„Mój synek był dzielniejszy ode mnie”. Co czuje matka, gdy urodzi za wcześnie?
Jakub Włodek

„Mój synek był dzielniejszy ode mnie”. Co czuje matka, gdy urodzi za wcześnie?

W Polsce co roku przychodzi na świat 25 tysięcy wcześniaków. Często patrzymy na nie ze wzruszeniem: w inkubatorze leży wzruszające maleństwo, okruszek, Calineczka. Waży pół kilograma, ale cóż, przecież niedługo urośnie…
Anna Zaleska
17.11.2020

Opisując swoją osobistą historię i narodziny synka, dziennikarka i pisarka Małgorzata Nocuń w książce „Wczesne życie” opowiada o wielkim dramacie i heroizmie matek wcześniaków. Dla wielu z nas niewidocznym, choć dzieje się tuż obok.

Anna Zaleska: Julek w tym roku poszedł do przedszkola. Jak było?

Małgorzata Nocuń: Nie było łatwo. Pierwszego dnia wręczono mi go z sześcioma parami zasikanych spodni. Nic nie chciał jeść i cały dzień płakał. No ale trudno, musi przez to przejść i my z mężem też musimy, nie ma wyjścia. Wiem, że kontakt z rówieśnikami jest dla dziecka najlepszy. 

U pani wrażliwość i lęk o dziecko po tej drodze, jaką z Julkiem przeszliście, mogą być wyjątkowe.

Jestem zapewne bardziej wrażliwa, mam wyrzuty sumienia, że znów muszę zamknąć jakieś drzwi i zostawić dziecko z obcymi ludźmi. Ale Julek tyle w życiu przeszedł, że pozostanie z rówieśnikami w przedszkolu jest tylko naturalnym krokiem do życia w większej dojrzałości.

W sierpniu świętowali państwo trzecie urodziny synka. Jakim jest chłopcem?

Gadatliwym, energicznym, wesołym. Chyba przez to, że poświęcaliśmy mu z mężem bardzo dużo uwagi, nie umie się zajmować sam sobą, lubi być cały czas w interakcji. To, że przyszedł na świat jako wcześniak, widać tylko po jego drobnej sylwetce. Ma też słabą odporność i poważną postać dysplazji oskrzelowo-płucnej.

Początek życia Julka był dramatyczny: urodził się w 29. tygodniu ciąży, ważył 1080 gramów, trafił na Oddział Intensywnej Terapii Noworodka. 

Pewnie nigdy tego nie zapomnę. Często wspominam ten moment, gdy lekarz wyciąga go z mojego brzucha i nastaje taka straszna, najgorsza w życiu cisza. Nic nie słychać, dziecko jest nieme…

Tygodnie, które potem nastały, opisuje pani jako piekło. Pierwsza rzecz, z której często nie zdajemy sobie sprawy, to jak te maleństwa cierpią. Położna mówi do pani: „Żaden dorosły by tego nie przeżył. Żaden dorosły nie zniósłby takiego cierpienia. Tego bólu, tych wszystkich wkłuć, kroplówek, punkcji”. 

Dla matki taka świadomość to ból nie do zniesienia. Ciało wcześniaka jest niezwykle małe, a wokół mnóstwo aparatury medycznej. Niektóre z tych urządzeń są inwazyjne: wkłucia, wenflon, cewniki, kroplówki, różnego rodzaju igły, przeprowadza się punkcje… Na 

organizmie, którego narządy są niedojrzałe, więc cierpienie jest zwielokrotnione. Skóra, niezwykle cienka i wrażliwa, reaguje na każdy dotyk. Dziecko jest tak zestresowane, że może dostać wylewu krwi do mózgu nawet podczas zwykłego ważenia. Ono kompletnie nie wie, co się dzieje, dlaczego jakieś obce ręce znów je biorą. Lekarze uczą się pielęgnacji wcześniaka, żeby zadawać mu jak najmniej cierpienia. Cały czas podaje się też morfinę, glukozę, by w miarę możliwości uśmierzyć ból. 

Pani była początkowo w tak złym stanie psychicznym, że nawet nie mogła patrzeć na swoje dziecko. W książce jest moment, gdy zwraca się pani do synka słowami: „Byłeś dzielniejszy ode mnie, ja nie sprostałam, byłam bliska obłędu”.

Kiedy widzi się dziecko w inkubatorze, a to drastyczny widok, pojawia się ogromne poczucie winy. Stan psychiczny matki jest skrajnie zły. Każda z nas, matek wcześniaków, analizowała to, co się stało. Minuta po minucie, tydzień czy dzień przed porodem – co mogłam zrobić, by temu zapobiec? Może trzeba było wykonać więcej badań? Może coś zaniedbałam? Nie powinnam była chodzić już do pracy? A może to dlatego, że podniosłam ten ciężki garnek? 

Małgorzata Nocuń „Wczesne życie”
Jakub Włodek

U pani powodem przedwczesnego porodu był zespół HELLP i bardzo wysokie ciśnienie krwi – stan przedrzucawkowy.

Czułam, że dzieje się coś złego, ale posłuchałam lekarza, który mnie uspokajał, dał leki na obniżenie ciśnienia i kazał wracać do domu. W domu dostawałam lekkich drgawek, krew lała się z nosa, ból podbrzusza był nie do wytrzymania. Potem bez przerwy to analizowałam, wyrzucałam sobie: dlaczego nie pomogłam swojemu dziecku? Dlaczego pozwoliłam odesłać się do domu? Dlaczego nie powiedziałam, że po prostu muszą skierować mnie do szpitala? Nie mogłam uwolnić się od myśli, że to przeze mnie Julek może być upośledzony, niewidomy, niesłyszący, jeździć na wózku. Że to ja zadałam swojemu dziecku to cierpienie. Że jako matka się nie spisałam. Że moje ciało stało się dla niego komorą gazową – mógł umrzeć z powodu braku dopływu tlenu. Byłam w strasznym stanie psychicznym. Pytałam lekarzy na korytarzu, czy to przeze mnie, czy to moja wina.

Gdyby nie pomoc psycholożki i kliniki psychiatrycznej, która współpracuje z oddziałem położniczym, ja bym sobie nie poradziła. Musiałam pójść do psychiatry, dostać leki, wyciszyć się, nauczyć odróżniać realne problemy od tych, które rodzą się w mojej głowie. Musiałam też uwierzyć, że choć wcześniactwo wiąże się z mnóstwem powikłań, to nie znaczy, że mój synek wszystko to będzie miał. Nie ja jedna trafiłam na oddział psychiatryczny. To dotyczy wielu matek wcześniaków. Niektóre nawet zostają stacjonarnie, leżą, dostają tak duże dawki leków, że trzeba je „przepłukać” kroplówkami. Kobiety nie potrafią sobie poradzić z poczuciem winy, ludzka psychika nie jest w stanie tego wszystkiego znieść. Ja przeszłam najcięższą próbę w swoim życiu. Wszyscy mi mówią, że byłam dzielna. Zupełnie nie byłam dzielna. To mnie przerosło, nie miałam siły wstać z łóżka.

Przełomowa stała się chwila, gdy po miesiącu od narodzin po raz pierwszy zobaczyła pani twarz synka.

Położne powiedziały mi, że Julek uczy się oddychać sam – nocą robiono mu „przerwy w CEPAP-ie”, to znaczy ściągano aparaturę wspomagającą oddech. Kilka dni później weszłam na oddział, pochyliłam się nad inkubatorem i zobaczyłam twarz syna, miał tylko sondę w nosie. Zamarłam. Nie byłam w stanie zrobić kroku. Uświadomiłam sobie, że jest śliczny, dostrzegłam, jak bardzo delikatną ma skórę, zobaczyłam zaczynające rosnąć rzęsy, obserwowałam jego usta. Nagle pojawiła się taka wielka fala miłości. Poczułam, że Julek naprawdę jest, że mam dziecko. 

A potem pani została wypisana, a Julek został sam w szpitalu.

Wypisano mnie po kilku dniach – ciśnienie było wciąż wysokie, ale dostałam leki i skierowanie do specjalistycznej poradni. A Julek spędził na oddziale 58 dni. Przez ten czas starałam się być z nim jak najdłużej, z oddziału wracałam do domu tylko na noc. Rytm dnia matki wcześniaka dyktuje cykl odciągania mleka – co trzy godziny, także w nocy. To była moja pierwsza czynność po wstaniu z łóżka. Potem szybki prysznic, śniadanie – je się „przez rozum”, żeby mieć pokarm – i wyjście do szpitala. Najtrudniejsze jest pójście do lekarzy i zapytanie o stan zdrowia dziecka. Zawsze pocieszałam się myślą, że musi żyć, bo przecież gdyby umarł, to by zadzwonili, nawet w środku nocy. Ale mógł przecież mieć wylew krwi do mózgu, przechodzić kolejną sepsę. 

Psycholożka powiedziała: „To, co pani przeżywa, można porównać tylko ze stresem bojowym”. 

Tak, to jest ten poziom emocji, adrenaliny, tu też toczy się walka o życie. Na intensywnej terapii dzieci umierają. Przychodzi się do swojego syna, chce się mu dawać jak najwięcej ciepła, wydobywać go z katastrofy, w której się znalazł, a w inkubatorze obok, za parawanem, umiera kolejne dziecko. Wszystko to trzeba w sobie pomieścić, nie da się tych światów rozdzielić. Stres jest przeogromny i on zostaje w rodzicach. Mam wiele koleżanek, które na oddziale były silniejsze ode mnie, ich dzieci są zdrowe, a one do dziś gnębią się pytaniami: dlaczego?

Matki wcześniaków często słyszą: „Proszę sobie nie robić nadziei”…

Lekarze są w trudnej sytuacji, muszą rodzicom zakomunikować, z czym się wcześniactwo wiąże. W Polsce powszechnie myśli się, że to po prostu mały bobas, który urośnie. A nagle rodzice stają przed lekarzem i słyszą, że ich córka czy syn mogą mieć mózgowe porażenie dziecięce. Lekarze z oddaniem walczą o każde życie, ale nigdy nie wiedzą, co przyniesie los. Wielu rodziców zaczyna myśleć, że jeśli dziecko ma być bardzo ciężko chore i straszliwie cierpieć, to lepiej, by umarło. Rozmawiałyśmy o tym w pokoju laktacyjnym, szczególnie te mamy, których dzieci były po rozległych wylewach krwi do mózgu, niedotlenieniach. Mówiły wprost: „Wolę, by ono umarło, niż cierpiało przez całe życie”.

Z drugiej strony matka musi mieć nadzieję, bo dziecko nie może czuć jej strachu.

Tak, ono świetnie wyczuwa emocje. Na oddział trzeba wchodzić z wewnętrzną siłą. Ja zagryzałam zęby i tłumiłam łzy. Dopiero po kilku tygodniach zaczęłam powoli wychodzić na prostą i cieszyć się ostrożnie tym naszym życiem. Ale na oddział intensywnej terapii reaguje się fizjologicznie. Gdy tylko otwiera się drzwi i słyszy się wszystkie urządzenia, czuje zapach – to paraliżuje. Lęk od gardła do stóp spina ciało. Potem siada się, bierze się maleństwo na ręce, tuli, karmi, kanguruje i tak do wieczora. Na koniec koszmarne wyjście z oddziału, świadomość, że zostawia się dziecko samo. 

Niedawno – było jeszcze lato – przechodziliśmy z Julkiem koło szpitala, w którym leżeliśmy, i na oddziale ratunkowym były otwarte okna. Piękny dzień, mój synek jechał obok mnie na rowerze, a ja nagle stanęłam sparaliżowana strachem. Miałam atak paniki, na środku ulicy, nie mogłam zrobić kroku. I wtedy do mnie dotarło, że poczułam tamten zapach, dochodzący z okien.

Opisuje pani wiele kobiet, które są prawdziwymi heroskami. Matki codziennie dojeżdżające do szpitala po 100 kilometrów autobusem, by być z dzieckiem. Pobudzanie laktacji, czyli odciąganie pokarmu nawet co godzinę, również w nocy. Bezsenność i fizyczne wyczerpanie. Niewyobrażalne, że można w sobie znaleźć tyle siły. 

Kobiety są jak czołg. To często były matki zaraz po bardzo ciężkim porodzie, zagrażającym również ich życiu. I taka kobieta – wbrew zaleceniom lekarzy, którzy każą leżeć – wstaje i z kroplówką, z cewnikiem, z przyczepionymi woreczkami, do których sączy się krew, idzie do swojego dziecka. Gdy widziałam takie matki, z nieludzkim wysiłkiem stawiające każdy krok, zawsze płakałam. Ale tam nikt się nie uskarża na zmęczenie. Naprawdę o sobie się nie myśli, jeśli stawką jest życie dziecka i wyciąganie go z nieszczęścia.

Piękne jest to, jak kobiety się wspierają. Jeśli szukać prawdziwego siostrzeństwa, to jest chyba to miejsce.

Tak, to jest to miejsce. Poznałam wiele kobiet, które są w moim życiu do dziś, z którymi rozumiem się bez słów. Mogę do nich zadzwonić, żeby sobie pomilczeć albo popłakać. Między nami nie było żadnych podziałów. Byłyśmy różne: od skrajnych lewaczek po żony prawicowych działaczy, od dziewczyn z doktoratami po kobiety po zawodówce, ale to w ogóle nie było ważne. Jest kobiecość, skrajne doświadczenie, walka o dziecko, bycie razem. Mnie też zdumiewało, jak bardzo kontakt między nami stawał się fizyczny. Kobieta kobiecie pomagała odciągać pokarm, dotknęła, przytuliła. Byłyśmy blisko siebie, ciało przy ciele, dusza przy duszy. 

Pisze pani: „Żadna nie modliła się tylko o swoje dziecko, modliłyśmy się o nasze dzieci”.

Tak było. I tak samo się przeżywa losy innych dzieci. Ja do dziś modlę się i myślę o tych koleżankach, których dzieci są ciężko chore. Jak sobie radzą, jak sobie życie układają. Zawsze też jestem pytana: „Jak Julek?”. To wspólny los.

Któraś z pielęgniarek mówi: „U nas dobre wiadomości tylko przy wypisie”. Ale nawet wtedy nie można sobie powiedzieć, że wszystko już będzie dobrze. 

Kiedy wychodzi się z oddziału wcześniaczego, dostaje się plik skierowań do mnóstwa poradni. Różne rzeczy wychodzą z czasem. Mózgowe porażenie dziecięce lekarze najczęściej diagnozują około drugiego roku życia. Mózg dziecka jest bardzo plastyczny i rehabilitacja może sprawić, że ono przezwycięży trudności. Miało nie chodzić, będzie chodzić. Dobrze przeprowadzona rehabilitacja działa cuda. Ale może się też okazać, że dziecko sobie nie radzi i nagle zostaje zdiagnozowane czterokończynowe mózgowe porażenie dziecięce. Ze szpitala wychodzi się z wiarą, ale i z wielkim niepokojem, co przyniesie los. Ja kompletnie nie wiedziałam, jakiego Julka biorę do domu. Bardzo go już kochałam, przez ostatnie dwa tygodnie pobytu na oddziale dosłownie tam biegłam, tak chciałam go zobaczyć. Ogromnym wsparciem byli dla mnie przyjaciele i siostra męża, która wierzyła, że Julek sobie poradzi. I rzeczywiście, okazał się niezwykle walecznym chłopczykiem. 

Książkę dedykuje pani Julkowi, ale też swojej mamie, która jest piękną postacią. Kiedyś musiała walczyć o pani życie.

Myślę, że dopiero teraz zrozumiałam mamę. W ciąży zachorowała na żółtaczkę typu B i usłyszała: „Zdrowego dzieciaka z tego nie będzie”. Często podczas rodzinnych spotkań, kiedy mówiło się o dzieciach, wspominała tę trudną ciążę, jak jej było źle, jak czuła się osamotniona, jak potwornie się bała. A ja zawsze mówiłam: „Mamo, nie nudź, który raz już tego słucham?”. Nie wierzyłam, że coś może tak mocno zapaść w kobietę. Dopiero kiedy sama kilka razy weszłam na oddział intensywnej terapii, pomyślałam: „Mamo, teraz rozumiem. Teraz czuję, jakim wyzwaniem było dla ciebie macierzyństwo, urodzenie mnie, te wszystkie diagnozy”. Mama miała dodatkowo trudniej, bo wtedy nie można było zbadać, jak rozwija się płód. Teraz można zrobić USG mózgu, to, tamto, a wtedy nie było kompletnie nic. 

Radzono mamie, by oddała panią do szkoły specjalnej, podejrzewano autyzm. 

Nie mam autyzmu, ale od dziecka cierpię na zespół lęku uogólnionego. Czasem atak paniki jest bardzo silny, aż ciężko zrobić krok. Ale mama ogromnie we mnie wierzyła. Siedziała ze mną do późnej nocy i odrabiała lekcje. Jeśli w dyktandzie zrobiłam jeden błąd, kazała mi wyrywać kartkę i pisać od nowa. Z gazet wycinała artykuły, zaznaczała ciekawe reportaże do przeczytania. Potem przygotowywała mnie do olimpiad. Gdy urodził się Julek, początkowo czułam złość na mamę, że nie dała mi wsparcia, że się nade mną nie użalała. Liczyłam, że się roztopię w matczynych ramionach. A ona mówiła: „Weź się w garść, nie ty jesteś ważna, tylko dziecko”. Słysząc takie słowa, rzeczywiście człowiek wstaje i idzie swoje dziecko wyciągać z nieszczęścia.

Mama miała rację, tak po prostu trzeba. Niestety, umarła i mam taką – wiem, że irracjonalną – myśl, że przehandlowałam życie mojego dziecka z Panem Bogiem za życie mojej mamy. Że kiedy Julek się urodził, to już nic nie było ważne. Myślałam sobie: „Boże, rób, co chcesz, już nic mnie nie obchodzi na tym świecie, tylko ratuj mi to dziecko”. Zawsze troszczyłam się o moją mamę, a wtedy nic się nie liczyło, nic zupełnie, wyłącznie Julek. Mama widziała Julka dwa razy. Była już ciężko chora, nie mogła wziąć go na ręce, pogłaskała tylko po głowie. Umarła, gdy skończył pół roku. 

Po wyjściu ze szpitala nie chciała pani zamknąć tego rozdziału w życiu. Utrzymywała pani kontakty z matkami wcześniaków, była aktywna na forach. 

Mama wcześniaka w szpitalu ma doskonałą opiekę, ale po wyjściu stamtąd zostaje sama z tysiącem problemów. Te fora są zadaniowe i merytoryczne. Zadaje się konkretne pytania i dostaje konkretne odpowiedzi. Ale też można liczyć na zrozumienie. Otoczenie źle reaguje na mamy wcześniaków. Ludzie nie chcą słuchać opowieści o traumach. Wszyscy mówią: „Ale popatrz, już jest dobrze, twoje dziecko zaczyna raczkować, chodzić, daj spokój”. Ja miałam wielką potrzebę wykrzyczenia tego z siebie. Człowiek postawiony w sytuacji granicznej nie zapomina, żyje z gigantycznym poczuciem winy i coś z tymi emocjami trzeba robić. 

Napisała pani na końcu książki: „Nie śmiem prosić Boga o nic więcej”. Nadal tak pani czuje? 

Dużo o tym myślałam ostatnio. Człowiek zaspokojony zawsze chce więcej, zawsze coś mu przychodzi do głowy. Ale wtedy sobie myślę, że szczęście to jest to, co tu i teraz. Mogło nie być mojego dziecka, mogło nie być mnie, bo zespół HELLP niesie bezpośrednie zagrożenie życia, ale jesteśmy. To mi uświadamia, że musimy cieszyć się chwilą i za bardzo nie planować. Miałam urodzić w listopadzie, urodziłam w sierpniu. Z naszych planów Pan Bóg może się tylko pośmiać.

Małgorzata Nocuń „Wczesne życie”
mat. prasowe

Małgorzata Nocuń w swojej książce „Wczesne życie” (wyd. Czarne) pokazuje, że narodziny to dopiero początek dramatycznej drogi. Dla dziecka i dla jego rodziców.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Ola Petrus
archiwum domowe

„Jestem niepełnosprawna i jestem za aborcją. Moja mama miała wybór”

„Nie udawajcie, że wiecie lepiej od nas, jak to jest żyć z czymś, czego być może można było uniknąć. Bo nie macie bladego pojęcia” — skomentowała w poruszającym wpisie opinię Trybunału Konstytucyjnego, niepełnosprawna komiczka i aktywistka Ola Petrus.
Sylwia Arlak
30.10.2020

Polki i Polacy protestują przeciwko opinii Trybunału Konstytucyjnego dotyczącego aborcji. W sprawie wypowiedziało się wielu ludzi kultury i sztuki (piszemy o tym tutaj ). Za „wolnością” i „wyborem” opowiedziała się także komiczka i aktywistka Ola Petrus. 34-latka urodziła się z achondroplazją, co oznacza, że jest osobą niskorosłą. Wybór, nie nakaz „Kilka dni temu pewna osoba zapytała moją mamy o jej opinię na temat protestów. Moja mama jest zwolenniczką kompromisu, więc odpowiedziała, że je popiera. W odpowiedzi ów osoba, zamiast przyjąć to do wiadomości i łaskawie zamilknąć postanowiła dorzucić „Naprawdę? Patrząc na Twoją historię z Olą, myślałam, że będziesz przeciw” — zaczyna swój opis Ola Petrus, dodając: „Moja zamknęła dyskusję zdaniem „Ale ja miałam wybór”. Jak pisze dalej, jej mama zdecydowała się zajść w ciążę, bo miała męskie wsparcie i dostęp do lekarzy. „TAK, moja mama miała wybór. Ba, moja mama tego wyboru dokonała w momencie gdy zdecydowała się zajść w ciążę, bo nie jest tajemnicą, że nie jestem pierwszym przypadkiem achondroplazji w rodzinie. Więc z pełną świadomością i szansami 50/50 zdecydowała się zajść w ciążę […] Była w lepszej sytuacji od większości rodziców nawet obecnie dowiadujących się, że płód ma wady” — wyjaśnia. Wówczas — jak mówi Petrus — nie było możliwości uniknięcia przekazania mutacji genowej. Współcześnie, podczas zabiegu in vitro można sprawdzić, czy zarodek jest zdrowy, czy nie: „Czy z tego skorzystam? Oczywiście. Czy moja mama by z tego skorzystała te 33 lata temu gdyby była taka opcja? Oczywiście”. Będąc dzieckiem, Petrus chodziła do ortopedów, laryngologów, i kilku innych lekarzy. Jej rodzice...

Czytaj dalej
Magdalena Umer
Jacek Poremba

Magda Umer: „Gdyby jakaś kobieta zapytała mnie, czy ma urodzić śmiertelnie chore dziecko, nie umiałabym odpowiedzieć”

Miałam brata chorego na zanik mięśni. Miał 14 lat, kiedy zmarł. Ciężko pojąć komuś, kto tego nie doświadczył, ogrom takiej tragedii. Ale też ciężko wytłumaczyć, jakie to szczęście, że mogłam poznać mojego brata, że mogłam z nim być – mówi pieśniarka i poetka.
Magdalena Żakowska
30.10.2020

Poetka, pieśniarka, scenarzystka, reżyserka, autorka recitali i programów telewizyjnych. Rzadko udziela wywiadów, rzadko zabiera głos w sprawach publicznych. Kiedy do niej napisałam z prośbą o rozmowę, odpisała „Strasznie nie chcę być taką osobą, która wypowiada się na każdy temat. Ale ten temat jest naprawdę ważny. Dzwoń”.   Magda Żakowska:  Jest eś zaniepokojona czy wkurwiona? Magda Umer:  Z jednej strony jestem zachwycona tym, co się dzieje. Nareszcie kobiety powiedziały „nie” mężczyznom, którzy chcą o nas decydować, chociaż sami nie zachodzą w ciążę, nie rodzą dzieci, nie wiedzą, co to znaczy. Oczywiście, że jestem z nimi. Oczywiście, że gdybym była młodsza, tańczyłabym z nimi poloneza na ulicy. Oczywiście, że moi synowie i synowe biorą udział w Strajku Kobiet. Ale z drugiej strony nie wstydzę się przyznać, że strasznie się boję.  Czego się boisz? Rozszerzenia się pandemii i tego że  protestujący zostaną sprowokowani, pobici, aresztowani. Widziałam nagranie, na którym  samochód specjalnie potrąca protestujące dziewczyny i trudno mi o tym zapomnieć. Przypomina mi się jak w marcu 1968 roku bito studentów. Boję się, że po tym strasznym orędziu Kaczyńskiego, po tych chorych słowach chorego człowieka, stanie się coś niedobrego. Boję się, że faszyzm, który się do tej pory w Polsce tlił, teraz wybije jak lawa. Jak mawiała Marysia Czubaszek... Strasznie trudno dziś na ulicy odróżnić tych, którzy są z nami, od tych, którzy są przeciw nam. A do tego jeszcze wszyscy nosimy maski, co sprawia, że niektórzy czują się dużo bardziej bezkarni. To wszystko przypomina jakiś ponury film science-fiction. Ale na ulicach jest też dużo pozytywnej energii, muzyki, śmiesznych haseł.  I to jest...

Czytaj dalej
East News

Kate Winslet: „Nie mam kucharza, kierowcy, pani do sprzątania. To nie byłoby dobre dla mojej rodziny”

Sława nigdy jej nie interesowała, co innego wymagające role. Ale jak przyznaje sama KateWinslet, najważniejsza jest rodzina.
Sylwia Arlak
18.10.2020

Schodzi z planu i rusza prosto do swojej XVII-wiecznej angielskiej posiadłości. Mówi, że stara się spędzać możliwie, jak najwięcej czasu ze swoimi dziećmi: 20-letnią Mią, 17-letnim Joe i 7-letnim Bearem. I zapewnić im możliwie najlepszą opiekę. „Nie mam szefa kuchni, kierowcy ani innych pomocników. Byłabym nieszczęśliwa, gdybym nie była samodzielna, nie czułabym się prawdziwą osobą. Tylko dlatego, że jestem w takiej sytuacji, w której mogę mieć te wszystkie rzeczy, nie oznacza, że muszę. To nie byłoby dobre dla mojej rodziny. Wiem, że moje dzieci by tego nienawidziły. Chcę, aby kiedyś, gdy spojrzą wstecz, pamiętały mój rosół, suchy prowiant na lunch i wspólnie spędzony czas” — podkreślała Kate Winslet w jednym z wywiadów. Kate Winslet — matka, żona, gwiazda filmowa Mówi o sobie, że „jest szczęściarą”. Razem z mężem tworzą dom, do którego chce jej się wracać. Pomimo mono wyśrubowanych standardów Hollywood lubi siebie taką, jaka jest (Kate od zawsze znana była ze swoich pełnych, kobiecych kształtów), a na jej biurko wciąż trafiają ciekawe scenariusze filmowe. Jest rozpoznawalna na całym świecie, a jednak na co dzień prowadzi zupełnie normalne życie. Z dala od fleszy i czerwonych dywanów. I to jej odpowiada. „Nie tylko nie czuję się jak gwiazda filmowa, nie sądzę, żebym zachowywała się jak jedna z nich. Moim zdaniem gwiazdą jest się tak długo, jak trwa ceremonia wręczenia Oskarów. Tylko wtedy ważne są pozory, opakowanie, od którym przemycasz na widownię całkiem zwyczajnego człowieka. Po zakończeniu imprezy natychmiast wyskakuję z efektownego pudełka i znowu jestem kobietą, matką” — mówiła aktorka. Przyznaje, że nigdy nie marzyła o sławie, a sukces „Titanica”, filmu Jamesa Camerona, w...

Czytaj dalej
matki osób niepełnosprawnych
iStock

„To nie heroski, to zmęczone, wykończone kobiety. Takie same jak ja i ty”

„Nie znamy ich, bo rzadko wychodzą z domu. Ale przecież istnieją. Żyją tuż za ścianą”, mówi o mamach oraz opiekunkach osób z niepełnosprawnością Olga Ślepowrońska, warszawska działaczka i aktywistka, organizatorka Latającego spa dla matek osób z niepełnosprawnością.
Sylwia Niemczyk
25.05.2020

Przez dwa miesiące lockdownu narzekaliśmy na zamknięcie w domach, ubolewaliśmy na zamknięte lasy i pisaliśmy: „To nie jest życie”. I to prawda – było nam ciężko. Ale tak samo prawdą jest to, że są ludzi – głównie kobiety – dla których lockdown to jest życie. Które są całymi latami uwięzione w swoich domach, a ich strażnikiem jest choroba albo niepełnosprawność kogoś bliskiego. Matki osób z niepełnosprawnością, żony leżących po udarze mężów, siostry, które po śmierci rodziców opiekują się chorym bratem lub siostrą. Nie widzimy ich, tymczasem często mieszkają po sąsiedzku. „Żyją tuż za ścianą” – mówi Olga Ślepowrońska, aktywistka i działaczka, która organizuje pomoc i wsparcie dla polskich „Roszpunek” zamkniętych w blokowej wieży. Dzięki jej Latającemu spa kobiety w Warszawie i innych polskich miastach mogą liczyć na kilka godzin wytchnienia, masaż, pomoc w codziennych obowiązkach.  Sylwia Niemczyk: Olśniło cię na masażu pleców… Olga Ślepowrońska:  Tak było. To był styczeń 2019 roku, kilka miesięcy wcześniej zostałam samodzielną mamą: Roszek miał wtedy pięć lat, a Ida niecały roczek. I szybko przekonałam się, że samotne rodzicielstwo to hardkor: zaczęło siadać mi zdrowie, czasem brakowało mi cierpliwości do dzieci, byłam strasznie zmęczona. Więc mama zrobiła mi prezent i wysłała mnie do spa. I tam, podczas masażu olśniło mnie, że każdej mamie przydałoby się choć raz na rok coś takiego.  To było takie kojące – ta świadomość, że ktoś mnie widzi z tym moim zmęczeniem! Byłam ogromnie wdzięczna mamie, że nie powiedziała np.: „Ja wychowałam cię bez pieluszek i nigdy nie byłam zmęczona”. Pomyślałam, że świat byłby lepszy, gdybyśmy zaopiekowali się mamami. A...

Czytaj dalej