Piotr Najsztub pierwszy raz o wypadku, nowej knajpie i nowym życiu
Fot. PAP/Marcin Kaliński

Piotr Najsztub pierwszy raz o wypadku, nowej knajpie i nowym życiu

Znany dziennikarz mówi o nowym pomyśle na życie – knajpie Kur&wino, kobietach, które zastępują mu rodzinę i… wnuczku, Gustawie.
Agnieszka Dajbor
10.12.2020

Piotr Najsztub jest jednym z najpopularniejszych polskich dziennikarzy. Pracował w „Gazecie Wyborczej”, był m.in. wicenaczelnym magazynu „Viva!”, redaktorem naczelnym „Przekroju”. Jest kontrowersyjną postacią. Jedni go lubią za błyskotliwą inteligencję i za to, że – co by się nie działo – chce żyć na własnych warunkach. Innych co najmniej drażni. Bywa prowakacyjny, zadaje „bezczelne” pytania na granicy dobrego smaku, sprawia wrażenie człowieka, który nie liczy się z odczuciami i opiniami innych. W Tok FM prowadzi z Tomaszem Piątkiem audycję „Prawda was zaboli”.  Trzy  lata temu zrobiło się o nim głośno, choć tym razem nie w powodów zawodowych. Spowodował wypadek, potrącił na pasach starszą kobietę. Gdy mówi nam o tym wypadku, przyznaje, że miesiącami mu się odtwarzał.

Od kilkunastu miesięcy na warszawskim Muranowie prowadzi restaurację „Kur&wino”. Wiesza wywrotowe hasła, ale serwuje mega tradycyjne dania, które w pandemii sam rozwozi – ogórkową, pomidorową, mielone. Ludzie czasami pytają: „Czy Pan to Pan?”. W czasie Strajku Kobiet wywiesił na drzwiach plakat z błyskawicą, dawał zniżki protestującym. Mówi o sobie: „Robiłem różne rzeczy i na ogół dobrze mi wychodziły, co jest może moim przekleństwem”.

Agnieszka Dajbor: Piotr, ile Ty już w życiu miałeś ról: byłeś dziennikarzem, byłeś redaktorem naczelnym, restauratorem, gwiazdą telewizji, dyrektorem kreatywnym. W międzyczasie byłeś człowiekiem poszukiwanym przez mafię, hodowcą psów, spowiednikiem kobiet. Teraz znowu prowadzisz knajpę – „Kur&wino”, na jakim etapie życie teraz jesteś?

Piotr Najsztub: Nie mam poczucia że za mną są jakieś kolejne etapy życia. Wydaje mi się, że jestem taki, jak 30 lat temu,chociaż pewnie się zmieniłem. Kiedy byłem młody wymyśliłem sobie, że nie będę gromadził śladów swojej obecności – żadnych zdjęć, pamiątek, ulubionych przedmiotów. Nie mam nic. Wszystko jest TERAZ. Ważne jest TERAZ. A role które wymieniłaś – były, to już przeszłość.

Ale masz doświadczenie, osiągnięcia, dorobek. To jest ważne?

Oczywiście mam poczucie, że jakoś wpłynąłem na dziennikarstwo. Napisałem z Maciejem Gorzelińskim pierwszy w Polsce reportaż śledczy o korupcji w poznańskiej policji. Zmieniłem sposób rozmowy z publicznymi osobami na mniej oficjalny,bardziej ludzki. Dostałem sporo nagród. Ale czy to mi jakąś chwałę przynosi? Nie sądzę. Chociaż śmieszy mnie trochę Tomek Lis, kiedy mówi – jesteś tak dobry, jak twój ostatni program. No, nie… Jesteś tak dobry, jak jesteś dobry. Jeszcze wrócę do tych kolejnych etapów życia: w mitologii greckiej jest bóg czasu Chronos, który bardzo zawładnął naszą wyobraźnią, mamy zegarki, odmierzamy czas, wierzymy, że płynie linearnie, jedno przychodzi po drugim. I jest Kairos, bożek chwili dla którego czas jest wtedy, kiedy się coś wydarza. Ja jestem wyznawcą Kairosa, bożka chwili.

Moja rodzina, mój wnuk

Dlatego masz taką zdolność do zaczynania życia od nowa. Zawodowo i prywatnie, bo miałeś wiele związków…

…wszystkie udane.

Mogłabym powiedzieć, że dobrze sobie radzisz z kryzysami, bo umiesz kreatywnie z nich wychodzić. Albo, że jesteś otwarty na zmiany. Ale czy to nie jest męczące, ile razy można zaczynać od nowa?

Nie mam poczucia mozołu, robię różne rzeczy, bo chce je robić. Bo je lubię, jak kur&wino. Myślałem o tej knajpie, planowałem ją 7 lat, ale pewnie by nie powstała, gdyby nie mój przyjaciel Aleksander Sawicki, który w pewnym momencie chciał wejść w taki biznes.

Poza tym w życiu tak jest, że coś się kończy i coś zaczyna. Nigdy nie miałem marzeń o rodzinie, nie miałem takich wzorców w domu rodzinnym, nie starałem się w dorosłym życiu o to, bo uznałem że to nie jest dla mnie, ten rodzaj stabilności. Uważam, że moją rodziną są kobiety z którymi byłem. Moja siostra, którą bardzo cenię i lubię i kocham, nie wie o mnie 10 procent tego, co o mnie wiedzą byłe partnerki. W tym sensie to jest mi bliższa rodzina.

Trzy lata temu, zimą  spadłem z dosyć dużej wysokości na kamienną podłogę. Neurolodzy, którzy oglądali moją tomografię mózgu byli zdziwienie, że w ogóle chodzę. Miałem uszkodzony mózg, cierpiałem na rodzaj afazji. Ciężki był ten upadek, dopiero teraz pomału przechodzą mi różne jego skutki. Bardzo pomogła mi w tym czasie moja przyjaciółka Kasia Sarnowska (scenarzystka i producentka m.in. filmów „Chemia” i „(Nie)znajomi”, współwłaścicielka Kur&wino – przyp. A.D.). A był to dla mnie duży kryzys.

Robiłeś życiowy rozrachunek, coś ci ten kryzys przewartościował?

Na pewno po nim zwolniłem, bo musiałem. Głowa i ciało już mnie tak stuprocentowo nie słuchały.

Zmieniłeś się w ostatnich latach. Bardzo schudłeś, nie palisz papierosów, chodzisz na siłownię, dużo ćwiczysz. Dbasz o siebie dla siebie, czy dla swoich dzieci, wnuków, masz wnuki?

Tak, Ula, moja córka, która mieszka w Norwegii, ma dwuletniego syna. Gustaw był u mnie dwa razy, ma kręcone włosy jak ja, niczego się nie boi. Ula dobrze go wychowuje, na luzie. Gustaw będzie szczęśliwym Norwegiem.

Ale ja nie dbam o siebie dla kobiet czy dzieci. Ćwiczę, bo przeczytałem, że starzenie zaczyna się od zaniku mięśni, więc postanowiłem opóźnić ten moment. Chodzę na siłownię, mam zestaw ćwiczeń na mięśnie. Smaruje kolagenem blizny po wypadku. Jestem sam dla siebie swoim portretem Doriana Graya.

Oszukujesz czas?

Opóźniam.

Będzie niedobrze i to będzie wspaniałe

Kur&wino to jest knajpa młodzieńcza duchem, buntownicza. Wywieszacie co kilka dni nowe hasła nad wejściem. One są czasem sentencjonalne na przykład „Życia nie można zabrać na wynos, ale obiad tak”. A czasem bardziej ostre prowokujące:„Patrjoci chodzą w niedzielę do kościoła. Polacy chodzą tam, gdzie chcą”. Albo „Kaczyński znów trumpffuje”.

Ostatnio mieliśmy: „W miejscu głowy ma garnek, a nazywa się Czarnek”.

To są twoje przekazy dnia?

Proste polityczne, satyryczne przekazy, to ma być knajpa zaangażowana. Zawsze chciałem mieć takie miejsce w mieście, gdzie mógłbym hasła wywieszać. Dopóki byłem w „Przekroju”, mogłem bawić się tytułami, zajawkami, przemycać w nich swoje pomysły. Brakowało mi tego.

W 2007 roku w „Przekroju” dałeś tytuł artykułu o jednym z prokuratorów „PoDUPAdły”, czytałam, że jako redaktor naczelny miałeś za to sprawę, groził ci rok więzienia. Dopiero Sąd Najwyższy cię uniewinnił. Dzisiaj które hasło najbardziej lubisz?

Zawsze to, które dopiero wymyślę. Ale lubię tekst, który często używam wobec moich przyjaciółek, które zostały wychowane w takiej kulturze, że się pyta mężczyzny: „Będzie dobrze”? I on ma potwierdzić, że tak. A ja im wtedy mówię, że będzie niedobrze i to będzie wspaniałe. Napisałem o tym piosenkę, można jej posłuchać. Śpiewa ją moja przyjaciółka Aleksandra Jachymek, którą ja nazywam Frajda Natychmiast.

Nazwa Kur&wino, tradycyjnie rzecz ujmując, nie jest zbyt ładna. Masz taki bon mot, że nie lubisz słów na k…. Ale oczywiście chodzi o słowo „kocham Cię”, bo kur&wino jednak lubisz?

Wymyślając te nazwę, miałem poczucie, że dla pewnej liczby klientów, ona będzie brzydka, ale dla innych może być magnesem – idę do kurwina. I raczej się podoba.

Nasze polskie KFC

Macie tradycyjne menu, można by powiedzieć narodowe dania Polaków: pomidorowa, ogórkowa, kapuśniak, mielone, schabowe, karkówka. To są jakieś twoje przebłyski z dzieciństwa, niedzielne obiady?

A skąd! U mnie w dzieciństwie było biednie i trzeba się było po prostu napchać, żeby głodu nie czuć. Tą są smaki, które opracowywałem w latach 90, kiedy robiłem knajpę „Przegryź”. Wcześniej gotowałem na studiach,na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Brakowało nam wszystkim pieniędzy, więc żywiliśmy się głównie kisielami. Wymyśliłem wtedy, żeby raz na jakiś czas robić kolacje czwartkowe, które będą rodzajem uczty. Robiłem pstrąga w pierniku – pyszny był, aksamitnego chińskiego kurczaka. Wymyślałem dania i one smakowały.

Natomiast pomysł na Kur&wino był inny, bo mieliśmy mieć po prostu dobre wina i bardzo dobre kurczaki z rożna, bez antybiotyków, bez GMO, wysokiej jakości robione w specjalnej zalewie.

Wino i kurczaki to pomysł na sieciówkę, takie polskie KFC?

Są na to jeszcze jakieś widoki, ale na razie pandemia pokrzyżowała te plany. Pomidorowa, mielone, karkówka to są dania z czasów pandemii. Robimy dania na wynos, mamy abonamenty, jedzenie musi być urozmaicenie. Mamy m.in. taki program, że ludzie z pieniędzmi opłacają abonamenty obiadowe starszym ludziom, którym brakuje gotówki albo są chorzy i nie radzą sobie już z zaopatrzeniem domu. My dowozimy im obiady.

A co z rosołem, ty jesteś przecież mistrzem rosołu! Jeszcze nie tak dawno gotowałeś rosół i jadłeś codziennie, chyba przez rok, legendy o twoim rosole krążyły.

Nie jestem już od niego aż tak uzależniony, ale raz na parę dni muszę wlać w siebie litr rosołu z kluskami. Tuwim pisał – masz rosół, będziesz wesół. Kiedyś rzeczywiście jadłem, pachniałem, pociłem się i sikałem rosołem. Jak ktoś mi zadawał pytanie, co umiem robić, to przez lata mówiłem, że umiem gotować rosół. I jestem tu pewny swego.

Podrywałęś dziewczyny na ten rosół, mówiłeś, że im urosną od niego piersi? Serio, ktoś w to wierzył?

To moja wspólniczka Dominika Krzemińska w „Przegryziu” miała taki moment, kiedy jej piersi urosły. Powiedziałem: „Dominika, będziemy reklamować twoimi piersiami mój rosół”.

Wspólne gotowanie to jest dobry rytuał w związku?

Podobno, ale ja nigdy go nie zasmakowałem, bo jestem despotą w kuchni, wszystko muszę robić sam. Słyszałem nawet od moich partnerek, że ta moja niechęć do wspólnego gotowania coś w nich zablokowała.

do najsztuba
www.facebook.com/kurwino

Z miłości gotuje się lepiej?

Nie, w ogóle nie wierzę w takie historie. Gotowanie to jest biologia, chemia i umiejętności kucharskie.

Lubisz karmić ludzi, gotować dla ludzi, serwować swoje dania?

Lubię gotować.  Ale nie interesuje mnie specjalnie, jak ludzie oceniają moje dania. Sam wiem, czy zrobiłem coś dobrze, czy źle. Zresztą nigdy nie dbałem o oceny zewnętrzne, w żadnych działalnościach. Jak ugotuje źle, to wylewam. Jak zupa znika z garnka, to w porządku. I tyle. Nie przeżywam jakichś specjalnych uniesień.

Kuchnia zero waste to twoja kuchnia?

W restauracji nie zawsze da się wprowadzić zero waste w 100 procentach. W pandemii sami z Aleksandrem wozimy wynosy, i czasem widzę, że ludzie są zawiedzeni, że mamy styropianowe pojemniki, a nie eko – bawełniane albo z papieru. Ale jak danie kosztuje 25 złotych z dowozem, a pojemnik eko 3 złote,to finansowo jest nie do skalkulowania. Wobec czego nie ma o czym mówić. Natomiast jeśli chodzi o resztki,to ich nie mamy, bo robimy karmę dla psów. Ludzie chętnie po nią przychodzą, więc chyba pieskom smakuje.

Zwalniajcie przed pasami!

Piotr, na koniec wejdźmy w inne rewiry. Trzy lata temu miałeś wypadek, potrąciłeś starszą kobietę na pasach. Miałeś dwa procesy, zostałeś uniewinniony. Ale dlaczego nie chciałeś składać zeznań, nie współpracowałeś?

Mam zerowe zaufanie do prokuratury i policji, w sądzie też odmówiłem. Uznałem, że mają świadczyć dowody, świadkowie, biegli, którzy byli wyłącznie ze strony prokuratury. Bo ja nie powołałem swoich biegłych. Chciałbym przy tej okazji powiedzieć, że zaznałem wtedy, co to znaczy szczucie. Przez długi czas biegała ze mną ciągle dziennikarka jednej ze stacji i krzyczała: „Niech pan przeprosi Polaków, że pan jechał bez prawa jazdy!” Minister Zbigniew Ziobro mówił na konferencjach prasowych pięciokrotnie, że wyrok uniewinniający mnie jest dowodem na specjalne traktowanie mnie przez sąd. A to on sam mnie tak traktował, pięciokrotnie publicznie wypowiadając się na ten temat jako minister sprawiedliwości i prokurator generalny. Zresztą Zbigniew Ziobro mi nie odpuścił i złożył skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego o unieważnienie mojego uniewinnienia.

Sąd Najwyższy będzie badał sprawę wypadku komunikacyjnego, w którym nikt nie zginął i nikt nie został poważnie ranny. Mało tego, premier Mateusz Morawiecki w swoim ostatnim expose opowiadał o moim wypadku jako o powodzie, dla którego należy ograniczyć niezawisłość sędziów.

Ale takie zdarzenie zostaje w człowieku, niezależnie od wyroku. W tobie zostało?

Poszedłem po paru dniach do kobiety,którą potrąciłem. Chciałem jej coś podarować niezdawkowego jak kwiaty, czy bombonierka. Przyniosłem książkę „Sekretne życie drzew”.  Ona się roześmiała i powiedziała, że już przeczytała te książkę, ale chętnie przyjmie dodatkowy egzemplarz. Przez wiele miesięcy często w ciągu dnia odtwarzał mi się ten wypadek, wizualnie i dźwiękowo. Mam taką radę dla wszystkich, żeby bez względu na okoliczności zwalniali przed pasami. Bo ja jechałem 25 km/h i nie zdołałem wyhamować.

Prowadzisz auto?

Tak, mam prawo jazdy, mało tego, w dniu wypadku również nie miałem cofniętych uprawnień.

Mówiłeś, że w życiu zawsze czułeś się wolny i swobodny. Nie mówisz, że czujesz się np. odpowiedzialny za kogokolwiek. Ta wolność i swoboda to jest dla ciebie najwyższa wartość?

To jest konieczność.

Jak obchodzisz w tym roku Wigilię?

Tradycyjnie nie obchodzę. Chyba, że zjem kawałek kiełbasy podwawelskiej. Z Dominiką w „Przegryziu” mieliśmy taki zwyczaj w Wigilię, że jak już wydaliśmy wszystkie zamówienia, to siadaliśmy przy stoliku w witrynie i zajadaliśmy kiełbasę podwawelską. Ludzie patrzyli trochę zszokowani. Chyba do tego wrócę.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Szczepan Twardoch
Zuza Krajewska

Szczepan Twardoch: „Mam serce z kamienia, więc…”

Autor „Króla” i „Królestwa”, pisarz, Szczepan Twardoch o pisaniu, pasjach i Zagładzie. „Literatura jest od tego, żeby ruszać to, czego nie powinno się ruszać, dźgać tam, gdzie boli”.
Wika Kwiatkowska
18.06.2020

Dla siebie samego przyjąłem, że ważną kategorią w życiu człowieka jest przyzwoitość. Nie jestem księdzem, nikogo nie nauczam. Ale nie żyję w jakiejś nihilistycznej fantazji”, mówi Szczepan Twardoch. Jego dwie bestsellerowe książki „Król” i „Królestwo” przenoszą nas do Warszawy z czasów Zagłady – i nie pozostawiają obojętnymi. Wika Kwiatkowska: Po pracy nad książką masz potrzebę resetu, podróżujesz?  Szczepan Twardoch: Nie mam czasu na resetowanie się po książkach. (śmiech) Przechodzę prosto z jednego projektu – choć to obrzydliwe słowo – do kolejnego. Angażują mnie różne rzeczy, niekoniecznie książki. Ale nie potrzebuję odpoczywać od pracy – to jedna z głównych spraw, które nadają życiu sens. Odpocznę w grobie.  Napisałeś trzy książki o Warszawie. Jaki masz stosunek do tego miasta? Euforyczny. Uwielbiam Warszawę. Co nie znaczy, że chciałbym tu mieszkać. Chociaż nie chcę mówić: „nie będę” i „nigdy”, bo życie jest skomplikowane i Bóg jeden raczy wiedzieć, co się wydarzy. Gdybym z tajemniczego powodu musiał przestać mieszkać tam, gdzie mieszkam, to znaczy w Pilchowicach – a chcę mieszkać w  Pilchowicach – to wybrałbym Warszawę albo Berlin. Raczej Berlin. Ale to są dwa miasta, które lubię najbardziej.  Co takiego lubisz w Warszawie? To jest naprawdę miasto. Otwarte. Z energią?  Nie wiem, co ludzie mają na myśli, kiedy mówią, że miasta mają energię, atmosferę. Atmosferę, to, kurwa, mają, raczej zatrutą. (śmiech) Lubię Warszawę za to, że po prostu dobrze się w niej czuję. Mam tu bardzo wielu znajomych, co najmniej tylu, co na Śląsku, jeśli nie więcej. Mam swoje miejsca, oswojone. Najbardziej lubię południowe...

Czytaj dalej
Mariusz Szczygieł
Adam Lach/FORUM

Mariusz Szczygieł przyznaje: „Ze mnie taki miły gość…”

Pisarz przekonuje, że jest słodziakiem z wyboru.
Jakub Janiszewski
04.01.2019

Dla wielu ludzi mówienie innym „spadaj” jest proste jak wydalanie. Dla mnie nie. Po dziś dzień męczę się i pocę, gdy muszę to zrobić. Ale już umiem, mogę. Słodziakiem jestem z wyboru – mówi Mariusz Szczygieł w rozmowie z Jakubem Janiszewskim   Na twojej stronie internetowej jest taki wpis: „W związku z tym, że w ostatnim miesiącu dostaję dziesiątki maili z prośbą o pomoc w znalezieniu pracy w dziennikarstwie albo chociaż umieszczenie tekstu w jakimś tytule, odpowiadam, że nawet jako Dziennikarz Roku nie mam takich możliwości”. Wyobrażałeś sobie kiedyś siebie na miejscu tych młodych ludzi, którzy do ciebie piszą? Zawsze, kiedy dostaję takiego maila. To są kiepskie czasy dla dziennikarstwa. Etatów nie ma, pracy nie ma. Chcesz pisać rzeczy wartościowe, to nie spłacisz kredytu, nie utrzymasz rodziny. Są przyparci do muru. Ale po nagrodzie Woyciechowskiego i tytule Dziennikarza Roku zacząłem dostawać masę listów. Mogłem już tylko przeklejać te same odpowiedzi albo zrobić to hurtem. Wyraźnie powiedzieć, że nie mogę i nie chcę pośredniczyć. Mogę poradzić – i zrobiłem to – jak tej pracy lepiej szukać.   Bo ty w ogóle lubisz radzić. Mnie parę lat temu powiedziałeś, że jeśli chcę coś osiągnąć, to mam zawsze planować pięć lat do przodu. Potem nigdy nie miałem okazji cię zapytać, jak tobie to planowanie wychodziło i czy rzeczywiście działało. Długi czas myślałem, że zrobiłem w życiu mnóstwo błędów, a największym z nich było prowadzenie „Na każdy temat” w Polsacie. Nie mogę patrzeć na tego faceta. Czasem, jak mi przysyłają jakieś kawałki, które krążą po sieci, to mnie mdli. Czuję się, jakbym oglądał siebie sfotografowanego nago, przez SB, w jakiejś dwuznacznej sytuacji.   To dlaczego w ogóle w to...

Czytaj dalej
Dawid Ogrodnik
fot. Szymon Szcześniak

Dawid Ogrodnik: „Jestem wierzący, ale dziś już nie praktykuję”

„W Hollywood za takie role dostaje się Oscary”, piszą krytycy po każdym jego filmie. Genialny w „Ostatniej rodzinie”, „Cichej nocy” i „Ikarze. Legendzie o Mietku Koszu”.
Magdalena Żakowska
10.11.2020

Mieszkałem przez rok na plebanii i wyciągnąłem z tego doświadczenia przerażający obraz tego, co się dzieje w Kościele. Byłem świadkiem sytuacji, kiedy księża pod pretekstem urlopu wyjeżdżali na seksualne orgie do Niemiec – mówi w wywiadzie Dawid Ogrodnik.  Przed nim kolejne wielkie role: w „ Na pełnej petardzie” zagra ks. Jana Kaczkowskiego, w „Broad Peak” – jednego z najlepszych polskich himalaistów Adama Bieleckiego, a w planowanym na ten rok „Najmro. Kocha, kradnie, szanuje” – kanciarza i „mistrza więziennych ucieczek” Zbigniewa Najmrodzkiego.  Magdalena Żakowska: Ile jest Dawida Ogrodnika w Mieczysławie Koszu?   Dawid Ogrodnik: Nie chciałbym, żeby ktoś poza mną znał odpowiedź na to pytanie. Ale odpowiem tak: w filmie są trzy sceny, które nie są historią Mieczysława Kosza. Jedna jest historią Krzysztofa Komedy – to ta scena, w której pijany Kosz nie może przypomnieć sobie melodii utworu, który ma zagrać na koncercie, i prosi kolegę, żeby mu zanucił. Druga dotyczy relacji Kosza z jego partnerką. A trzecia scena jest sceną z mojego życia. Opowiedziałem ją Maćkowi Pieprzycy i stwierdziliśmy, że warto ją umieścić w filmie, bo dobrze oddaje też prawdę o Koszu.  Która to scena? Nie mogę powiedzieć. To zbyt osobiste. Ta rola to taka kreacja totalna. Jak w filmie „Chce się żyć”, gdzie zagrałeś chłopaka z porażeniem mózgowym, czy w „Ostatniej rodzinie”, gdzie wcieliłeś się w postać Tomasza Beksińskiego.   Tym razem moje przygotowania polegały na tym, że Lech Możdżer przysyłał mi filmy, w których gra – z różnych ujęć kamery w swoim mieszkaniu we Wrocławiu, a ja odpalałem je na laptopie, a potem godzinami próbowałem odtworzyć. Ćwiczyłem też grę na...

Czytaj dalej
Jonasz Kofta
źródło: Wikipedia

Jonasz Kofta – poeta w masce smutnego błazna. Wybitnego twórcę wspomina syn, Piotr

Dziś Jonasz Kofta – poeta, satyryk, autor tekstów piosenek, twórca niezapomnianych przebojów: „Pamiętajcie o ogrodach”, „Śpiewać każdy może”, „Z tobą chcę oglądać świat” – miałby 78 lat. Zmarł w 1988 roku po nieszczęśliwym wypadku – zakrztuszeniu.
Marta Strzelecka Jakub Demiańczuk
18.07.2020

Odszedł na tyle wcześnie, że nie zdążyliśmy mieć żadnego poważnego konfliktu, typowego dla nastolatków i ojców. Nie mógł mnie zbesztać, że wróciłem pijany do domu, że się nie uczę, że wybrałem złe studia. To była jego osobliwa przewaga nad innymi ojcami”, mówi o Jonaszu Kofcie jego syn Piotr. Marta Strzelecka: Dlaczego mówisz o ojcu: Jonasz? Piotr Kofta: A wiecie, że nigdy się nad tym nie zastanawiałem? Może dlatego, że on jednak przez większość mojego życia nie żyje? Z Jonaszem nie mieszkam od 31 lat, ale bardzo często o nim rozmawiam, przede wszystkim z mamą, choć nie tylko. Mama mówi o nim: Jonasz. Ja w rozmowie mówię: Jonasz. Tak się utarło. Dla mnie nie ma po prostu żadnego innego Jonasza. Natomiast kiedy byłem dzieckiem, zwracałem się do niego zwyczajnie: „tato”, ewentualnie, dla obopólnej radości, „ojcze” bądź „ojczenaszu”. Nie mówiłem do Jonasza po imieniu.  Czy twój tata jest rodzinnym tematem rozmów? Wydaje mi się, że nigdy nie uprawialiśmy kultu Jonasza – co rozumiem przez taką na przykład sytuację, że podczas rozmaitych świąt rodzina rytualnie zasiada, wspomina, ogląda zdjęcia. Takie rzeczy fajnie się robi spontanicznie, bez okazji, bo Jonasz był i jest wrośnięty w nasze życie. Ale ważne wydaje się jeszcze coś: nie wpadliśmy z mamą na pomysł, żeby z kultywowania pamięci o Jonaszu uczynić swoją misję albo zawód. Tego też nie należy rozumieć opacznie: my się zajmujemy Jonaszem, dbamy o jego spuściznę, o archiwum jego utworów, o kontakty z artystami, pojawiają się kolejne publikacje wierszy Jonasza, teraz z kolei ta biografia. Chodzi o coś innego – o pełnienie publicznej funkcji. Ja się nie nadaję do publicznych funkcji.  Jak pamiętasz dom z dzieciństwa? Tu mam dwa...

Czytaj dalej