Marta Handschke, pisarka o sile polskich babek, matek i córek
Olga Majrowska

Marta Handschke, pisarka o sile polskich babek, matek i córek

„Dorastałam wśród silnych kobiet, z trudem budujących partnerskie związki z mężczyznami” – mówi pisarka Marta Handschke, autorka głośnej powieści „Brzuch Matki Boskiej”.
Marta Strzelecka
18.06.2020

Marta Handschke słuchała od dzieciństwa opowieści kobiet w swojej rodzinie. Z czasem zaczęła je nagrywać i spisywać, by upamiętnić świat swojego dzieciństwa i młodości. Chciała też stworzyć portret trzech pokoleń kobiet – babci, cioci i mamy. Kobiet władczych i ukrywających słabości. Zarządzająch codziennym życiem w domu, ale nie potrafiących budować zdrowych partnerskich relacji. Tak powstała jej głośna książka „Brzuch Matki Boskiej”.

W Gdańsku, gdzie mieszka, znana jest też jako autorka tekstów piosenek, wokalistka zespołów „Oczi Cziorne” oraz „Kobiety”. Jest też fotograficzką, ilustratorką, projektuje okładki płyt, plakaty, zajmuje się grafiką. Mówi: „Odziedziczyłam po kobietach w swojej rodzinie jakąś podświadomą niechęć w stosunku do mężczyzn. Jakby był we mnie gen skrzywdzonych kobiet. Do dziś, a jestem po czterdziestce, uczę się, jak wchodzić w relacje”.

Marta Strzelecka: Od jakiej rozmowy zaczęła pani pracę nad książką?

Marta Handschke: Od niekończących się rozmów z jedną z sióstr mojej babci, ciocią Ziutą. Jej opowieści słuchałam od dzieciństwa, mama wysyłała mnie często do niej, do Ustki. Były w tych historiach obrazki niesamowite, sugerujące obecność duchów, istot nie z tego świata, ale też zupełnie zwyczajne, czasem tragiczne, pełne żalu do losu, bliskich, związane z codziennością kobiety w przeciętnej polskiej rodzinie po wojnie – brak partnerskiej relacji w małżeństwie, poczucie odrzucenia przez rodziców, tęsknota za zakorzenieniem.

Kiedy zaczęłam pracować nad „Brzuchem Matki Boskiej”, ciocia, staruszka, mieszkała sama, miała jeszcze dobrą pamięć. Pomyślałam, że to ostatnie lata na spisanie jej wspomnień. Szybko zdałam sobie sprawę, że powinnam też porozmawiać z pozostałymi kobietami w mojej rodzinie – siostrami cioci Ziuty, moją mamą. Nagrać to, co pamiętają, napisać o nich książkę.

Wiele polskich kobiet odnalazło u mnie swoje historie

Napisała pani o klanie kobiet. To taki damski „Ojciec chrzestny”?

Można tak powiedzieć, chociaż z pokolenia na pokolenie przekazywana jest nie władza nad mafią, ale ślady trudnych przeżyć, podejście do mężczyzn, sposób budowania relacji. Moja rodzina nie jest zresztą wyjątkowa pod tym względem. Po wydaniu książki zorientowałam się, że wiele polskich kobiet odnalazło w niej własne historie – żon, matek, córek. Silnych, a jednocześnie mających trudności ze zbudowaniem partnerskiej relacji z mężczyznami.

Osią tej opowieści jest los jednej kobiety, wspomnianej przez panią ciotki. Co było w nim najważniejsze?

Powiedzmy najpierw o konkretach: młodość na wsi w powojennym kraju, ze zmienionymi granicami, czyli w rzeczywistości, w której ludzie przesiedlają się, poczucie przynależności do miejsca nie może być dla nich najważniejsze, bo ważniejsza jest walka o przetrwanie, zmuszeni są do migrowania. Ciocia Ziuta – ale i jej siostry, wśród nich moja babcia – zmagała się z wczesnym osieroceniem przez matkę. Ze wsi na Lubelszczyźnie przeniosła się do Ustki, wyruszyła tam w poszukiwaniu lepszego życia i tak potem starała się je kształtować. Było bogate towarzysko, doceniała swoją pracę pielęgniarki, podróżowała.

Ostatni etap jej życia trwa teraz: zmaga się ze starością, ale i symbolicznie powraca do dzieciństwa, bo znów mieszka z siostrami, więc ich relacje z wczesnych lat wracają. Tak w wyraźny sposób zamyka się w jej przypadku cykl życia.

Przebyła długą drogę.

Była zdeterminowana, żeby wyjechać, zapomnieć o żalu do ojca, który po śmierci jej matki, powtórnie się ożenił. Bardzo chciała uciec do lepszego świata, goniła za szczęściem, za spokojnym domem. I wydaje mi się, że takie właśnie było życie większości ludzi, którzy przetrwali wojnę. Kiedy pracowałam nad książką, zorientowałam się, że nie mogę pokazać tylko tego jednego wycinka losów rodziny, ale splot kilku życiorysów kobiet, bo one wszystkie miały wpływ na to, jaka jestem.

Wiedza o mnie samej

Jakie były kobiety w pani rodzinie?

Ciotki zarządzały światem. Najmłodsza, Ziuta, była przy tym bardzo otwarta, wyrażała swoje opinie bez wstydu. Jej siostra, moja babcia – przeciwnie, zamknięta w sobie, ale jednocześnie bardzo silna, wręcz niezłomna. Dziadek był alkoholikiem, nie rozwiedli się. Najstarsza z sióstr – też wycofana. Kłóciły się między sobą, wyrażały wzajemne pretensje, ale i wspierały siebie nawzajem. Moja mama jest bardzo podobna do wygadanej, odważnej ciotki.

Od dzieciństwa czułam, że powinnam spisać ich opowieści, że da mi to wiedzę na temat mnie samej. Chciałam zrozumieć odziedziczoną chyba, jakąś podświadomą niechęć w stosunku do mężczyzn, pewien rodzaj podejrzliwości. Jakby był we mnie jakiś gen skrzywdzonych kobiet. Do dziś, a jestem po czterdziestce, uczę się dopiero, jak być w relacjach.

Pisze pani o alkoholizmie dziadka, przemocy jednego z wujków. Jak zaczynały się relacje kobiet w pani rodzinie z tymi mężczyznami?

Jeśli chodzi o pokolenie babci – oczywiste było, że dziewczyna na wsi musi mieć męża. Im wcześniej, tym lepiej, wszystkie dziewczyny tego chciały, jak babcia mówiła. Ona sama nie dawała sobie czasu, żeby rozważnie wybrać partnera. Chciała wyjść za mąż, bo wszystkie wychodziły. I wybrała tego, który pierwszy zabiegał o jej rękę. Źle wybrała, niestety.

Dlaczego nie chciała rozwodu?

Pytała ją o to wiele razy moja mama: „Dlaczego go nie zostawiłaś?”. Babcia odpowiadała: „Jak to? Rozwód? W tamtych czasach?!”.  Sytuacja musiała być naprawdę ostateczna, żeby chcieć się rozstać, a taka zdaniem babci nie była. Wiadomo przecież, że relacje między kobietami i mężczyznami były budowane bez takiej świadomości mechanizmów psychologicznych, jaką możemy mieć dziś dzięki literaturze, mediom, nie mówiąc o większej dostępności terapeutów.

Babcia o chorobie alkoholowej dziadka rozmawiała z sąsiadką albo przyjaciółką. Nie miała innego wsparcia. Ale najczęściej takie tematy były tabu, nie wychodziły poza rodzinę. Z powodu zwykłego poczucia wstydu, że coś jest nie tak. Poza tym wiele osób mówiło mi, że dookoła i tak prawie wszyscy mężczyźni pili wódkę, pędzili w domu, nie wszyscy zastanawiali się, kogo z nich już można nazwać alkoholikiem, kogo jeszcze nie. Problem przemocy był inaczej traktowany niż dziś.

Ale proszę pomyśleć – dopiero ostatnie lata przyniosły radykalną zmianę w podejściu do tego tematu. Dopiero abstrakcyjne – wydawać by się mogło – historie znanych kobiet i akcja #MeToo spowodowały, że tak wiele współczesnych kobiet wykorzystywanych albo będących ofiarami przemocy przestało bać się o tym mówić.

Pani nie pisze o kobietach ze swojej rodziny jak o ofiarach.

Bo widzę je jako samowystarczalne, a przy tym wspierające się. Być może za bardzo zapatrzone w siebie nawzajem, za mało uważne na emocje mężczyzn, nie tych, którzy je krzywdzili, ale tych, którzy mogliby otoczyć je opieką, gdyby tylko zostali zauważeni, wysłuchani, potraktowani z empatią. Ja też jestem skażona takim podejściem do partnerów. Usprawiedliwia mnie być może to, że nie jest mi obojętne cierpienie kobiet w mojej rodzinie. Ale bardzo żałuję, że nie mogłam porozmawiać z ich mężczyznami, bo za szybko odeszli.

Myśli pani, że mogli czuć się samotni, niezauważani?

Oczywiście, choć nie usprawiedliwia to ich zachowań, którymi ranili – przemocy psychicznej, fizycznej, znikania z domu. Babcia i ciocia mówiły, że mężczyzna jest potrzebny, żeby utrzeć jajka z cukrem na ciasto, wbić gwóźdź, coś przynieść, wynieść. Pamiętam wujka, który siedząc przed telewizorem, ucierał ciasto. Wciąż woził rzeczy na działkę albo przywoził stamtąd.

Być może chodziło o zewnętrzne zamanifestowanie przez kobiety, że w jakiejś sferze życia zarządzają. Nie są wprawdzie obdarzane szacunkiem, ale za to dosyć instrumentalnie traktują mężczyzn. Manifestują swoim zachowaniem, że niespecjalnie obchodzą ich opinie mężów. Jednak kiedy zmarł wujek, moja władcza, autorytarna ciotka mówiła, że odszedł jej przyjaciel. Nie znała przyjaźni opartej na partnerstwie.

Dzieci chcą o nas wiedzieć

Jak to wszystko wpłynęło na to, jak mama budowała relację z panią – dzieckiem?

Zawsze byłam do mamy dość zdystansowana. Próbowała się do mnie zbliżyć, a ja, będąc dzieckiem, nie potrafiłam przełamać się i przyjąć tej bliskości. Dopiero teraz ją rozumiem, domyślam się, co mogła przeżywać jako córka ojca, który stosował przemoc wobec rodziny.

Miałam wrażenie, że przede wszystkim koncentruje się na swojej matce, o nią martwi się najbardziej. Nie mogła przeżyć dzieciństwa w zdrowy sposób, dosyć wcześnie musiała wyprowadzić się z domu, a potem tak jakby próbowała nadrobić ten stracony czas z moją babcią, zrealizować nieprzeżyte wcześniej normalne sytuacje, pozbawione niepokoju.

Pamiętam ją jako matkę kochaną, dobrą, dbającą o mnie. Ale powiedziałabym, że były to też relacje trochę techniczne – zawsze byłam czysto ubrana, nakarmiona, zadbana, a od czasu do czasu wysyłana do Ustki, bo było wiadomo, że tam ciocia Ziuta zaopiekuje się mną jeszcze lepiej. Do tej pory czasami bardziej traktuję mamę jak kumpelę, a ciotkę jak prawdziwą matkę, choć to się powoli zmienia. Ciocia dawała mi jako dziecku dużo swobody, co jest chyba możliwe, kiedy samemu nie ma się w sobie lęku.

Co pani pamięta z tych wyjazdów w dzieciństwie do Ustki?

Spacery z ciocią na plaży, jedzenie sałaty ze śmietaną i szczypiorkiem. Znikałam na cały dzień, nikt mi nie robił wyrzutów. Było wokół mnie dużo przestrzeni, możliwości, czułam, że ktoś mi ufa, wierzy we mnie.

Napisała pani, że nie będzie więcej córek w tej rodzinie. Ma pani dorosłego syna. Jemu też była potrzeba ta książka?

Mówi, że bardzo. Przeczytał, pytał mnie o wiele spraw, o których wcześniej nie wiedział, na przykład o to, dlaczego nie powiedziałam mu, że siostra mojej mamy zmarła we wczesnym dzieciństwie. Nie wydawało mi się, że to może być dla niego ważne. Ale dzieci chcą wiedzieć o nas, starszym pokoleniu, jak najwięcej. Może instynktownie szukają w tych informacjach odpowiedzi na pytania o własne charaktery.

Dlatego teraz, po moim doświadczeniu pracy nad książką, zachęcam znajomych, ale też nieznajomych, do spisywania historii rodzinnych, bo przekonuję się, jak wiele może zmienić utrwalenie ich, zapamiętanie. Ja na przykład w ostatnich latach zawsze jeździłam do Ustki ze strachem, że to może ostatni raz, kiedy porozmawiam z kobietami z mojej rodziny. Teraz się nie boję.

Kiedy pracowała pani nad książką, pani babcia wróciła z wieloletniego pobytu w Afryce. Jak to się stało, że tam trafiła?

Najpierw wyjechała mama, 20 lat temu, do swojej przyjaciółki. Poznała tam partnera, Polaka, ale żyjącego w Afryce już bardzo długo. Dosyć prosta i piękna historia, zakochali się, wzięli potem ślub. Niezwykłe jest to, że ściągnęła do Afryki swoją mamę, która zdążyła już uszyć sobie sukienkę do trumny i zostawiła nam instrukcje, gdzie ją pochować, jak ubraną. Babcia miała ponad 70 lat, a dzięki córce zaczęła życie od nowa. W Afryce. I mieszkała tam ponad 12 lat.

Mama zdecydowała się jednak wrócić ze względu na siostry babci, które czują się coraz gorzej. Zatem w ostatnim etapie życia wszyscy znów są tutaj.

Relacje kobiet z mężczyznami w pani rodzinie, takie, o których pani pisała, są już przeszłością?

Dziś mama przypadkowo wysłała do mnie esemesa, który miał trafić do jej męża. Lista zakupów, a na końcu: „Kocham cię!”. Zatkało mnie. Nam, dorosłym dzieciom, wydaje się, że nasi rodzice nie mają miłosnego życia, nie mówiąc o erotycznym. Tymczasem nie tylko mają, ale też kształtują je, uzdrawiają, rozwijają. To bardzo budujące i niosące nadzieję nam wszystkim.

***

Rozmowa z Mają Handschke ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
dziedziczenie
Magnum photo/Photo power

Co dziedziczymy po przodkach? Na przykład nieudane związki i nasze lęki

Trauma z przeszłości, np. naszej babci, nie tylko zniszczyła jej psychikę, ale i zmieniła biochemię jej mózgu. Ta zmiana ma też wpływ na nas. „Może wreszcie przyszedł czas, aby się z tymi naszymi wdrukowanymi lękami z przeszłości zacząć rozprawiać”, mówi psychoanalityczka Wiola Rebecka.
Karolina Morelowska-Siluk
12.10.2018

Dziedziczymy cechy charakteru po członkach naszej rodziny – to wiedza powszechna. Jednak jak się okazuje, to nie wszystko: „w spadku” dostajemy znacznie więcej. Na życie prawnuczki bardzo realny wpływ może mieć to, czego w swoim życiu doświadczyła jej prababka. Karolina Morelowska-Siluk: Czy to znaczy, że życie każdego z nas naznaczone jest historiami naszych przodków? Wiola Rebecka: Tak, potencjalnie każdy z nas naznaczony jest przeżyciami poprzednich pokoleń swojej rodziny. I to tymi najgorszymi, najcięższymi doświadczeniami, niestety. Od kilku miesięcy prowadzę w Nowym Jorku projekt, który dotyczy właśnie tego zagadnienia: trauma transmission, czyli przekazywania traumy. Dokładna nazwa mojego projektu brzmi: „Rape. A  History of Shame”, czyli: „Gwałt. Historia wstydu”. Tym konkretnym tematem, tą konkretną traumą nie zajęłam się bez powodu. To temat, który dotyczy mojej własnej rodziny. 20 lat temu poznałam sekret, jaki moja babcia nosiła w sobie przez kilkadziesiąt lat. Była więźniarką obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, przeżyła piekło, będąc poddawana eksperymentom medycznym jako jeden z tak zwanych „rabbits”, czyli królików doświadczalnych. Ale to nie był koniec jej dramatu. Podczas wyzwolenia została zgwałcona przez sołdata Armii Czerwonej. Jak wszyscy wiemy, gwałt jest ogromną traumą. Dla osoby zgwałconej, dla rodziny takiej osoby, dla potencjalnego dziecka, które urodzi się z tego gwałtu, ale także, i z tego już niewielu z nas zdaje sobie sprawę, dla kolejnych pokoleń w tej rodzinie, bo to właśnie jedno z tych doświadczeń, które przenosi się jako tak zwany przekaz transgeneracyjny. Przeżycie mojej babci, przez lata ukrywane, bez wątpienia ma wpływ na życie mojej mamy, na moje życie i życie moich dzieci. Jak to się dzieje? Jak to możliwe, że...

Czytaj dalej
Aleksandra Konieczna
fot. Olga Majrowska – sesja z „Vivy!”

Aleksandra Konieczna: „Gdybym się odmłodniła, to bym straciła robotę!”

Zaczęła karierę po pięćdziesiątce, od tego czasu zdobyła trzy Orły, a film z jej udziałem został nominowany do Oscara. Chciałoby się więcej takich jak ona!
Magdalena Żakowska
19.05.2020

Aleksandrę Konieczną zatrzymała dopiero pandemia koronawirusa. Odkąd otrzymała Orła za rolę w „Ostatniej rodzinie”, nie schodziła z planu filmowego. Zagrała w autobiograficznym filmie Janusza Kondratiuka „Jak pies z kotem” żonę Andrzeja Kondratiuka, Igę Cembrzyńską, a także wystąpiła u Jana Komasy w „Bożym Ciele”. Wkrótce zobaczymy ją w serialach „Król”, na podstawie powieści Szczepana Twardocha, i „Osiecka”, biograficznej opowieści o jednej z naszych największych poetek. I właśnie napisała „Anyżowe dropsy”, pierwszą książkę! Magdalena Żakowska: Książkę zaczyna pani tak: „7 marca 2019 roku zaczynam pisać. Nie martwię się o nic. Zaś 7 marca 2020 roku kończę. Zapis roku. Kobiety, którą jestem”. A przy okazji zapis roku, świata, który się w jakimś sensie wraz z epidemią skończył.   Aleksandra Konieczna:  Na pewno po tej epidemii nie będzie już taki sam. Wczoraj wieczorem wprowadzałam jeszcze ostatnie zmiany i czytając, myślałam sobie: tu się ściskałam, tu się przytulałam, tu się całuję, tu przyjęcie na sto osób, tu festiwal, a dziś… Czyli zapis ostatniego beztroskiego roku w historii ludzkości? Pracowałam nad tą książką bardzo intensywnie, szczególnie przez ostatnie dwa miesiące. Odizolowałam się od świata, bo do pisania potrzebuję ciszy i spokoju, i liczyłam na to, że jak już skończę pisać, to wyjdę wreszcie na powierzchnię, wrócę do świata. Tymczasem świat się zamknął. Czuje pani lęk przed tym, co nas czeka? Oczywiście. Myślę, że wszystkim nam będzie teraz ciężko. Aktorzy, politycy, sportowcy i zwykli ludzie – wszyscy są zagrożeni, bo to bardzo „demokratyczny” wirus. Boję się o bliskich, o rodziców, którzy mieszkają na drugim...

Czytaj dalej
Iza Kuna
Robert Wolański

Izabela Kuna: „Chyba nie miałam pierwszego chłopaka”

„Ci pierwsi kończyli się, zanim się jeszcze zaczęli…”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

Iza Kuna, jedna z najlepszych i najbardziej wszechstronnych polskich aktorek (m.in. „Wołyń”, „Pod mocnym aniołem”, „Lejdis”) w rozmowie z Magdaleną Żakowską mówi o samotnym macierzyństwie, miłości do ojca i żałobie po jego śmierci. Opowiada też, jak poznała prawdziwą miłość.  Magdalena Żakowska „Uroda Życia”: Chodzą słuchy, że Kuna to zwierzę stadne, uzależnione od spotkań towarzyskich. Iza Kuna: To prawda. Nie wyobrażam sobie życia bez przyjaciół. Lubię, gdy wokół jest dużo ludzi, gdy wszyscy siedzą „na kupie”. Uwielbiam spraszać znajomych, gotować dla nich, gadać do rana. Uwielbiam otaczać się ludźmi. Ale moją jedyną prawdziwą przyjaciółką jest Renata Dancewicz. Poznałyśmy się na studiach. A wcześniej nie miała pani przyjaciółek? Miałam koleżanki, ale wolałam towarzystwo chłopców. Miałam kumpli. A kiedy zaczęła się pani oglądać za chłopakami? Nie pamiętam! Zawsze mi się podobali. W podstawówce lubiłam lekcje religii tylko dlatego, że przychodzili na nie chłopcy z innych szkół. Ale miałam coś takiego, że dopóki chłopak mi się podobał, to był luz. Jak zauważałam, że podobam się jemu – natychmiast traciłam całe zainteresowanie tematem. Co to za mechanizm? Nie wiem! Strach  Pod koniec podstawówki byłam na kolonii w Ustce. Na dyskotece poprosił mnie do tańca chłopak, który bardzo mi się podobał i w trakcie piosenki „Dmuchawce, latawce, wiatr” wyznał mi miłość. Uciekłam i unikałam go do końca wakacji. A potem byliśmy w tym samym liceum i nigdy nie powiedział mi nawet cześć, tak to w nim zostało. Pamiętam, jak się nazywał, ale nie będę mu robiła obciachu. Cierpiał... Ile można cierpieć ! Cztery lata ! Bez przesady! Kobiety...

Czytaj dalej
teściowa i synowa
iStock

Teściowa i synowa: jak unikać napięć i jak stawiać granice?

Relacja między teściową i synową zawsze jest podszyta silnymi emocjami. Kłopoty zaczynają się, gdy któraś ze stron ma poczucie, że przestała być ważna.
Karolina Rogalska
25.10.2020

Teściowa może traktować synową jako rywalkę. Zagrożenie. Z tego wynikają jej próby nadmiernej kontroli, krytyka, manipulacja. Jak stawiać granice i… zrozumieć własną teściową? Z terapeutką Anną Bersz z Laboratorium Psychoedukacji rozmawia Karolina Rogalska. Teściowa kontra synowa Karolina Rogalska: Psycholog Menelaos Apostolou twierdzi, że konflikt teściowa – synowa ma podłoże ewolucyjne. Teściowe nie lubią nas wtedy, gdy – z ich perspektywy – nie stanowimy dość dobrego materiału genetycznego dla potencjalnych potomków. Oczywiście wszystko dzieje się na poziomie nieświadomym. Czy zabieganie o względy teściowej ma w takim razie jakikolwiek sens? Anną Bersz: Teściowa i synowa nie muszą się lubić. Ważne, żeby ich relacje były oparte na szacunku, uznaniu wzajemnych granic i różnic. Jest to trudne do osiągnięcia, bo ten układ podszyty jest silnymi emocjami, a one, jak wiadomo, są pierwsze przed rozumem. Oczywiście wiele kobiet ma wspaniałe relacje z matkami swoich partnerów, ale my rozmawiamy o sytuacji, w której te dwa światy z różnych powodów się rozjeżdżają. Część matek rzeczywiście ma trudności z odpuszczeniem kontroli, którą sprawowały nad synem. Nie akceptują jego wyborów, także tych romantycznych. Pielęgnują w głowie wyidealizowaną wizję partnerki dla syna, z którą trudno im się rozstać. Te kobiety – nawet jeśli pragną, żeby syn założył rodzinę, żeby pojawiły się wnuki – roszczą sobie prawo do decydowania, z kim on tę rodzinę ma założyć.  Są i takie, które sabotują każdą synowską próbę ułożenia sobie życia. Zdarzają się matki, które traktują synów jak życiowych partnerów. Z oczekiwaniem, że dostaną od nich to, czego nie dostały we własnych związkach. Oczywiście nie musi to być...

Czytaj dalej