Mariusz Szczygieł: „Absyntu też spróbowałem pierwszy raz tutaj…”
East news

Mariusz Szczygieł: „Absyntu też spróbowałem pierwszy raz tutaj…”

Tylko u nas premierowo trzy praskie miejsca, które uwiodły Mariusza Szczygła: ulubiony antykwariat, kawiarnia, gdzie umawia się na wywiady, most samobójców.
Mariusz Szczygieł
25.05.2020

Ta książka wzięła się ze zdenerwowania – opowiada Mariusz Szczygieł. Z kolei zdenerowanie wzięło się stąd, że od czasu jego pierwszych publikacji o Pradze – a zachwycił się stolicą Czech 20 lat temu, wiosną 2000 roku – nie ma tygodnia, by ktoś go nie prosił o wskazanie w niej miejsc magicznych, ważnych, osobistych. „Nadmiar tych próśb, a zwłaszcza niemożność odpisywania na wszystkie, zaczął mnie irytować, postanowiłem więc zamienić to uczucie w coś pozytywnego. Napisałem przewodnik, do którego wszystkich będę teraz odsyłał”, mówi.

W „Osobistym przewodniku po Pradze” nie ma mostu Karola i Hradczan. Jest za to pomnik socjalistycznego braterstwa, który stał się pomnikiem dwóch gejów, są lokale, w których pili Hrabal, Kafka i Hašek, jest „główna burżuazyjna aleja”, kościół w apartamentowcu i gwiazda wszystkich willi. Miejsca opisywane w przewodniku sfotografował Filip Springer. Dodatkową atrakcją jest wydany równocześnie audiobook, którego można słuchać, wędrując po Pradze tropami Mariusza Szczygła.

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Dowody na Istnienie, prezentujemy premierowo trzy opowieści Mariusza Szczygła o miejscach, które go uwiodły:

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

1. Podzemní Antikvariát, ul. Hybernská 22

„Nawet jeśli nie czytacie po czesku, warto tu wejść. Antykwariat Podziemny istnieje od 2007 roku. Musicie ostrożnie schodzić po stromych schodach, a gdy już zanurzycie się w piwnicznych wnętrzach, nie wywiniecie się tak łatwo. Jeśli nie znacie czeskiego, czekają na Was stare obrazy, grafiki, rysunki i sztychy. Na każdym skrawku ściany, którego nie zajmują półki z książkami, wiszą oprawione dzieła sztuki. Od bardzo tanich po drogie. Już samo przejście z bramy na podwórko sugeruje, że jesteśmy w miejscu, które ma nas wyrwać z rzeczywistości: wymalowane w dziwne stwory ściany neoklasycystycznego wnętrza kamienicy zapowiadają nierealną przygodę.

Podziemny Antykwariat / Fot. Filip Springer

Pamiętam dzień, kiedy szukałem tam wszystkich możliwych książek pisarki i poetki – mojego ówczesnego odkrycia – Věry Linhartovej, która przestała w latach sześćdziesiątych pisać po czesku, bo „zużyła cały język”, i została pisarką francuską. Jest wielką nieobecną w mojej książce „Nie ma”. To jej wiersze tak poraziły Violę Fischerovą (wielką obecną w „Nie ma”), że na dziesięciolecia przestała pisać, oszołomiona talentem przyjaciółki.

Tego dnia rano usłyszałem w radiu informację, która na ułamek sekundy zasiała we mnie wątpliwość, czy warto żyć życiem, jakim żyję, i czy dosłownie za chwilę nasz świat się nie skończy. Przeżywam czasem takie nanosekundy beznadziei, którą czuję fizycznie w brzuchu. Spleen w formie drobinki kurzu siada mi wówczas na języku. Bo niekiedy dopadają mnie takie właśnie informacje jak ta z rana. „Trump dał się oszukać Kimowi…”. I tak dalej.

Jeśli tylko uda mi się tę drobinkę zmieść z języka, a może połknąć i przetrawić, dociera do mnie z jeszcze większą siłą postanowienie: tak, rób to, co lubisz najbardziej, bo jedynie to ma sens. Zszedłem więc do podziemi najwspanialszego antykwariatu w Pradze i pamiętam swoje zdumienie: nie było tam Trumpa ani Kima… Za to kilkoro Czeszek i Czechów w ciszy wyciągało z półek jakieś kąski dla siebie. Mówię nie o pracownikach, ale o mieszkańcach Pragi, którzy regularnie w wolnym czasie odwiedzają antykwariaty w centrum lub w swoich dzielnicach, gdzie stare tytuły zalegają w przystępnych cenach, dopływ nowych-starych książek jest duży, warto więc polować na ciekawe okazy.

Jestem pewny, że wielu prażan schodzi właśnie tu, w podziemia, jak do prywatnego schronu.

Kavárna Slavia, ul. Národní 1

Pamiętam, jak trafiłem do niej dwadzieścia lat temu. Byłem oszołomiony, bo takiej kawiarni nie miała i nie ma do dziś Warszawa ani nawet Kraków. Tak przestronnej, z wyjątkowo dopracowanym wnętrzem art deco, a przede wszystkim z takim widokiem. Kiedy usiądzie się na wprost wielkich okien, można zobaczyć jedną z najpiękniejszych widokówek Europy, tyle że live.

Hradczany z poddaną im Wełtawą, zwłaszcza po zmierzchu, zachowują się chyba na zawsze wszystkim we wspomnieniach i nie spotkałem jeszcze nikogo, kto by tym pejzażem wzgardził. Ale nawet gdyby w kawiarni nie było wolnych miejsc z widokiem na rzekę i Hrad, można usiąść tyłem do nich i przez inne wielkie okna przyglądać się murom Teatru Narodowego, który Czesi nazywają z szacunkiem Złotą Kapliczką.

Nie da się z kawiarni objąć wzrokiem całej budowli, jest zbyt blisko. Dlatego też zawsze mam poczucie, jakbym z budynkiem teatru obcował niemal intymnie. A ponieważ po ruchliwej alei Narodowej i po jeszcze bardziej zatłoczonym nabrzeżu wciąż wędrują turyści, siedząc w Slavii, czuję, że tkwię w jednym z centrów świata. Na przecięciu jakichś niezbędnych dla organizmu Europy arterii.

Tutaj najlepiej odpowiedzieć sobie na pytanie czeskiego filozofa Antonina Kosika: czy kawiarnia to świat, czy okno na świat? „To, co jest na zewnątrz, co nie należy do kawiarni, jest chaosem, Syberią, niepogodą, szarugą, bezczelnym upałem, nagłą ulewą, pośpiechem lub powolnością, rytmem, a więc czasem, z którego sideł nie można się bezkarnie wyplątać”.

Świat chaosu kontra świat kawiarni. (...)

Kawiarnia Slavia / Fot. Filip Springer

Przed wejściem Czech do Unii Europejskiej stawiłem się w Slavii na spotkaniu dziennikarzy z byłym już prezydentem Havlem, ale krępowałem się do niego podejść. Szczerze: nie wiedziałem, co miałbym mu powiedzieć. (Cztery lata później Divadlo Husa na provazku w Brnie wystawiało teksty Havla uzupełnione moimi. Dostałem zaproszenie na premierę, gospodarze zapewniali: „Pan prezydent cieszy się, że pana pozna”, jednak na przedstawienie Cirkus Havel nie pojechałem. Nie tyle z nieśmiałości, co z onieśmielenia. Wciąż nie wiedziałem, co miałbym panu Havlovi powiedzieć. Teraz żałuję).

W Slavii przeprowadziłem wiele rozmów do książek. Najpierw rozmówcy wybierali ją sami. Potem ja proponowałem w niej spotkania. Jakbym poważnie wziął sobie do serca zdanie: „Jeśli gdzieś się koncentrowało czeskie myślenie, to właśnie tu, w Slavii”.

Absyntu też spróbowałem pierwszy raz tutaj. Wypity tylko z lodem lub cukrem zawsze uszkadzał mi struny głosowe na godzinę lub dwie. Za mocny! Ale Slavia podaje zielony trunek na swój sposób: jedna trzecia absyntu plus dwie trzecie szampana. Według upodobań – wytrawnego albo słodkiego.

Do kawiarni Slavia zapraszam zawsze na koniak swoich rodziców, kiedy przyjeżdżamy do Pragi. Zwłaszcza po spektaklu na scenie Laterna Magica, gdzie chodzimy na przedstawienia taneczne. To ten budynek ze szkła i luksferów z 1984 roku, który powstał sto lat po narodzinach Slavii. Stoją niemal naprzeciwko siebie. Stylistycznie sobie obce, dzieli je kilka epok, ale jedno przecież łączy: i do kawiarni, i do teatru wchodzi się z oczekiwaniem. Jakim? Możemy tego dokładnie nie wiedzieć. I to jest właśnie najprzyjemniejsze.

Lampy Krištofa Kintery: a) Park Folimanka, ul. Sekaninova 20 b) skrzyżowanie Nábřeží Kapitána Jaroše i ul. Dukelských Hrdinů

Odległość między życiem a śmiercią to czterdzieści dwa metry. Przynajmniej na moście Nuselskim. Długi na prawie pięćset metrów, szeroki na ponad dwadzieścia sześć. Ma sześciopasmową jezdnię, a pod nią w tunelu jeżdżą wagony metra. Zaczyna się w śródmieściu, unosi się nad Wąwozem Nuselskim, nad starymi ulicami Nusli i wbija w socjalistyczne osiedle Pankrac. Powstawał od 1975 do 1989 roku.

Czterdzieści dwa metry wysokości zawsze zaręczały pewną śmierć samobójcom. Ich liczbę szacuje się na od dwustu pięćdziesięciu do trzystu pięćdziesięciu. Most najpierw miał metrową balustradę. W 1990 roku samobójców było tylu, że umieszczono pod nią wzdłuż całej długości mostu półtorametrową siatkę zabezpieczającą, ale i tak na nią wchodzili. W 1997 roku podwyższono więc wysokość balustrady do dwóch metrów i sześćdziesięciu centymetrów, nadal jednak się na nią wspinali. W 2008 roku została nadbudowana elastyczną siecią z bardzo śliskiego metalu, zagiętą do wewnątrz. Podczas testów nie zdołali jej pokonać nawet alpiniści. Most Nuselski przestał być dla śmierci wygodny.

Większość desperatów wybierała tę część mostu, która przechodzi nad skwerem. I właśnie tam, w parku Folimanka, rzeźbiarz Krištof Kintera stworzył proste w swojej wymowie dzieło. Ma uczcić pamięć wszystkich, którzy – jak się pięknie mówi w Czechach – dobrovolně odešli ze života, czyli dobrowolnie odeszli z życia. Pod mostem stoi od 2011 roku uliczna lampa, której górna część jest wygięta tak, żeby światło biegło do nieba. Tytuł instalacji to Z vlastniho rozhodnuti, czyli Decyzją własną. Artysta tłumaczył w mediach, że z mostu nie skoczył nikt, z kim miałby osobistą relację, lecz chyba nie zna nikogo, kto by nie znał kogoś, kto popełnił samobójstwo. I wyjaśniał, że lampy nie nazywa pomnikiem ani miejscem pamięci: – To memento mori. Gatunek sam w sobie. Przypomnienie, że nie da się uniknąć śmierci. Na słupie lampy przymocowana jest tabliczka z napisem: „Memento mori – tym, którzy w tym miejscu odebrali sobie życie”.

Kiedy lampę odsłaniano, jeden z urzędników miejskich stanął obok z tablicą: „Nie zgadzam się na pomnik samobójcy”, i tłumaczył, że instalowanie takiego symbolu jest „przeciwko cywilizacyjnemu trendowi – niezgody na odbieranie sobie życia”.

Lampa samobójców przy moście Nuselskim / Fot. Filip Springer

Krištof Kintera ma także na koncie inną realizację upamiętniającą śmierć. Tym razem bardzo konkretną: swojego kolegi, dziennikarza Jana Bouchala, który był aktywistą rowerowym. Bouchal zderzył się na rowerze z samochodem. Na skrzyżowaniu nabrezi Kapitana Jaroše i ulicy Dukelských hrdinů, które nazywano skrzyżowaniem śmierci. Właśnie o jego przebudowę, przyjazną pieszym i rowerzystom, zabiegał przez dwa lata przed wypadkiem.

Zrobiono to dopiero sześć lat po jego śmierci.

Teraz w tym miejscu od 2013 roku stoi Bike to Heaven (Kolo do nebe) – latarnia z rowerem na wysokości jedenastu metrów. Po jej słupie pojazd zmierza do nieba. Koła roweru i cztery lampy latarni obracają się przy silniejszym wietrze. Pokryte są płatkami srebra, które w przeciwieństwie do srebrnej farby podobno nie czernieją.

Najważniejsze dla rzeźbiarza jest to, że lampy nie są patetyczne ani krzykliwe. Zawsze powtarza, że lampy są skromne.

***************************************

Opowieści Mariusza Szczygła pochodzą z książki „Osobisty przewodnik po Pradze” wyd. Dowody na Istnienie. 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
prof. Stanisław Czudek
fot. Rafał Masłow

Prof. Stanisław Czudek: pierwszy Polak, który może operować w… kosmosie!

Został wybrany przez NASA do operowania astronautów, a on prowadzi szpital na czeskich peryferiach, bo jak mówi, jego celem jest uszczęśliwianie ludzi.
Maria Zawała
29.05.2020

Wybitny onkochirurg. Jeden ze 100 chirurgów na świecie, którzy mogą robić na odległość operacje astronautom przebywającym na orbicie. Prof. Stanisław Czudek to Polak pochodzący z Zaolzia, gdzie – jak sam mówi—  nauczono go, jak wielką wartością jest pomaganie.  Maria Zawała: Co pan, światowej sławy chirurg, członek wszystkich najważniejszych towarzystw naukowych, robi, proszę wybaczyć, w „nemocnici na kraji města”, czyli w szpitalu na peryferiach Zawiercia? Prof. Stanisław Czudek: To samo, co w klinikach Pragi czy Warszawy. Pomagam ludziom. A poza tym ci, którzy mnie tu zaprosili, mają naprawdę ambitne plany. Zobaczy pani, za pięć lat zrobimy tu klinikę jak w Nowym Jorku. Chyba że wcześniej łeb mi urwą.  A ktoś panu źle życzy? Zawsze się tacy znajdą, głównie ci, którzy w służbie zdrowia widzą tylko biznes. Naturalnie to jest biznes, ale na pierwszym miejscu zawsze powinno być dobro pacjenta. Kto tego nie dostrzega i kombinuje na boku, temu nigdy ze mną po drodze nie będzie.  W Warszawie pożegnał się pan z pewną dużą kliniką. Co się stało? To było tak, że dyrektor jednego z największych szpitali w Polsce poprosił mnie o pomoc w rozbudowaniu chirurgii małoinwazyjnej. Pani wie, że ja, pracując jeszcze w Trzyńcu, wyszkoliłem ponad tysiąc polskich lekarzy w technikach laparoskopowych? Uczyłem też tego chirurgów na całym świecie. Zgodziłem się naturalnie pracować w Warszawie. I któregoś dnia kolega, kierownik jednej z klinik, powiedział mi, że mają wolny gabinet w przychodni i że mogę sobie w wolnym czasie dorobić. W pierwszym miesiącu stała długa kolejka do kolegi, do mnie nikogo. W kolejnym miesiącu zaczęli do mnie pukać pierwsi pacjenci. Po kilku miesiącach kolejka stała tylko pod moim gabinetem, a kolega dziwnie na mnie patrzył....

Czytaj dalej
książki na lato
mat. prasowe

7 książek na czerwiec o kobietach i dla kobiet

Mamy w czym wybierać: ostatnie tygodnie to premiery książek Mariusza Szczygła, Janusza Leona Wiśniewskiego, Liane Moriarty czy Kristin Hannah. Zobaczcie, jakie książki warto zapakować na czerwcowy długi weekend albo pierwszy wakacyjny wyjazd.
Sylwia Arlak
05.06.2020

Książka na długi weekend? My mamy nawet siedem do wyboru: oprócz typowych powieści i opowiadań, w naszym czerwcowym zestawie znajdziesz biografię, poradnik psychologiczny i nietypowy przewodnik turystyczny. Jedynym kryterium wyboru było: ma wciągać i budzić refleksję. Zobaczcie, co proponujemy: 1. „Miłość i inne obsesje”, Liane Moriarty Liane Moriarty, autorka bestselleru „Wielkie kłamstewka” (nakręcony na podstawie książki serial możemy oglądać w Polsce na HBO) powraca z nową pozycją:  „Miłość i inne obsesje” (wyd. Znak Literanova). Bohaterka książki, Ellen jest hipnoterapeutką. Spotyka się z Patrickiem, wdowcem samotnie wychowującym syna. Podczas jednej z pierwszych randek, mężczyzna wyznaje, że prześladuje go jego była dziewczyna. Ellen stara się zrozumieć tę dziwną sytuację, ale towarzyszy jej coraz większy niepokój. Czy może wierzyć dopiero co poznanemu mężczyźnie? „Miłość i inne obsesje” to opowieść o wielkim uczuciu, pełna tajemnic i zagadek. Nie ma tu szalonych zwrotów akcji, ale powolne budowanie napięcia pomaga rozsmakować się w lekturze i lepiej zrozumieć motywy bohaterów. 2. „Prawdziwe kolory”, Kristin Hannah Amerykańską pisarkę, Kristin Hannah poznaliśmy jako autorkę świetnej powieści historycznej „Słowik” o dramatycznych losach dwóch sióstr, Isabelle i Vianne, w czasie II wojny światowej. W kolejnej książce „Prawdziwe kolory” pisarka po raz kolejny opowiada historię sióstr – tym razem bohaterek jest trzy: Winona, Aurora i Vivi Ann – które, aby ocalić rodzinę, muszą zmierzyć się z własnymi demonami. Uprzedzenia, zazdrość i wielka namiętność mogą poróżnić najbardziej kochające się osoby. „Prawdziwe kolory” (wyd. Świat Książki) to...

Czytaj dalej
Dia de Muertos - Święto Zmarłych w Meksyku, Uroda Życia
Getty Images

Meksykańskie Zaduszki – kolorowe, roztańczone i rozśpiewane. Skąd się wzięła ta tradycja?

Dzień Zmarłych w Meksyku jest kolorowy, huczny i wesoły.
Ola Synowiec
01.11.2020

Día de los Muertos, odpowiednik naszych Zaduszek, w Meksyku obchodzi się wesoło, hucznie i kolorowo. Dla „Urody Życia” o meksykańskich zwyczajach w noc z 1 na 2 listopada pisze Ola Janowiec, autorka bloga: mexicomagicoblog.blogspot.com: 1 listopada w Meksyku na dworcach, w restauracjach, a nawet w supermarketach wyrastają ołtarzyki dla zmarłych. Najbardziej imponujące można oglądać na głównym placu miasta Zócalo, kolejne – przy deptaku Francisco Madero, a te najsłynniejsze na tutejszym uniwersytecie, UNAM-ie. Szkoły organizują też konkursy na najpiękniejsze ołtarzyki, każda klasa przygotowuje jeden.  W piekarniach sprzedaje się pan de muerto, „chleb zmarłego”, czyli słodkie bułeczki drożdżowe. Cukiernie serwują zaś małe, kolorowe czaszki. – Tradycyjne robione były z cukru, teraz coraz częściej odchodzi się w stronę tych czekoladowych – wyjaśnia Sirani, moja meksykańska koleżanka. Sama kupuje kilka, tych z czekolady właśnie. – Na czole wypisuje się imię członka rodziny, kolegi lub koleżanki, a potem taką czaszeczkę daje się w prezencie w dowód sympatii – opowiada.  Miasto Meksyk – Parada masek na Dia de Muertos Już na tydzień przed właściwymi obchodami Święta Zmarłych w mieście Meksyk odbywa się z tej okazji parada. Jak na meksykańską historię jest to zwyczaj dość nowy, w 2019 roku parada odbędzie się dopiero po raz czwarty.  Zaczęto ją organizować po kolejnym filmie o Jamesie Bondzie, taka uroczystość pojawiła się bowiem w „Spectre” i pierwotnie nie miała nic wspólnego z meksykańskimi obchodami Día de los Muertos. – Musieliśmy stworzyć dodatkowe obchody z okazji Dnia Zmarłych, bo po Bondzie turyści zaczęli przyjeżdżać specjalnie na karnawał, jaki widzieli w filmie – wyjaśnia meksykański sekretarz...

Czytaj dalej
Gael Garcia Bernal
getty images

Gael Garcia Bernal: „Historii kina uczyłem się na wagarach, od kinowego biletera”

Aktora możemy oglądać w komedii „Tam gdzieś musi być niebo”
Anna Tatarska
25.02.2020

Jako dzieciak marzył, by być pediatrą. Dziś leczy ludzkie emocje. Gael García Bernal to jeden z najbardziej znanych latynoamerykańskich aktorów. Pochodzący z Guadalajary w Meksyku 40-latek przygodę z ekranem zaczynał jako dziecko. Od blisko 20 lat tworzy niezapomniane kreacje w międzynarodowych hitach: „I twoją matkę też”, „Amores perros”, „Babel”, „Mozarcie w dżungli” czy niedawno „Przedszkolance”. Ale Bernal realizuje się także jako reżyser. Jego drugi pełnometrażowy film „Chicuarotes” miał światową premierę na ubiegłorocznym festiwalu w Cannes. W styczniu na polskich ekranach pojawił się w słodko-gorzkiej, politycznie zaangażowanej palestyńskiej komedii Elii Suleimana „Tam gdzieś musi być niebo”. Anna Tatarska: Meksykańscy reżyserzy Alfonso Cuarón i Guillermo del Toro często podkreślają, że kiedy zaczynali karierę, popularne kino było mocno osadzone w estetyce kiczu. Jakie były pana pierwsze filmowe miłości? Gael García Bernal:  Jako młody chłopak rzadko oglądałem filmy meksykańskie, wybierałem raczej produkcje zagraniczne. Na wagary chodziłem do Kinoteki w Mexico City, bo była bardzo blisko szkoły. Oglądałem wszystko, co akurat było w repertuarze. Wtedy odkryłem takich reżyserów jak Wim Wenders czy Theo Angelopoulos. Później godzinami rozmawiałem o nich z kolegami. Wiedzieliśmy, że muszą być uznani, skoro ich filmy trafiły do Meksyku, ale wtedy, w latach 90., nie było jeszcze internetu. Nie tak łatwo dawało się znaleźć informacje o współczesnych reżyserach. Najwięcej wiedzy przekazywał nam bileter. Tłumaczył, kto jest kim. Dla chłopaka, którym wtedy byłem, rola w „Amores perros” była jak surrealistyczny sen.  „Babel” reż. Alejandro González...

Czytaj dalej