Mariusz Szczygieł przyznaje: „Ze mnie taki miły gość…”
Adam Lach/FORUM
#czytajdlaprzyjemności

Mariusz Szczygieł przyznaje: „Ze mnie taki miły gość…”

Pisarz przekonuje, że jest słodziakiem z wyboru.
Jakub Janiszewski
04.01.2019

Dla wielu ludzi mówienie innym „spadaj” jest proste jak wydalanie. Dla mnie nie. Po dziś dzień męczę się i pocę, gdy muszę to zrobić. Ale już umiem, mogę. Słodziakiem jestem z wyboru – mówi Mariusz Szczygieł w rozmowie z Jakubem Janiszewskim

 
Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Na twojej stronie internetowej jest taki wpis: „W związku z tym, że w ostatnim miesiącu dostaję dziesiątki maili z prośbą o pomoc w znalezieniu pracy w dziennikarstwie albo chociaż umieszczenie tekstu w jakimś tytule, odpowiadam, że nawet jako Dziennikarz Roku nie mam takich możliwości”. Wyobrażałeś sobie kiedyś siebie na miejscu tych młodych ludzi, którzy do ciebie piszą?

Zawsze, kiedy dostaję takiego maila. To są kiepskie czasy dla dziennikarstwa. Etatów nie ma, pracy nie ma. Chcesz pisać rzeczy wartościowe, to nie spłacisz kredytu, nie utrzymasz rodziny. Są przyparci do muru. Ale po nagrodzie Woyciechowskiego i tytule Dziennikarza Roku zacząłem dostawać masę listów. Mogłem już tylko przeklejać te same odpowiedzi albo zrobić to hurtem. Wyraźnie powiedzieć, że nie mogę i nie chcę pośredniczyć. Mogę poradzić – i zrobiłem to – jak tej pracy lepiej szukać.

 

Bo ty w ogóle lubisz radzić. Mnie parę lat temu powiedziałeś, że jeśli chcę coś osiągnąć, to mam zawsze planować pięć lat do przodu. Potem nigdy nie miałem okazji cię zapytać, jak tobie to planowanie wychodziło i czy rzeczywiście działało.

Długi czas myślałem, że zrobiłem w życiu mnóstwo błędów, a największym z nich było prowadzenie „Na każdy temat” w Polsacie. Nie mogę patrzeć na tego faceta. Czasem, jak mi przysyłają jakieś kawałki, które krążą po sieci, to mnie mdli. Czuję się, jakbym oglądał siebie sfotografowanego nago, przez SB, w jakiejś dwuznacznej sytuacji.

 

To dlaczego w ogóle w to wszedłeś?

Pracowałem wtedy jako reporter w „Gazecie Wyborczej” i moja szefowa Małgorzata Szejnert powiedziała: „Mariusz, twoje teksty są świetne jak rogale kazimierzowskie. I wywinięte, i z rodzynkami, i makiem posypane, ale wszystkie podobne. Niczym mnie nie zaskakujesz. Pisz inaczej, choćby nawet gorzej, ale zrób coś z tym”. Nie umiałem nic z tym zrobić. I właśnie wtedy pojawiła się propozycja z Polsatu, więc w to wszedłem, a potem żałowałem. Prowadziłem program w sposób minoderyjny, afektowany, chwilami pieprzyłem jak potłuczony. Latami nie mogłem sobie wybaczyć. A teraz widzę to inaczej. I nawet podziękowałem ostatnio reżyserowi Witkowi Orzechowskiemu, że mnie znalazł. Mało kto ma w życiu szansę porozmawiać z taką masą ludzi o ich ukrytym życiu, o którym często nie mieli odwagi opowiedzieć nawet rodzinie. Wyrobiłem w sobie umiejętność szybkiego zadawania najważniejszych pytań. Krótka gra wstępna, do orgazmu dochodzimy w minutę. Prawdziwy uniwersytet.

 

Co cię wyleczyło z tamtego myślenia?

Wszystko, co wydarzyło się później, oddźwięk, jaki przynosi moje pisanie. OK, popełniłem masę błędów – i bardzo dobrze, już się ich nie wstydzę. To były ważne etapy. Żałuję tylko jednej rzeczy w życiu. Że nie znam angielskiego. Tyle jeżdżę po świecie przy okazji tłumaczeń moich książek, lubię to bardzo, a znam wszystkiego z dziesięć słów. I jak dostałem ostatnio maila z propozycją pisania felietonów do „New York Timesa”, to poczułem, że to jednak poniżające.

 

Felietony i tak potrzebowałyby tłumacza.

No, jasne, ale powinienem na maila odpowiedzieć sam, pojechać do nich, pogadać, wyrobić sobie tzw. kontakty. A tak czuję się ułomny. Niedawno byłem na targach książki w Nowym Jorku i wszystko miło, ale wpisując dedykację, mogłem tylko zapytać „For ”. Amerykanie niby są mili i niczego nie dają po sobie poznać, a jednak na jednym spotkaniu jakiś facet zapytał „Co czuje autor z Europy Wschodniej, gdy jego książka jest wydawana w Stanach ”. No, jak ja się wkurzyłem!

 

I co zrobiłeś?

Odpowiedziałem bardzo grzecznie, że czuję dokładnie to samo, co czułem, gdy ukazywała się na Słowacji i w Słowenii. Że cieszę się, gdy ktoś na świecie za sprawą mojego pisania przez chwilę patrzy na rzeczywistość moimi oczami.

 

Przypomniałeś sobie siebie debiutującego w 1983 r. w „Na Przełaj”  Dobry tygodnik, stolica, a tu chłopak ze Złotoryi. Też pewnie był postrzegany jako prowincjusz i też czegoś nie umiał.

Kiedyś w „Wysokich Obcasach” zamieściliśmy taki projekt Łukasza Sakiewicza. Obok zdjęć legitymacyjnych z pierwszego roku studiów pokazaliśmy fotografię tych samych osób na drugim, trzecim roku. I to nie byli ci sami ludzie, fryzury większe, ciuchy kolorowe, bardziej wyraziste twarze, było ich po prostu więcej. Owszem, mogę się wstydzić, że nie mówię po angielsku, ale nawet w Nowym Jorku nie mam już poczucia winy, że nie ma mnie więcej. Zżerało mnie, gdy przeniosłem się do Warszawy ze Złotoryi.

 

Przecież publikowałeś jeszcze jako licealista. To nie pomagało?

Nie, bo to był sukces na miarę Legnicy. Skończyłem liceum ekonomiczne, gdzie uczyłem się księgowania, a na hasło Kafka myślałem, że chodzi o małą kawę. Zjechałem do Warszawy tydzień przed początkiem roku akademickiego i jeździłem przez cały ten czas na chybił-trafił autobusami, żeby poznać miasto.

 

Miałeś zawrotne jak na owe czasy tempo. Dziennikarze z twojego pokolenia nie zaczynali pisać w liceum, nie mieli dziennikarskich etatów na studiach i wyrobionego nazwiska w wieku 24 lat. Co cię tak pchało? Bieda? Lęk? Ambicja?

Pragnienie, żeby się wszyscy przekonali, że ten Szczygieł to nie jest głupi chłopak. A jak już zaczęło mi wychodzić, to chciałem więcej głasków. Jestem przecież narcyzem.

 

I próżność dała ci odwagę, żeby w 1990 r. wejść do kultowej redakcji „Gazety Wyborczej”, w której w owym czasie chcieli pracować absolutnie wszyscy?

Skąd! Pamiętam, że przeczytałem wywiad z Antonim Pawlakiem w reaktywowanym wówczas „Po Prostu”. Mówił, że „Gazeta Wyborcza” ma wszystko poza dobrymi reporterami i że reportażem tam zajmuje się Hanna Krall. I tyle. Nie zrobiłem nic. Nie zadzwoniłem, nie próbowałem się spotkać. Odważyłem się, dopiero gdy mój znajomy zaczął między nami pośredniczyć. I powiedział wyraźnie: „Krall chce usłyszeć, jaki masz temat”. Nigdzie i nigdy nie próbuję się wciskać. Nie robię pierwszego kroku. Upominanie się o siebie byłoby żebraniem, a ja nie lubię żebrać.

 

Żebrak nic nie ma. Ty też nic nie miałeś?

Miałem, ale przekonałem się o tym później, w „Gazecie”. Od razu byłem doceniony, poszło lawiną. Wynikało to z dwóch rzeczy: ja naprawdę dobrze piszę, to po pierwsze. A po drugie, ludzie mnie lubią, bo przyjemnie się ze mną załatwia sprawy. Nie spieram się ani nie konfliktuję. Staram się upraszczać sobie życie.

 

A nie upraszczasz przy okazji trochę świata?  Niemal wszystkie twoje teksty są ciepłe i pogodne.

Gdy zaczynałem prowadzić „Na każdy temat”, na samym początku, kiedy jeszcze tylko miałem przez chwilę zastępować Andrzeja Woyciechowskiego, potwornie się myliłem i niczego nie umiałem. Pracowała z nami wtedy taka redaktorka, Beata jej było na imię. I przy montażu pierwszego odcinka usłyszałem, jak ona mówi do reżysera: „Ty widzisz, jak on siada ! Jak rolnik. To się do niczego nie nadaje! Nie zauważyłeś tego wcześniej !”. A Witek jej odpowiedział „Beatko, zapewniam cię, że gdy Andrzej do nas wróci, to wszyscy widzowie będą tęsknili do tego sposobu siadania Mariusza”. Z wady zrobił zaletę. Mało kto to potrafi. Starałem się tego od niego uczyć. Myślę, że warto, widząc rzeczy negatywne, neutralizować je innymi, przyjemnymi, ciepłymi.

 

Ale w reportażu „Śliczny i posłuszny” napisałeś historię dzieciobójczyni. Po to, żeby sobie i wszystkim wokoło udowodnić, że jednak jako reporter umiesz być też mroczny?

Nie możesz być ciągle miły. Musisz czasem zabić. Poza załatwieniem pewnej sprawy chciałem tym tekstem też pokazać, że jestem bardziej różnorodny niż ten sympatyczny gość od Czechów. Śpiewam raczej wesołe piosenki, ale czasem wyjdzie mi „Niech żyje bal”. Bo gdy chodzi o reportaż, to jestem Marylą Rodowicz.

 

A Wojciech Tochman to Czesław Niemen?

Otóż to! Myślę, że w tamtym tekście jest też próba obrony mojej bohaterki. Nie sądziłem, że moc oddziaływania tego reportażu będzie aż tak potężna. Zaczęli do mnie pisać rodzice, że już nigdy nie uderzą swojego dziecka. Na spotkaniach autorskich ludzie dziękowali, bo sami byli bici w dzieciństwie. Myślę, że symbolicznie zemściłem się tym tekstem na ich katach i o tym próbowali mi powiedzieć.

 

Ludzie ci dziękują za to, że rozprawiłeś się ze złą kobietą, odczarowujesz cudze winy, a jeszcze do tego wszyscy cię lubią, mimo że masz takie ogromne ego.

Czytam ostatnio takiego myśliciela Osho, co to ponoć miał kolekcję mercedesów. On uważał, że ego trzeba porzucić w imię prawdziwego siebie i wyzbycia się złudzeń. A ja myślę, że bez ego nie wyszlibyśmy z jaskiń. To ludzkie ego, skłonność do rywalizacji, powoduje, że świat idzie naprzód, pojawiają się wynalazki. Po co mam porzucać ego, zwłaszcza gdy wreszcie całkiem dobrze się z nim czuję?

 

Przed chwilą powiedziałeś, że w twoim życiu wszystko działo się jakby bez większych starań, telefon dzwonił sam, ty go tylko odbierałeś. To gdzie tu rywalizacja?

W życiu o nic nie walczyłem ani nie będę walczył. Nie zabiegałem o to, żeby mój tekst był pierwszy w numerze, żeby na okładce było nazwisko moje, a nie koleżanki. Nigdy nie uważałem, że wybrany temat muszę opisać jako pierwszy i jedyny.

 

Ale parę newsowych hitów miałeś na jedynce „Gazety Wyborczej” na początku swojej kariery. To też przyszło samo?

Tak, bo wcale nie chciałem tak pisać! Musiałem, bo miałem dyżury reporterskie. Kazali mi te historie spłaszczać, formatować na potrzeby depesz, nie cierpiałem tego, chciałem pisać swoim stylem. Jak trafiłem na aferę w PZU, to najbardziej ciekawiła mnie dyrektorka oddziału, która straszyła, że się zemści. Sama sprawa interesowała mnie mało. Rychło też dali mi w redakcji spokój, zrozumieli, że się do tego nie nadaję. Nie walczyłem o pozycję. Na kolegia nie przychodziłem, spałem do 14, nie prowadziłem jedynki ani dwójki, chociaż byłem kierownikiem działu. Gdy coś mi kazali, odpowiadałem, że odchodzę. Nigdy nie robię czegoś, czego nie chcę.

 

Takie numery to chyba tylko w złotych latach 90. Kto dzisiaj zaryzykowałby dobrą posadę takimi zachowaniami?

Ale w 2001 r. też był kryzys. Kiedy odchodziłem z Polsatu, miałem propozycję z siedmiu różnych redakcji. Jakoś chyba się ludzie zakochiwali w tym moim pisaniu.

 

Może w tobie, nie w pisaniu. W tym, że jesteś taki słodki.

Jednak w piśmie liczy się tekst, a nie osoba autora. Niemniej jestem miłym gościem. Nie konfrontuję się. Nie kłócę. Gdy robiłem „Antologię reportażu XX wieku”, musiałem czasem zdobyć zgody na publikację tekstów. Sam wiesz, jacy są reporterzy – nie ma gorszych narcyzów. Pewnej pani, która bardzo się upierała, żeby mi wcisnąć tekst, który sama lubiła najbardziej, powiedziałem tak: „Pani Ewo, pani ma 12 córek i każda jest piękna. Chce pani, żebym poślubił tę wysoką blondynkę. Ale ja jej nie kocham, bo straciłem głowę dla tej niskiej brunetki”. Nie wiedziała, co odpowiedzieć, była moja. Jestem dobrym manipulatorem, ale w mojej manipulacji ważne jest, żeby nikt nie cierpiał. Załatwię każdą sprawę bez przelewu krwi.

 

Po prostu uwodzisz. Ciekawe, kiedy się tego nauczyłeś?

Kiedy byłem mały, nie mogłem wytrzymać, gdy kłócili się moi rodzice. Nauczyłem się ich obłaskawiać do tego stopnia, że za moją namową przeprowadzili się do Warszawy i jako starsi ludzie trzy razy zmieniali tu mieszkanie. Po dziś dzień nie wytrzymuję kłótni. Wyłączam Monikę Olejnik, kiedy zaczyna się kłócić z gośćmi, i przełączam się na kanał o urządzaniu wnętrz. Ja walczę inaczej. Gdy czytam agresywne recenzje moich książek, piszę do recenzentów, że im dziękuję. Że dzięki nim zwróciłem uwagę na coś, czego wcześniej nie widziałem i gdy się zastanowię, to widzę nawet więcej wad niż oni. Bo lubię przejąć kontrolę nad krytyką. Twoje musi być na wierzchu. Nie uwierzyłbyś, jak oni odpowiadają. Piszą, że tak naprawdę to wcale tak nie myśleli, ta recenzja to tak na szybko, na kolanie w zasadzie i wcale nie są przekonani, że mają rację. Kolekcjonuję te maile.

 

Jak trofea. Maile miłosne od krytyków zamiast ich głów nad kominkiem.

To jest mój sposób istnienia w świecie. Nie bez kosztów. Przez dwa lata walczyłem z ciężkimi psychosomatycznymi problemami jelitowymi. Przeszedłem psychoterapię. Dla wielu ludzi mówienie innym „spadaj” jest proste jak wydalanie. Dla mnie nie. Po dziś dzień męczę się i pocę, gdy muszę to zrobić. Ale już umiem, mogę. Słodziakiem więc już jestem bardziej z wyboru niż konieczności. Wiem, że to czasami lepsza strategia.

 

Skoro wszyscy muszą cię kochać, to chyba nikogo do siebie nie dopuszczasz. Nikt nie widzi cię brzydkiego.

Zaraz, czy ty byś chciał, żebym teraz powiedział, że w wigilijny wieczór siadam do komputera i jako hitler_888 wypisuję na jakichś forach, że nienawidzę? Ja mam zupełnie inne problemy. W młodości używałem kłamstwa, żeby było przyjemnie. Śmiertelnym wrogom potrafiłem „w zaufaniu” powiedzieć, że mówią o sobie za plecami miłe rzeczy. Dopiero mój terapeuta mi pokazał, ile w tym jest agresji. Nie umiem przywalić, to zmanipuluję. Gdy byłem kierownikiem w „Gazecie”, to moim reporterom zapisywałem plusy w specjalnym zeszycie. A to czyjś tekst miał dużo odsłon na portalu – plus, ktoś komuś pomógł w dokumentacji – plus. Niby to było po to, żeby mieć podstawę do ocen rocznych. Mój terapeuta mówił, że ponieważ nie daję sobie prawa do strzelania do ludzi z karabinu, to zamieniam to na strzały miłości.

 

Zgodnie z odwróconą logiką twojej psychiki – komuś, kogo bardzo kochasz, musiałbyś robić awantury. To byłby dowód, że czujesz się z nim swobodnie.

Ale ja nigdy tak nie robię. Porzucam albo wychodzę bez słowa i mnie nie ma. Trzy razy w życiu miałem straszne kłótnie. Niezdrowe, bo do tych ludzi trzeba było wzywać pogotowie. Mówiłem tak straszne rzeczy, że nie wytrzymywali. Ale tylko w pracy. W życiu prywatnym to się nigdy nie zdarzyło.

 

Skoro tak wysoko trzymasz gardę i nigdy nie pokazujesz najsłabszych stron, to po co mi to wszystko powiedziałeś?

Bo jak czytelnicy widzą taki rodzaj szczerości, to bardziej wierzą w moje reportaże.


Rozmowa z Mariuszem Szczygłem ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
wajrak
Dominika Gajda/Reporter

„W lesie boję się tylko myśliwych" – mówi Adam Wajrak

Puszcza Białowieska to jedyny naturalny las w Europie. Jeden z najstarszych na świecie. Znanego dziennikarza Adama Wajraka puszcza najpierw przeraziła. A potem stała się jego domem.
redakcja „Uroda Życia” Jakub Janiszewski
31.07.2020

Adam Wajrak mieszka w Puszczy Białowieskiej od 23 lat. Razem ze swoją żoną, biolożką i badaczką dzikich zwierząt Nurią Selvą Fernandez działa na rzecz ochrony przyrody. Walczyli o zachowanie Doliny Rospudy. Protestowali przeciwko wycince drzew w Puszczy Białowieskie j i traktowaniu jej przez polityków jako lasu gospodarczego. Teraz Nuria wraz z wieloma innymi naukowcami podpisała protest w sprawie wykorzystywania drewna z naszych lasów jako paliwa w elektrowniach. Bo będzie to prowadziło do wycinki drzew na znacznie szerszą skalę W ich domu zawsze jest mnóstwo zwierząt – jeżyki, bociany, kuny, wydry, kruki i oczywiście psy. Niektóre, jak wydrę Julka wychowywali od maleńkości. Nuria jest naukowcem, Adam – dziennikarzem i popularyzatorem przyrody i ekologii. To m.in. dzięki niemu i jego autentycznej miłości do natury mnóstwo ludzi podchodzi z większą empatią do lasu i jego mieszkańców, wielu zainteresowało się samą Białowieżą. Dla Wajraka dziki las to naturalne środowisko. „Boję się tu tylko myśliwych” – powiedział w rozmowie z nami. Jakub Janiszewski: Pamiętasz swoją pierwszą wycieczkę do lasu ? Nie. Pamiętam, że tata, który pochodzi ze wsi na Lubelszczyźnie, zabierał mnie na grzyby. Ale to był zupełnie inny las niż ten, w którym teraz mieszkam. Bo pierwszą wizytę w Puszczy Białowieskiej pamiętam jak dziś . Arek Szymura, ornitolog, zabrał mnie i mojego przyjaciela Szymona Kaczanowskiego na wycieczkę do ścisłego rezerwatu. Myślałem, że idziemy do zwykłego lasu, a to wcale nie był las. To była jakaś mroczna sprawa. Byłem przerażony, że takie coś w ogóle istnieje. Kurcze, gdzie ja jestem, jak ja tu trafiłem. Nieźle się zaczyna. Puszcza jest bardzo nietypowym lasem. Innym niż to, co większość z nas zna. Masa wywalonych drzew, poskręcanych, dziwacznych, wielkich. No...

Czytaj dalej
najsztub
Fot. PAP/Marcin Kaliński

Piotr Najsztub pierwszy raz o wypadku, nowej knajpie i nowym życiu

Znany dziennikarz mówi o nowym pomyśle na życie – knajpie Kur&wino, kobietach, które zastępują mu rodzinę i… wnuczku, Gustawie.
Agnieszka Dajbor
10.12.2020

Piotr Najsztub jest jednym z najpopularniejszych polskich dziennikarzy. Pracował w „Gazecie Wyborczej”, był m.in. wicenaczelnym magazynu „Viva!” , redaktorem naczelnym „Przekroju”. Jest kontrowersyjną postacią. Jedni go lubią za błyskotliwą inteligencję i za to, że – co by się nie działo – chce żyć na własnych warunkach. Innych co najmniej drażni. Bywa prowakacyjny, zadaje „bezczelne” pytania na granicy dobrego smaku, sprawia wrażenie człowieka, który nie liczy się z odczuciami i opiniami innych. W Tok FM prowadzi z Tomaszem Piątkiem audycję „Prawda was zaboli”.  Trzy  lata temu zrobiło się o nim głośno, choć tym razem nie w powodów zawodowych. Spowodował wypadek, potrącił na pasach starszą kobietę. Gdy mówi nam o tym wypadku, przyznaje, że miesiącami mu się odtwarzał. Od kilkunastu miesięcy na warszawskim Muranowie prowadzi restaurację „Kur&wino”. Wiesza wywrotowe hasła, ale serwuje mega tradycyjne dania, które w pandemii sam rozwozi – ogórkową, pomidorową, mielone. Ludzie czasami pytają: „Czy Pan to Pan?”. W czasie Strajku Kobiet wywiesił na drzwiach plakat z błyskawicą, dawał zniżki protestującym. Mówi o sobie: „Robiłem różne rzeczy i na ogół dobrze mi wychodziły, co jest może moim przekleństwem”. Agnieszka Dajbor: Piotr, ile Ty już w życiu miałeś ról: byłeś dziennikarzem, byłeś redaktorem naczelnym, restauratorem, gwiazdą telewizji, dyrektorem kreatywnym. W międzyczasie byłeś człowiekiem poszukiwanym przez mafię, hodowcą psów, spowiednikiem kobiet. Teraz znowu prowadzisz knajpę – „Kur&wino”, na jakim etapie życie teraz jesteś? Piotr Najsztub: Nie mam poczucia że za mną są jakieś kolejne etapy życia. Wydaje mi się, że jestem taki, jak...

Czytaj dalej
Dawid Ogrodnik
fot. Szymon Szcześniak

Dawid Ogrodnik: „Jestem wierzący, ale dziś już nie praktykuję”

„W Hollywood za takie role dostaje się Oscary”, piszą krytycy po każdym jego filmie. Genialny w „Ostatniej rodzinie”, „Cichej nocy” i „Ikarze. Legendzie o Mietku Koszu”.
Magdalena Żakowska
10.11.2020

Mieszkałem przez rok na plebanii i wyciągnąłem z tego doświadczenia przerażający obraz tego, co się dzieje w Kościele. Byłem świadkiem sytuacji, kiedy księża pod pretekstem urlopu wyjeżdżali na seksualne orgie do Niemiec – mówi w wywiadzie Dawid Ogrodnik.  Przed nim kolejne wielkie role: w „ Na pełnej petardzie” zagra ks. Jana Kaczkowskiego, w „Broad Peak” – jednego z najlepszych polskich himalaistów Adama Bieleckiego, a w planowanym na ten rok „Najmro. Kocha, kradnie, szanuje” – kanciarza i „mistrza więziennych ucieczek” Zbigniewa Najmrodzkiego.  Magdalena Żakowska: Ile jest Dawida Ogrodnika w Mieczysławie Koszu?   Dawid Ogrodnik: Nie chciałbym, żeby ktoś poza mną znał odpowiedź na to pytanie. Ale odpowiem tak: w filmie są trzy sceny, które nie są historią Mieczysława Kosza. Jedna jest historią Krzysztofa Komedy – to ta scena, w której pijany Kosz nie może przypomnieć sobie melodii utworu, który ma zagrać na koncercie, i prosi kolegę, żeby mu zanucił. Druga dotyczy relacji Kosza z jego partnerką. A trzecia scena jest sceną z mojego życia. Opowiedziałem ją Maćkowi Pieprzycy i stwierdziliśmy, że warto ją umieścić w filmie, bo dobrze oddaje też prawdę o Koszu.  Która to scena? Nie mogę powiedzieć. To zbyt osobiste. Ta rola to taka kreacja totalna. Jak w filmie „Chce się żyć”, gdzie zagrałeś chłopaka z porażeniem mózgowym, czy w „Ostatniej rodzinie”, gdzie wcieliłeś się w postać Tomasza Beksińskiego.   Tym razem moje przygotowania polegały na tym, że Lech Możdżer przysyłał mi filmy, w których gra – z różnych ujęć kamery w swoim mieszkaniu we Wrocławiu, a ja odpalałem je na laptopie, a potem godzinami próbowałem odtworzyć. Ćwiczyłem też grę na...

Czytaj dalej
Fot. Mariusz Grzelak / Reporter

Kreszowe dresy, biust Sabriny i marzenia o złotym życiu. Max Cegielski wspomina lata 80.

Max Cegielski napisał świetną powieść o latach 80. „Prince Polonia” to historia o maturzystach ze Szczecina, którzy w czasach, kiedy w Polsce rodził się kapitalizm, postanawiają zbić fortunę. Nie do końca legalnie.
Anna Zaleska
30.06.2020

Dżinsy marmurki, getry z lajkry, wielkie plastikowe klipsy, włosy układane na cukier, szkolne dyskoteki przy muzyce Modern Talking i Papa Dance... Każda z nas ma własne wspomnienia z lat osiemdziesiątych, ale Max Cegielski na kartach powieści „Prince Polonia” (wyd. Marginesy) dowodzi, że wiele doświadczeń mamy wspólnych. Jego opowieść o czasach, kiedy w Polsce rodził się kapitalizm, otwierając przed młodymi ludźmi nieznane wcześniej możliwości, jest fascynująca i chwilami bardzo zabawna. Anna Zaleska: Ludziom, którzy jak ja w latach 80. chodzili do liceum, serwujesz swoją książką „Prince Polonia” kapitalny powrót do przeszłości. Skąd pomysł, by o tych czasach napisać powieść? Max Cegielski: Jednym z głównych powodów było to, że chciałem wrócić do mojego okresu nastoletniego, do tamtych wspomnień i tamtych emocji. Urodziłem się w 1975 roku, ale pod koniec lat 80. byłem już całkiem dojrzałym chłopakiem. Mieszkałem tylko z matką, więc musiałem szybko dorosnąć. Zresztą rodzice w ogóle starali się wychowywać mnie tak, by dawać mi sporo wolności. Mając 12 lat robiłem różne rzeczy, których normalnie dzieciaki nie robią. Naszą sąsiadką w bloku na Stegnach była Helena Łuczywo. Z jej córką Łucją regularnie nosiliśmy Tygodnik Solidarność do mieszkań po drugiej stronie osiedla albo jakieś bibuły do Wujców. Helena zabierała nas też na demonstracje. No i często były u niej naloty tajniaków, więc i to mogłem obserwować. Licealiści w twojej powieści to z jednej strony poeci, początkujący opozycjoniści lub artyści, z drugiej młodociani cinkciarze i złodzieje samochodów. Ale w większości to „złoty środek”, czyli „ludzie wahający się między ambicją zdawania na studia a potrzebą zarobienia na wieżę stereo”. Ty gdzie się...

Czytaj dalej