„Gdyby żyła, napiłybyśmy się winka” – Maryla Rodowicz o przyjaźni z Agnieszką Osiecką 
East News

„Gdyby żyła, napiłybyśmy się winka” – Maryla Rodowicz o przyjaźni z Agnieszką Osiecką 

To Agnieszka Osiecka napisała dla niej największe hity: „Małgośkę”, „Niech żyje bal” albo „Sing sing”. Razem tworzyły, bawiły się, wyjeżdżały na wakacje. Ich przyjaźń trwała dziesięciolecia, aż do śmierci poetki.
Magdalena Felis
19.02.2020

Premiera serialu „Osiecka” o zmarłej 23 lata temu wspaniałej autorce piosenek została przesunięta na jesień. U nas już teraz opowieść Maryli Rodowicz o przyjaźni z Agnieszką Osiecką, wspólnej pracy, o bułgarskich niedźwiedziach i różowym szampanie, którym poetka witała ją na lotniskach.

Magdalena Felis „Uroda Życia”: Grywała pani w tenisa z Osiecką?

Maryla Rodowicz: Agnieszka nie była zainteresowana sportem, chociaż w młodości trenowała pływanie na Legii. Zdaje się, że to był pomysł jej ojca.

A później, za nagrodę w Opolu w 1963 roku za zwycięską „Piosenkę o okularnikach”, kupiła motorówkę, właściwie to wystarczyło na pierwszą ratę.

Łódka była dla szpanu! Chodziło o to, żeby ją mieć. To nie były moje czasy, ale wiem, że Agnieszka nazwała ją „Mr. Paganini” na cześć piosenki Elli Fitzgerald.

Lubiła się pokazać?

Kiedy miała ochotę, wkładała te swoje ekscentryczne kapelusze, ale generalnie nie przywiązywała wagi do wyglądu. Kiedyś spotkałyśmy się w Zakopanem, patrzę, a Agnieszka ma na sobie spodnie narciarskie jak z lat 50. I na moje zdziwienie powiedziała, że to właśnie są spodnie z lat 50.

Mawiała, że nie interesuje się modą, a moda nie interesuje się nią.

Kiedyś spotkałyśmy się w Nowym Jorku, Agnieszka zabrała mnie do Eli Czyżewskiej. To było romantyczne mieszkanie, z kominkiem i tarasem, przy którym rosło wielkie drzewo. Przez otwarte okno wpadały do pokoju liście. Siedzimy w tym pokoju, a Ela mówi nagle: „Boże, jakie ty masz okropne ciuchy! Rozbieraj się!”. I wrzuciła je do tego kominka. 

Wakacje w Bułgarii i „Apetyt na czereśnie”

Ale pani miała wtedy chyba najlepsze ciuchy w Warszawie! Agnieszka lubiła grzebać w pani szafie?

Mówiła, że mój hippisowski styl ją odmładza – była ode mnie starsza o kilka lat. Zabawnie było w Bułgarii, kiedy pojechałyśmy razem na wczasy z Orbisem. Rok 1977, siermiężny hotel Słoneczny Brzeg, pokoje klitki bez klimatyzacji i 40 stopni upału. Agnieszka chodziła w mojej białej sukience uszytej z takiego materiału jak pieluchy tetrowe. Ja miałam podobną. I tak się snułyśmy w tym upale, Bułgarzy mówili o nas „bułki” – to po bułgarsku znaczy „panna młoda”.

Robiła wrażenie na mężczyznach?

O tak! Tam w Bułgarii otaczał nas wianuszek adoratorów. I było zabawnie, bo w Sofii akurat wystawiano sztukę Agnieszki „Apetyt na czereśnie”. To jest sztuka na dwóch aktorów: kobietę i mężczyznę. A prawie każdy Bułgar, którego poznawałyśmy, twierdził, że gra w tej sztuce! Któregoś dnia Agnieszka wpadła na pomysł, żeby zorganizować bal bałkański na pirackim statku. Wręczyła naszym adoratorom ręcznie napisane zaproszenia na godzinę 20. Kelnerzy byli przebrani za piratów, po pokładzie błąkała się koza. O godzinie 20 byłyśmy tylko my dwie. Dopiero o północy zaczęli się schodzić Bułgarzy. Tłumaczyli, że to taki zwyczaj – bo jak przyjdziesz punktualnie, to wygląda, że ci za bardzo zależy. Przez te cztery godziny zdążyłyśmy już wznieść wiele toastów z kelnerami, więc wieczór był wspaniały! 

Maryla Rodowicz, Agnieszka Osiecka
East News

Maryla Rodowicz i Agnieszka Osiecka z drugim mężem Danielem Passentem i córeczką Agatą na warszawskiej Saskiej Kępie w 1973 r. 

Małżeństwo – do trzech razy sztuka

A podobał wam się kiedyś ten sam facet?

Zupełnie nie. Jak byłam z Danielem Olbrychskim, a Agnieszka już była żoną Daniela Passenta, to między sobą nazywałyśmy ich czarny Daniel i biały Daniel. Żeby nie było nieporozumień. Agnieszka miała specyficzny gust – uważała, że facet powinien mieć okulary, bo to znaczy, że czyta, powinien być chudy i mieć katar.

Po co katar?

Żeby się mogła nim opiekować. A najlepiej, żeby zwracał się do niej w stylu: „Skocz na Kaukaz, kup mi paczkę papierosów”. To ją kręciło. Oczywiście, to były żarty. Ale szczęśliwa miłość nie była dla Agnieszki interesująca. Dom, dziecko, pieluchy, zupki – to ją nudziło. 

Jak pani myśli, dlaczego wyszła za mąż po raz trzeci? Była już po dwóch nieudanych małżeństwach.

Była w Danielu Passencie zakochana. On zorganizowany, mocno stąpający po ziemi, a Agnieszce dawał spokój, bezpieczeństwo. Urodziła się Agatka, ale taki zorganizowany świat był nie dla niej. 

Nie irytowało to pani? Pani też już wtedy była matką i godziła dom, karierę i całą resztę.

Ja zaczęłam rodzić dzieci pod koniec lat 70. i wtedy przestałam być dla Agnieszki kompanem do włóczęgi i przygody. Potem, kiedy przychodziła do mnie do domu, ja ciągle tylko: „Ciii, bo Jasiek śpi” albo „Ciii, Kasia śpi”. To była dla Agnieszki nuda. Ja to rozumiałam, co nie znaczy, że nie byłam zazdrosna o jej kolejne przyjaciółki, które zajmowały moje miejsce. „Muszę jechać do mojej przyjaciółki do Bielska”, powtarzała. Byłam też zazdrosna o inne artystki, dla których pisała.

A jak wcześniej spędzałyście czas? Zanim pojawiły się dzieci?

Umawiałyśmy się zwykle „w biurze”, czyli w barku Hotelu Europejskiego. Zresztą to było wtedy regularne miejsce spotkań branży: poeci, kompozytorzy, ludzie radia, estrady. Przychodziło się między 12 a 14, bo o 14 była zmiana i do Europejskiego ściągały panienki i handlarze walutą. Arabskie towarzystwo. I wtedy trzeba się było ewakuować.

Do SPATiF-u?

Też. Tam przesiadywało wielu artystów, którzy na przykład czekali na telefon w sprawie pracy, bo przecież nie mieliśmy telefonów własnych. Oficjalnie wchodziło się tam za okazaniem legitymacji aktorskiej albo karty klubowej. A sprawdzał oczywiście szatniarz. I był tam niejaki pan Franek, który mnie na przykład na ogół nie wpuszczał. Znał mnie świetnie, ale miał taki kaprys i już.

Właśnie w Europejskim spotkała pani Agnieszkę Osiecką pierwszy raz?

Tak. Przyniosła teczkę ze swoimi tekstami pisanymi do kabaretu STS. A ja do niej mówię: „Co ty mi tutaj jakieś gazety pokazujesz?”.

Nie obraziła się?

Agnieszka się nigdy nie obrażała, można jej było wszystko powiedzieć. Zdarzało się, że poprawiała tekst tak długo, aż byłam zadowolona. Wtedy spytała mnie w końcu: „To o czym byś chciała śpiewać?”, a ja: „No wiesz, hippisi to protest songi!”. Wtedy napisała dla mnie „Żyj mój świecie” i od razu poczułam, że to „moja” piosenka. Tylko raz się nie zgodziła na poprawki. To było w mieszkaniu Zuzi Łapickiej. Agnieszka pokazała mi pierwszy raz tekst „Niech żyje bal”. Czytam i mówię: „Co to jest chłoporobotnik jak boa grzechotnik?! Przecież tego nikt nie zrozumie, musisz to zmienić”. A ona odpowiada, że to jest genialny tekst i nie zmieni ani jednego wyrazu! Aż tupała nogami ze złości! Wiedziała, że napisała genialny tekst. Muszę przyznać, że przez to, że widywałam ją codziennie, zapominałam o tym, że mam do czynienia z tak wybitną artystką. 

A ona mówiła, że każdy autor, żeby się spełnić, musi trafić na „swoją Rodowicz”. Wiem, że uwielbiała, jak śpiewała pani „Nie ma jak pompa”. A która piosenka Osieckiej jest dla pani najważniejsza?

Jedna z moich ulubionych to „Wielka woda” z muzyką Katarzyny Gärtner, w której domu na Kaszubach Agnieszka ten tekst napisała. Słowa refrenu: „I tylko taką mnie ścieżką poprowadź, gdzie śmieją się śmiechy w ciemności i gdzie muzyka gra” to jest najlepsza recepta na życie. To wzięłam sobie na zawsze od Agnieszki, umiała tak żyć: znajdować radość, słońce, blask nawet w największej ciemności. Choć bywała nieszczęśliwie zakochana.

Maryla Rodowicz, Agnieszka Osiecka
East News

Z ich przyjaźni wzięły się m.in. piosenki: „Małgośka”, „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”, „Damą być”, „Niech żyje bal”. Zdjęcie z 1990 roku.

Jak pani myśli, co sprawiło, że piosenki Osieckiej w ogóle się nie starzeją, że wciąż nowi wykonawcy śpiewają je, jakby były napisane specjalnie dla nich?

Agnieszka umiała dotknąć tego, co w człowieku najgłębiej, a to się nigdy nie zmienia. Kochamy, cierpimy, marzymy wciąż tak samo. Poza tym teksty Agnieszki, to wybitna poezja.

Mówiła, że najbardziej lubi słuchać, jak pani śpiewa, kiedy jest szczęśliwa. Często bywała na pani koncertach, jeździła w trasy. 

Przyjaźniła się z moimi muzykami, dobrze się z nami czuła. Pamiętam, jak kiedyś miałam nagrywać program telewizyjny w Sofii i Agnieszka zdecydowała, że ze mną pojedzie. Wylądowała w Bułgarii wcześniej. Jak się ze mną umawiała, to powiedziała: „Będę na ciebie czekać we wszystkich miastach świata z różowym szampanem na lotnisku!”. I czekała. Napoczęłyśmy tego szampana na lotnisku, z taksówkarzem, a jak podjechałyśmy pod hotel, to już byliśmy wszyscy zaprzyjaźnieni. Opróżniliśmy butelkę do końca, taksówkarz się pożegnał i odjechał. A z nim nasze walizki. Następnego dnia miałam nagranie, więc jak zwykle przywiozłam ze sobą dwa razy za dużo kostiumów. Cała Sofia szukała później tej taksówki i w końcu wszystko się znalazło.

Miałyście szczęście do Bułgarii.

A jak nagrałyśmy ten program, to pojechałyśmy odwiedzić nasz Słoneczny Brzeg. Było po sezonie, więc ośrodek pusty. Snułyśmy się po plaży, robiłyśmy dużo zdjęć – Agnieszka bardzo to lubiła. Wieczorem znalazłyśmy jedyny czynny nocny klub, w jakimś hotelu. Oprócz nas Niemcy z NRD, a atrakcją wieczoru miał być taniec niedźwiedzicy na rozżarzonych węglach. Usiadłyśmy przy stoliku, gadałyśmy, a na koniec Agnieszka mówi: „Widziałaś tę niedźwiedzicę?”. „Jaką niedźwiedzicę?” „No za twoimi plecami!” Zupełnie to przegapiłam, pochłonięta rozmową z Agnieszką.

Czekała jeszcze gdzieś na panią z różowym szampanem?

O tak, na przykład w Nowym Jorku.

Dotrzymywała obietnic?

To zależy, zdarzało jej się nie dotrzymywać. 

A czuła pani, że jest dla niej ważna?

Wiele razy mi to mówiła. Nigdy też nie zapomnę, jak zachowała się, kiedy miałyśmy wypadek samochodowy. To było w Krzyżach, na Mazurach, gdzie cały artystyczny świat Warszawy jeździł na wakacje. Agnieszka zwykle mieszkała u pana Szczupaczkiewicza, a ja przyjechałam do niej z koszem prowiantu. Jeździłam wtedy volkswagenem porsche 914, zielonym, z otwieranym dachem. Następnego dnia wybrałyśmy się do Piszu, do gospodarza, który miał konie i siodło. Prowadziłam za szybko i wyleciałam z drogi. Uderzyłam w drzewo, samochód przeskoczył rów i zatrzymał się przed kolejnym rowem. Chyba na moment obie straciłyśmy przytomność. Miałam zakodowane w głowie, że pierwsze, co trzeba w takiej sytuacji zrobić, to wyłączyć silnik. A Agnieszka pierwsze, co zrobiła, jak się ocknęła, to zaczęła sprawdzać, czy mam całą twarz. Mówiła: „Patrzę, czy nie masz obrażeń, bo ty przecież grasz twarzą”. A była ledwo przytomna.

Jak to się skończyło?

Wydostałyśmy się z tego samochodu górą. Ja miałam pozrywane wiązadła w kolanie, więc kuśtykałam. Agnieszka miała wstrząs mózgu. I pamiętam, taki przerażony chłopiec z rowerem stał na drodze i się nam przyglądał. I powiedział do nas: „Głupie baby”. Miał rację, ja wtedy jeździłam jak wariat. Złapałyśmy jakąś nyskę na drodze i ona zawiozła nas do Krzyży.

Osiecka w końcu zostawiła Daniela Passenta dla nowej wielkiej miłości. Zbigniew Menztel, krytyk literacki, był od niej 15 lat młodszy.

To była nieszczęśliwa miłość. Agnieszka, wcześniej, całe życie obracała w żart. To był jej sposób na nieszczęście. Po rozstaniu z moim czeskim narzeczonym wróciłam do Polski z dwiema walizkami i zamieszkałam w hotelu MDM. Agnieszka przyjechała do mnie i mówi: „No co ty! Przestań płakać. Zaraz ci napiszę piosenkę”. I napisała „Ja z podróży”: „Kto powróży, kto powróży / kto powie, gdzie mój będzie dom”. Tego się od niej nauczyłam. Żeby nie dawać się smutkowi. Oczywiście na początku życiowej dramy nie jest tak łatwo, ale w końcu przychodzi moment, kiedy już można trochę z tym smutkiem odpuścić. 

„Osiecka”
Mirosław Sosnowski/TVP

W serialu „Osiecka” Marylę Rodowicz zagra Karolina Piechota, poetkę – Magdalena Popławska.

Będzie pani oglądać serial o Osieckiej? To będzie też po trosze opowieść o pani życiu.

Na pewno obejrzę z ciekawością. Nikt z produkcji nie zwracał się do mnie o konsultowanie ani wątków dotyczących mnie, ani aktorki, która mnie zagra. Ale to intrygujące, że ktoś będzie mną na ekranie.

Wcieli się w panią Karolina Piechota.

Nie wiem, jaką jest aktorką i przyznam, że nie oglądam polskich seriali. To będzie, mam nadzieję, taki powrót do przeszłości z Agnieszką. Minęło tyle lat, a ja wciąż za nią tęsknię.

Pamięta pani wasze ostatnie spotkanie?

To był chyba 1996 rok. Chciałam, żeby Agnieszka napisała mi tekst na urodziny mojego przyjaciela i umówiłam się z nią jak zwykle „w biurze”, czyli w Europejskim. Agnieszka przyszła w nie najlepszym stanie. Wtedy zadzwoniłam do Daniela Passenta, zapytać, co się dzieje, a on powiedział, że Agnieszka jest bardzo chora, że się nie leczyła, nie chodziła do lekarza. To był ostatni raz, kiedy widziałam Agnieszkę. Nie wiedziałam, że jest aż tak źle. Po tym, jak urodziłam dzieci, nie miałyśmy już ze sobą tak bliskiego kontaktu. Był jeszcze mój koncert w Sali Kongresowej, na który przyszła, żeby pożegnać się ze swoimi piosenkami. Chyba Magda Umer mówiła mi potem, że Agnieszka przepłakała cały koncert. W pewnym momencie wparowała na scenę w jednym z tych swoich kapeluszy. Niesamowicie wzruszona. To było jej pożegnanie. Trzy miesiące później umarła.

Jak pani zamyka oczy, to jaką ją pani widzi?

Uśmiechniętą. Wolną. Jak wtedy, kiedy nocą w opustoszałym Sopocie przed Grand Hotelem powiedziała mi, żebym śpiewała, bo ona ma ochotę tańczyć. I śpiewałam, a Agnieszka tańczyła. A potem przelazłyśmy przez płot, żeby dostać się na plażę Grand Hotelu i patrzeć na księżyc nad Sopotem. Z Agnieszką zawsze było jak w filmie. Myślę o niej często. Jestem pewna, że teraz bardzo by się zaprzyjaźniła z moimi dorosłymi dziećmi. A poza tym... Przyjeżdżałaby do mnie, dobrze by się czuła w moim domu. Napiłybyśmy się winka. Jak zawsze umiałaby mnie pocieszyć. 

Rozmowa z Marylą Rodowicz ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Annette Bening i Bill Nighy
mat. prasowe

Annette Bening pokazuje rozpacz zdradzonej kobiety. „Co przyniesie jutro” już od dziś na VOD

Gdyby nie epidemia, ten film byłby wiosennym kinowym hitem. „Co przyniesie jutro” z wybitną rolą Annette Bening od 18 kwietnia na platformach VOD.
Sylwia Niemczyk
18.04.2020

Tym razem mąż opuszcza ją po 29 latach małżeństwa. Zakochał się w innej. Poza tym, jak twierdzi, w zasadzie nigdy nie był z nią szczęśliwy. To typowa sytuacja dla filmowych bohaterek Annette Bening. Mężczyźni regularnie ją zawodzą – przypomnijcie sobie choćby jej relację z przechodzącym kryzys wieku średniego Kevinem Spacey w „American Beauty”.  Podobnie było w większości jej najważniejszych filmów. W „Julii” jako zdradzona kobieta dokonuje wyrafinowanej zemsty na swoim młodszym kochanku. W „Pani Harris” jest zranioną przez męża rozwódką, i traci głowę dla słynnego kardiochirurga, który złamie jej serce. W filmie „Kobiety i XX wiek” mówi wreszcie „dosyć!”. Żyje sama i na własnych zasadach. W najnowszym filmie, „Co przyniesie jutro”, decyzję o rozstaniu podejmuje jej filmowy mąż, znany z „To właśnie miłość”, Bill Nighy. Grana przez Bening Grace musi ułożyć sobie życie na nowo, chociaż właśnie przekroczyła sześćdziesiątkę. Od początku jasne jest, że nie będzie to kolejna wesołkowata opowieść o tym, że życie zaczyna się po rozstaniu, a przed nami zawsze tylko najlepsze chwile. I że wystarczy zapisać się na kurs tańca, polecieć do Indii, albo odbyć dietę oczyszczającą, żeby wszystko wróciło do normy. „Co przyniesie jutro” to kino wielkich, prawdziwych emocji, intymna opowieść o bezsilności i zagubieniu, ale także nadziei. Bo bohaterki Annette Bening nigdy się nie poddają i nawet na dnie rozpaczy znajdą coś zabawnego. Wiedzą, że mężczyźni nie wyznaczają horyzontu ich szczęścia i poczucia własnej wartości. Że chociaż mogą na chwilę wytrącić je z wyznaczonej drogi, to prędzej czy później odnajdą równowagę. Żona największego playboya Hollywood „Portretując...

Czytaj dalej
Martyna Wojciechowska w akcji #dziękuję
Marta Wojtal

Martyna Wojciechowska o wdzięczności i dziękowaniu

„Poczuć wdzięczność to jedno. Ale druga rzecz, ten szalenie ważny krok, do którego bardzo was namawiam, to jest to, żeby umieć powiedzieć to na głos. Dziękuję – proste, piękne, magiczne słowo, które możemy powiedzieć każdemu na naszej drodze”.
Sylwia Niemczyk
03.04.2020

To jedno „dziękuję” sprawia, że nasze relacje z ludźmi wyglądają zupełnie inaczej – mówi Martyna Wojciechowska  i zachęca do udziału w naszej akcji #DZIĘKUJĘ.    Wdzięczność to jest wyraz dojrzałości Według dziennikarki i podróżniczki wdzięczność i umiejętność docenienia tego, co dostaliśmy od życia i od innych ludzi, to wyraz naszej wewnętrznej dojrzałości. Przekonanie, że wszystko, co osiągnęliśmy, zawdzięczamy sobie, być może i jest przyjemne – ale na pewno nie jest prawdziwe.  – Zachęcam was do tego, żebyśmy się rozejrzeli i żebyśmy zastanowili się, ile jest jednak cudownych osób i cudownych rzeczy, które mamy. Bardzo chciałabym, żebyście zatrzymali się na chwilę i zastanowili, jak wiele zawdzięczacie innym ludziom. Nikt z nas nie byłby w tym miejscu, gdyby nie pomoc tych ludzi.   Powiedz: dziękuję Martyna Wojciechowska rozdziela uczucie wdzięczności i umiejętność wyrażenia jej. To dwie zupełnie inne rzeczy: bywa, że jesteśmy komuś za coś wdzięczni, ale z różnych powodów nie decydujemy się powiedzieć tego jednego słowa: dziękuję. A to błąd, na którym cierpimy my sami. Dziennikarka przekonuje, że słowo „dziękuję” to jest najpiękniejsza rzecz, którą możemy dać drugiemu człowiekowi, lepsza, ważniejsza i bardziej wartościowa niż nawet najwspanialszy prezent.  – Czasem warto wziąć telefon i zadzwonić do kogoś z przeszłości i powiedzieć: „Dziękuję ci za to, że wtedy i wtedy...” i przekonacie się, jak niesamowitą energię niesie to słowo. Zastanówcie się, komu chcielibyście podziękować. Takich osób jest na pewno w waszym życiu bardzo wiele. Może jeszcze nie zdążyliście, może zapomnieliście. Dzisiaj jest do tego...

Czytaj dalej
Cate Blanchett
mat. prasowe

Cate Blanchett w roli zdrajczyni kobiet w nowym serialu HBO

W „Mrs. America” Cate Blanchett gra kobietę, którą feministki chciały spalić na stosie. „By zrozumieć Phyllis Schlafly, musimy zrozumieć, ile miała uroku”, mówi aktorka.
Anna Zaleska
14.04.2020

Na wszystkich zdjęciach promiennie się uśmiecha, z jednym wyjątkiem – to fotografia zrobiona zaraz po tym, jak ktoś rzucił jej jabłecznikiem w twarz. Wtedy uśmiech na ułamek sekundy zniknął, ale Phyllis Schlafly nie straciła zimnej krwi. Całe zajście skwitowała stwierdzeniem: „Ten dzień okazał się bardziej ekscytujący, niż się spodziewałam. Chciałabym też podziękować moim politycznym oponentom za to, że nie wybrali ciasta wiśniowego, bo miałabym plamę na sukience”. Ulubienica Donalda Trumpa Kiedy Cate Blanchett dostała propozycję zagrania kobiety, którą amerykańskie gospodynie domowe nazywały swoją Joanną D'Arc, usiadła przy biurku, by jak najwięcej dowiedzieć się o swojej bohaterce. Czytając jej artykuły i przemowy, wertując książki (napisała ich 20) utwierdzała się w przekonaniu, że wchodzi do umysłu kogoś, kogo poglądy są fundamentalnie sprzeczne z jej własnymi. Ale też, że ta sympatycznie i krucho wyglądająca kobieta musiała być osobą niesłychanie wpływową, skoro w 2016 roku sam Donald Trump wygłosił mowę na jej pogrzebie. Phillis Schlafly swoje wystąpienia lubiła zaczynać od zdania: jestem tu dzisiaj, bo mąż pozwolił mi przyjść. Ale to była tylko taktyczna zagrywka. W swoim notesie miała numery telefonów do najbardziej wpływowych polityków Ameryki lat 70. O jej poparcie zabiegali kandydaci na prezydentów – oprócz Donalda Trumpa, Richard Nixon i Ronald Reagan. Phillis Schlafly jak nikt rozumiała bowiem konserwatywnego ducha Ameryki, miała też niesłychaną intuicję polityczną. „Zszkowała mnie jej zdolność do inspirowania i mobilizowania ludzi – zauważa Cate Blanchett. – I to, jak różne taktyki stosowała. Była prawdziwą samicą alpha, miała w sobie naturalną siłę. Pod tym względem jesteśmy do siebie podobne”. Amerykanki są prawdziwymi...

Czytaj dalej