Mela Koteluk: „Wielki świat dał mi do zrozumienia, że wcale nie muszę w nim być”
Daniel Duniak, Grzegorz Korzeniowski
#czytajdlaprzyjemności

Mela Koteluk: „Wielki świat dał mi do zrozumienia, że wcale nie muszę w nim być”

„Wielki świat dał mi do zrozumienia, że wcale nie muszę w nim być.”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Mela Koteluk debiutancką płytę „Spadochron” wydała w 2012 r. Z niego pochodzi przeboje „Melodia ulotna” oraz „Wolna”. W 2014 r. ukazał się z kolei krążek „Migracje”, który również przypadł do gustu zarówno krytykom, jak i publiczności. Do tej pory oba wydawnictwa sprzedały się w nakładzie ponad 30 tysięcy egzemplarzy każde, co zagwarantowało im status Platynowej Płyty. Mela Koteluk została trzy razy laureatką Fryderyków: w 2013 r. uznano ją Artystką Roku i Debiutem Roku, zaś w 2015 r. nagrodę otrzymała za Teledysk Roku. W rozmowie z Jakubem Janiszewskim mówi o dzieciństwie i odważnych planach na przyszłość. 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

To prawda, że mieszkałaś przy ulicy Urody Życia?

Dalej w pewnym sensie mieszkam, bo jestem tam zameldowana. W domu rodziców, w Sulechowie.

 

I z czym ci się ta nazwa kojarzy?

Z Żeromskim, bo to przecznica ulicy Żeromskiego. Inne przecznice też się tak nazywają: Przedwiośnie, Syzyfowa. Jest też Cezarego Baryki i Siłaczki. Ciepło wspominam tamten czas. Przeszło mi nawet przez głowę, żeby rozejrzeć się tam za jakąś ziemią.

 

Osobliwe stwierdzenie jak na kogoś, kto nazwał swoją nową płytę „Migracje”…

Ale to się łączy dość ściśle, choć w tytule nie chodzi o fizyczne zmiany miejsc. Chodzi o migracje mentalne. I zmęczenie tymi zmianami.

Zmian chyba ci nie brakowało. Samych przeprowadzek miałaś 23?

Kiedyś myślałam, że przez to, że się ciągle przenoszę, mogę się naprawdę rozwijać, poznawać nowych ludzi, przeżywać zmiany, być na fali. Ale teraz chciałabym gdzieś zatknąć swoją flagę. 

Cofnijmy się do pierwszej migracji. Masz 16 lat, wyjeżdżasz do Warszawy.

Bo poczułam muzykę. Mocno. I tym chciałam się zajmować. Mając niespełna 16 lat, trafiłam na warsztaty muzyczne w Nowogardzie, gdzie poznałam Elę Zapendowską i Andrzeja Głowackiego. Dzięki nim weszłam w poezję śpiewaną, w Koftę, Młynarskiego, Osiecką. I to oni mi wytłumaczyli, że jeśli chcę się rozwijać w tym kierunku, to wyprowadzka do Warszawy jest niezbędna.

Znalazłam sobie prestiżowe liceum, do którego bardzo chciałam się dostać, więc w Zielonej Górze uczyłam się jak szalona. Na koniec roku miałam średnią chyba powyżej piątki. W tym warszawskim liceum na apelu otwierającym rok szkolny odśpiewałam hymn po łacinie, po czym, po trzech miesiącach tej szkoły rzuciłam ją. Nie wytrzymałam musztry i wojskowego drylu. Przeniosłam się do całkiem zwykłego liceum, z workiem z kapciami na zmianę i 2000 uczniów. Ale zdałam tam maturę, choć wspominam całość dość dziwnie.

Matura to matura, co w niej dziwnego?

To, że już wtedy mieszkałam w Krakowie i właściwie nie bardzo chciałam się dalej uczyć. Na żadne studia się nie wybierałam – czułam się intelektualnie bardzo pewnie, co dziś brzmi raczej komicznie. W Krakowie miałam znajomych, spędzałam z nimi weekendy. W końcu wyniosłam się na dobre. Rodzicom powiedziałam, że teraz Wawel. Maturę zdałam tylko dlatego, że zadzwoniła mama, że przyjedzie, żeby mnie wspierać. 

A co z muzyką, dla której wyjechałaś z Sulechowa?

Dalej uczyłam się u Zapendowskiej. Pisałam swoje piosenki i sama je nagrywałam na komputerze. Jeździłam na festiwale piosenki poetyckiej, wymyślałam sobie aranże, poznawałam środowisko muzyczne w Warszawie. W 2003 r. wzięłam udział w konkursie na interpretację piosenek Agnieszki Osieckiej zorganizowanym przez Fundację Okularnicy. Zajęłam drugie miejsce. A potem pojawił się szereg bardzo dziwnych propozycji.

Dziwnych?

Zadzwonił do mnie np. ktoś z Zespołu Reprezentacyjnego Wojska Polskiego i zaproponował udział w koncercie jubileuszowym w Sali Kongresowej. Dodatkowo z taką zachętą, że być może polecimy na występy do Afganistanu. Miałam być jedną z solistek, zaproponowali mi nawet honorarium. Kompletnie nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć, miałam dopiero 17 lat. Poszłam na pierwszą próbę, dowiedziałam się, że widzą mnie w repertuarze grupy Vaya Con Dios. Miałam zaśpiewać „What’s a Woman”. Kurczę, po angielsku W Kongresowej Dziwnie. W dodatku na tej próbie zorientowałam się, że coś jest nie tak muzycznie. Ale uznałam, że to wyzwanie, że trzeba spróbować. Wyobrażałam sobie, że wyjdę na scenę w tej Kongresowej, w jakiejś sukni i zaśpiewam jako ta woman, po czym okazało się, że wszyscy mamy występować w mundurach moro. Nie miałam wtedy pieniędzy, ale na dzień przed koncertem poszłam do fryzjera i ufarbowałam się na brązowo, żeby mnie nikt nie poznał. 

I nie poznał?

Nawet chłopak, z którym się wtedy spotykałam, w pierwszej chwili się nie zorientował. Niestety w pierwszym rzędzie siedział Zygmunt Kukla, legendarny dyrygent jazzowy i genialny muzyk. Obawiam się, że mimo mojego kamuflażu jednak mnie poznał. A z Kuklą wiązała się inna historia. Dostałam propozycję wzięcia udziału w telewizyjnym wieczorze sylwestrowym. Śpiewałam „Fascination” Nat King Cole’a. No cóż, rodzice to nagrali. Zobaczyłam się w oprawie studia telewizyjnego. Wyglądałam komicznie. A właściwie to tragicznie. W każdym razie – nieciekawie. 

Czyli jak?

Przaśnie. Postanowiłam, że już nigdy więcej nie dam się na coś takiego namówić. Muzycznie było świetnie, bo to Kukla, ale cała reszta…

A co z tym Afganistanem, do którego miało cię zawieźć Wojsko Polskie?

Nie polecieliśmy. Wybuchły walki, zrobiło się niespokojnie. Zamiast tego polecieliśmy do Szczecina, ale i tak mi się podobało, bo pierwszy raz leciałam samolotem. Na koncert! Ale nic więcej z tego nie wynikło, poza coraz głębszym przekonaniem, że chcę grać po swojemu, chcę mieć swój zespół. Nie w ten sposób. 

Próbowałaś go chociaż skompletować?

Tak i nawet mi się to udało. Nie było to jakieś dojrzałe przedsięwzięcie, ale przez jakieś dwa, trzy lata graliśmy po warszawskich klubach. Miałam nawet jedno stałe miejsce na Polach Mokotowskich, trzy sety po 45 min i minimalne wynagrodzenie. Wysiłek fizyczny nieprawdopodobny. Uważam, że dzięki temu jestem teraz w stanie przetrwać w trasie koncertowej, która jest bardzo intensywna. To nie jest temat dla słabeuszy. Wprawiałam się. 

To się działo wieczorami. A za dnia liceum z kapciami na zmianę, a potem z nagła Kraków. Wyjechałaś, bo ci się znudziło?

Byłam już po maturze, myślałam, że skoro mam jakiś zespół w Warszawie, to właściwie dlaczego nie mogłabym go zrobić tam? Ale Kraków zupełnie mnie nie przyjął. Bardzo szybko zmęczyłam się Alchemią i Pięknym Psem, bo nie jestem typem imprezowiczki. Nie chciałam utkwić w klimacie śpiewania w czarnej sukni przy fortepianie. Miałam fajne mieszkanie na Kazimierzu, miałam fajnych znajomych i to by było na tyle. Poczułam, że nic tu po mnie i po paru miesiącach zadzwoniłam do taty, żeby przyjechał po moje rzeczy i zabrał je do domu, bo teraz to bym chciała odwiedzić moich znajomych w Londynie. Był przeciwny, żebym gdziekolwiek jechała, bo wiedział, jak się to skończy.

Miał zresztą rację. Pojechałam autobusem na dwa tygodnie, zostałam na trzy lata. Któregoś wieczoru zapytałam w pubie, czy nie szukają kogoś do pomocy, i dostałam pracę barmanki. Popracowałam tam parę miesięcy, a potem trafiłam do świetnej knajpy nieopodal teatru The Old Vic. Lokalizacja ściągała mnóstwo znanych ludzi. Na przykład często bywał Kevin Spacey. Albo Robert Smith z The Cure, do którego mam niesamowity sentyment. Ręce mi się zaczęły trząść, gdy go zobaczyłam. 

Miałaś pretensje do siebie, że zamiast robić muzykę, biegasz z talerzami?

Nie miałam z tym problemu, że biegam z tacą. Brałam po 10 zmian tygodniowo – pracując fizycznie, byłam w innym świecie, ze swoimi myślami. To było jak medytacja, a mój menedżer nie mógł uwierzyć, że tyle pracuję, myślał, że coś biorę. 

Muzycznie się tam rozwijałaś?

Biegałam na koncerty. Przez chwilę miałam pomysł na London Music School, ale okazało się, że to nie jest żaden inny świat. Nie czułam, że oni są tam lepsi, przeciwnie, uważałam, że to tu, w Warszawie, bardzo dobrze się dzieje pod względem muzycznym. Wielki świat przekazał mi informację, że wcale nie muszę w nim być, by realizować swoje artystyczne pomysły. Nie muszę śpiewać po angielsku. Pozbywałam się rozmaitych przeświadczeń i mitów. 

Wróciłaś nagle i nieodwołalnie?

W Londynie widziałam wokół siebie ludzi starszych o 10 lat, żyjących w lajtowy, przyjemny sposób. Nie chciałam tego dla siebie. Wróciłam do Warszawy, poszłam na studia. Wynajęłam sobie mieszkanie z widokiem na łąkę z bażantami i brakowało mi wielkomiejskiej różnorodności, która mnie tak inspirowała w Londynie. Ludzie, z którymi dawniej grałam, byli w innym punkcie – komuś urodziło się dziecko, ktoś zmienił swoje życiowe plany. Ale cieszyłam się, że jestem bliżej rodziny. Chciałam znaleźć zespół, wiedziałam już o sobie, o muzyce znacznie więcej i kręciłam nosem na funkowo-r’n’b’ trendy wśród kolegów. I weź się teraz dokop do właściwych ludzi. Z czasem poznałam Kornela Jasińskiego, mojego obecnego basistę, i perkusistę Roberta Rasza, którzy grali ze sobą już tak długo, że mylili się w tych samych miejscach. Byli inni, inspirujący. Równolegle poznałam Piotrka Aleksandrowicza, z którym napisałam „Melodię ulotną”, późniejszy singel zapowiadający „Spadochron”. 

Śpiewałaś z Gabą Kulką.

Gabę poznałam, kiedy jeszcze pracowała jako architekt wnętrz, była przed wydaniem „Hat, Rabbit”. Z tego, co wiem, zarzuciła tę pracę po premierze płyty. Ja z kolei już po premierze „Spadochronu” w 2012 r. długo śpiewałam na Polach Mokotowskich. Tak jak dawniej, trzy sety po 45 min. Tylko stawka wzrosła o 50 zł plus posiłek. Potem mój zespół kazał mi z tym skończyć, więc się posłuchałam. Takie historie nadwiślańskich gwiazd. 

Lubiłaś to bycie w chórkach? Występować w cieniu gwiazdy?

Wtedy jesteś po prostu jednym z instrumentów. Nie każdy to potrafi. Ja to umiem, mam taką barwę głosu i tak umiem nią operować, że potrafię się dokleić bez wchodzenia frontmanowi w paradę. To wymaga pewnych umiejętności. Mnóstwa rzeczy się wtedy nauczyłam.

W jednym z utworów na płycie „Migracje” śpiewasz, że chciałabyś zniknąć i wyhamować. Będzie przerwa od koncertowania i grania?

Chodziło raczej o moją skłonność do pracoholizmu i zatracania się w tym, co robię. Potrafię spać po cztery godziny na dobę. Wstaję rano, robię sobie prasówkę, bo lubię wiedzieć, co się dzieje wokół mnie, a potem biorę się do pracy. Mam szczęście, że mogę robić to, czego chciałam. Jechałam dzisiaj taksówką, zaczęłam rozmawiać z kierowcą. Powiedział mi, że jest geologiem, pytałam go o kamienie wapienne, z których chciałabym zbudować kiedyś dom. Opowiadał o tym z taką pasją, że zapytałam, czemu nie pracuje w zawodzie. Odpowiedział, że bardzo długo szukał, ale się nie udało. Nie skarżył się. To w sumie było najgorsze. To strasznie smutne, że czasem tak ciężko robić to, co się kocha.

Boisz się, że tak utkniesz?

Wiele razy utknęłam. Wiele razy myślałam, że to wszystko, co robię, nie ma sensu. Ale nauczyłam się ze sobą rozmawiać, zmieniać perspektywę i wracać do równowagi. Spędziłam w życiu mnóstwo czasu sama, całe lata, bo nigdy nie kleiłam się do ludzi. To mnie nauczyło, że jestem dla siebie ważnym źródłem informacji. Jeśli się w życiu miotam, to muszę zachować trzeźwość umysłu, wierzyć, że to jest moment, z którego wyjdę. Moja zdolność do bycia zdecydowaną i stanowczą bierze się właśnie z wytrzymywania tego stanu, kiedy się miotam i nie wiem, dokąd zmierzam.

A teraz wiesz, jaki jest kierunek?

W życiu zawodowym chcę nagrać trzecią płytę, tym razem akustyczną. W życiu prywatnym mam ochotę na jakąś długą podróż. A co do przyszłości, to myślę, żeby mieć gdzieś dom. Ale gdzie Tu się jeszcze miotam, szukam miejsca. Może kupię mieszkanie w Warszawie, a może spróbuję postawić dom na jakiejś wsi. Czas najwyższy wymeldować się z ulicy Urody Życia.

 
Rozmowa z Melą Koteluk ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Janusz Józefowicz, Viva! 1/2019
Marta Wojtal

Janusz Józefowicz przyznaje, że nie był gotowy na dzieci 

„Ukradłem to dla mojej córeczki, a ona oszalała ze szczęścia”.
Sylwia Niemczyk
04.09.2018

Żeby najstarszej córce wynagrodzić, że wciąż go nie ma, w sklepie z zabawkami w Szwecji ukradł dla niej różową walizeczkę. Był koniec lat 80. O swoim dorastaniu do bycia ojcem dla Kamy, Kuby i Kaliny Janusz Józefowicz opowiedział w rozmowie z Marzeną Rogalską.    Kiedy urodziła się moja pierwsza córka, Kamila, byłem studentem pierwszego roku Szkoły Teatralnej w Warszawie. Przed jej narodzinami przeżywałem trudne chwile, byłem wtedy związany z Teatrem Muzycznym w Chorzowie, wystawialiśmy rewie, musicale... Nagle, w 1981 r., cała idea tego teatru runęła. Razem z Danką, wtedy moją dziewczyną, kompletnie nie wiedzieliśmy, co ze sobą robić. Poczuliśmy się rozczarowani, oszukani. Wszystko rozsypało się jak domek z kart. Dokładnie w takim momencie okazało się, że Danka jest w ciąży. Postanowiliśmy się pobrać, zadzwoniłem szybko do moich rodziców, żeby przyjechali, bo ślub będzie za tydzień. Przez pierwszy rok Danka mieszkała z Kamą w Chorzowie, starałem się jeździć do nich na weekendy, ale różnie to wyglądało. Wybuchł stan wojenny, trzeba było załatwiać zezwolenia na przejazd. A ja w szkole harowałem od rana do nocy. Masakra. Byłem u progu kariery, szukałem swojego miejsca w świecie, a tu rodzina, obowiązki. Kochałem Dankę i Kamilkę, ale bardzo rzadko dawałem im to, czego oczekiwały. Kiedy byliśmy razem, byliśmy szczęśliwi, ale mnie wciąż nie było. A Kamilka rosła tak szybko... Może się usprawiedliwiam, ale pierwsze dziecko to dla wszystkich wyzwanie i przy nim robi się najwięcej błędów. Tak czy owak, wyrzuty sumienia stale kołatały mi się z tyłu głowy. Danka przyjechała z Kamilą do Warszawy. Pracowała w Teatrze Syrena, pomagali nam dziadkowie, rzadkie wakacje spędzaliśmy razem. Gdy Kama miała dziewięć, dziesięć lat, zacząłem wyjeżdżać z nią sam, zabierałem ją na koniec...

Czytaj dalej