Mela Koteluk: „Wielki świat dał mi do zrozumienia, że wcale nie muszę w nim być”
Daniel Duniak, Grzegorz Korzeniowski
#czytajdlaprzyjemności

Mela Koteluk: „Wielki świat dał mi do zrozumienia, że wcale nie muszę w nim być”

„Wielki świat dał mi do zrozumienia, że wcale nie muszę w nim być.”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Mela Koteluk debiutancką płytę „Spadochron” wydała w 2012 r. Z niego pochodzi przeboje „Melodia ulotna” oraz „Wolna”. W 2014 r. ukazał się z kolei krążek „Migracje”, który również przypadł do gustu zarówno krytykom, jak i publiczności. Do tej pory oba wydawnictwa sprzedały się w nakładzie ponad 30 tysięcy egzemplarzy każde, co zagwarantowało im status Platynowej Płyty. Mela Koteluk została trzy razy laureatką Fryderyków: w 2013 r. uznano ją Artystką Roku i Debiutem Roku, zaś w 2015 r. nagrodę otrzymała za Teledysk Roku. W rozmowie z Jakubem Janiszewskim mówi o dzieciństwie i odważnych planach na przyszłość. 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

To prawda, że mieszkałaś przy ulicy Urody Życia?

Dalej w pewnym sensie mieszkam, bo jestem tam zameldowana. W domu rodziców, w Sulechowie.

 

I z czym ci się ta nazwa kojarzy?

Z Żeromskim, bo to przecznica ulicy Żeromskiego. Inne przecznice też się tak nazywają: Przedwiośnie, Syzyfowa. Jest też Cezarego Baryki i Siłaczki. Ciepło wspominam tamten czas. Przeszło mi nawet przez głowę, żeby rozejrzeć się tam za jakąś ziemią.

 

Osobliwe stwierdzenie jak na kogoś, kto nazwał swoją nową płytę „Migracje”…

Ale to się łączy dość ściśle, choć w tytule nie chodzi o fizyczne zmiany miejsc. Chodzi o migracje mentalne. I zmęczenie tymi zmianami.

Zmian chyba ci nie brakowało. Samych przeprowadzek miałaś 23?

Kiedyś myślałam, że przez to, że się ciągle przenoszę, mogę się naprawdę rozwijać, poznawać nowych ludzi, przeżywać zmiany, być na fali. Ale teraz chciałabym gdzieś zatknąć swoją flagę. 

Cofnijmy się do pierwszej migracji. Masz 16 lat, wyjeżdżasz do Warszawy.

Bo poczułam muzykę. Mocno. I tym chciałam się zajmować. Mając niespełna 16 lat, trafiłam na warsztaty muzyczne w Nowogardzie, gdzie poznałam Elę Zapendowską i Andrzeja Głowackiego. Dzięki nim weszłam w poezję śpiewaną, w Koftę, Młynarskiego, Osiecką. I to oni mi wytłumaczyli, że jeśli chcę się rozwijać w tym kierunku, to wyprowadzka do Warszawy jest niezbędna.

Znalazłam sobie prestiżowe liceum, do którego bardzo chciałam się dostać, więc w Zielonej Górze uczyłam się jak szalona. Na koniec roku miałam średnią chyba powyżej piątki. W tym warszawskim liceum na apelu otwierającym rok szkolny odśpiewałam hymn po łacinie, po czym, po trzech miesiącach tej szkoły rzuciłam ją. Nie wytrzymałam musztry i wojskowego drylu. Przeniosłam się do całkiem zwykłego liceum, z workiem z kapciami na zmianę i 2000 uczniów. Ale zdałam tam maturę, choć wspominam całość dość dziwnie.

Matura to matura, co w niej dziwnego?

To, że już wtedy mieszkałam w Krakowie i właściwie nie bardzo chciałam się dalej uczyć. Na żadne studia się nie wybierałam – czułam się intelektualnie bardzo pewnie, co dziś brzmi raczej komicznie. W Krakowie miałam znajomych, spędzałam z nimi weekendy. W końcu wyniosłam się na dobre. Rodzicom powiedziałam, że teraz Wawel. Maturę zdałam tylko dlatego, że zadzwoniła mama, że przyjedzie, żeby mnie wspierać. 

A co z muzyką, dla której wyjechałaś z Sulechowa?

Dalej uczyłam się u Zapendowskiej. Pisałam swoje piosenki i sama je nagrywałam na komputerze. Jeździłam na festiwale piosenki poetyckiej, wymyślałam sobie aranże, poznawałam środowisko muzyczne w Warszawie. W 2003 r. wzięłam udział w konkursie na interpretację piosenek Agnieszki Osieckiej zorganizowanym przez Fundację Okularnicy. Zajęłam drugie miejsce. A potem pojawił się szereg bardzo dziwnych propozycji.

Dziwnych?

Zadzwonił do mnie np. ktoś z Zespołu Reprezentacyjnego Wojska Polskiego i zaproponował udział w koncercie jubileuszowym w Sali Kongresowej. Dodatkowo z taką zachętą, że być może polecimy na występy do Afganistanu. Miałam być jedną z solistek, zaproponowali mi nawet honorarium. Kompletnie nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć, miałam dopiero 17 lat. Poszłam na pierwszą próbę, dowiedziałam się, że widzą mnie w repertuarze grupy Vaya Con Dios. Miałam zaśpiewać „What’s a Woman”. Kurczę, po angielsku W Kongresowej Dziwnie. W dodatku na tej próbie zorientowałam się, że coś jest nie tak muzycznie. Ale uznałam, że to wyzwanie, że trzeba spróbować. Wyobrażałam sobie, że wyjdę na scenę w tej Kongresowej, w jakiejś sukni i zaśpiewam jako ta woman, po czym okazało się, że wszyscy mamy występować w mundurach moro. Nie miałam wtedy pieniędzy, ale na dzień przed koncertem poszłam do fryzjera i ufarbowałam się na brązowo, żeby mnie nikt nie poznał. 

I nie poznał?

Nawet chłopak, z którym się wtedy spotykałam, w pierwszej chwili się nie zorientował. Niestety w pierwszym rzędzie siedział Zygmunt Kukla, legendarny dyrygent jazzowy i genialny muzyk. Obawiam się, że mimo mojego kamuflażu jednak mnie poznał. A z Kuklą wiązała się inna historia. Dostałam propozycję wzięcia udziału w telewizyjnym wieczorze sylwestrowym. Śpiewałam „Fascination” Nat King Cole’a. No cóż, rodzice to nagrali. Zobaczyłam się w oprawie studia telewizyjnego. Wyglądałam komicznie. A właściwie to tragicznie. W każdym razie – nieciekawie. 

Czyli jak?

Przaśnie. Postanowiłam, że już nigdy więcej nie dam się na coś takiego namówić. Muzycznie było świetnie, bo to Kukla, ale cała reszta…

A co z tym Afganistanem, do którego miało cię zawieźć Wojsko Polskie?

Nie polecieliśmy. Wybuchły walki, zrobiło się niespokojnie. Zamiast tego polecieliśmy do Szczecina, ale i tak mi się podobało, bo pierwszy raz leciałam samolotem. Na koncert! Ale nic więcej z tego nie wynikło, poza coraz głębszym przekonaniem, że chcę grać po swojemu, chcę mieć swój zespół. Nie w ten sposób. 

Próbowałaś go chociaż skompletować?

Tak i nawet mi się to udało. Nie było to jakieś dojrzałe przedsięwzięcie, ale przez jakieś dwa, trzy lata graliśmy po warszawskich klubach. Miałam nawet jedno stałe miejsce na Polach Mokotowskich, trzy sety po 45 min i minimalne wynagrodzenie. Wysiłek fizyczny nieprawdopodobny. Uważam, że dzięki temu jestem teraz w stanie przetrwać w trasie koncertowej, która jest bardzo intensywna. To nie jest temat dla słabeuszy. Wprawiałam się. 

To się działo wieczorami. A za dnia liceum z kapciami na zmianę, a potem z nagła Kraków. Wyjechałaś, bo ci się znudziło?

Byłam już po maturze, myślałam, że skoro mam jakiś zespół w Warszawie, to właściwie dlaczego nie mogłabym go zrobić tam? Ale Kraków zupełnie mnie nie przyjął. Bardzo szybko zmęczyłam się Alchemią i Pięknym Psem, bo nie jestem typem imprezowiczki. Nie chciałam utkwić w klimacie śpiewania w czarnej sukni przy fortepianie. Miałam fajne mieszkanie na Kazimierzu, miałam fajnych znajomych i to by było na tyle. Poczułam, że nic tu po mnie i po paru miesiącach zadzwoniłam do taty, żeby przyjechał po moje rzeczy i zabrał je do domu, bo teraz to bym chciała odwiedzić moich znajomych w Londynie. Był przeciwny, żebym gdziekolwiek jechała, bo wiedział, jak się to skończy.

Miał zresztą rację. Pojechałam autobusem na dwa tygodnie, zostałam na trzy lata. Któregoś wieczoru zapytałam w pubie, czy nie szukają kogoś do pomocy, i dostałam pracę barmanki. Popracowałam tam parę miesięcy, a potem trafiłam do świetnej knajpy nieopodal teatru The Old Vic. Lokalizacja ściągała mnóstwo znanych ludzi. Na przykład często bywał Kevin Spacey. Albo Robert Smith z The Cure, do którego mam niesamowity sentyment. Ręce mi się zaczęły trząść, gdy go zobaczyłam. 

Miałaś pretensje do siebie, że zamiast robić muzykę, biegasz z talerzami?

Nie miałam z tym problemu, że biegam z tacą. Brałam po 10 zmian tygodniowo – pracując fizycznie, byłam w innym świecie, ze swoimi myślami. To było jak medytacja, a mój menedżer nie mógł uwierzyć, że tyle pracuję, myślał, że coś biorę. 

Muzycznie się tam rozwijałaś?

Biegałam na koncerty. Przez chwilę miałam pomysł na London Music School, ale okazało się, że to nie jest żaden inny świat. Nie czułam, że oni są tam lepsi, przeciwnie, uważałam, że to tu, w Warszawie, bardzo dobrze się dzieje pod względem muzycznym. Wielki świat przekazał mi informację, że wcale nie muszę w nim być, by realizować swoje artystyczne pomysły. Nie muszę śpiewać po angielsku. Pozbywałam się rozmaitych przeświadczeń i mitów. 

Wróciłaś nagle i nieodwołalnie?

W Londynie widziałam wokół siebie ludzi starszych o 10 lat, żyjących w lajtowy, przyjemny sposób. Nie chciałam tego dla siebie. Wróciłam do Warszawy, poszłam na studia. Wynajęłam sobie mieszkanie z widokiem na łąkę z bażantami i brakowało mi wielkomiejskiej różnorodności, która mnie tak inspirowała w Londynie. Ludzie, z którymi dawniej grałam, byli w innym punkcie – komuś urodziło się dziecko, ktoś zmienił swoje życiowe plany. Ale cieszyłam się, że jestem bliżej rodziny. Chciałam znaleźć zespół, wiedziałam już o sobie, o muzyce znacznie więcej i kręciłam nosem na funkowo-r’n’b’ trendy wśród kolegów. I weź się teraz dokop do właściwych ludzi. Z czasem poznałam Kornela Jasińskiego, mojego obecnego basistę, i perkusistę Roberta Rasza, którzy grali ze sobą już tak długo, że mylili się w tych samych miejscach. Byli inni, inspirujący. Równolegle poznałam Piotrka Aleksandrowicza, z którym napisałam „Melodię ulotną”, późniejszy singel zapowiadający „Spadochron”. 

Śpiewałaś z Gabą Kulką.

Gabę poznałam, kiedy jeszcze pracowała jako architekt wnętrz, była przed wydaniem „Hat, Rabbit”. Z tego, co wiem, zarzuciła tę pracę po premierze płyty. Ja z kolei już po premierze „Spadochronu” w 2012 r. długo śpiewałam na Polach Mokotowskich. Tak jak dawniej, trzy sety po 45 min. Tylko stawka wzrosła o 50 zł plus posiłek. Potem mój zespół kazał mi z tym skończyć, więc się posłuchałam. Takie historie nadwiślańskich gwiazd. 

Lubiłaś to bycie w chórkach? Występować w cieniu gwiazdy?

Wtedy jesteś po prostu jednym z instrumentów. Nie każdy to potrafi. Ja to umiem, mam taką barwę głosu i tak umiem nią operować, że potrafię się dokleić bez wchodzenia frontmanowi w paradę. To wymaga pewnych umiejętności. Mnóstwa rzeczy się wtedy nauczyłam.

W jednym z utworów na płycie „Migracje” śpiewasz, że chciałabyś zniknąć i wyhamować. Będzie przerwa od koncertowania i grania?

Chodziło raczej o moją skłonność do pracoholizmu i zatracania się w tym, co robię. Potrafię spać po cztery godziny na dobę. Wstaję rano, robię sobie prasówkę, bo lubię wiedzieć, co się dzieje wokół mnie, a potem biorę się do pracy. Mam szczęście, że mogę robić to, czego chciałam. Jechałam dzisiaj taksówką, zaczęłam rozmawiać z kierowcą. Powiedział mi, że jest geologiem, pytałam go o kamienie wapienne, z których chciałabym zbudować kiedyś dom. Opowiadał o tym z taką pasją, że zapytałam, czemu nie pracuje w zawodzie. Odpowiedział, że bardzo długo szukał, ale się nie udało. Nie skarżył się. To w sumie było najgorsze. To strasznie smutne, że czasem tak ciężko robić to, co się kocha.

Boisz się, że tak utkniesz?

Wiele razy utknęłam. Wiele razy myślałam, że to wszystko, co robię, nie ma sensu. Ale nauczyłam się ze sobą rozmawiać, zmieniać perspektywę i wracać do równowagi. Spędziłam w życiu mnóstwo czasu sama, całe lata, bo nigdy nie kleiłam się do ludzi. To mnie nauczyło, że jestem dla siebie ważnym źródłem informacji. Jeśli się w życiu miotam, to muszę zachować trzeźwość umysłu, wierzyć, że to jest moment, z którego wyjdę. Moja zdolność do bycia zdecydowaną i stanowczą bierze się właśnie z wytrzymywania tego stanu, kiedy się miotam i nie wiem, dokąd zmierzam.

A teraz wiesz, jaki jest kierunek?

W życiu zawodowym chcę nagrać trzecią płytę, tym razem akustyczną. W życiu prywatnym mam ochotę na jakąś długą podróż. A co do przyszłości, to myślę, żeby mieć gdzieś dom. Ale gdzie Tu się jeszcze miotam, szukam miejsca. Może kupię mieszkanie w Warszawie, a może spróbuję postawić dom na jakiejś wsi. Czas najwyższy wymeldować się z ulicy Urody Życia.

 
Rozmowa z Melą Koteluk ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
lena król
mat.prasowe

Moje życie to kino drogi  –  mówi nam gwiazda serialu „Król” Lena Góra

Mojego ojca gra Andrzej Seweryn, TEN Andrzej Seweryn, ale gdy się o tym dowiedziałam, nie miałam pojęcia, kto to jest. Nie znałam jego filmów – rozmowa z Leną Górą, czyli Anną Ziembińską z serialu „Król”.
Magdalena Żakowska
16.11.2020

W serialu „Król" gra Annę Ziembińską córkę prokuratora Ziembińskiego i siostrę faszysty z ONR-Falanga.  Jedyną kobietę, dla której Jakub Shapiro gotowy jest zrobić wszystko. Chociaż Ziembińska to w książce (a jeszcze bardziej w jej telewizyjnej wersji) jedna z najważniejszych kobiecych postaci, twórcy serialu zdecydowali się obsadzić w tej roli aktorkę w Polsce kompletnie nieznaną. Kim jest Lena Góra?  Magdalena Żakowska: Jak trafiłaś do serialu „Król”? Lena Góra: W Los Angeles dostawałam od czasu do czasu jakąś propozycję z Polski, ale ta była pierwsza, dla której byłam gotowa zostawić Stany na tak długo, jak będzie trzeba. Dopiero, kiedy tu wróciłam, zorientowałam się, że mam w Polsce mnóstwo do odkrycia, dużo zaległości do nadrobienia. Kiedy rozmawiam o Polsce, znajomi pytają mnie czasem: „Lena, żartujesz, naprawdę o tym nie wiesz?”. Nie wiem, ale mam na to sposób. Odpowiadam: „Oczywiście, że wiem! Ale opowiedz, jak ty to widzisz”. Działa. Odrobiłam lekcje! Prawda jest taka, że nie znam polskich książek, muzyki, kina. Od 14 lat nie miałam kontaktu z polską kulturą. Mojego ojca w „Królu” gra Andrzej Seweryn, TEN Andrzej Seweryn, ale gdy się o tym dowiedziałam, nie miałam pojęcia, kto to jest. Nie znałam jego filmów. Pewnie się zdziwił. Odrobiłam lekcje i przygotowałam się na zdjęcia próbne. Wtedy wiedziałam o nim już prawie wszystko, łącznie z tym, że jest bardzo eleganckim dżentelmenem. Chciałam, żeby przed kamerą między nami szczerze zaiskrzyło, przecież Ziembińskiego łączyła z córką ognista relacja. Na planie pozwoliłam sobie na zadarcie nosa, à la aktorka z L.A. Powiedziałam do niego: „Andrzej, możesz mi podać scenariusz?”. Wszyscy zamarli....

Czytaj dalej
Lara Gessler
Wojciech Affek

Lara Gessler: „Chciałabym przekazać dzieciom gen Gesslerów – gen szczęścia i radości”

„Miałam dziewięć lat, kiedy rodzice się rozstali. Nie musiałam wskazywać, z kim chcę być. Tato był dla mnie naturalnym wyborem. Mama wtedy bardzo skupiła się na pracy”. O potędze rodzinnego klanu i poszukiwaniu w nim własnej ścieżki opowiada Lara Gessler.
Marta Bednarska
12.06.2020

Lara Gessler gesty i mimikę odziedziczyła po mamie. Pragnienie smakowania życia – po obojgu rodzicach, Magdzie i Piotrze Gesslerach. Nie bez problemów, czasem płacąc wysoką cenę, szukała swojej drogi. Nie boi się już – jak kiedyś – kreowania własnej marki. Pisze książki kulinarne, prowadzi warsztaty. Ma inną wizję własnego domu niż ten, który zna z własnego dzieciństwa. Jednocześnie jest silnie związana z rodziną. Choć jej rola w układance klanu Gesslerów mocno zmieniła się przez lata. Kim jest dziś Lara?  Marta Bednarska: „Jestem medialnym wypłochem” – to twoje słowa. Trudno namówić cię na publiczne zwierzenia. Kto jednak zobaczy sztućce i haftowaną serwetkę, wytatuowane na twoich plecach, wie, że… Lara Gessler: Właśnie, jak to odczytujesz? Że kochasz gotować? Jeść? Że masz w sobie kulinarny gen Gesslerów? Tatuaż jest integralny ze mną. To pomysł, którego nie żałuję. Stąd odwzorowane nóż i widelec z czasów dzieciństwa w rodzinnym domu w Łomiankach. Kształtowały moje poczucie smaku. Obok serwetka z Fukiera – wspólnej restauracji taty i mamy, gdzie spędzałam masę czasu. 20 lat temu w szarawej Warszawie było to miejsce wyjątkowo inspirujące kulinarnie, towarzysko, artystycznie. „Wyhaftowałam” też inicjały rodziców. Ten tatuaż to wyraz mojej miłości do gotowania i hołd dla mamy i taty.  Za co najbardziej jesteś im wdzięczna?  Nauczyli mnie chłonąć życie. Z dziecięcą ciekawością poznawać świat, odbierać go wszystkimi zmysłami. Mnóstwo podróżowaliśmy – Hiszpania, Włochy, Niemcy. Mama potrafiła w środku tygodnia zapytać: „Jutro Madryt? Nic się nie stanie, jak nie będzie cię w szkole”. Uwielbiałam to nasze wspólne celebrowanie każdego momentu...

Czytaj dalej
Natalia Kukulska
Karolina Wilczyńska

Natalia Kukulska o dojrzałości, marzeniach i odwadze: „Chcę jeszcze w życiu wielkich emocji”

Natalia Kukulska spełniła swoje marzenia i zrealizowała największy życiowy projekt: płytę z aranżacjami utworów Fryderyka Chopina. „Czułe struny” to bardzo kobieca płyta – o miłości, odwadze, macierzyństwie.
Sylwia Niemczyk
17.10.2020

Jestem w takim momencie życia, że nie chcę już tylko marzyć, ale spełniać swoje marzenia, by za kilka czy kilkanaście lat nie żałować, że nie spróbowałam”, mówi Natalia Kukulska przy okazji premiery płyty „Czułe struny”  z nowymi, wyjątkowymi aranżacjami utworów Fryderyka Chopina. Sylwia Niemczyk: Powiedziałaś kiedyś w „Urodzie Życia”, że w życiu warto kierować się odwagą. Twoja nowa płyta „Czułe struny” pokazuje, że odwagi na pewno ci nie brakuje.  Natalia Kukulska: Dotykanie twórczości wielkich kompozytorów czy poetów zawsze wymaga pewnej zuchwałości i powiem szczerze, że prawdopodobnie bym się na to spotkanie z Chopinem nigdy nie zdecydowała, gdyby nie to, że zostałam na nie w pewien sposób zaproszona. 10 lat temu, w dwusetną rocznicę urodzin Chopina, zostałam jako wokalistka zaproszona przez poznański Classic Jazz Quartet do udziału w koncercie „Chopin nasz współczesny”. Wtedy byłam tym tak samo zdziwiona, jak pewnie dzisiaj są niektórzy, widząc moje „Czułe struny”. Myślałam: „Jak to, ja?!”. Ale po tamtym jednym koncercie miałam duży niedosyt i pomyślałam, że warto byłoby kiedyś jeszcze do Chopina wrócić. I jako że jestem osobą, która lubi sobie wszystko planować z dużym wyprzedzeniem, to już wtedy, te 10 lat temu zaplanowałam, że wrócę w kolejną okrągłą rocznicę urodzin Chopina. Miałam dużo czasu, żeby ten pomysł się w mojej głowie zweryfikował. Po pierwsze: czy, ale przede wszystkim: jak to zrobić.  I to „jak” jest zrobione naprawdę z przytupem: razem z tobą na płycie występuje Sinfonia Varsovia.  To już od długiego czasu było moim wielkim marzeniem. Każdy artysta, który miał okazję wystąpić na scenie z orkiestrą symfoniczną,...

Czytaj dalej
Elżbieta Dzikowska o Tonym Haliku
Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Elżbieta Dzikowska o Tonym Haliku: „Nie żałuję ani jednego dnia z nim”

„Jeśli miałabym wskazać jedną cechę, która nas połączyła, to powiedziałabym, że nam się chciało. Mieliśmy głód życia, zapał do pokonywania przeszkód. Tony nie żyje, ale mi ciągle chce się chcieć. Myślę, że by się z tego cieszył. Jestem futuro, a nie retro. Patrzę do przodu” – mówi znana podróżniczka i pisarka.
Magdalena Żakowska
11.09.2020

Elżbieta Dzikowska – historyczka sztuki, sinolożka, legendarna podróżniczka, reżyserka (ur. 1937). Wraz z Tonym Halikiem stworzyła najpopularniejszy duet podróżników w Polsce. Ich program „Pieprz i wanilia” oglądało 18 milionów widzów. Autorka wielu książek. Bohaterka biografii „Dzikowska” napisanej przez Romana Warszewskiego. 6 września na festiwalu Doc Against Gravity miała miejsce premiera filmu o ich życiu: „Tony Halik”. Magdalena Żakowska: Kiedy czytałam o waszych podróżach, to ciągle zastanawiałam się, który element dzikiej natury przerażał panią najbardziej. Pająki? Węże? Owady? Elżbieta Dzikowska: Dzika natura nie przeraża mnie ani trochę, przecież jestem Dzikowska. Zresztą, lubię być blisko natury nie tylko podczas wielkich wypraw. Z pierwszym mężem, Andrzejem Dzikowskim, dużo podróżowaliśmy z namiotem. On łapał ryby, ja zbierałam grzyby, było co jeść, a przemieszczaliśmy się kajakiem. Z drugim mężem pływałam żaglówką.  Myślałam, że z pierwszym mężem była pani krótko. Wzięliście ślub jeszcze na studiach, a chwilę później wyjechała pani na swoją pierwszą wielką wyprawę – sześć tygodni w Chinach.  Nie było tak źle. Byliśmy sobie bliscy i blisko – po ślubie przez osiem lat wynajmowaliśmy pokój z możliwością korzystania z kuchni, a w sumie byliśmy ze sobą 17 lat. Z Tonym – 25 lat. Bez ślubu.   Nie potrzebowaliśmy go. Dla mnie Tony był mężem. Zawsze tak o nim myślałam. Jak byśmy sami sobie udzielili ślubu, to najważniejsze. Nie lubię słowa „partner” w kontekście związku uczuciowego. Ale mam wrażenie, że Tony Halik to był pani „partner in crime”, najlepszy towarzysz przygód....

Czytaj dalej