Ujawniła seksskandal w Komitecie Noblowskim – Matilda Voss Gustavsson o gwałtach z Noblem w tle
mat. prasowe

Ujawniła seksskandal w Komitecie Noblowskim – Matilda Voss Gustavsson o gwałtach z Noblem w tle

Sprawca przemocy seksualnej nie jest potworem. Wygląda, jak inni. Ma poczucie humoru, żonę, kocha operę, albo jest po prostu przeciętnym facetem – mówi dziennikarka Matilda Voss Gustavsson.
Magdalena Żakowska
27.08.2020

Matilda Voss Gustavsson miała 30 lat, kiedy największy szwedzki dziennik, „Dagens Nyheter”, opublikował jej reportaż na temat Jeana-Claude'a Arnaulta, 71-letniego męża wybitnej poetki Katariny Frostenson, członkini Akademii Szwedzkiej przyznającej Literacką Nagrodę Nobla.

Ujawniła w nim, że Arnault przez ponad 20 lat wykorzystywał swoją pozycję w świecie kultury, by molestować i gwałcić kobiety. Udało jej się namówić kilkanaście z nich na rozmowę i publikację zeznań. Nie było to łatwe, bo Arnault latami zastraszał swoje ofiary, używał wpływów, aby zniszczyć im kariery. Ale był 2017 rok, światem wstrząsały kolejne fale ruchu #MeToo, relacje aktorek napastowanych przez Harveya Weinsteina doprowadziły do jego aresztowania, a kobiety na całym świecie coraz mniej bały się swoich oprawców. 

Seksskandal z Noblem w tle

Śledztwo Matildy Voss Gustavsson wykazało, że o niestosownych zachowaniach Arnaulta w stosunku do kobiet wiedziała niemal cała szwedzka elita kulturalna. W klubo-galerii Forum założonej przez Frostenson  i Arnaulta występowało dziewięciu spośród 18 członków Akademii Szwedzkiej, wielu z nich nazywało Arnaulta swoim przyjacielem. Kiedy w latach 90-tych jedna z molestowanych przez niego kobiet napisała w tej sprawie list do Akademii, została zignorowana.

Reportaż Matildy Voss Gustavsson wstrząsnął nie tylko Szwecją – wywołał gigantyczny skandal w całym świecie kultury. W efekcie pogrążona w kryzysie Akademia Szwedzka, po raz pierwszy od 1949 roku, nie przyznała Literackiej Nagrody Nobla. Dopiero rok później, już w nowym, odświeżonym składzie, przyznała dwie nagrody, w tym za rok 2018 dla Olgi Tokarczuk. 

W toku śledztwa, które uruchomił artykuł Matildy Voss Gustavsson okazało się, że Jean-Claude Arnault nie tylko molestował i gwałcił kobiety, ale był też źródłem noblowskich przecieków. Wiadomości o tym, kto otrzyma nagrodę Nobla dostarczała mu żona, a on brylował później w towarzystwie chwaląc się dostępem do największych tajemnic. Wynoszenie na zewnątrz nazwisk laureatów mogło wiązać się też z realnymi korzyściami finansowymi – wyniki obrad Komitetu Noblowskiego można obstawiać u bukmacherów. 

Jean-Claude Arnault został w 2018 roku skazany na 2 i pół roku więzienia za dwa opisane przez Gustavsson gwałty, ale niedawno został zwolniony warunkowo. Jego żona, Katarina Fostenson, po wielu miesiącach negocjacji zgodziła się opuścić Akademię Szwedzką (regulamin nie zakłada możliwości usunięcia jej członków). 

Matilda Voss Gustavsson otrzymała za swój reportaż Grand Prize For Journalism, najważniejsze wyróżnienie dziennikarskie w Szwecji. Rozwijająca wątki reportażu książka „KLUB” ukazała się rok później i  z miejsca zyskała status bestselleru.

Już za kilka dni, 2 września, nakładem wydawnictwa Wielka Litera ukaże się polskie wydanie książki, a jutro (29 sierpnia) Matilda Voss Gustavsson będzie gościem Big Book Festival.

Katarina Frostenson i Jean-Claude Arnault
Poetka Katarina Frostenson i jej mąż Jean-Claude Arnault. Fot. East News

Magdalena Żakowska: Jak to możliwe, że w tak poprawnym społeczeństwie, jak szwedzkie, przedstawiciel kulturalnej elity potrafił na przyjęciu włożyć obcej kobiecie rękę między nogi. Bez uprzedzenia, bez gry wstępnej, w obecności własnej żony.

Matilda Voss Gustavsson: Szokujące, prawda? Myślę, że odpowiedź na to pytanie jest złożona. Przed publikacją mojego tekstu Jean-Claude Arnault miał w Szwecji pozycję niemal nietykalnego. Trochę jak Harvey Weinstein w USA. Powszechnie podziwiano Forum, które założył. Występowały tam najwybitniejsze postaci świata kulturalnego – od Swietłany Aleksijewicz po Barbarę Hendrix. Arnault jest mężem najwybitniejszej szwedzkiej poetki XX wieku, która zasiadała w Komitecie Noblowskim w Akademii Szwedzkiej, instytucji, która była obiektem niemal religijnego kultu. Akademia nie tylko przyznawała Literacką Nagrodę Nobla – rozdzielała też granty, stypendia artystyczne, dofinansowywała inne instytucje, w tym Forum. Tak więc pierwsza odpowiedź na twoje pytanie brzmi: wpływy i władza. Wystąpienie przeciwko Akademii i ludziom z nią związanym groziło poważnymi konsekwencjami – utratą subwencji, czy towarzyskim ostracyzmem. 

Jedną z ofiar Jean-Claude'a Arnaulta była żona członka Akademii Szwedzkiej, kobieta co najmniej równie wpływowa, jak on. Mogła go zdemaskować, ale zamiast tego sama skazała się na zesłanie – odmawiała uczestnictwa w przyjęciach i uroczystościach w obawie, że go tam spotka. 

W tej sytuacji zawiera się druga odpowiedź na twoje pytanie. Ofiary napaści seksualnych – niezależnie od tego z jakiej grupy społecznej się wywodzą – czują wstyd, lęk przed konfrontacją, albo w sobie samych doszukują się powodów agresji. Skoro wszyscy tak go podziwiają, jak to możliwe, że mógł mi coś takiego zrobić? Co się stanie, jeśli o tym opowiem? Czy ktoś mi uwierzy? Czy znajomi się ode mnie odwrócą? 

Akademia Szwedzka rozłożyła nad Jean-Claude'em Arnault parasol ochronny. Przymykano oczy na jego „ekstrawagancje”. 

Myślę, że znaczenie miał w tym wszystkim fakt, że Arnault jest Francuzem, pochodzi z innej kultury – kojarzącej się z winem i markizem De Sade. Temu przypisywano jego zachowania, które w Szwecji powszechnie uznawane są za przekraczające granice. Arnault kreował się na „erotomana”. Myślę, że wiele osób nie podejrzewało, że za tą kreacją kryje się realna przemoc. Albo traktowano tę kreację jako wymówkę, aby przymykać oko na to, co robił.

Mąż swojej żony

To był przedziwny związek – genialna poetka i elektryk, który wymyślił sobie cały swój życiorys od nowa. 

A Szwecja kupiła ten nowy życiorys bez zastanowienia. Arnault opowiadał o sobie niestworzone historie, niczym baron Munchhausen, ale nikt nie poddawał ich w wątpliwość. Ważną rolę w budowaniu wizerunku Arnault odegrała niewątpliwie jego żona, Katarina Frostenson, która ma w Szwecji status głosu swojego pokolenia, jednej z najwybitniejszych postaci literatury XX wieku. Frostenson zawsze unikała rozgłosu, była outsiderką, Arnault przeciwnie – grzał się w świetle swojej żony i dzięki niej szybko awansował do szwedzkiej elity kulturalnej. 

Katarina Frostenson wiedziała o romansach męża. Była świadkiem jego niestosownych zachowań. Ale po publikacji twojego reportażu do końca go broniła. Myślisz, że w jakimś sensie była też ofiarą swojego męża?

To najtrudniejsze z pytań, które sobie stawiałam w trakcie mojego śledztwa. Myślę, że odpowiedź na nie jest niemożliwa. Mamy zbyt mało danych, aby postawić jakąkolwiek tezę. Katarina Frostenson nie udziela wywiadów. Nie wiemy, na czym opierała się ich relacja. To, co wiemy na pewno, to fakt, że jest bardzo wrażliwą artystką, stuprocentową poetką. Poznała Arnaulta jako młoda dziewczyna, prawdopodobnie to on zbudował jej wyobrażenie o relacjach między kobietą i mężczyzną. Ale był też męskim odpowiednikiem stereotypowej „żony pisarza” – gotował, sprzątał, stworzył jej komfortowe warunki pracy, organizował całe ich życie, a ona mogla skoncentrować się tylko na tworzeniu. 

Czy Katarina Frostenson jest więc ofiarą swojego męża? Przez lata chroniła go, bezwzględnie uciszała jego ofiary, a jeśli nie chciały milczeć, niszczyła im kariery, bo jako członkini Akademii Szwedzkiej miała faktyczną władzę. Po publikacji mojego tekstu broniła go bardzo agresywnie, oskarżając jego ofiary o podłe motywacje. Powtarzała, że mój tekst to efekt spisku wojujących feministek i niedocenionych artystek. Wyrok sądu uważała za zniewagę, a po zwolnieniu Arnault z więzienia, z tego co wiem, znów zamieszkali razem. 

mat. prasowe

Twoja książka jest nie tylko świadectwem przemocy seksualnej, jakiej doświadczały twoje bohaterki, ale też zmieniła definicję ofiary. Pokazałaś, że ofiara przemocy seksualnej nie musi zachowywać się w jakiś ogólnie oczekiwany sposób, że jej reakcja na gwałt nie musi być wcale taka, jakiej się spodziewamy, że ofiara nie musi udowadniać, jak wielki ból i traumę wywołała u niej przemoc. A mimo to należy jej wierzyć.

Kilka spośród moich bohaterek otwarcie flirtowało z Jeanem-Claude'em Arnault przed jego napaścią. Niektóre odbyły z nim nawet wcześniej stosunek seksualny za obopólną zgodą. Jedna z nich już po napaści zdecydowała się jeszcze raz z nim spotkać sam na sam. Wyparła to, co ją spotkało, bo wszyscy dookoła, łącznie z jej oprawcą, zachowywali się tak, jakby nic się nie stało. Wśród ofiar Arnault były kobiety, które lubiły przygody seksualne na jedną noc, były takie, które lubiły pić alkohol i właśnie to wykorzystywał. Ale żadna z tych cech nie usprawiedliwia napaści seksualnej i nie zmienia definicji gwałtu. 

Ale, jak napisałaś w książce, jesienią 2017 roku złapałaś się na tym, że chciałaś podrasować, podkręcić opowieści tych kobiet, żeby sprawiały „lepsze” wrażenie ofiar.

To prawda. Głównie dlatego, że bałam się, że nikt im nie uwierzy, że zostaną wyśmiane, że ich oskarżenia zostaną zbagatelizowane. W Szwecji dopiero w 1965 roku przemoc seksualna w małżeństwie została uznana za przestępstwo, dopiero w 2003 roku rozszerzono pojęcie gwałtu – tak, aby dotyczyło także ludzi, którzy się nie bronią, reagują pasywnie, na przykład w wyniku obezwładniającego lęku. Mimo zmian, jakie ruch #MeToo wprowadził w dyskursie społecznym, relacja ofiara-oprawca wciąż była w jakimś sensie czarno-biała.

Obowiązywało przekonanie, że zgwałcić można jedynie tę kobietę, która w wyniku gwałtu straci honor, dlatego zgwałcone kobiety od zawsze musiały przedstawiać się w sądzie jako nieskazitelne moralnie, niewinne. Musiały udowadniać, jak wielki ból sprawiła im przemoc, jak bardzo zniszczyła im życie. Tymczasem ofiary gwałtów zachowują się często w sposób odbiegający od tych oczekiwań. Są na tyle sparaliżowane wspomnieniem tego, co je spotkało, że zachowują się nieracjonalnie, albo nie chcą myśleć o sobie, jako o ofiarach, dlatego decydują się milczeć. Udają, że nic się nie stało nawet przed swoimi oprawcami. Paleta zachowań jest bardzo szeroka. Z drugiej strony obowiązywało też nieprawdziwe wyobrażenie sprawcy przemocy seksualnej, jako potwora. Tymczasem sprawca przemocy seksualnej wygląda i zachowuje się często dokładnie tak samo, jak wszyscy inni. Ma poczucie humoru, świetnie gotuje, ma żonę, zna się na sztuce, kocha operę, albo jest po prostu zwyczajnym, przeciętnym facetem. 

R Kelly, Woody Allen, Kevin Spacey i inni

Twój reportaż wywołał silny społeczny gniew, którego nie sposób było kontrolować. Oskarżonego skazano w mediach społecznościowych na długo przed rozpoczęciem procesu. Spodziewałaś się takiej reakcji?

Obawiałam się jej. Z dnia na dzień stosunek do Jean-Claude'a Arnault, jego żony, Akademii Szwedzkiej, zmienił się o 180 stopni. W pewnym sensie nie miało już znaczenia, co wydarzy się dalej – jakie kroki podejmie Akademia, żeby się oczyścić, co zadecyduje sąd. Ofiary też przestały mieć znaczenie. To był jeden z powodów, dla których zdecydowałam się napisać książkę „KLUB” – żeby pokazać złożoność tej sytuacji. Sposób, w jaki niszczy się ludzi publicznie zanim się ich osądzi, budzi mój głęboki sprzeciw.   

Co myślisz o kulturze skreślania? O tym, że wycofuje się z obiegu dzieła ludzi oskarżonych o przemoc seksualną – nie można już słuchać płyt R Kelly'ego, filmu Woody Allena, czy z udziałem Kevina Spacey wycofywane są z platform streamingowych, dzieła  Balthusa usuwane z muzeów? 

Przeraża mnie to i gruntownie się z tym nie zgadzam. Jeśli sprawca przemocy seksualnej wykorzystuje swoją pozycję w świecie sztuki, polityki, czy sportu, aby zdobywać kolejne ofiary, to oczywiście sprawa jest jasna – należy mu to uniemożliwić, osądzić, ukarać, itd. Ale to, co stworzyli – ich muzyka, filmy, dzieła sztuki – to kompletnie oddzielna sprawa i trzeba te dwie sfery wyraźnie oddzielać. Nie zgadzam się z amerykańskim sposobem na rozliczanie sprawców przemocy seksualnej, na wkładanie do jednego worka gwałtów, molestowania i dzieł, które jako artyści stworzyli. 

Czy Katarina Frostenson jest twoim zdaniem wielką poetką?

Tak. I wszyscy powinniśmy czytać jej wiersze. Bałam się, że ujawnienie przestępstw, których dopuścił się jej mąż i skandal, który wywołał mój tekst sprawią, że przestanie pisać. Ale na szczęście tak się nie stało. Bardzo się z tego cieszę.

Napisałaś, że praca nad tą książką zdemolowała cię psychicznie. Czy rok po publikacji czujesz się już lepiej?

Z początku ciężko było mi wrócić do normalnej pracy, na co dzień nie zajmuję się reportażem śledczym, piszę portrety wybitnych postaci kultury, to trochę mniej ekscytujące, nie ma się poczucia, że każdym zdaniem zmienia się świat. Ale kocham to, co robię. Pracuję właśnie nad portretem Martina Hagglunda, szwedzkiego filozofa, który uważa, że w kapitalizmie zatraciliśmy wolność, ponieważ większość czasu spędzamy w pracy, która na dodatek nie ma większego sensu. Hagglund twierdzi, że religie, dając nadzieję na zbawienie po śmierci, służą w istocie jako fałszywe alibi, aby nie ulepszać świata doczesnego. Kiedy zaczęłam pracować nad jego portretem nadeszła epidemia i lockdown. Świat się zatrzymał, a w moim osobistym życiu zaszło dużo zmian – wyszłam za mąż i jestem w ciąży. Więc tak, czuję się znacznie lepiej.

29 sierpnia o godz. 16.00 Matilda Voss Gustavsson będzie gościnią Big Book Festival. Spotkanie on-line z pisarką poprowadzi Sylwia Chutnik. Szczegóły i transmisję spotkania znajdziecie na www.bigbookfestival.pl

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Magdalena Parys, Książę
Anna Powałowska-Górska

Achtung, mamy lata 20.! – Magdalena Parys w „Księciu” ostrzega przed powrotem historii

„Książę” Magdaleny Parys to książka-ostrzeżenie. Pisarka, która będzie gościć w Polsce na Big Book Festivalu, obnaża mechanizmy mediów i wielkiej polityki.
Sylwia Niemczyk
27.08.2020

Magdalena Parys mieszka w Niemczech, a jej bestsellerowe książki: „Tunel”, „Magik” czy „Biała Rika” dotyczą tematyki niemieckiej lub stosunków polsko-niemieckich. I powinny być dla nas wszystkich lekturą obowiązkową, bo możemy w nich wyczytać to, co może już niedługo być naszą rzeczywistością. Tak jest na pewno w „Księciu”, nowej książce Parys, opowiadającej o odradzaniu się nazistowskich i antyimigranckich nastrojów w Niemczech.  Sylwia Niemczyk: Myślisz, że naprawdę gdzieś w centralnej Europie może w XXI w. powstawać tajne nazistowskie wojsko? Magdalena Parys: Ja nie myślę, ja to wiem. Dzieje się tak na przykład w specjalnych jednostkach wojskowych w Niemczech. Powstają na ten temat reportaże, ukazują się pierwsze nieśmiałe artykuły, tylko Polska tak bardzo zajęta jest sobą, że tego nie dostrzega. W ogóle Niemcy mają w tym względzie niechlubną tradycję. To kraj, w którym często dochodziło do puczu. W latach czterdziestych, kiedy los państwa niemieckiego był niepewny i za najmniejsze przewinienie groził stryczek, w Niemczech powstawała tzw. armia cieni. Organizowali ją byli hitlerowscy oficerowie. Wyobrażasz to sobie? Dopiero co wywołali największą katastrofę ludzkości i znów szykują się do wojny! Kiedy o tym czytałam po raz pierwszy, myślałam, że to żart, ale artykuł ukazał się w „Spieglu”, więc o żarcie nie mogło być mowy. Z kolei całkiem niedawno, w roku 2011 Niemcami wstrząsnęły morderstwa wykonane przez komórkę NSU, podziemną neonazistowską organizację, której głównym motywem działania była nienawiść do obcokrajowców. Początkowo nikt w to nie wierzył, podejrzewano, że chodzi o jakieś porachunki między gangami. Ogólnie liczbę osób zaangażowanych szacuje się na 200 osób, a skazano tylko jedną. Ze...

Czytaj dalej
Michaela Coel „I May Destroy You”
Michaela Coel w serialu „Mogę cię zniszczyć”. Fot. materiały prasowe

Michaela Coel jest ofiarą gwałtu. Zrobiła o tym serial i podbiła świat

„Mogę cię zniszczyć” (HBO) to najbardziej poruszający i odważny serial 2020 roku. Aktorka i reżyserka Michaela Coel postawiła w nim wiele trudnych pytań dotyczących granic w seksie.
Magdalena Żakowska
01.08.2020

Chociaż dla mnie, i pewnie także dla większości z was, Michaela Coel jest odkryciem, dzięki nowemu serialowi HBO, to ma już na koncie kilka sukcesów, w tym nagrodę BAFTA za swój pierwszy autorski serial „Chewing Gum” i dwie role w kultowym serialu „Black Mirror”. Ma zaledwie 32 lata, ale już dała się poznać jako zdolna poetka, scenarzystka, reżyserka i aktorka. W Wielkiej Brytanii zyskała status największej gwiazdy swojego pokolenia, została okrzyknięta nową Phoebe Waller-Bridge („Fleabag”), tyle że opowiadającą o nieco innym świecie – po rewolucji #metoo i w trakcie rewolucji Black Lives Matter. A bohaterką jej seriali jest ona sama.  Od wierszy o Jezusie do serialu Netflixa Jej rodzice pochodzą z Ghany, ale Michaela urodziła się już w Londynie. Jak większość imigranckich rodzin, zamieszkali na ubogich przedmieściach i zmagali się z typowymi dla uchodźców problemami – brakiem pracy, poczuciem izolacji i biedą. Mama Michaeli jest katoliczką i religię traktuje bardzo poważnie. Od dzieciństwa próbowała przekazać to córce. Michalea trafiła do szkoły katolickiej, gdzie była pierwszą czarnoskórą dziewczynką. Ten eksperyment się nie powiódł – zarówno ona (ataki agresji), jak i pozostałe dzieci (rasizm) nie zdały egzaminu. Ale misja mamy się udała – Michaela co prawda zmieniła szkołę, ale zapisała się do przykościelnej grupy tanecznej, a potem rozpoczęła studia na wydziale teologii i zaczęła pisać wiersze o Jezusie Chrystusie:  „Naprawdę jestem obrazem Boga,  Jego kolejną supermodelką. Kroczę dumnie po wybiegu jego światła, Jego miłość, moja wiara, moja siła.  Jego potęga.” To dzięki tym wierszom Michaela Coel jest dziś TĄ Michaelą Coel. Podczas wieczoru „open-mic”, gdzie...

Czytaj dalej

Gwiazdy światowej literatury na Big Book Festival 2020! Na kogo najbardziej czekamy?

Big Book Festival 2020 to trzy dni i ponad 30 wydarzeń: spotkań z pisarzami, dyskusji, spektakli i performansów. Start 28 sierpnia. Czego absolutnie nie możecie przegapić?
Anna Zaleska
06.08.2020

Mam mnóstwo wspomnień związanych z Big Book Festival. Pierwsze – z 2014 roku, kiedy razem z moimi córkami brałam udział w biciu rekordu Guinessa pod względem liczby osób czytających jednocześnie książki na świeżym powietrzu. Do dziś mam też pamiątkowe trzy tekturowe głowy Jarosława Iwaszkiewicza, pamiątkę po maratonie literackim „Iwaszkiewicza sprawy osobiste”. A moje najważniejsze bigbookowe przeżycie? Chyba spotkanie autorskie z Karlem Ove Knausgradem zaraz po tym, jak przeczytałam pierwszy tom „Mojej walki” i byłam tą książką mocno poruszona. Nie zapomnę też spotkań ze Swiatlaną Aleksijewicz, Zadie Smith czy Larsem Saabye Christensenem. Twórczynie Big Book Festivalu Anna Król i Paulina Wilk zawsze trzymają rękę na pulsie i doskonale wiedzą, kogo w danym roku trzeba do Warszawy zaprosić. Big Book Festival 2020: poznaj największe gwiazdy Z powodu pandemii festiwalowe spotkania z pisarzami ze świata odbywać się będą zdalnie, prowadzący rozmowy będą łączyć się z nimi na żywo z Centrum Łowicka, ale publiczność też będzie mogła zadawać pytania. Plus tego jest taki, że wszystkie festiwalowe spotkania z autorami i dyskusje będą transmitowane online na stronie festiwalowej i będą dostępne dla czytelników z całego świata. A lista zagranicznych pisarzy jest jak co roku imponująca. Osobiście najbardziej czekam na Agnetę Plejiel . Szwedzka pisarka i poetka (prywatnie żona wybitnego pisarza i dziennikarza Macieja Zaremby Bielawskiego) w Polsce wydała już kilka powieści: „Kto zważa na wiatr”, „Zima w Sztokholmie”, „Lord Nevermore” (o przyjaźni Witkacego i Malinowskiego). Najciekawsze są jednak dwie autobiograficzne powieści Agnety Plejiel: „Wróżba” (opowieść o dorastaniu, młodzieńczych niepokojach i ucieczkach w literaturę) i...

Czytaj dalej
Anna Król i Paulina Wilk, Big Book Festival
mat. prasowe

Anna Król i Paulina Wilk, twórczynie Big Book Festival mówią: „Składamy się z liter” 

O książkach, czytaniu i festiwalu, który… miał się nie udać, opowiadają Anna Król i Paulina Wilk, pomysłodawczynie Big Book Festival, który już od 8 lat gości na kulturalnej mapie Warszawy.
Sylwia Niemczyk
11.05.2020

Rozmawiamy przez Skype’a w samym środku kwarantanny. Od kilku tygodni żadna z nas trzech nie wyszła z domu dalej niż na spacer z psem. W takim zamknięciu jeszcze wyraźniej widać, ile dają nam książki: są przyjaciółmi, bliskimi, czasem nawet najbliższymi, towarzyszami. Właśnie takie myślenie o książkach i czytaniu doprowadziło do powstania Big Book Festival, największego warszawskiego festiwalu książkowego – i jednej z najlepszych imprez roku! Pamiętacie pierwszą edycję Big Book Festivalu? Ania: To był 2013 rok, w lutym dowiedziałyśmy się, że dostałyśmy miejską dotację, a to był ostatni moment, bo już powoli traciłyśmy nadzieję, że uda się kogokolwiek przekonać do naszego marzenia. Wcześniej przez dwa lata chodziłyśmy po urzędach i sponsorach.  Paulina: Wiedziałyśmy, że teraz albo nigdy. Jak o tym dziś myślę, to widzę, że porwałyśmy się z motyką na słońce, to absolutnie nie miało prawa się udać. Sto procent brawury, ale okazało się, że ta nasza motyka miała odrzutową siłę.  Ania: Udało się i tamten pierwszy Big Book Festival przyniósł nam wiele radości, ale nie chciałabym przechodzić drugi raz przez tamten czas. Te cztery miesiące, podczas których musiałyśmy postawić festiwal od zupełnego zera, to była bardzo ciężka praca, dużo nerwów, cały czas nie zgadzał nam się budżet, zresztą nie zgodził się do końca i pamiętam, że mniej więcej 20 proc. kosztów pokryłam z moich oszczędności, ostatnich, jakie miałam w życiu! To było działanie na pograniczu partyzantki. Ale jednocześnie tamtemu festiwalowi towarzyszył ogromny entuzjazm, poczucie wspólnoty i przekonanie, że zaczynamy coś wielkiego. Zastanawiacie się, jak to się stało, że jednak wam się udało?  Ania: Ja z tamtego czasu najbardziej pamiętam to, że robiłyśmy wszystko:...

Czytaj dalej