaniu moich rodziców na Krakowskim Przedmieściu. 50 osób było, czyli prawie jedna osoba na metr kwadratowy. Męża już nie mam, ale teściowa została! Jest jedyną prawdziwą damą, jaką poznałam. Tylko raz w życiu widziałam ją z nieułożoną fryzurą i bez makijażu, kiedy o czwartej rano zaczęłam rodzić jej wnuczkę. Teściowa ma taki skrzyniowy tapczan, a w nim uporządkowane pamiątki: chustki batystowe męskie po dziadku, z monogramem, oryginalne XIX-wieczne koronki, koszulę do fraka. Na ostatnią Gwiazdkę dostałam od niej pasek od wieczorowej sukni – kombinacja zamszu, srebrnego haftu i frędzli. Cudo! 

A pani rodzice? Pracowali w filmie?

Mama była przyzwoitą dentystką. Tata inżynierem elektrykiem. Chciał być architektem, ale mój dziadek miał inne plany. Chociaż był działaczem PPS, to nawrócił się na kapitalizm i miał dość dobrze prosperującą fabryczkę. Architektura była dla niego zbyt artystycznym zawodem i namówił mojego ojca na inżynierię. Ojciec był tym człowiekiem, który po wojnie puścił w ruch elektrownię żyrardowską. Ale nie chciał być dyrektorem fabryki. Jeden z jego kolegów został po wojnie szychą w kinematografii. Ojciec wyczyścił buty i poszedł do niego na audiencję. I tak został jednym z tych, którzy odbudowywali polską kinematografię po 1945 roku. Dorobił się nawet stanowiska dyrektora technicznego kinematografii polskiej. O kinie mówiło się u nas przy śniadaniu, obiedzie i kolacji. Ojciec jeździł do Niemiec do najstarszego na świecie studia filmowego Babelsberg. Przywoził stamtąd kamery i lampy do powstającej w Łodzi wytwórni filmowej. Po latach pojechałam do tego studia kręcić „Pianistę” Polańskiego. Niesamowite uczucie. Ale to są rzeczy, o których się w wywiadach nie mówi, bo zaraz zrobią z nas komunistów. A rodzice nie dorobili się w życiu niczego. Jak likwidowałam po śmierci mojej mamy ich mieszkanie, zabrałam tylko jej przedwojenne biureczko, fotel po moich dziadkach i dwa tysiące książek. Cała reszta nadawała się do spalenia. 

Z siostrą pracowała pani tylko raz, właśnie przy „Pianiście” Polańskiego. 

Jesteśmy kompletnie inne. Ona elegancka, ja minimalistka. Jak ją odbieram z lotniska, to na początku zawsze mam moment czystego zachwytu. W każdym sezonie kupuje kilka modnych rzeczy z najwyższej półki. Ma taką kolekcję butów, że można umrzeć. Ciągle przysyła mi nowe rzeczy, a ja ciągle mam poczucie, że mam wszystkiego za dużo. Przyjęłam zasadę, że skoro robię w szmatach, to nie mogę się ubierać.

Nie myślała pani nigdy o tym, żeby za siostrą wyjechać do Hollywood?

Nie nadaję się. Żeby zrobić tam karierę, trzeba mieć żelazny charakter. Ja się wychowałam na kinie przyjacielskim. Szybko skracam dystans, przechodzę ze wszystkimi na ty, zamiatam garderobę, czyszczę aktorom buty – albo brudzę, jeśli trzeba. Czasem na kogoś nakrzyczę, ale już następnego dnia kupię wino i piję z tym kimś na przeprosiny. W Hollywood panuje kultura korporacyjna i stres ogromnych pieniędzy, które są ładowane w kino. Znam ten świat z opowiadań Anki. Tam wszyscy są dla siebie bardzo mili, ale jak się tylko odwrócisz, ktoś wbija ci nóż w plecy. Najmniejszy błąd skutkuje towarzyskim i zawodowym ostracyzmem. Jak Anka robi film w Hollywood, to codziennie do mnie dzwoni i robię jej przez telefon psychoterapię. Jestem na to wszystko zbyt chwiejna emocjonalnie, może niepotrzebnie mówię to, co myślę. Po pierwszym filmie w Hollywood zamknięto by mnie w domu wariatów.

Rozmowa z Magdaleną Biedrzycką ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Agnieszka Holland
East News

Holland, Szumowska, Smoczyńska – i wiele więcej! Nasze reżyserki podbijają świat

Są silne, bo musiały się przebić w męskim świecie kina. Dlatego tworzą mocne kino o równie silnych kobietach.
Magdalena Żakowska
29.05.2020

Małgorzata Szumowska to pierwsza polska reżyserka od 15 lat, która zrobiła film w Ameryce. Agnieszka Smoczyńska właśnie kręci w Wielkiej Brytanii.  Agnieszka Holland, chyba najbardziej zapracowana polska reżyserka, która pracowała na wielkich planach filmowych zarówno w Europie, jak i w Ameryce, swój najnowszy film zrobiła w Czechach. Wszystkie trzy mają talent, sławę i wielką siłę przebicia w świecie, ale kobiet w polskim filmie jest dziś znacznie więcej. I nie tylko nareszcie doszły do głosu, ale też – choć statystycznie jest ich mniej niż mężczyzn reżyserów – odnoszą co najmniej równie spektakularne sukcesy, co oni. Polskie reżyserki dzisiaj zabierają głos w kinie: polskim i także tym na światowym poziomie. Agnieszka Holland – królowa polskiego kina dla Apple TV Wiadomo, Agnieszka Holland jest tylko jedna. To królowa polskiego kina i jego największa ambasadorka za granicą. Dorobek Holland jest imponujący, a pracowitość wręcz onieśmiela. Nakręciła ponad 30 filmów i wiele kultowych seriali – od „Prawa ulicy” (ang. „The Wire”), przez „The Killing” i „House of Cards” po „The Affair”. To ona była ostatnim przed Małgorzatą Szumowską polskim reżyserem, który nakręcił film w Ameryce: w 2006 roku premierę miała jej „Kopia mistrza”, biograficzna opowieść o starzejącym się Ludwiku van Beethovenie. W filmach Holland grali najwięksi aktorzy Hollywood: Maggie Smith, Albert Finney, Leonardo DiCaprio, Jennifer Jason Leigh, Jennifer Garner i oczywiście największe gwiazdy polskiego kina. Słynie z tego, że prywatnie jest niezwykle łagodną i ciepłą osobą, ale na planie potrafi zamienić się w potwora. Krzyczy, przeklina, rządzi niepodzielnie. Aktorzy się jej boją, ale zagrać u Holland...

Czytaj dalej
Małgorzata Szumowska
Archiwum prywatne

Małgorzata Szumowska: Wreszcie w kinie jest zapotrzebowanie na moją płeć

W Stanach kobieta z doświadczeniem to atut. Miałabym tego nie wykorzystać?! – mówi reżyserka „W imię”, „Body/Ciało” i „Córki boga”. I planuje kolejne anglojęzyczne filmy.
Magdalena Żakowska
28.05.2020

Najbardziej wzięta polska reżyserka za granicą. Małgorzata Szumowska jest gwiazdą europejskiego kina i specjalistką od mocnych tematów. Jak większość kobiet w męskim świecie filmu, musiała walczyć o siebie i przebijać szklane sufity. Pytana o początki kariery filmowej przyznaje, że do Filmówki dostała się dzięki bezczelności. Szybko stała się ulubioną studentką Wojciecha Hasa, który mawiał, że lubi ją, bo „ma ładne nogi i jest z Krakowa” . Żart, który dziś jest nie do pomyślenia. Szumowska pierwsze sukcesy odnosiła już na studiach, jej studenckie krótkie metraże zdobywały nagrody na międzynarodowych festiwalach. Dziś współpracuje z Zentropą Larsa Von Triera, producentami, którzy mają na koncie oscarowe hity. Na Netfliksie możemy oglądać już jej pierwszy amerykański film, „Córkę boga” . A co dalej?  Magdalena Żakowska: Do te pory sama pisałaś scenariusze swoich filmów, tworzyłaś kino autorskie. „Córka boga” to wyjątek.  Małgorzata Szumowska: Scenariusz „Córki boga” znalazł się na tzw. Black List, liście najlepszych hollywoodzkich niezrealizowanych scenariuszy, która publikowana jest co roku, w drugi piątek grudnia, a producenci natychmiast wykupują opcje na te projekty. „Córka boga” została wykupiona przez Davida Lancastera i Stephanie Wilcox z Rumble Films, firmy która ma na koncie takie filmy, jak „Wiplash” czy „Drive”. To oni zaproponowali mi współpracę. Po raz pierwszy w życiu zostałam wynajęta do reżyserii filmu w zadanej konwencji. To nie miało nic wspólnego z tym, jak pracowałam wcześniej.  Spodobało ci się? Bardzo. Film miał światową premierę na festiwalu w Toronto we wrześniu zeszłego roku, a w kwietniu...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Kinowe hity na małym ekranie – w czerwcu na HBO rewelacyjne nowości!

Wśród nowości HBO na czerwiec znajdziemy wielkie hity filmowe: „Gdzie jesteś, Bernadette?”, „Czarownica 2” i nowe odcinki naszych ulubionych seriali. Znajdzie się też coś dla miłośników kina niezależnego.
Sylwia Arlak
26.05.2020

Już 1 czerwca w HBO pojawi się gorąca nowość — film „Czarownica 2” z Angeliną Jolie, Michelle Pfeiffer oraz Elle Fanning w rolach głównych. Akcja rozpoczyna się kilka lat po wydarzeniach z pierwszej części. Aurora chce wyjść za mąż i zamieszkać w zamku przyszłego męża. Niestety na jej drodze staje kolejny wróg… W połowie czerwca (a dokładnie 14) obejrzymy film „Bliźniak”. O czym opowiada? To historia elitarnego zabójcy, który zostaje niespodziewanie zaatakowany przez tajemniczego mężczyznę. Co więcej, okazuje się on jego...klonem. Typowe kino rozrywkowe, w którym podwójną rolę gra Will Smith. 21 czerwca na platformie HBO pojawi się również komediodramat z Cate Blanchett w roli głównej. „Gdzie jesteś, Bernadette?” to słodko-gorzka opowieść o kobiecie, która pewnego deszczowego dnia znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Zadowoleni będą miłośnicy „Zombieland” — 28 czerwca na HBO obejrzymy drugą odsłonę serii „Zombieland. Kulką w łeb”. Tego samego dnia pojawi się propozycja dla miłośników kina grozy. Morderstwo, przerażająca zjawa i nawiedzenia — takie jest „Topielisko. Klątwa La Llorony”, część uniwersum „Obecności”. Nie zabraknie także  kina międzynarodowego. 1 czerwca na platformie obejrzymy hiszpański komediodramat „El Cuento de las Comadrejas”. Bohaterowie to czwórka seniorów mieszkających razem w wiejskiej posiadłości. Ich życie skomplikuje się, gdy pewna para podstępem będzie chciała namówić ich do sprzedaży domu. Warto obejrzeć „Jaskółki nad Kabulem” (od 13 czerwca) — poruszającą animację o dwójce zakochanych w okupowanym przez Talibów Kabulu. Z kolei 21 czerwca pojawi się izraelski...

Czytaj dalej