Mariusz Szczygieł przyznaje: „Ze mnie taki miły gość…”
Adam Lach/FORUM
#czytajdlaprzyjemności

Mariusz Szczygieł przyznaje: „Ze mnie taki miły gość…”

Pisarz przekonuje, że jest słodziakiem z wyboru.
Jakub Janiszewski
04.01.2019

Dla wielu ludzi mówienie innym „spadaj” jest proste jak wydalanie. Dla mnie nie. Po dziś dzień męczę się i pocę, gdy muszę to zrobić. Ale już umiem, mogę. Słodziakiem jestem z wyboru – mówi Mariusz Szczygieł w rozmowie z Jakubem Janiszewskim

 
Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Na twojej stronie internetowej jest taki wpis: „W związku z tym, że w ostatnim miesiącu dostaję dziesiątki maili z prośbą o pomoc w znalezieniu pracy w dziennikarstwie albo chociaż umieszczenie tekstu w jakimś tytule, odpowiadam, że nawet jako Dziennikarz Roku nie mam takich możliwości”. Wyobrażałeś sobie kiedyś siebie na miejscu tych młodych ludzi, którzy do ciebie piszą?

Zawsze, kiedy dostaję takiego maila. To są kiepskie czasy dla dziennikarstwa. Etatów nie ma, pracy nie ma. Chcesz pisać rzeczy wartościowe, to nie spłacisz kredytu, nie utrzymasz rodziny. Są przyparci do muru. Ale po nagrodzie Woyciechowskiego i tytule Dziennikarza Roku zacząłem dostawać masę listów. Mogłem już tylko przeklejać te same odpowiedzi albo zrobić to hurtem. Wyraźnie powiedzieć, że nie mogę i nie chcę pośredniczyć. Mogę poradzić – i zrobiłem to – jak tej pracy lepiej szukać.

 

Bo ty w ogóle lubisz radzić. Mnie parę lat temu powiedziałeś, że jeśli chcę coś osiągnąć, to mam zawsze planować pięć lat do przodu. Potem nigdy nie miałem okazji cię zapytać, jak tobie to planowanie wychodziło i czy rzeczywiście działało.

Długi czas myślałem, że zrobiłem w życiu mnóstwo błędów, a największym z nich było prowadzenie „Na każdy temat” w Polsacie. Nie mogę patrzeć na tego faceta. Czasem, jak mi przysyłają jakieś kawałki, które krążą po sieci, to mnie mdli. Czuję się, jakbym oglądał siebie sfotografowanego nago, przez SB, w jakiejś dwuznacznej sytuacji.

 

To dlaczego w ogóle w to wszedłeś?

Pracowałem wtedy jako reporter w „Gazecie Wyborczej” i moja szefowa Małgorzata Szejnert powiedziała: „Mariusz, twoje teksty są świetne jak rogale kazimierzowskie. I wywinięte, i z rodzynkami, i makiem posypane, ale wszystkie podobne. Niczym mnie nie zaskakujesz. Pisz inaczej, choćby nawet gorzej, ale zrób coś z tym”. Nie umiałem nic z tym zrobić. I właśnie wtedy pojawiła się propozycja z Polsatu, więc w to wszedłem, a potem żałowałem. Prowadziłem program w sposób minoderyjny, afektowany, chwilami pieprzyłem jak potłuczony. Latami nie mogłem sobie wybaczyć. A teraz widzę to inaczej. I nawet podziękowałem ostatnio reżyserowi Witkowi Orzechowskiemu, że mnie znalazł. Mało kto ma w życiu szansę porozmawiać z taką masą ludzi o ich ukrytym życiu, o którym często nie mieli odwagi opowiedzieć nawet rodzinie. Wyrobiłem w sobie umiejętność szybkiego zadawania najważniejszych pytań. Krótka gra wstępna, do orgazmu dochodzimy w minutę. Prawdziwy uniwersytet.

 

Co cię wyleczyło z tamtego myślenia?

Wszystko, co wydarzyło się później, oddźwięk, jaki przynosi moje pisanie. OK, popełniłem masę błędów – i bardzo dobrze, już się ich nie wstydzę. To były ważne etapy. Żałuję tylko jednej rzeczy w życiu. Że nie znam angielskiego. Tyle jeżdżę po świecie przy okazji tłumaczeń moich książek, lubię to bardzo, a znam wszystkiego z dziesięć słów. I jak dostałem ostatnio maila z propozycją pisania felietonów do „New York Timesa”, to poczułem, że to jednak poniżające.

 

Felietony i tak potrzebowałyby tłumacza.

No, jasne, ale powinienem na maila odpowiedzieć sam, pojechać do nich, pogadać, wyrobić sobie tzw. kontakty. A tak czuję się ułomny. Niedawno byłem na targach książki w Nowym Jorku i wszystko miło, ale wpisując dedykację, mogłem tylko zapytać „For ”. Amerykanie niby są mili i niczego nie dają po sobie poznać, a jednak na jednym spotkaniu jakiś facet zapytał „Co czuje autor z Europy Wschodniej, gdy jego książka jest wydawana w Stanach ”. No, jak ja się wkurzyłem!

 

I co zrobiłeś?

Odpowiedziałem bardzo grzecznie, że czuję dokładnie to samo, co czułem, gdy ukazywała się na Słowacji i w Słowenii. Że cieszę się, gdy ktoś na świecie za sprawą mojego pisania przez chwilę patrzy na rzeczywistość moimi oczami.

 

Przypomniałeś sobie siebie debiutującego w 1983 r. w „Na Przełaj”  Dobry tygodnik, stolica, a tu chłopak ze Złotoryi. Też pewnie był postrzegany jako prowincjusz i też czegoś nie umiał.

Kiedyś w „Wysokich Obcasach” zamieściliśmy taki projekt Łukasza Sakiewicza. Obok zdjęć legitymacyjnych z pierwszego roku studiów pokazaliśmy fotografię tych samych osób na drugim, trzecim roku. I to nie byli ci sami ludzie, fryzury większe, ciuchy kolorowe, bardziej wyraziste twarze, było ich po prostu więcej. Owszem, mogę się wstydzić, że nie mówię po angielsku, ale nawet w Nowym Jorku nie mam już poczucia winy, że nie ma mnie więcej. Zżerało mnie, gdy przeniosłem się do Warszawy ze Złotoryi.

 

Przecież publikowałeś jeszcze jako licealista. To nie pomagało?

Nie, bo to był sukces na miarę Legnicy. Skończyłem liceum ekonomiczne, gdzie uczyłem się księgowania, a na hasło Kafka myślałem, że chodzi o małą kawę. Zjechałem do Warszawy tydzień przed początkiem roku akademickiego i jeździłem przez cały ten czas na chybił-trafił autobusami, żeby poznać miasto.

 

Miałeś zawrotne jak na owe czasy tempo. Dziennikarze z twojego pokolenia nie zaczynali pisać w liceum, nie mieli dziennikarskich etatów na studiach i wyrobionego nazwiska w wieku 24 lat. Co cię tak pchało? Bieda? Lęk? Ambicja?

Pragnienie, żeby się wszyscy przekonali, że ten Szczygieł to nie jest głupi chłopak. A jak już zaczęło mi wychodzić, to chciałem więcej głasków. Jestem przecież narcyzem.

 

I próżność dała ci odwagę, żeby w 1990 r. wejść do kultowej redakcji „Gazety Wyborczej”, w której w owym czasie chcieli pracować absolutnie wszyscy?

Skąd! Pamiętam, że przeczytałem wywiad z Antonim Pawlakiem w reaktywowanym wówczas „Po Prostu”. Mówił, że „Gazeta Wyborcza” ma wszystko poza dobrymi reporterami i że reportażem tam zajmuje się Hanna Krall. I tyle. Nie zrobiłem nic. Nie zadzwoniłem, nie próbowałem się spotkać. Odważyłem się, dopiero gdy mój znajomy zaczął między nami pośredniczyć. I powiedział wyraźnie: „Krall chce usłyszeć, jaki masz temat”. Nigdzie i nigdy nie próbuję się wciskać. Nie robię pierwszego kroku. Upominanie się o siebie byłoby żebraniem, a ja nie lubię żebrać.

 

Żebrak nic nie ma. Ty też nic nie miałeś?

Miałem, ale przekonałem się o tym później, w „Gazecie”. Od razu byłem doceniony, poszło lawiną. Wynikało to z dwóch rzeczy: ja naprawdę dobrze piszę, to po pierwsze. A po drugie, ludzie mnie lubią, bo przyjemnie się ze mną załatwia sprawy. Nie spieram się ani nie konfliktuję. Staram się upraszczać sobie życie.

 

A nie upraszczasz przy okazji trochę świata?  Niemal wszystkie twoje teksty są ciepłe i pogodne.

Gdy zaczynałem prowadzić „Na każdy temat”, na samym początku, kiedy jeszcze tylko miałem przez chwilę zastępować Andrzeja Woyciechowskiego, potwornie się myliłem i niczego nie umiałem. Pracowała z nami wtedy taka redaktorka, Beata jej było na imię. I przy montażu pierwszego odcinka usłyszałem, jak ona mówi do reżysera: „Ty widzisz, jak on siada ! Jak rolnik. To się do niczego nie nadaje! Nie zauważyłeś tego wcześniej !”. A Witek jej odpowiedział „Beatko, zapewniam cię, że gdy Andrzej do nas wróci, to wszyscy widzowie będą tęsknili do tego sposobu siadania Mariusza”. Z wady zrobił zaletę. Mało kto to potrafi. Starałem się tego od niego uczyć. Myślę, że warto, widząc rzeczy negatywne, neutralizować je innymi, przyjemnymi, ciepłymi.

 

Ale w reportażu „Śliczny i posłuszny” napisałeś historię dzieciobójczyni. Po to, żeby sobie i wszystkim wokoło udowodnić, że jednak jako reporter umiesz być też mroczny?

Nie możesz być ciągle miły. Musisz czasem zabić. Poza załatwieniem pewnej sprawy chciałem tym tekstem też pokazać, że jestem bardziej różnorodny niż ten sympatyczny gość od Czechów. Śpiewam raczej wesołe piosenki, ale czasem wyjdzie mi „Niech żyje bal”. Bo gdy chodzi o reportaż, to jestem Marylą Rodowicz.

 

A Wojciech Tochman to Czesław Niemen?

Otóż to! Myślę, że w tamtym tekście jest też próba obrony mojej bohaterki. Nie sądziłem, że moc oddziaływania tego reportażu będzie aż tak potężna. Zaczęli do mnie pisać rodzice, że już nigdy nie uderzą swojego dziecka. Na spotkaniach autorskich ludzie dziękowali, bo sami byli bici w dzieciństwie. Myślę, że symbolicznie zemściłem się tym tekstem na ich katach i o tym próbowali mi powiedzieć.

 

Ludzie ci dziękują za to, że rozprawiłeś się ze złą kobietą, odczarowujesz cudze winy, a jeszcze do tego wszyscy cię lubią, mimo że masz takie ogromne ego.

Czytam ostatnio takiego myśliciela Osho, co to ponoć miał kolekcję mercedesów. On uważał, że ego trzeba porzucić w imię prawdziwego siebie i wyzbycia się złudzeń. A ja myślę, że bez ego nie wyszlibyśmy z jaskiń. To ludzkie ego, skłonność do rywalizacji, powoduje, że świat idzie naprzód, pojawiają się wynalazki. Po co mam porzucać ego, zwłaszcza gdy wreszcie całkiem dobrze się z nim czuję?

 

Przed chwilą powiedziałeś, że w twoim życiu wszystko działo się jakby bez większych starań, telefon dzwonił sam, ty go tylko odbierałeś. To gdzie tu rywalizacja?

W życiu o nic nie walczyłem ani nie będę walczył. Nie zabiegałem o to, żeby mój tekst był pierwszy w numerze, żeby na okładce było nazwisko moje, a nie koleżanki. Nigdy nie uważałem, że wybrany temat muszę opisać jako pierwszy i jedyny.

 

Ale parę newsowych hitów miałeś na jedynce „Gazety Wyborczej” na początku swojej kariery. To też przyszło samo?

Tak, bo wcale nie chciałem tak pisać! Musiałem, bo miałem dyżury reporterskie. Kazali mi te historie spłaszczać, formatować na potrzeby depesz, nie cierpiałem tego, chciałem pisać swoim stylem. Jak trafiłem na aferę w PZU, to najbardziej ciekawiła mnie dyrektorka oddziału, która straszyła, że się zemści. Sama sprawa interesowała mnie mało. Rychło też dali mi w redakcji spokój, zrozumieli, że się do tego nie nadaję. Nie walczyłem o pozycję. Na kolegia nie przychodziłem, spałem do 14, nie prowadziłem jedynki ani dwójki, chociaż byłem kierownikiem działu. Gdy coś mi kazali, odpowiadałem, że odchodzę. Nigdy nie robię czegoś, czego nie chcę.

 

Takie numery to chyba tylko w złotych latach 90. Kto dzisiaj zaryzykowałby dobrą posadę takimi zachowaniami?

Ale w 2001 r. też był kryzys. Kiedy odchodziłem z Polsatu, miałem propozycję z siedmiu różnych redakcji. Jakoś chyba się ludzie zakochiwali w tym moim pisaniu.

 

Może w tobie, nie w pisaniu. W tym, że jesteś taki słodki.

Jednak w piśmie liczy się tekst, a nie osoba autora. Niemniej jestem miłym gościem. Nie konfrontuję się. Nie kłócę. Gdy robiłem „Antologię reportażu XX wieku”, musiałem czasem zdobyć zgody na publikację tekstów. Sam wiesz, jacy są reporterzy – nie ma gorszych narcyzów. Pewnej pani, która bardzo się upierała, żeby mi wcisnąć tekst, który sama lubiła najbardziej, powiedziałem tak: „Pani Ewo, pani ma 12 córek i każda jest piękna. Chce pani, żebym poślubił tę wysoką blondynkę. Ale ja jej nie kocham, bo straciłem głowę dla tej niskiej brunetki”. Nie wiedziała, co odpowiedzieć, była moja. Jestem dobrym manipulatorem, ale w mojej manipulacji ważne jest, żeby nikt nie cierpiał. Załatwię każdą sprawę bez przelewu krwi.

 

Po prostu uwodzisz. Ciekawe, kiedy się tego nauczyłeś?

Kiedy byłem mały, nie mogłem wytrzymać, gdy kłócili się moi rodzice. Nauczyłem się ich obłaskawiać do tego stopnia, że za moją namową przeprowadzili się do Warszawy i jako starsi ludzie trzy razy zmieniali tu mieszkanie. Po dziś dzień nie wytrzymuję kłótni. Wyłączam Monikę Olejnik, kiedy zaczyna się kłócić z gośćmi, i przełączam się na kanał o urządzaniu wnętrz. Ja walczę inaczej. Gdy czytam agresywne recenzje moich książek, piszę do recenzentów, że im dziękuję. Że dzięki nim zwróciłem uwagę na coś, czego wcześniej nie widziałem i gdy się zastanowię, to widzę nawet więcej wad niż oni. Bo lubię przejąć kontrolę nad krytyką. Twoje musi być na wierzchu. Nie uwierzyłbyś, jak oni odpowiadają. Piszą, że tak naprawdę to wcale tak nie myśleli, ta recenzja to tak na szybko, na kolanie w zasadzie i wcale nie są przekonani, że mają rację. Kolekcjonuję te maile.

 

Jak trofea. Maile miłosne od krytyków zamiast ich głów nad kominkiem.

To jest mój sposób istnienia w świecie. Nie bez kosztów. Przez dwa lata walczyłem z ciężkimi psychosomatycznymi problemami jelitowymi. Przeszedłem psychoterapię. Dla wielu ludzi mówienie innym „spadaj” jest proste jak wydalanie. Dla mnie nie. Po dziś dzień męczę się i pocę, gdy muszę to zrobić. Ale już umiem, mogę. Słodziakiem więc już jestem bardziej z wyboru niż konieczności. Wiem, że to czasami lepsza strategia.

 

Skoro wszyscy muszą cię kochać, to chyba nikogo do siebie nie dopuszczasz. Nikt nie widzi cię brzydkiego.

Zaraz, czy ty byś chciał, żebym teraz powiedział, że w wigilijny wieczór siadam do komputera i jako hitler_888 wypisuję na jakichś forach, że nienawidzę? Ja mam zupełnie inne problemy. W młodości używałem kłamstwa, żeby było przyjemnie. Śmiertelnym wrogom potrafiłem „w zaufaniu” powiedzieć, że mówią o sobie za plecami miłe rzeczy. Dopiero mój terapeuta mi pokazał, ile w tym jest agresji. Nie umiem przywalić, to zmanipuluję. Gdy byłem kierownikiem w „Gazecie”, to moim reporterom zapisywałem plusy w specjalnym zeszycie. A to czyjś tekst miał dużo odsłon na portalu – plus, ktoś komuś pomógł w dokumentacji – plus. Niby to było po to, żeby mieć podstawę do ocen rocznych. Mój terapeuta mówił, że ponieważ nie daję sobie prawa do strzelania do ludzi z karabinu, to zamieniam to na strzały miłości.

 

Zgodnie z odwróconą logiką twojej psychiki – komuś, kogo bardzo kochasz, musiałbyś robić awantury. To byłby dowód, że czujesz się z nim swobodnie.

Ale ja nigdy tak nie robię. Porzucam albo wychodzę bez słowa i mnie nie ma. Trzy razy w życiu miałem straszne kłótnie. Niezdrowe, bo do tych ludzi trzeba było wzywać pogotowie. Mówiłem tak straszne rzeczy, że nie wytrzymywali. Ale tylko w pracy. W życiu prywatnym to się nigdy nie zdarzyło.

 

Skoro tak wysoko trzymasz gardę i nigdy nie pokazujesz najsłabszych stron, to po co mi to wszystko powiedziałeś?

Bo jak czytelnicy widzą taki rodzaj szczerości, to bardziej wierzą w moje reportaże.


Rozmowa z Mariuszem Szczygłem ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Małgorzata Szumowska
Isabella De Maddalena/LUZ’

Małgorzata Szumowska: „Życie jest brutalne i nie do zniesienia”

„Być może dlatego nie lubię już udzielać wywiadów.”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Darujmy sobie pytania o rodziców i jak to jest przyjaźnić się z byłymi – zaczyna rozmowę Małgorzata Szumowska. Na szczęście znów zrobiła film, o którym chce się rozmawiać. Co opowiedziała Grzegorzowi Kapli?   O życiu i śmierci: „Nie mam pojęcia, co się dzieje z człowiekiem po śmierci. To są te pytania, te lęki. Nie zastanawiam się nad tym, od kiedy zrozumiałam, że najważniejsze jest to, co dzieje się tu i teraz. Ten moment trzeba przeżyć jak najbardziej, a nie zaprzątać sobie głowę tym, co będzie, czy też czego nie będzie po śmierci. Nie warto się rozpraszać, bo wtedy ginie nam z oczu to, co najważniejsze. Moi rodzice nie żyją od 11 lat. Więc już tego nie przeżywam. Nie jestem sentymentalna.”   O sztuce filmowej: „Na tym polega sztuka, że każdy może sobie interpretować film, jak chce, a ja nie muszę mówić: Wiesz, zrobiłam taki film z pozytywnym przesłaniem, w którym miłość zwycięża, nawet w takim złym świecie, jak nasz”.   O współczesnym świecie „Ludzie potrzebują fasady, która pozwoli im przeżyć, mimo lęku. Dlatego tworzą sobie iluzje. A ci, którzy je tracą, muszą tę potrzebę przekuwać w twórczość. Zostają artystami. Inaczej by zwariowali. Uważam, że życie jest brutalne i nie do zniesienia.Terroryści mordują redakcję „Charlie Hebdo”, a dzieci muzułmanów, których ściągnięto do Francji jako tanią siłę roboczą, nie mają pracy. Życie stało się brutalne i nie pozwala na łatwe odpowiedzi. Być może dlatego nie lubię już udzielać wywiadów. Coraz więcej jest spraw, których nie da się rozstrzygnąć. ”   O poglądach „Nie mam skrystalizowanych poglądów i dlatego nie umiem wyrażać jednoznacznych opinii. W Polsce każdemu się...

Czytaj dalej