Projekt Marty Frej „Jestem silna, bo…” podbił Instagram i kobiece serca
Zuza Szamocka

Projekt Marty Frej „Jestem silna, bo…” podbił Instagram i kobiece serca

W naszej akcji „Kobiety, kobietom” graficzka i autorka memów internetowych opowiada o swoim projekcie, w którym portretuje Polki i pokazuje niezwykłą kobiecą siłę
Sylwia Niemczyk
28.02.2020

Dla jednej kobiety objawem jej siły będzie przebiegnięcie maratonu, dla drugiej – to, że wstała rano z łóżka, bo np. zmaga się z depresją i codziennie musi się zmobilizować, by to zrobić”, mówi Marta Frej, artystka, autorka cyklu memów o kobietach: „Jestem silna, bo…”.

Sylwia Niemczyk: Pamiętasz pierwszy portret z twojej serii „Jestem silna, bo…”?

Marta Frej: Nie wiem, czy rzeczywiście był to pierwszy portret, na pewno jeden z pierwszych: dojrzała kobieta z blizną po mastektomii stojąca po kolana w jeziorze. I zdanie opisujące jej siłę: „Jestem silna, bo pomimo depresji, raka piersi i masy innych problemów realizuję marzenie o życiu w Bieszczadach ze stadem kotów, psami, kurami i ogrodem różanym”. Kobieta po trudnych przejściach pokazuje światu wszystkie swoje wrażliwe miejsca, swoją bliznę i absolutnie akceptuje siebie. Jak często widzisz kogoś takiego? Od lat publikuję w internecie, na Instagramie widzę mnóstwo pięknych twarzy, ale za to w ogóle nie widzę kobiet w moim wieku lub starszych, bez filtra, z blizną. Pamiętam, że jak ją rysowałam, to starałam się zrobić to najpiękniej, jak potrafię! Nie śpieszyłam się, bawiłam się rysowaniem każdej fali, bo chciałam, żeby ten rysunek był urzekający.

Zasłynęłaś jako autorka śmiesznych memów, skąd wziął się pomysł na poważny cykl o kobiecej sile?

Przede wszystkim chciałam zrobić go dla siebie. Miałam trudny moment w życiu, czułam się bardzo słaba i bardzo potrzebowałam wsparcia innych kobiet. Chciałam, żeby mi użyczyły trochę swojej mocy albo przynajmniej podpowiedziały, gdzie jej szukać. 

„Jestem silna, bo...”
mat. pras.

Jak ci się udało je namówić do udziału w projekcie?

W ogóle nie musiałam namawiać, kobiety często potrzebują podzielić się swoją historią. Mniej więcej rok temu zaproponowałam im, żeby dokończyły zdanie: „Jestem silna, bo…” i wysłały mi swoje zdjęcie – a ja to wszystko narysuję. I w bardzo krótkim czasie dostałam ponad tysiąc maili. I cały czas przychodzą nowe. Niektóre z tych opowieści są wspaniałe i budujące, niektóre naprawdę przerażają – dużo mnie kosztowało i nadal kosztuje ich czytanie. Ale kobiety chcą o tym opowiadać. Chociaż nigdy nie podpisuję moich bohaterek na portretach, to potem one same często piszą w komentarzu pod memem: „To o mnie, to jestem ja”. Ale tak samo inne kobiety podpisują się pod ich historią: „Mam tak samo”, „Dobrze cię rozumiem”.

Twoje bohaterki dziękują ci, że je narysowałaś?

Bardzo często. Niedawno byłam w Szczecinie, gdzie opowiadałam o projekcie, i na spotkanie przyszły cztery moje bohaterki. Poznałyśmy się, uścisnęłyśmy – to było naprawdę bardzo miłe! Dostaję też dużo podziękowań od kobiet, których nie rysowałam, ale które po prostu się odnalazły w jakimś moim memie.

Ale tak samo dużo jest też pod memami komentarzy, od których cierpnie skóra.

Fakt. Oczywiście pozwalam sobie kasować te wybitnie wredne, jednak i tak jest ryzyko, że ktoś je wcześniej zobaczył i przeczytał. Na początku bardzo się bałam, jak moje bohaterki będą to znosić, bo często są to bardzo okrutne słowa, ale widzę, że one sobie bardzo dobrze z tym radzą. Czasem piszę do nich przed publikacją: „Czy wiesz, z czym się spotkasz, jak opublikuję twoją historię?” i dostaję odpowiedź, że mam publikować. Że zdają sobie sprawę z ryzyka hejtu, ale są na to gotowe. 

Co wzbudziło najwięcej takich reakcji?

Nigdy bym się tego nie spodziewała – kobieta karmiąca piersią dwójkę dzieci w różnym wieku i tekstem: „Jestem silna, bo karmię dwoje naraz”. Pod tą piękną, wzmacniającą opowieścią wylała się fala nienawiści, łącznie z tekstami, że karmienie piersią jest obrzydliwe, a to, co robi bohaterka mema, podpada pod pedofilię. Podobne piekło rozpętało się pod portretem dziewczyny, która mówiła, że chociaż jest otyła, kocha siebie. Komentarze ścinały z nóg. Albo z ostatnich tygodni. W grudniu włączyłam się w kampanię „16 dni przeciwko przemocy” i codziennie zamieszczałam mem związany z tą tematyką. I zauważyłam, że ludzie bardzo źle na to reagują, pisali: „Ileż można o tym czytać?!”. Nie chcieli już wpuszczać więcej tego tematu do swojej świadomości, irytowało ich, że każę im o tym pamiętać. Tymczasem dla ofiar przemocy podzielenie się swoją historią ze światem nieraz jest uwalniające. 

„Jestem silna, bo...”
mat. pras.

Jakich historii jest najwięcej?

Bardzo dużo dostaję opowieści o przemocy – najróżniejszej: fizycznej, psychicznej. Prawie tyle samo jest historii o depresjach, z którymi mierzą się kobiety. To bardzo uniwersalne historie, co widać choćby z tych maili, że zarówno przemoc, jak i depresje dotykają kobiety w każdym wieku, o różnym statusie. 

Płaczesz, rysując te historie? Bo ja nieraz mam ściśnięte gardło, kiedy je oglądam. 

Mnie ściska za gardło wcześniej, gdy czytam maile od nich. Rysując, nie płaczę, ale staram się wszystkie swoje uczucia zapakować do rysunku. Dla mnie to jest magiczny moment, kiedy kobieta, której nigdy nie widziałam na oczy, decyduje się mi zaufać i zdradzić swoje wrażliwe miejsce. 

Jeden z memów, który mnie ostatnio poruszył, to: „Jestem silna, bo mimo niepłodności wierzę, że zostanę mamą i czekam na telefon z ośrodka adopcyjnego”. Narysowałaś ogromną nadzieję. 

Takich historii o nadziei na macierzyństwo dostałam przynajmniej kilka. Kobiety piszą do mnie, że chociaż są już po paru procedurach in vitro, to dalej jeszcze wierzą, że będzie im to dane. Ale ostatnio najpopularniejszy był mem nie z kobietą, ale z chłopakiem, który pisał, że jest silny, bo poszedł na psychoterapię. Bardzo dużo ludzi to polubiło, odbyła się pod postem duża dyskusja – wielu panów się oznaczyło w komentarzach, kobiety przesyłały to swoim partnerom. Ale tak samo szerokim echem odbił się niedawno mem: „Jestem silna, bo płacę alimenty”. Tam nie było może hejtu, ale natychmiast pod nim pojawiły się pytania, gdzie tutaj jest siła? Kobiety pisały, że płacenie zasądzonych alimentów to obowiązek, a nie źródło siły. 

Być może bohaterka tego portretu chciała poprzez to zdanie powiedzieć coś więcej, niż tylko poinformować, że nie uchyla się od obowiązku i płaci.

Nie wiem. Nie wnikam, o jakie alimenty chodzi: być może rzeczywiście są to pieniądze na dzieci, które zostały po rozwodzie z ojcem, ale być może płaci alimenty starym rodzicom. Ja nie oceniam, nie interpretuję, nie drążę. Dla mnie ważne jest tylko to, że ona znajduje w tym swoją siłę.

Po tym roku dalej tworzysz swój cykl przede wszystkim dla siebie?

Na pewno nadal dużo dzięki niemu zyskuję, ale dziś mój główny cel jest już inny: bardzo chciałabym, żeby te memy zmieniały naszą świadomość. Żeby pokazywały kobietom, że możemy swoją siłę czerpać z różnych rzeczy.

„Jestem silna, bo...”
mat. pras.

A ty sama czujesz się już silna?

Od roku tyle już razy powtórzyłam: „Jestem silna, bo…”, że to na pewno musiało coś zmienić w mojej głowie! Zwłaszcza że za każdym razem mogę to zdanie dokończyć inaczej. Im dłużej tworzę swój cykl, tym bardziej się przekonuję, że siła jest pojęciem względnym. Dla jednej kobiety dowodem jej siły będzie zdobycie szczytu czy przebiegnięcie maratonu, a dla drugiej to, że wstała rano z łóżka, bo np. zmaga się z depresją i musi naprawdę się zmobilizować, by to zrobić. Nasze siły są nieporównywalne i patrząc z boku, nie można powiedzieć, że ta kobieta jest silna, a ta druga nie. Przez ten rok całkowicie zmieniłam swój obraz siły i silnego człowieka.

Jaki miałaś wcześniej?

Wychowałam się na książkach i filmach pełnych męskich bohaterów, u których fizyczna siła szła w parze z brakiem wrażliwości. I przesiąkłam tego typu myśleniem, długo myślałam, że takie połączenie to jest właśnie definicja silnego człowieka. Zanim zaczęłam cykl „Jestem silna, bo…”, bardzo długo zastanawiałam się, co to znaczy być silnym czy silną. Co tak naprawdę widzimy, gdy zamkniemy oczy i usłyszymy: „silny człowiek”?

Pierwsze skojarzenie? Silny z „Wojny polsko-ruskiej”.

Albo Superman czy ktoś w tym rodzaju. Ostatnio prowadziłam warsztaty, na których dałam to zadanie publiczności, i większość skojarzeń była właśnie w tym stylu. I tylko jeden z nielicznych w sali mężczyzn powiedział, że zobaczył siebie. Większość z nas nie daje sobie prawa, żeby zobaczyć siebie, kiedy słyszy: silny człowiek, dobry człowiek, spełniony, człowiek sukcesu. A już na pewno kobiety nie dają sobie do tego prawa. 

Yuval Noah Harari pisze, że gdybyśmy kiedyś przyjęli inną definicję siły, dziś świat mógłby wyglądać inaczej. Mężczyźni mają większe bicepsy, ale kobiety – większą odporność psychiczną, np. na głód. Jedno i drugie kiedyś było tak samo potrzebne, jednak wygrały mięśnie.

Często się słyszy, że kobiety są silniejsze psychicznie, ale z drugiej strony wciąż jeszcze niektórzy używają tego nieszczęsnego XIX-wiecznego powiedzenia „słaba płeć”, mając na myśli nie tylko naszą siłę fizyczną, ale też naszą wrażliwość i emocjonalność. Dla wielu osób to są oznaki słabości. Żyjemy w kulcie siły i niewrażliwości. Zmiana tego myślenia byłaby dobra dla nas wszystkich.

Umiesz już po roku, po tym, jak narysowałaś kilkadziesiąt kobiet, powiedzieć, kiedy czujemy się silne?

Zaczynam zauważać pewne wzory, choć pewnie nie wszystkie. Wiele z opowieści mogłabym zatytułować ogólnie: „Jestem silna, bo nie boję się ryzyka” – kobiety często piszą o tym, że w którymś momencie zaryzykowały, zmieniły życie i dziś czerpią siłę z tamtego doświadczenia. Inne historie wpisują się w hasło: „Jestem silna, bo radzę sobie z tym, to stało się w przeszłości” – do tej grupy należą portrety kobiet, które radzą sobie z traumą: z dzieciństwa, z młodości, z pierwszego związku. I czują się silne, bo przetrwały, nie dały się złamać. I jeszcze jest inny wzór, który się powtarza. Mogłabym go nazwać: „Jestem silna, bo nie boję się mówić głośno o swoich słabościach”.

Tylko czy każdy zasługuje na to, żeby je poznać?

Ale powierzając ci je, nie robię tego dla ciebie, tylko dla siebie samej. Bo jeśli zdradzę ci swoje najczulsze miejsca, to już nie będę się bała, że je odkryjesz bez mojej wiedzy i zgody. Więc obnażając własne słabości, panuję nad swoim życiem, kontroluję swój los. A kontrolując go, czuję się silna.

Rozmowa z Martą Frej ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Toksyczna miłość
iStock

„Rozum swoje, a serce swoje” – mówią kobiety uzależnione od miłości

Eugenia Herzyk, psychoterapeutka z Fundacji Kobiece Serca mówi o nałogowej miłości: „To uzależnienie takie samo, jak hazard czy alkohol”.
Sylwia Niemczyk
22.01.2019

Miłość może stać się toksycznym nałogiem, który może tak samo zniszczyć nam życie, jak alkohol czy narkotyki – mówi krakowska psychoterapeutka Eugenia Herzyk, założycielka Fundacji Kobiece Serca,  specjalizującej się w problematyce uzależnienia od miłości, i autorka książek „Nałogowa miłość” i „DDD – Dorosłe Dziewczynki z rodzin Dysfunkcyjnych”. Wyjaśnia, że uzależnienie od miłości jest jednym z tzw. uzależnień behawioralnych, które można – i warto – leczyć.  Sylwia Niemczyk: Określenie: „uzależnienie od miłości” nie  kojarzy się poważnie. Eugenia Herzyk: To prawda, podobnie jak seksoholizm. Niewtajemniczeni w problematykę mężczyźni żartują, że jeśli już od czegoś się w życiu uzależniać, to właśnie od seksu, tymczasem osoby, które zmagają się z  tym zaburzeniem, cierpią katusze. Uzależnienie od miłości, tak jak każdy inny nałóg, może być groźne dla życia i zdrowia. Wszyscy znamy tragiczne historie Whitney Houston czy Amy Winehouse – to są przypadki kobiet, które kochały za bardzo. Wiele z nas zna z własnego otoczenia czy nawet osobistego doświadczenia sytuacje, kiedy miłość nie karmi nas i nie wzmacnia, ale jest toksyną. W polskim piśmiennictwie psychologicznym rzadko pojawia się nawet nazwa tego zaburzenia, choć na Zachodzie psychiatrzy, psychologowie i  psychoterapeuci traktują uzależnienie od miłości poważnie. Nałogowej miłości poświęconych jest wiele prac naukowych, choćby w wydanej w 2014  roku, cenionej przez specjalistów książce „Behavioral Addictions” („Uzależnienia behawioralne”), jest rozdział dotyczący uzależnienia od miłości. Jestem typem naukowca, zrobiłam doktorat z  chemii, więc praca badawcza nie jest mi obca. W taki sam naukowy...

Czytaj dalej
Agnieszka Osiecka i Marek Hłasko
east news

To była artystyczna miłość! Historia Agnieszki Osieckiej i Marka Hłaski

Poetkę i pisarza łączyło niebywałe uczucie.
Sylwia Niemczyk
02.02.2019

Poznali się na przełomie 1956 i 1957 r. Agnieszka Osiecka – studentka reżyserii w łódzkiej filmówce, wschodząca gwiazda STS-u. Hłasko – 24-letni pisarz, już wtedy sławny autor zbioru opowiadań „Pierwszy krok w chmurach”. Oboje piękni i niegrzeczni. Ona nieprzeciętnie inteligentna i wyjątkowo jak na tamte czasy wyzwolona. Zawsze flirtowała z kilkoma chłopakami naraz. Panienka z Saskiej Kępy.   Brylowała w towarzystwie o wiele starszych od siebie literatów i filmowców. Miała skłonność do łamania serc i do efektownych puent. I jedne, i drugie kolekcjonowała z równym zapałem. Pod szklanym blatem w biurku zbierała zdjęcia zdobytych mężczyzn. Wojciech Frykowski, Andrzej Jarecki, Daniel Passent, Jeremi Przybora i wielu, wielu innych. „Hłasko był proletariackim księciem, którego mi zazdrościły koleżanki – tak go zaklasyfikowała w swojej kolekcji. – Twarz rozgrymaszonego bachora, figura cowboya, ręce Madonny. Wyższy był od naszego pokolenia o pół głowy”.   On wychowany na Powiślu, edukację zakończył na poziomie podstawówki, od 16. roku życia pracował fizycznie jako robotnik na budowie i szofer. Zbuntowany i gniewny. Łudząco podobny do Jamesa Deana, na którego się zresztą robił. „Pisanie – mówił – jest tak wspaniałe, jak chlanie”. O jego nocnych wybrykach krążyły legendy, które sam podkręcał. W Kameralnej pojawiał się zwykle dopiero po północy – latem w szoferskiej skórze, zimą w swoim słynnym białym kożuchu. Wszyscy cisnęli się wtedy do baru, żeby choć się o niego otrzeć. Bo odezwać się do Hłaski było nie lada odwagą. Kto się odezwał głupio – dostawał w zęby.   Agnieszka Osiecka leczyła rany Marka po wcześniejszym związku Oboje komponowali swoje życie...

Czytaj dalej
Jedzenie i emocje
Rodney Smith

Zajadasz emocje? Nie ty jedna, objadanie się to epidemia naszych czasów

Nigdy jeszcze sformułowanie „Jesteś tym, co jesz” nie było równie na czasie. Jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją?
Aleksandra Więcka
04.02.2019

Kuchnia stała się nowym salonem, bazary ze zdrową żywnością – miejscem towarzyskich spotkań, a blogi kulinarne mają więcej odsłon niż serwisy informacyjne. Właściwy jadłospis wydaje się lekiem na wszystko – od raka po złamane serce. Chociaż coraz pilniej wyłapujemy kolejne niebezpieczne E ukryte w opakowaniach z jogurtem czy serem, to równocześnie zdajemy się wierzyć, że lodówka jest naszą najlepszą przyjaciółką. Tymczasem co trzecia Polka ma nadwagę, a co druga chciałaby schudnąć. Dlaczego jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją? Zajadanie emocji to epidemia naszych czasów Z jednej strony mamy jeść to, co najlepsze, i tym się rozkoszować. Z drugiej – nosić rozmiar zero. Nie możemy pójść na zakupy do supermarketu, bo jesteśmy straszeni, że masowe jedzenie to czysta chemia. – Z zaspokajaniem podstawowej potrzeby życiowej, jaką jest jedzenie, wiążą się dziś sprzeczne lub negatywne emocje – mówi psycholog i terapeutka zaburzeń odżywania Dorota Minta. Wygląda na to, że najlepiej by było, gdybyśmy mogły się najeść, patrząc na reklamy jedzenia. Albo jak w „Matriksie” wcinać wirtualne steki. Niestety, to wciąż niemożliwe, więc żyjemy w permanentnym napięciu między apetytem na życie i próbami jego poskromienia. Do tego większość sposobów, jakie w tym celu stosujemy, nie skutkuje. – Nasz stosunek do jedzenia niewiele ma wspólnego z racjonalnością – przekonuje Dorota Minta. – Wewnętrzny dialog „zjeść czy nie zjeść” odbywa się na poziomie naszych instynktów, lęków i nieuświadomionych przekonań. Kompulsywne jedzenie łagodzi stres, ale też go generuje Według Briana Wansinka, autora książki „Beztroskie jedzenie”, o...

Czytaj dalej
zaburzenia lękowe
corbis

Jak radzić sobie z codziennym lękiem? Zobacz, co mówią psycholodzy

Zaburzenia lękowe można oswoić, trzeba tylko najpierw przyznać, że jest problem.
Dorota Szuszkiewicz
24.01.2019

Kto nie zna lęku, ten nie żyje. Lęk chroni nas przed niebezpieczeństwem, jest nieodłącznym elementem życia, które samo w sobie jest płynne, niestabilne, nieprzewidywalne. Na co dzień jednak rzadko spotykają nas prawdziwe zagrożenia, a mimo to wielu z nas nie umie przestać się bać. Lęki nękają każdego. Każdy ma swojego potwora, który go straszy, skrada się znienacka i łapie za gardło rano, tuż po przebudzeniu, albo przed snem. Przez głowę przelatują pytania: co mnie czeka? Jak sobie poradzić z kolejnym dniem? „Lęk jest związany z naszą przyszłością, z oczekiwaniem tego, co ma nastąpić. Wysiłek życia koncentruje się na zdobywaniu przyszłości, przemaganiu własnego lęku wywoływanego przez nieznane” – pisze Antoni Kępiński, wybitny polski psycholog. Większość naszych lęków powszednich też jest nieracjonalna, a co więcej – jest destrukcyjna, zatruwa życie nam i otoczeniu. Skąd się to bierze? Dlaczego tak niesprawdzone, nielogiczne obawy mają wpływ na nasze logiczne i uporządkowane życie codzienne? Skąd ich siła? Prawdopodobnie stąd, że zostały nam zaszczepione w dzieciństwie, w okresie, gdy byliśmy podatni na wszelkie wpływy. Nie dlatego, że mieliśmy tzw. trudne dzieciństwo. Przeciwnie, z dobrego i łatwego dzieciństwa można wynieść tyle lęków, że starczy na całe życie. Zaburzenia lękowe wynosimy już z dzieciństwa Troskliwi rodzice pilnują, żebyśmy założyli czapkę, ciepłą spódnicę i zabrali śniadanie do szkoły. Bo choroby czyhają. Kochający rodzice sprawdzają i poprawiają domowe zadania, piszą za nas wypracowania „bo byłby wstyd przed klasą”. Pomagają na każdym kroku, przy wyborze zabawek, swetra, szkoły. Decydują za nas i wyręczają w trudnych sprawach. Kto z nas nie słyszał od najmłodszych lat: „Uważaj na siebie”, „Wracaj wcześniej”,...

Czytaj dalej