To on zagra Jakuba Szapirę! Co Michał Żurawski mówił nam o „Królu” Szczepana Twardocha?
Szymon Szcześniak

To on zagra Jakuba Szapirę! Co Michał Żurawski mówił nam o „Królu” Szczepana Twardocha?

„Jestem stuprocentowym Polakiem, czyli mieszańcem” – tak przedstawia się Michał Żurawski, którego niedługo zobaczymy w ekranizacji „Króla” Szczepana Twardocha.
Wika Kwiatkowska
03.04.2019

Dla Ślązaków nigdy nie liczyło się to, jaki kto ma paszport. Ważna była rodzina, która dogadywała się w różnych językach” – mówił w wywiadzie do „Urody Życia” Michał Żurawski, aktor znany m.in. z „Jestem mordercą” albo serialu „Kruk. Szepty słychać o zmroku”, którego już niedługo zobaczymy w ekranizacji bestsellerowego „Króla” Szczepana Twardocha. Wcieli się w rolę głównego bohatera, Jakuba Szapiro, żydowskiego boksera rządzącego przedwojennym warszawskim półświatkiem. To może być wyśniona rola – już kilka miesięcy temu Michał Żurawski o Szczepanie Twardochu mówił nam: „Łączy nas jakieś duchowe pokrewieństwo” a zapytany o „Króla” odrzekł: „Podobał – to za mało powiedziane”. 

Wika Kwiatkowska: Twoja żona nazwała cię typem drwala – podobno czasem wyjeżdżasz w Sudety, żeby zbudować sobie szałas?

Michał Żurawski: Moi dziadkowie mieszkają pod Jelenią Górą, w małym miasteczku Dziwiszów. Mamy tam ziemię na odludziu, pod lasem, w górach, ze stawami, które pradziad wykopał. I faktycznie jest tak, że jeżeli coś dziwnego dzieje się w  moim życiu, to tam jadę, by pożyć z dala od cywilizacji. Tam są proste zasady. Musisz mieć siekierę, umieć zbudować szałas, rozpalić ognisko. Nieraz zdarzało mi się tam spać w zbudowanym przez siebie tipi albo jeszcze dziwniejszej konstrukcji.

Czujesz w sobie tego drwala, czy bardziej harcerza?

Drwala. Harcerza zupełnie nie – nie za bardzo lubię hierarchię. Wolę samotne wyprawy.

Dalekie?

Było ich trochę. Żeby odpocząć i zastanowić się trochę nad swoim stanem ducha. W samotności.

Stwierdziłeś kiedyś, że mężczyzna nie może się dogadać z kobietą. Zwłaszcza jeżeli on jest samcem alfa, a ona samicą alfa.

Na to mi wygląda, jak obserwuję mężczyzn i kobiety (śmiech). Homo sapiens istnieje od tysięcy lat i natura, geografia, przyroda wykształciły nas tak, że mężczyźni robią określone rzeczy, a   kobiety inne. One się opiekują domem, a faceci podróżują, żeby zdobyć pożywienie i dać bezpieczeństwo kobietom i dzieciom.

Ten patriarchalny podział się zmienia.

Trzeba przekonać facetów, że też mają w sobie pierwiastek kobiecy. Kiedyś miałem świetną rozmowę z Pawłem Maśloną, reżyserem „Ataku paniki”. Obaj doszliśmy do wniosku, że mamy w sobie pokłady żeńskiej energii. Na początku, jako zarodek, każdy z nas jest przecież kobietą. Więc dziwię się tym, którzy wstydzą się tej energii. To ona w  ekstremalnych sytuacjach często ratuję nam dupę i życie. Gdyby facet szedł tylko za swoim testosteronem, nie dożyłby dwudziestki.

Ale ty masz właśnie emploi twardziela i  stuprocentowego faceta.

Tylko dlatego, że tak wyglądam. To, że jestem wielkim bykiem, mam brodę i  ciemną oprawę, nic nie znaczy. Liczy się wnętrze.

A miałbyś chęć zagrać subtelnego, znerwicowanego pianistę? Albo transwestytę?

Czekam na to.

Nie bałbyś się?

Absolutnie nie. Im bardziej coś jest kolorowe, tym dla mnie lepiej. Im bardziej złamana postać, tym ciekawiej. Ale na razie nie dostaję takich propozycji. Może jeszcze nie zasłużyłem na zaufanie tych wszystkich decydentów. Mam nadzieję, że odkryją we mnie tę drugą stronę.

Kiedy sam ją odkryłeś?

Już dawno. Bardzo dawno.

Płakałeś na własnym ślubie.

Chociażby. Ja się w ogóle często wzruszam. Na filmach, bajkach. Oglądam je z dziećmi i muszę wychodzić, żeby nie widziały, że tatuś płacze. Po co mają się martwić?

Michał Żurawski
Szymon Szcześniak

Który moment najbardziej cenisz w swojej karierze?

Przełomową rolą, która dała mi wiarę w siebie, była ta w filmie „W ciemności” Agnieszki Holland. Reżyserka zadzwoniła i powiedziała, że ma dla mnie fajną rolę. Tak po prostu. Więc włożyłem w to całą swoją energię i umiejętności. I dużo mi to dało. Chociażby wyjazd do Hollywood na ceremonię wręczenia Oscarów, gdzie byliśmy nominowani. Spełniło się moje marzenie, dosłownie ot, tak.

Pochodzę z robotniczego Chorzowa i zanim zdałem do szkoły aktorskiej, w teatrze byłem może dwa razy w życiu. Przez osiem lat grałem w piłkę ręczną, o mały włos nie zostałem zawodowcem. I kiedy pewnego dnia powiedziałem chłopakom na treningu, że za dwa miesiące będę zdawał do szkoły teatralnej, wyśmiali mnie: „Chyba zwariowałeś, stary! Tysiąc osób na jedno miejsce – gdzie ty, chopie!”.

Mówiłeś gwarą?

Tak, normalnie, jak to na Śląsku. Na egzaminach wydawało mi się, że mówię poprawnie, ale dostałem informację od komisji: „Dobrze, dobrze, ale musi pan popracować nad językiem polskim”. „Ale o co chodzi?” [z ciężkim śląskim akcentem – red.]. „Właśnie o to” (śmiech). Mimo to zdałem za pierwszym razem  – i do Warszawy, i do Krakowa. Wcześniej powiedziałem mojemu najbliższemu przyjacielowi: „Załóżmy się, stary, o kratę wódy, że dziesięć lat po zakończeniu szkoły teatralnej zdobędę Oscara”.

I co się dzieje? Mija dziewięć lat, jestem w Hollywood na gali oscarowej i przypomina mi się ta sytuacja. Wyciągam komórkę i dzwonię: „Pawełku, wiesz kaj jo jest?”. „Kaj?” „Na czerwonym dywanie, idę odebrać Oscara!” I szczęka mu opadła. Ja też zdałem sobie sprawę: „Wow, to tak działa? Wystarczy pomyśleć i się wydarza?” Oscara co prawda nie dostaliśmy, ale moment adrenaliny był. To mnie ugruntowało w przekonaniu, że jak się czegoś naprawdę chce, to się to osiągnie.

Naprawdę w to wierzysz?

Pewnie, że tak.

To jest coachowe myślenie.

Teraz to się nazywa coaching, ale to istniało zawsze i wszędzie na świecie. Tyle że nazywało się religią albo filozofią życia. Po prostu trzeba mieć cel.

Jaki jest twój cel?

Wreszcie znaleźć spokój. Być spokojnym, dobrym tatusiem i wspaniałym mężem.

Czujesz już kryzys wieku średniego?

Pewnie, że tak. Mniej więcej od 15 lat (śmiech).

15 lat temu to ty miałeś 24 lata. Marzy ci się czerwony sportowy samochód, czy raczej wejście na ośmiotysięcznik?

Ośmiotysięcznik. Motoryzacja mnie nie kręci, w ogóle nie znam się na samochodach. Jeżdżę dużym. Takim, żeby pomieścił całą moją rodzinę. A jeżeli chodzi o Himalaje, sprawdzenie siebie, to co innego. Nigdy jeszcze nie dotarłem do Tybetu, Indii czy Nepalu. Ale trafię tam na pewno.

Jestem wielkim fanem Kukuczki i w ogóle polskich himalaistów. Kukuczka był ze Śląska, wyrastałem w cieniu jego legendy. Kilka lat temu wyszła jego biografia. Używam jej jako podręcznika w szkole aktorskiej Romy, gdzie wykładam.

Jak?

Himalaizm jest tym samym, co aktorstwo. Myślę, że lektura tak fascynującej książki o tak fascynującym człowieku też im bardzo wiele da.

Aktorstwo jest jak himalaizm?

Podobny egoizm, pozostawienie wszystkiego i pójście tam, gdzie czeka cię coś totalnie nieodkrytego. I przede wszystkim – sam nie wiesz, dlaczego to robisz. Żaden himalaista nie jest w  stanie odpowiedzieć dziennikarzowi, po co właściwie wchodzi na szczyt. Nie da się tego wytłumaczyć. Czasem praca na planie jest niesamowitym doświadczeniem, tak było podczas kręcenia serialu „Kruk” dla Canal Plus. Robiliśmy go w  niezwykłej atmosferze, ze wspaniałą ekipą. To było jak zdobywanie pięciu ośmiotysięczników z rzędu.

Naprawdę to aż tak ekstremalne doświadczenie?

Totalnie! Oczywiście nie ma co porównywać choroby wysokościowej z planem filmowym, ale często zdarza się, że siedzi się na mrozie na jakimś zadupiu, pod granicą białoruską. Organizm wyziębiony, nie ma żadnego zaplecza. Kiedy kręciliśmy „Kruka”, przez trzy miesiące byłem kompletnie odcięty od domu. To musiało być dla moich bliskich strasznie trudne. Ale w efekcie powstał fantastyczny serial. No i co? Zapominamy o tym i idziemy na następną górę.

Szczepana Twardocha, również Ślązaka, interesuje w literaturze przyglądanie się tożsamości niedookreślonej, z pogranicza kultur, tradycji, narodowości: śląsko-polskiej, polsko-niemieckiej, żydowsko-polskiej. Dla ciebie to też jest ciekawe? Wśród twoich przodków byli i Ślązacy, i Żydzi.

A ze strony ojca Polacy zza Buga. Dlatego jestem stuprocentowym Polakiem, czyli mieszańcem. Dla Ślązaków nigdy nie liczyło się to, jaki kto ma paszport, czy pochodzi z granic Austro-Węgier, Rzeszy Niemieckiej, Polski czy Czech. Ważna była rodzina. Która dogadywała się w  różnych językach. Pamiętam, jak przyjechałem do Warszawy i pierwsze, co usłyszałem od kolegi ze studiów, warszawiaka, to: „Ja Ślązaków nie lubię, bo wy jesteście jak chorągiewka – gdzie wiatr zawieje, tam się obracacie”. Wytłumaczyłem mu historię od czasów Kazimierza Wielkiego, czyli od czasu, kiedy Śląsk stał się czeski, bo Polska się go wyrzekła. Po półtorej godziny powiedział: „Nie wiedziałem, że to tak wyglądało”. „A skąd miałeś wiedzieć? W podręcznikach tego nie uczą”. Dlatego jedyne, co mogę zrobić dobrego dla moich dzieci, to uczyć ich totalnej tolerancji.

Twardoch pisze fantastyczne rzeczy, pokazuje Polskę taką, jaka była naprawdę. Nie dość, że jest ze Śląska, to jeszcze z  tego samego rocznika, co ja. Łączy nas jakieś duchowe pokrewieństwo.

A spodobał ci się jego „Król”?

Spodobał to mało powiedziane. Od pierwszej strony utożsamiałem się z tym, co się dzieje w tej książce.

Masz na nadgarstku wytatuowane imię żony. To nie jest ryzykowne?

W razie rozwodu Roma oznacza Rzym. Albo dopiszę „n” i będzie Roman – Polański, Bratny. Roma ma gorzej, bo ona na lędźwiach wytatuowała sobie „Michał”. W razie czego będzie musiała dopisać Anioł. Albo Święty.

Michał Żurawski – absolwent warszawskiej Akademii Teatralnej, anany m.in. z filmów „W ciemności”, „Karbala”, „Jestem mordercą” czy serialu „Kruk. Szepty słychać po zmroku”. Teraz można oglądać w kinach thriller w skandynawskim klimacie „Odnajdę cię”, w którym gra jedną z głównych ról. Ma troje dzieci. Od dziewięciu lat jest mężem Romy Gąsiorowskiej. W lipcu skończy 40 lat.

***
Rozmowa z Michałem Żurawskim ukazała się w „Urodzie Życia” 9/2018

Michał Żurawski
Szymon Szcześniak

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Nowa książka Szczepana Twardocha
East News

Szczepan Twardoch napisał kolejną powieść. Czy „Pokora” będzie trzecią częścią „Króla”?

Autor „Morfiny”, „Dracha” i dyptyku „Król” i „Królestwo” zapowiedział na Facebooku, że już we wrześniu będziemy mogli przeczytać jego kolejną książkę.
Sylwia Niemczyk
18.06.2020

Szczepan Twardoch zapowiedział, że napisał taką książkę, jaką sam przeczytałby z przyjemnością: rozległe, wielogłosowe i wielotematyczne. Dla zaostrzenia naszych czytelniczych apetytów pokazał jej zdjęcie: „Święta Madonno, ile to ma stron?!” – pytali fani w komentarzach. Licząca ponad 500 stron „Pokora” będzie chyba najobszerniejszą z dotychczasowych powieści pisarza. Pisarz w facebookowym poście opisuje, że „Pokora” opowiada o władzy i uległości, a także o cenie, jaką płaci się, walcząc o własną godność. Po raz kolejny Twardoch umiejscawia akcję w przeszłości, jednak z opisu pisarza można wnioskować, że nie będzie miała nic wspólnego z bestsellerami: „Królem” i „Królestwem”.  „Opowiada o wojnie i o następującej po niej rewolucji na ulicach Berlina i Górnego Śląska, o klasowych niepokojach i o erotycznym napięciu w czasach płynnej, rozedrganej rzeczywistości. Akcja „Pokory” dzieje się sto lat temu, zacząłem ją pisać w kwietniu 2019 roku, a jednak wydaje mi się, że jest to powieść właśnie na takie czasy, w jakich przyszło nam żyć” – pisze  Szczepan Twardoch.   „Pokora” ukaże się już 16 września nakładem Wydawnictwa Literackiego. Fani Szczepana Twardocha mogą jednak już od dziś wziąć udział w przedsprzedaży na stronie empik.com.

Czytaj dalej
Szczepan Twardoch
Zuza Krajewska

Szczepan Twardoch: „Mam serce z kamienia, więc…”

Autor „Króla” i „Królestwa”, pisarz, Szczepan Twardoch o pisaniu, pasjach i Zagładzie. „Literatura jest od tego, żeby ruszać to, czego nie powinno się ruszać, dźgać tam, gdzie boli”.
Wika Kwiatkowska
18.06.2020

Dla siebie samego przyjąłem, że ważną kategorią w życiu człowieka jest przyzwoitość. Nie jestem księdzem, nikogo nie nauczam. Ale nie żyję w jakiejś nihilistycznej fantazji”, mówi Szczepan Twardoch. Jego dwie bestsellerowe książki „Król” i „Królestwo” przenoszą nas do Warszawy z czasów Zagłady – i nie pozostawiają obojętnymi. Wika Kwiatkowska: Po pracy nad książką masz potrzebę resetu, podróżujesz?  Szczepan Twardoch: Nie mam czasu na resetowanie się po książkach. (śmiech) Przechodzę prosto z jednego projektu – choć to obrzydliwe słowo – do kolejnego. Angażują mnie różne rzeczy, niekoniecznie książki. Ale nie potrzebuję odpoczywać od pracy – to jedna z głównych spraw, które nadają życiu sens. Odpocznę w grobie.  Napisałeś trzy książki o Warszawie. Jaki masz stosunek do tego miasta? Euforyczny. Uwielbiam Warszawę. Co nie znaczy, że chciałbym tu mieszkać. Chociaż nie chcę mówić: „nie będę” i „nigdy”, bo życie jest skomplikowane i Bóg jeden raczy wiedzieć, co się wydarzy. Gdybym z tajemniczego powodu musiał przestać mieszkać tam, gdzie mieszkam, to znaczy w Pilchowicach – a chcę mieszkać w  Pilchowicach – to wybrałbym Warszawę albo Berlin. Raczej Berlin. Ale to są dwa miasta, które lubię najbardziej.  Co takiego lubisz w Warszawie? To jest naprawdę miasto. Otwarte. Z energią?  Nie wiem, co ludzie mają na myśli, kiedy mówią, że miasta mają energię, atmosferę. Atmosferę, to, kurwa, mają, raczej zatrutą. (śmiech) Lubię Warszawę za to, że po prostu dobrze się w niej czuję. Mam tu bardzo wielu znajomych, co najmniej tylu, co na Śląsku, jeśli nie więcej. Mam swoje miejsca, oswojone. Najbardziej lubię południowe...

Czytaj dalej
Szczepan Twardoch, Król
Zuza Krajewska

Szczepan Twardoch: „Bywam wyszczekany, mam skłonność do neuroz…”

„Podoba mi się stwierdzenie, że życie to nie jest najwyższa z wartości. Że są sprawy, dla których warto je zaryzykować albo nawet stracić”, mówi Szczepan Twardoch, autor „Króla” o bokserze Jakubie Szapiro i drugiej części: „Królestwo”. 
Marta Strzelecka
18.03.2020

Powieścią „Morfina” zdobył wszystko, co najważniejsze w świecie literackim – uznanie krytyki, cenione nagrody, pieniądze, popularność wśród czytelników. Kolejne dwie książki – „Drach” oraz „Wieloryby i ćmy. Dzienniki” – były wyczekiwanymi wydarzeniami. Bo Szczepan Twardoch błyskawicznie przestał być uznawany za dobrze zapowiadającego się pisarza, został uznany za tego z pierwszej ligi. Dodatkowo budził zainteresowanie złożonym wizerunkiem medialnym.  Z jednej strony dżentelmen, doskonale ubrany, przywiązany do kindersztuby, z drugiej budził kontrowersje wypowiedziami na tematy polityczne i społeczne.  Urodził się na Śląsku i tożsamość narodowa – niemiecka, polska, śląska – to jego ulubiony temat. W „Morfinie” pisał o synu niemieckiego arystokraty i spolszczonej Ślązaczki w Warszawie 1939 roku. „Król” dzieje się w tym samym mieście dwa lata wcześniej, jest historią o żydowskim gangsterze, bokserach klubu Makabi, etnicznym tyglu, w którym trudno zdefiniować samego siebie, a siła okazuje się często najwyższą z wartości. Twardoch mieszka w Pilchowicach z żoną i dwoma synami. Spotykamy się w Katowicach, po jego bokserskim treningu. Marta Strzelecka: Jak boksujesz? Szczepan Twardoch: Amatorsko, oczywiście. Tak, jak może boksować człowiek, który boksować zaczął grubo po trzydziestce. Trenuję kilka razy w tygodniu, czasem robimy sparingi, trzy rundy po dwie minuty. Więcej nie dałbym rady kondycyjnie, tym się różnię od prawdziwego boksera. Tak czy inaczej, mierzę się z facetem, który – wygram z nim albo przegram – stara się zrobić mi krzywdę. Organizm chodzi wtedy na najwyższych obrotach, mózg działa tak szybko, że czas zwalnia. Wiesz, że wydarzy się coś niebezpiecznego i rozciągają się sekundy, w...

Czytaj dalej