„Mój synek był dzielniejszy ode mnie”. Co czuje matka, gdy urodzi za wcześnie?
Jakub Włodek

„Mój synek był dzielniejszy ode mnie”. Co czuje matka, gdy urodzi za wcześnie?

W Polsce co roku przychodzi na świat 25 tysięcy wcześniaków. Często patrzymy na nie ze wzruszeniem: w inkubatorze leży wzruszające maleństwo, okruszek, Calineczka. Waży pół kilograma, ale cóż, przecież niedługo urośnie…
Anna Zaleska
17.11.2020

Opisując swoją osobistą historię i narodziny synka, dziennikarka i pisarka Małgorzata Nocuń w książce „Wczesne życie” opowiada o wielkim dramacie i heroizmie matek wcześniaków. Dla wielu z nas niewidocznym, choć dzieje się tuż obok.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Dramat matek wcześniaków

Anna Zaleska: Julek w tym roku poszedł do przedszkola. Jak było?

Małgorzata Nocuń: Nie było łatwo. Pierwszego dnia wręczono mi go z sześcioma parami zasikanych spodni. Nic nie chciał jeść i cały dzień płakał. No ale trudno, musi przez to przejść i my z mężem też musimy, nie ma wyjścia. Wiem, że kontakt z rówieśnikami jest dla dziecka najlepszy. 

U pani wrażliwość i lęk o dziecko po tej drodze, jaką z Julkiem przeszliście, mogą być wyjątkowe.

Jestem zapewne bardziej wrażliwa, mam wyrzuty sumienia, że znów muszę zamknąć jakieś drzwi i zostawić dziecko z obcymi ludźmi. Ale Julek tyle w życiu przeszedł, że pozostanie z rówieśnikami w przedszkolu jest tylko naturalnym krokiem do życia w większej dojrzałości.

W sierpniu świętowali państwo trzecie urodziny synka. Jakim jest chłopcem?

Gadatliwym, energicznym, wesołym. Chyba przez to, że poświęcaliśmy mu z mężem bardzo dużo uwagi, nie umie się zajmować sam sobą, lubi być cały czas w interakcji. To, że przyszedł na świat jako wcześniak, widać tylko po jego drobnej sylwetce. Ma też słabą odporność i poważną postać dysplazji oskrzelowo-płucnej.

Początek życia Julka był dramatyczny: urodził się w 29. tygodniu ciąży, ważył 1080 gramów, trafił na Oddział Intensywnej Terapii Noworodka. 

Pewnie nigdy tego nie zapomnę. Często wspominam ten moment, gdy lekarz wyciąga go z mojego brzucha i nastaje taka straszna, najgorsza w życiu cisza. Nic nie słychać, dziecko jest nieme…

Tygodnie, które potem nastały, opisuje pani jako piekło. Pierwsza rzecz, z której często nie zdajemy sobie sprawy, to jak te maleństwa cierpią. Położna mówi do pani: „Żaden dorosły by tego nie przeżył. Żaden dorosły nie zniósłby takiego cierpienia. Tego bólu, tych wszystkich wkłuć, kroplówek, punkcji”. 

Dla matki taka świadomość to ból nie do zniesienia. Ciało wcześniaka jest niezwykle małe, a wokół mnóstwo aparatury medycznej. Niektóre z tych urządzeń są inwazyjne: wkłucia, wenflon, cewniki, kroplówki, różnego rodzaju igły, przeprowadza się punkcje… Na 

organizmie, którego narządy są niedojrzałe, więc cierpienie jest zwielokrotnione. Skóra, niezwykle cienka i wrażliwa, reaguje na każdy dotyk. Dziecko jest tak zestresowane, że może dostać wylewu krwi do mózgu nawet podczas zwykłego ważenia. Ono kompletnie nie wie, co się dzieje, dlaczego jakieś obce ręce znów je biorą. Lekarze uczą się pielęgnacji wcześniaka, żeby zadawać mu jak najmniej cierpienia. Cały czas podaje się też morfinę, glukozę, by w miarę możliwości uśmierzyć ból. 

Pani była początkowo w tak złym stanie psychicznym, że nawet nie mogła patrzeć na swoje dziecko. W książce jest moment, gdy zwraca się pani do synka słowami: „Byłeś dzielniejszy ode mnie, ja nie sprostałam, byłam bliska obłędu”.

Kiedy widzi się dziecko w inkubatorze, a to drastyczny widok, pojawia się ogromne poczucie winy. Stan psychiczny matki jest skrajnie zły. Każda z nas, matek wcześniaków, analizowała to, co się stało. Minuta po minucie, tydzień czy dzień przed porodem – co mogłam zrobić, by temu zapobiec? Może trzeba było wykonać więcej badań? Może coś zaniedbałam? Nie powinnam była chodzić już do pracy? A może to dlatego, że podniosłam ten ciężki garnek? 

Małgorzata Nocuń „Wczesne życie”
Jakub Włodek

U pani powodem przedwczesnego porodu był zespół HELLP i bardzo wysokie ciśnienie krwi – stan przedrzucawkowy.

Czułam, że dzieje się coś złego, ale posłuchałam lekarza, który mnie uspokajał, dał leki na obniżenie ciśnienia i kazał wracać do domu. W domu dostawałam lekkich drgawek, krew lała się z nosa, ból podbrzusza był nie do wytrzymania. Potem bez przerwy to analizowałam, wyrzucałam sobie: dlaczego nie pomogłam swojemu dziecku? Dlaczego pozwoliłam odesłać się do domu? Dlaczego nie powiedziałam, że po prostu muszą skierować mnie do szpitala? Nie mogłam uwolnić się od myśli, że to przeze mnie Julek może być upośledzony, niewidomy, niesłyszący, jeździć na wózku. Że to ja zadałam swojemu dziecku to cierpienie. Że jako matka się nie spisałam. Że moje ciało stało się dla niego komorą gazową – mógł umrzeć z powodu braku dopływu tlenu. Byłam w strasznym stanie psychicznym. Pytałam lekarzy na korytarzu, czy to przeze mnie, czy to moja wina.

Gdyby nie pomoc psycholożki i kliniki psychiatrycznej, która współpracuje z oddziałem położniczym, ja bym sobie nie poradziła. Musiałam pójść do psychiatry, dostać leki, wyciszyć się, nauczyć odróżniać realne problemy od tych, które rodzą się w mojej głowie. Musiałam też uwierzyć, że choć wcześniactwo wiąże się z mnóstwem powikłań, to nie znaczy, że mój synek wszystko to będzie miał. Nie ja jedna trafiłam na oddział psychiatryczny. To dotyczy wielu matek wcześniaków. Niektóre nawet zostają stacjonarnie, leżą, dostają tak duże dawki leków, że trzeba je „przepłukać” kroplówkami. Kobiety nie potrafią sobie poradzić z poczuciem winy, ludzka psychika nie jest w stanie tego wszystkiego znieść. Ja przeszłam najcięższą próbę w swoim życiu. Wszyscy mi mówią, że byłam dzielna. Zupełnie nie byłam dzielna. To mnie przerosło, nie miałam siły wstać z łóżka.

Przełomowa stała się chwila, gdy po miesiącu od narodzin po raz pierwszy zobaczyła pani twarz synka.

Położne powiedziały mi, że Julek uczy się oddychać sam – nocą robiono mu „przerwy w CEPAP-ie”, to znaczy ściągano aparaturę wspomagającą oddech. Kilka dni później weszłam na oddział, pochyliłam się nad inkubatorem i zobaczyłam twarz syna, miał tylko sondę w nosie. Zamarłam. Nie byłam w stanie zrobić kroku. Uświadomiłam sobie, że jest śliczny, dostrzegłam, jak bardzo delikatną ma skórę, zobaczyłam zaczynające rosnąć rzęsy, obserwowałam jego usta. Nagle pojawiła się taka wielka fala miłości. Poczułam, że Julek naprawdę jest, że mam dziecko. 

A potem pani została wypisana, a Julek został sam w szpitalu.

Wypisano mnie po kilku dniach – ciśnienie było wciąż wysokie, ale dostałam leki i skierowanie do specjalistycznej poradni. A Julek spędził na oddziale 58 dni. Przez ten czas starałam się być z nim jak najdłużej, z oddziału wracałam do domu tylko na noc. Rytm dnia matki wcześniaka dyktuje cykl odciągania mleka – co trzy godziny, także w nocy. To była moja pierwsza czynność po wstaniu z łóżka. Potem szybki prysznic, śniadanie – je się „przez rozum”, żeby mieć pokarm – i wyjście do szpitala. Najtrudniejsze jest pójście do lekarzy i zapytanie o stan zdrowia dziecka. Zawsze pocieszałam się myślą, że musi żyć, bo przecież gdyby umarł, to by zadzwonili, nawet w środku nocy. Ale mógł przecież mieć wylew krwi do mózgu, przechodzić kolejną sepsę. 

Psycholożka powiedziała: „To, co pani przeżywa, można porównać tylko ze stresem bojowym”. 

Tak, to jest ten poziom emocji, adrenaliny, tu też toczy się walka o życie. Na intensywnej terapii dzieci umierają. Przychodzi się do swojego syna, chce się mu dawać jak najwięcej ciepła, wydobywać go z katastrofy, w której się znalazł, a w inkubatorze obok, za parawanem, umiera kolejne dziecko. Wszystko to trzeba w sobie pomieścić, nie da się tych światów rozdzielić. Stres jest przeogromny i on zostaje w rodzicach. Mam wiele koleżanek, które na oddziale były silniejsze ode mnie, ich dzieci są zdrowe, a one do dziś gnębią się pytaniami: dlaczego?

Matki wcześniaków często słyszą: „Proszę sobie nie robić nadziei”…

Lekarze są w trudnej sytuacji, muszą rodzicom zakomunikować, z czym się wcześniactwo wiąże. W Polsce powszechnie myśli się, że to po prostu mały bobas, który urośnie. A nagle rodzice stają przed lekarzem i słyszą, że ich córka czy syn mogą mieć mózgowe porażenie dziecięce. Lekarze z oddaniem walczą o każde życie, ale nigdy nie wiedzą, co przyniesie los. Wielu rodziców zaczyna myśleć, że jeśli dziecko ma być bardzo ciężko chore i straszliwie cierpieć, to lepiej, by umarło. Rozmawiałyśmy o tym w pokoju laktacyjnym, szczególnie te mamy, których dzieci były po rozległych wylewach krwi do mózgu, niedotlenieniach. Mówiły wprost: „Wolę, by ono umarło, niż cierpiało przez całe życie”.

Z drugiej strony matka musi mieć nadzieję, bo dziecko nie może czuć jej strachu.

Tak, ono świetnie wyczuwa emocje. Na oddział trzeba wchodzić z wewnętrzną siłą. Ja zagryzałam zęby i tłumiłam łzy. Dopiero po kilku tygodniach zaczęłam powoli wychodzić na prostą i cieszyć się ostrożnie tym naszym życiem. Ale na oddział intensywnej terapii reaguje się fizjologicznie. Gdy tylko otwiera się drzwi i słyszy się wszystkie urządzenia, czuje zapach – to paraliżuje. Lęk od gardła do stóp spina ciało. Potem siada się, bierze się maleństwo na ręce, tuli, karmi, kanguruje i tak do wieczora. Na koniec koszmarne wyjście z oddziału, świadomość, że zostawia się dziecko samo. 

Niedawno – było jeszcze lato – przechodziliśmy z Julkiem koło szpitala, w którym leżeliśmy, i na oddziale ratunkowym były otwarte okna. Piękny dzień, mój synek jechał obok mnie na rowerze, a ja nagle stanęłam sparaliżowana strachem. Miałam atak paniki, na środku ulicy, nie mogłam zrobić kroku. I wtedy do mnie dotarło, że poczułam tamten zapach, dochodzący z okien.

Opisuje pani wiele kobiet, które są prawdziwymi heroskami. Matki codziennie dojeżdżające do szpitala po 100 kilometrów autobusem, by być z dzieckiem. Pobudzanie laktacji, czyli odciąganie pokarmu nawet co godzinę, również w nocy. Bezsenność i fizyczne wyczerpanie. Niewyobrażalne, że można w sobie znaleźć tyle siły. 

Kobiety są jak czołg. To często były matki zaraz po bardzo ciężkim porodzie, zagrażającym również ich życiu. I taka kobieta – wbrew zaleceniom lekarzy, którzy każą leżeć – wstaje i z kroplówką, z cewnikiem, z przyczepionymi woreczkami, do których sączy się krew, idzie do swojego dziecka. Gdy widziałam takie matki, z nieludzkim wysiłkiem stawiające każdy krok, zawsze płakałam. Ale tam nikt się nie uskarża na zmęczenie. Naprawdę o sobie się nie myśli, jeśli stawką jest życie dziecka i wyciąganie go z nieszczęścia.

Piękne jest to, jak kobiety się wspierają. Jeśli szukać prawdziwego siostrzeństwa, to jest chyba to miejsce.

Tak, to jest to miejsce. Poznałam wiele kobiet, które są w moim życiu do dziś, z którymi rozumiem się bez słów. Mogę do nich zadzwonić, żeby sobie pomilczeć albo popłakać. Między nami nie było żadnych podziałów. Byłyśmy różne: od skrajnych lewaczek po żony prawicowych działaczy, od dziewczyn z doktoratami po kobiety po zawodówce, ale to w ogóle nie było ważne. Jest kobiecość, skrajne doświadczenie, walka o dziecko, bycie razem. Mnie też zdumiewało, jak bardzo kontakt między nami stawał się fizyczny. Kobieta kobiecie pomagała odciągać pokarm, dotknęła, przytuliła. Byłyśmy blisko siebie, ciało przy ciele, dusza przy duszy. 

Pisze pani: „Żadna nie modliła się tylko o swoje dziecko, modliłyśmy się o nasze dzieci”.

Tak było. I tak samo się przeżywa losy innych dzieci. Ja do dziś modlę się i myślę o tych koleżankach, których dzieci są ciężko chore. Jak sobie radzą, jak sobie życie układają. Zawsze też jestem pytana: „Jak Julek?”. To wspólny los.

Któraś z pielęgniarek mówi: „U nas dobre wiadomości tylko przy wypisie”. Ale nawet wtedy nie można sobie powiedzieć, że wszystko już będzie dobrze. 

Kiedy wychodzi się z oddziału wcześniaczego, dostaje się plik skierowań do mnóstwa poradni. Różne rzeczy wychodzą z czasem. Mózgowe porażenie dziecięce lekarze najczęściej diagnozują około drugiego roku życia. Mózg dziecka jest bardzo plastyczny i rehabilitacja może sprawić, że ono przezwycięży trudności. Miało nie chodzić, będzie chodzić. Dobrze przeprowadzona rehabilitacja działa cuda. Ale może się też okazać, że dziecko sobie nie radzi i nagle zostaje zdiagnozowane czterokończynowe mózgowe porażenie dziecięce. Ze szpitala wychodzi się z wiarą, ale i z wielkim niepokojem, co przyniesie los. Ja kompletnie nie wiedziałam, jakiego Julka biorę do domu. Bardzo go już kochałam, przez ostatnie dwa tygodnie pobytu na oddziale dosłownie tam biegłam, tak chciałam go zobaczyć. Ogromnym wsparciem byli dla mnie przyjaciele i siostra męża, która wierzyła, że Julek sobie poradzi. I rzeczywiście, okazał się niezwykle walecznym chłopczykiem. 

Książkę dedykuje pani Julkowi, ale też swojej mamie, która jest piękną postacią. Kiedyś musiała walczyć o pani życie.

Myślę, że dopiero teraz zrozumiałam mamę. W ciąży zachorowała na żółtaczkę typu B i usłyszała: „Zdrowego dzieciaka z tego nie będzie”. Często podczas rodzinnych spotkań, kiedy mówiło się o dzieciach, wspominała tę trudną ciążę, jak jej było źle, jak czuła się osamotniona, jak potwornie się bała. A ja zawsze mówiłam: „Mamo, nie nudź, który raz już tego słucham?”. Nie wierzyłam, że coś może tak mocno zapaść w kobietę. Dopiero kiedy sama kilka razy weszłam na oddział intensywnej terapii, pomyślałam: „Mamo, teraz rozumiem. Teraz czuję, jakim wyzwaniem było dla ciebie macierzyństwo, urodzenie mnie, te wszystkie diagnozy”. Mama miała dodatkowo trudniej, bo wtedy nie można było zbadać, jak rozwija się płód. Teraz można zrobić USG mózgu, to, tamto, a wtedy nie było kompletnie nic. 

Radzono mamie, by oddała panią do szkoły specjalnej, podejrzewano autyzm. 

Nie mam autyzmu, ale od dziecka cierpię na zespół lęku uogólnionego. Czasem atak paniki jest bardzo silny, aż ciężko zrobić krok. Ale mama ogromnie we mnie wierzyła. Siedziała ze mną do późnej nocy i odrabiała lekcje. Jeśli w dyktandzie zrobiłam jeden błąd, kazała mi wyrywać kartkę i pisać od nowa. Z gazet wycinała artykuły, zaznaczała ciekawe reportaże do przeczytania. Potem przygotowywała mnie do olimpiad. Gdy urodził się Julek, początkowo czułam złość na mamę, że nie dała mi wsparcia, że się nade mną nie użalała. Liczyłam, że się roztopię w matczynych ramionach. A ona mówiła: „Weź się w garść, nie ty jesteś ważna, tylko dziecko”. Słysząc takie słowa, rzeczywiście człowiek wstaje i idzie swoje dziecko wyciągać z nieszczęścia.

Mama miała rację, tak po prostu trzeba. Niestety, umarła i mam taką – wiem, że irracjonalną – myśl, że przehandlowałam życie mojego dziecka z Panem Bogiem za życie mojej mamy. Że kiedy Julek się urodził, to już nic nie było ważne. Myślałam sobie: „Boże, rób, co chcesz, już nic mnie nie obchodzi na tym świecie, tylko ratuj mi to dziecko”. Zawsze troszczyłam się o moją mamę, a wtedy nic się nie liczyło, nic zupełnie, wyłącznie Julek. Mama widziała Julka dwa razy. Była już ciężko chora, nie mogła wziąć go na ręce, pogłaskała tylko po głowie. Umarła, gdy skończył pół roku. 

Po wyjściu ze szpitala nie chciała pani zamknąć tego rozdziału w życiu. Utrzymywała pani kontakty z matkami wcześniaków, była aktywna na forach. 

Mama wcześniaka w szpitalu ma doskonałą opiekę, ale po wyjściu stamtąd zostaje sama z tysiącem problemów. Te fora są zadaniowe i merytoryczne. Zadaje się konkretne pytania i dostaje konkretne odpowiedzi. Ale też można liczyć na zrozumienie. Otoczenie źle reaguje na mamy wcześniaków. Ludzie nie chcą słuchać opowieści o traumach. Wszyscy mówią: „Ale popatrz, już jest dobrze, twoje dziecko zaczyna raczkować, chodzić, daj spokój”. Ja miałam wielką potrzebę wykrzyczenia tego z siebie. Człowiek postawiony w sytuacji granicznej nie zapomina, żyje z gigantycznym poczuciem winy i coś z tymi emocjami trzeba robić. 

Napisała pani na końcu książki: „Nie śmiem prosić Boga o nic więcej”. Nadal tak pani czuje? 

Dużo o tym myślałam ostatnio. Człowiek zaspokojony zawsze chce więcej, zawsze coś mu przychodzi do głowy. Ale wtedy sobie myślę, że szczęście to jest to, co tu i teraz. Mogło nie być mojego dziecka, mogło nie być mnie, bo zespół HELLP niesie bezpośrednie zagrożenie życia, ale jesteśmy. To mi uświadamia, że musimy cieszyć się chwilą i za bardzo nie planować. Miałam urodzić w listopadzie, urodziłam w sierpniu. Z naszych planów Pan Bóg może się tylko pośmiać.

Małgorzata Nocuń „Wczesne życie”
mat. prasowe

Małgorzata Nocuń w swojej książce „Wczesne życie” (wyd. Czarne) pokazuje, że narodziny to dopiero początek dramatycznej drogi. Dla dziecka i dla jego rodziców.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Agnieszka Szadryn
Rafał Masłow

Ordynatorka SOR-u: „Kiedy ląduje helikopter, czas u nas przestaje płynąć” – rozmowa z dr Agnieszką Szadryn

Agnieszka Szadryn to najmłodsza w Polsce ordynatorka SOR-u, laureatka tegorocznej edycji plebiscytu Warszawianka Roku. Pracuje w warszawskim Szpitalu Bródnowskim, który od marca zmaga się z pandemią koronawirusa.
Sylwia Niemczyk
30.10.2020

Szpitalny Oddział Ratunkowy to miejsce, gdzie spotykają się wszystkie choroby świata. Nieszcześliwe wypadki, zawały, udary, wszelkiego rodzaju bóle brzucha, krwawienia. Dla drobnej blondynki, Agnieszki Szadryn to chleb powszedni. W tym roku doszedł COVID-19, ale nie odeszło nic z poprzednich lat. Praca stała się jeszcze trudniejsza. Jeszcze szybciej trzeba diagnozować, podejmować jeszcze trudniejsze decyzje. Ona w takich warunkach pracuje już 11 lat. Nie umie inaczej.  Sylwia Niemczyk: Jesteś jedynym lekarzem w rodzinie? Agnieszka Szadryn: Tak, miałam chyba siedem lat, kiedy powiedziałam rodzicom po raz pierwszy, że będę lekarzem i będę pracować w szpitalu. W dzieciństwie poważnie zachorowałam, przez dwa lata nie mogłam chodzić – i wtedy zakochałam się w szpitalach. To był trudny okres w moim życiu, ale mnie ukształtował.  Co się stało? Kiedy byłam w pierwszej klasie, zrobiłam akrobację na trzepaku i z wysokości może metra spadłam na ziemię. Niby nic strasznego, każde dziecko zalicza tysiące takich upadków, ale ja już nie wstałam. Mama zaniosła mnie do domu i zaczęła się kilkuletnia droga przez diagnostykę, poszukiwania przyczyny mojej choroby. Zanim wykryto, że chodzi o nieprawidłowe kostnienie, leżałam przez dwa lata. Pamiętam, że to był ciągły ból. Kiedy mama głaskała mnie po głowie, to bałam się, że mnie niechcący poruszy i będzie wtedy bolało jeszcze mocniej. Pamiętam, że niektórzy lekarze nie wierzyli, że tak bardzo mnie boli. Ale jednocześnie pamiętam, jak personel stawał na głowie, żeby umilić mi czas. Panie pielęgniarki plotły mi z przewodów od kroplówek pajączki, które potem wisiały nad moim łóżkiem. Pajączki i rybki. Zdobycie oczka do rybki – dziś wiem, że tym oczkiem była zakrętka do kroplówki – to było szczęście! Kiedy w końcu wyszłam ze...

Czytaj dalej
Katarzyna Szczerbowska
archiwum rodzinne

„Chciałabym odkleić od schizofrenii stereotypy i mity” – mówi Katarzyna Szczerbowska, asystentka zdrowienia 

„Wszystkiego się bałam. Źle reagowałam na mamę, która chciała mnie uczesać, a kiedy próbowała mnie kąpać, oblewałam ją wodą z prysznica” – mówi o swoim doświadczeniu psychozy Katarzyna Szczerbowska.
Kamila Geodecka
17.12.2020

Człowiek w kryzysie psychicznym krzyczy o pomoc, ale często pomocną rękę odrzuca. Jest wykończony, nieufny, nie ma w nim nadziei na to, że wyzdrowienie jest możliwe. Wszyscy dookoła też tak myślą: „Choroba psychiczna to już jest na zawsze, z taką chorobą nie da sie pracować” – krążą mity. Stereotypów jest jeszcze więcej, a stygmatyzacja  tych osób wciąż jest żywa. Dla osób w kryzysie psychicznym pomocą mogą być lekarze, psychoterapeuci, ale także asystenci zdrowienia. Jedną z takich asystentek jest Katarzyna Szczerbowska, która sama przeszła przez kryzys psychiczny połączony z diagnozą schizofrenii. Obecnie jest rzeczniczką Biura do spraw Pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, rzeczniczką Kongresu Zdrowia Psychicznego, asystentką zdrowienia oraz działaczką  w Fundacji eFkropka. Kamila Geodecka: Jesteś jedną z osób, które głośno mówią o swojej chorobie. Katarzyna Szczerbowska: Zaburzeniom psychicznym towarzyszy mnóstwo stereotypów. Opowiadam o tym, żeby zamienić je w wiedzę, żeby pokazać prawdziwe oblicze tego doświadczenia. Jeden z największych mitów dotyczący zaburzeń psychicznych mówi o tym, że to choroby na całe życie, tymczasem zawsze jest szansa na to, żeby żyć w zdrowiu. Pierwszej psychozy doświadczyłam, kiedy miałam 38 lat. To taki stan przypominający sen. Człowiek zatapia się w świecie iluzji, absurdalnych myśli. Może mu się wydawać na przykład, że wszyscy są w spisku. Słyszy, widzi rzeczy, które nie istnieją, czuje zapachy, których nie ma. Moja choroba miała dramatyczny przebieg. Nie poznawałam bliskich, nie pamiętałam kim jestem, nie chciałam jeść, miałam pampersa, bo zapomniałam o potrzebach fizjologicznych. Dużo czasu spędzałam w pasach przypięta nimi do łóżka,...

Czytaj dalej
Nicole Kidman jako Celeste, matka bliżniaków, w serialu „Wielkie kłamstewka” / mat. prasowe HBO

Czego mogą nas nauczyć najfajniejsze (i te mniej fajne!) serialowe matki?

Matka matce nierówna, dlatego dzisiaj bierzemy pod lupę znane seriale i szukamy macierzyńskiego ideału. I zastanawiamy się, do którego typu serialowej matki same jesteśmy podobne.
Anna Zaleska
21.05.2020

Nie jest łatwo być idealną matką, ani w życiu, ani – jak się okazuje – w serialu. Nie jest łatwo być nawet dobrą matką. Kochającą, serdeczną, ciepłą, cierpliwą, wspierającą, potrafiącą ustanawiać jasne zasady i przy nich trwać… – o czymś zapomniałam? Za to raczej nietrudno być „fajną”. Pamiętam taką scenę z filmu „Wredne dziewczyny” z Lindsey Lohan. Najpopularniejsza w liceum nastolatka zaprasza do domu nową koleżankę. Tam wita ją blondynka w różowym dresiku, ze świeżo zoperowanym biustem i miniaturowym pieskiem na rękach: „Jeśli będziesz czegokolwiek potrzebować, po prostu powiedz – zachęca. – W tym domu nie ma żadnych reguł. Ja nie jestem mamą! Ja jestem fajną mamą!”. I takich „fajnych mam” jest w serialach sporo. Ale na szczęście są też fajne bez cudzysłowu, choć trzeba urządzić sobie naprawdę porządny binge-watching, żeby się z nimi spotkać. Matka, która nie mówi „słów na zet i na en” Bycie „fajną” zaczyna się, gdy tylko dziecko przyjdzie na świat. Na przykład Alice z „Pracujących mam” (Netflix) wyznaje na grupie wsparcia, mocno zestresowana, że mówiąc do dziecka, użyła dwóch zakazanych słów: na zet i na en. Nie będę pisać, co przychodzi do głowy innym matkom, bo to nieeleganckie. Tymczasem biedna Alice użyła słów „zakazuję” i „nie”, a niektóre poradniki dla rodziców uznają je za „nadmiernie negatywne”… Można sobie wyobrazić, że za kilkanaście lat Alice będzie w poradnikach szukać odpowiedzi na pytanie: co zrobiłam nie tak? Można by tu przeskoczyć do serialu „Pani Fletcher” (HBO). To opowieść o samotnej matce, która swojego jedynego syna wyprawia właśnie do college'u. Jest w...

Czytaj dalej
Psychiatria dziecięca w Polsce
Pexels.com

Najmłodsza osoba, która popełniła samobójstwo w Polsce, miała sześć lat. A psychiatria dziecięca upada

„Nie winię lekarzy, a źle funkcjonujący system. To on tworzy bezdusznych pracowników”, mówi nam Janusz Schwertner, autor książki „Szramy. Jak psychosystem niszczy nasze dzieci”.
Sylwia Arlak
30.11.2020

Jak wynika z raportu Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, Polska jest na drugim miejscu w Europie pod względem samobójstw nieletnich. W latach 2014-2016 dzieciom w naszym kraju „nie zapewniono wystarczającej opieki psychologiczno-pedagogicznej”. Problem dotyczy szczególnie mniejszych miejscowości, gdzie dostęp do psychologów i psychiatrów jest utrudniony. Dodatkowo wciąż bardzo często postrzega się korzystanie z ich pomocy jako objaw słabości lub porażki. Kto jest za to odpowiedzialny? O tym, jak wygląda psychiatria dziecięca w Polsce, rozmawiamy z Januszem Schwertnerem, dziennikarzem, autorem książki „Szramy. Jak psychosystem niszczy nasze dzieci”. Psychiatria dziecięca w Polsce Sylwia Arlak: Stare budynki z odrapaną farbą na ścianach, jedzenie gorsze niż w więzieniach, dzieci, które śpią na materacach na korytarzu, bo nie ma łóżek – opisy polskich szpitali i oddziałów psychiatrycznych dla dzieci i młodzieży są przerażające. To naprawdę Polska rzeczywistość? Janusz Schwertner: Trzeba podkreślać, że takie ośrodki są potrzebne. Że uzyskuje się tam pomoc i że są lekarze, którzy pracują, jak należy. Ale jednocześnie wiele z nich jest przeludnionych. Raport NIK-u, który ukazał się tuż przed moją książką, pokazuje wstrząsający obraz psychiatrii dziecięcej w Polsce. Jest źle, a może być jeszcze gorzej. Brakuje kadry lekarskiej. Lekarzy nie będzie przybywać, a raczej będzie ich ubywać. Co trzeci lekarz skończył 55 lat. Nie ustawiają się kolejki do pracy, a nikt ich do niej nie zachęca. Mogę przytoczyć przykład z Gdańska opisany w mojej książce. Nie ma miejsca na oddziale młodzieżowym, więc dziewczyna trafia na oddział do dorosłych. To była ich praktyka od lat. Kiedy doszło do gwałtu na tej dziewczynie, wszyscy lekarze złożyli wymówienia. I dopiero...

Czytaj dalej