Gazety pisały: „Wszetecznica!”  Maria Skłodowska-Curie dla kochanka poświęciła wszystko, co miała
kolaż: Getty Images, East News

Gazety pisały: „Wszetecznica!”  Maria Skłodowska-Curie dla kochanka poświęciła wszystko, co miała

Czy 43-letnia kobieta, mądra, wybitnie zdolna i znana, ma prawo oszaleć z miłości i ulec namiętnościom, o jakie sama nigdy siebie nie podejrzewała? W taki romans wdała się Maria Skłodowska-Curie, wywołując skandal i zgorszenie.
Anna Tomiak
07.08.2020

Maria Skłodowska-Curie, noblistka i fizyk Paul Langevin, zbliżyli się do siebie w 1906 r. To on pocieszał Marię po tragicznej śmierci Piotra Curie. Ich przyjaźń szybko zmieniła się w miłość. Langevin był nie tylko wybitnym fizykiem, ale i wielkim erudytą. Byłby ideałem, gdyby nie był żonaty.  

Połowa 1910 r. Maria Curie i Paul Langevin kochają się od trzech lat, ale znają o wiele dłużej. Oboje należą do grona wybitnych fizyków skupionych wokół Sorbony. Paul jest młodszy od Marii o cztery lata. Kiedyś student jej męża, z czasem stał się jego najbliższym współpracownikiem i niemal codziennym gościem w domu państwa Curie. Ich przyjacielska zażyłość niepostrzeżenie przerodziła się w miłość.

Langevin przypomina Piotra Curie. Też jest wybitnym fizykiem, erudytą, równie błyskotliwy i ujmujący. „Należy do niewielu ludzi, których towarzystwo nie irytuje Marii...”, zauważa Maciej Karpiński w książce „Maria i Paul. Miłość geniuszy”. 

Kochankowie spotykają się codziennie w małym mansardowym mieszkaniu z niekrępującym wejściem przy Rue du Banquier, tuż obok Sorbony. Takim, jakie przeważnie wybierają niezamożni paryżanie, studenci czy ubodzy artyści. Umeblowane byle jak przypadkowymi sprzętami, ale to nie ma znaczenia. W listach nazywają je czule „chez nous” – u nas. 

Maria Skłodowska-Curie: noblistka, skandalistka

Burżuazyjna Francja początku XX w. nie jest purytańska, jest pruderyjna, uważa Françoise Giroud, autorka biografii Marii Skłodowskiej-Curie. Kobiety nie mają tam praw wyborczych (otrzymają je dopiero w 1945 r.!), nawet nie mogą bez pozwolenia męża wydawać zarobionych przez siebie pieniędzy. I tylko one są karane za cudzołóstwo, szczególnie wtedy, kiedy spotykają się z kochankiem w „domu małżeńskim”. Tym terminem ówczesne prawo określa każde lokum wynajmowane i opłacane przez żonatego mężczyznę. Co to może oznaczać dla Marii Curie?  Publiczny proces, niewyobrażalne upokorzenie, karę więzienia. 

Ale ona o tym nie myśli. Odkrywczyni nowych pierwiastków polonu i radu, laureatka Nagrody Nobla, krząta się po małej kuchni w paryskim mieszkaniu, gotuje barszcz ukraiński, przyrządza pieczeń, smaży konfitury. Najbliżsi przyjaciele, wtajemniczeni i czasem zapraszani do „chez nous”, dziwią się, że umie tak dobrze gotować. „Czy świat już jest gotowy, by zaakceptować to, że wielkie odkrycia naukowe rodzą się wśród smażenia konfitur i płaczu dzieci?” – pytają retorycznie. „Jestem kobietą, matką, a do tego Polką. Nie zapominajcie o tym” – Maria odpowiada z uśmiechem. 

Albert Einstein uważał, że Maria Curie nie należała do aż tak atrakcyjnych kobiet, by zagrozić innym małżeństwom. „A jednak mężczyzn przyciągał do niej jakiś szczególny magnetyzm, onieśmielający i fascynujący zarazem, który nie był jedynie emanacją intelektu”, uważa Karpiński. W każdym razie Paul Langevin poddaje mu się bez reszty. A i ona, jak każda zakochana kobieta, gotowa jest oddać wszystko dla jednej chwili bliskości w „chez nous”.

Ma 43 lata, ale wbiega na mansardę jak nastolatka, by po chwili paść w ramiona kochanka. Paul Langevin jest przystojny. Wysoki i postawny, ma pogodną twarz. Nosi starannie podkręcone bujne wąsy. Nietrudno ulec jego urokowi. 

W gronie wybitnych fizyków, przeważnie zamkniętych w swoim świecie, wyróżnia się elokwencją i szerokimi zainteresowaniami. Jest pierwszym uczonym, który zaangażował się w głośną sprawę kapitana Alfreda Dreyfusa (niesłusznie skazanego za zdradę państwa tylko dlatego, że był Żydem), stając w jego obronie. Podczas pierwszej wojny światowej założy Ligę Antyfaszystowską, po kilku latach przemianowaną na Ligę Praw Człowieka. 

Paul Langevin pisze, że żyje w piekle…

Ale w życiu prywatnym ten ideał jest fatalnie uwikłany w toksyczne małżeństwo. Langevin żeni się w wieku 26 lat z Jeanne, która wygląda jak subtelna dziewczyna z obrazów Renoira. Już wtedy ma słabość do ładnych kobiet. Nie przypuszcza, że małżeństwo z nią oznacza życie także z jej matką i siostrą. Obie wprowadzają się do jego domu, większość dnia spędzając w szlafrokach, przeważnie nieuczesane. Są jak złe duchy szukające okazji, by wtrącić się w nie swoje sprawy. Nie rozumieją, dlaczego wybitny fizyk poświęca się pracy naukowej „za marne grosze”, zamiast przyjąć intratne stanowisko w przemyśle. „Uniwersytety to nie są miejsca dla porządnych ludzi”, powtarza Jeanne. Jest osobą praktyczną, chce „żyć jak ludzie”. Rodzi czworo dzieci, ale o czym rozmawia z Paulem – nie wiadomo. Nie czyta niczego poza skrajnie prawicowym brukowcem „Le Petit Journal”, jej opinie to wytarte komunały z tej gazety. „W takim towarzystwie Paul Langevin – jeden z najwybitniejszych umysłów swego pokolenia – spędza swoje dnie (i noce, nie zapominajmy o nocach!)”, podkreśla Karpiński. 

Uczony skarży się, że żyje w piekle, które zgotowały mu trzy prymitywne i złośliwe kobiety. Na pogrzebie teścia Marii Curie pojawi się z siniakami na twarzy. „Wszystkim mówię, że spadłem z roweru, ale to nieprawda. Pobito mnie we własnym domu żelaznym krzesłem”, zwierzy się przyjacielowi. 

Maria sytuacją rodzinną Paula jest wstrząśnięta. „Nie możemy dopuścić, by ten człowiek, tak bliski mnie i Piotrowi, jego talent, inteligencja, jego wielki umysł, zostały zniszczone...”, przekonuje przyjaciół. Ale zajęta wychowaniem córek Ireny i Ewy oraz wykładami na Sorbonie nie wie, że przebiegła Jeanne podejrzewa męża o zdradę i śledzi go, nie robiąc z tego nawet specjalnej tajemnicy. „Już ja potrafię poznać, kiedy coś się święci! – wykrzykuje. – Niby dlaczego on nagle musi chodzić na te swoje wykłady w świeżo wyprasowanej koszuli? Nigdy tego nie robił, nie zauważał dziury w surducie, a teraz awanturuje się o byle guzik! I znika na całe dnie z wypomadowanymi wąsami!”.

Getty Image
Getty Image

Gdy prawda o romansie wyszła na jaw

Jeanne ani myśli oddać Paula bez walki. Wprawdzie to „tylko” profesor fizyki, ale jednak jej mąż. Odkrywa miejsce schadzek i znajduje listy kochanków zamknięte w szufladce nocnej szafki przy ich łóżku. Jest wściekła. To jasne, że użyje ich, by skompromitować Marię. Kiedy we wrześniu 1910 r. Curie i Langevin wyjeżdżają do Brukseli na konferencję Solvaya, w której uczestniczą najwięksi ówcześni fizycy, ona uruchamia redakcję paryskiego dziennika „Le Petit Journal”. Następnego dnia na pierwszej stronie ukaże się artykuł, zaczynający się od słów: „Ognie radu, który promieniuje tajemniczo na wszystko, co go otacza, zrobiły nam niespodziankę: wznieciły pożar w sercach uczonych... Tymczasem żona i dzieci Langevina toną we łzach...”.

Romans we Francji, nawet sto lat temu, nie był czymś nadzwyczajnym. Przypadek Marii był jednak wyjątkowy – chodziło w końcu o słynną uczoną, zamożną kobietę, cudzoziemkę i – jak sugerowały skrajnie prawicowe pisma – Żydówkę (Maria nosiła po babce drugie imię Salomea, wtedy w Polsce popularne imię chrześcijańskie, ale we Francji kojarzone z semickim Salome). Brukowce rozpętują nagonkę. Nazywają ją przeklętą przedstawicielką „mieszańców”, którzy wtargnęli na Sorbonę, wyzwoloną intelektualistką, kpiącą z francuskich tradycji i spiskującą przeciwko francuskiej kobiecie, francuskiej matce i francuskiej rodzinie...

„Le Petit Journal” publikuje nawet rozmowę ze zdradzaną żoną, która żali się, że jej mąż romansując z madame Curie, zaniedbuje i krzywdzi swoje dzieci. A następnego dnia inny dziennik drukuje listy kochanków. Odtąd wszyscy już wiedzą, że Maria liczyła na to, że jej ukochany się rozwiedzie. Uważała, że przedłużający się kryzys małżeński i atmosfera w domu Langevinów mają fatalny wpływ na pracę naukową Paula i jego przyszłość jako uczonego. 

Choć sam Albert Einstein pisze do Curie: „Jeśli motłoch nadal będzie panią atakować, proszę po prostu nie czytać tych bzdur... Radzę zostawić je żmijom, dla których zostały sfabrykowane”, burza nie cichnie.

Przed domem uczonej zbierają się tłumy. „Meloniki, wąsy, najedzone brzuchy opięte kamizelkami, ale przeważają panie w kapelusikach. Wszyscy krzyczą, wygrażają pięściami, widać kobiety wymachujące parasolkami. »Precz z cudzoziemką!«, »Złodziejka mężów!«, »Niech wraca, skąd przyjechała«”, opisuje Karpiński. A paryska prasa dolewa oliwy do ognia, pytając z udawaną troską: „Czy ktoś, kto gorszy studentów, zasługuje na tytuł i stanowisko profesora Sorbony ”.

Marii „radzono”, by zrzekła się Nobla

„Mamo, jedźmy do Polski”, mówi Ewa ze łzami w oczach. „Nie – odpowiada Maria. – Nie dam im tej satysfakcji”. Curie jest silna. Na początku 1911 r. zgłasza swoją kandydaturę do Francuskiej Akademii Nauk. Jakaś gazeta cytuje anonimowego naukowca: „Madame Curie nie miała żadnych osiągnięć do czasu, kiedy wyszła za mąż, a i po śmierci męża nie dokonała niczego istotnego”. Prawicowe dzienniki dodają, że jej kandydatura to atak sił antyklerykalnych i cudzoziemskich (kontrkandydatem Curie był Édouard Branly, Francuz z dziada pradziada i katolik), a ona zaciska zęby. „Ja wiem, że to jeszcze nie koniec”, mówi. Parę miesięcy później, w listopadzie 1911 r., Skłodowska-Curie otrzyma drugą Nagrodę Nobla, tym razem w dziedzinie chemii, za odkrycie polonu i radu. Gazety poinformują o tym na ostatniej stronie, i to małym drukiem. Z Noblem czy bez, nadal jest osobą obcą, podejrzaną, nie dość Francuzką. A kiedy plotki o jej romansie z Paulem Langevinem dotrą do członków Norweskiego Komitetu Noblowskiego, ci – też zgorszeni – przysyłają telegram, w którym odradzają uczonej przyjazd do Sztokholmu. Nawet proponują, by zrzekła się Nobla, dopóki nie uporządkuje swoich spraw. „Nie widzę żadnego związku między moją pracą naukową a życiem prywatnym – odpowiada Maria. – Oczywiście, pojadę”. 

W tym samym dniu, w który odbiera w Sztokholmie Nagrodę Nobla, Paul Langevin siada na sali sądowej. Pochyla głowę, jest wyraźnie przygnębiony. „Po drugiej stronie Jeanne w ciemnej sukni, jakże odpowiedniej dla zbolałej żony i matki, a obok niej – teściowa i szwagierka wystrojone jak na bal karnawałowy”, relacjonuje Karpiński. Nie ma sensacji. Niewierny mąż bierze całą winę na siebie, sąd ogłasza separację. Mimo wszystko Paul nie był gotowy na rozwód. Raczej rozdarty – zakochany i równocześnie przerażony sytuacją, w której się znalazł. Chciał być z Marią, jej miłość uważał za dar losu, ale nie wyobrażał sobie, że mógłby opuścić dom i dzieci. Wolał nie podejmować radykalnych decyzji, niech lepiej życie płynie obok niego. 

Koniec wielkiej miłości

Odtąd Curie i Langevin są tylko przyjaciółmi. On po pewnym czasie wróci do żony, zaliczy jeszcze kilka romansów i nawet doczeka się piątego (nieślubnego) dziecka. Ona już nie zwiąże się z żadnym mężczyzną. Zajmie się organizacją prywatnego Instytutu Radowego (obecnie Laboratorium Curie) w Paryżu i zacznie podróżować po świecie. Wielka uczona, wszędzie przyjmowana z honorami, wśród błysków fleszy. Francja, która kilka lat wcześniej chciała ją deportować, teraz postanawia nagrodzić Legią Honorową. Maria odmawia. Zdaniem biografów, trochę się wstydziła dawnej namiętności, w każdym razie już nigdy więcej nawet słowem nie wspominała o Langevinie.

Może gdyby wiedziała, że rodziny Curie i Langevinów kiedyś się połączą... A tak właśnie się stało. Jej wnuczka Hélene Joliot (ur. w 1927 r.) pokochała wnuka Paula – Michela Langevina i szczęśliwie wyszła za niego za mąż. Oboje są fizykami jądrowymi, ich syn Yves został astrofizykiem. „Kiedy po raz pierwszy usłyszała pani o głośnym romansie swojej babci?” – zapytano niedawno 88-letnią Hélene Langevin. „Nikt mi nie uwierzy – odpowiedziała. – Dopiero w dniu mojego ślubu! Mama (starsza córka Marii Irene Joliot-Curie) zdradziła mi tę historię tylko dlatego, że na uroczystości miała pojawić się babcia pana młodego. Obawiała się awantury”. Tą babcią była Jeanne Langevin.

***    

Korzystałam z książki Macieja Karpińskiego „Maria i Paul. Miłość geniuszy”, wyd. Marginesy oraz albumu „Maria Skłodowska-Curie – Listy”, wyd. Drzewo Babel.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Agnieszka Osiecka i Marek Hłasko
east news

To była artystyczna miłość! Historia Agnieszki Osieckiej i Marka Hłaski

Poetkę i pisarza łączyło niebywałe uczucie.
Sylwia Niemczyk
02.02.2019

Poznali się na przełomie 1956 i 1957 r. Agnieszka Osiecka – studentka reżyserii w łódzkiej filmówce, wschodząca gwiazda STS-u. Hłasko – 24-letni pisarz, już wtedy sławny autor zbioru opowiadań „Pierwszy krok w chmurach”. Oboje piękni i niegrzeczni. Ona nieprzeciętnie inteligentna i wyjątkowo jak na tamte czasy wyzwolona. Zawsze flirtowała z kilkoma chłopakami naraz. Panienka z Saskiej Kępy.   Brylowała w towarzystwie o wiele starszych od siebie literatów i filmowców. Miała skłonność do łamania serc i do efektownych puent. I jedne, i drugie kolekcjonowała z równym zapałem. Pod szklanym blatem w biurku zbierała zdjęcia zdobytych mężczyzn. Wojciech Frykowski, Andrzej Jarecki, Daniel Passent, Jeremi Przybora i wielu, wielu innych. „Hłasko był proletariackim księciem, którego mi zazdrościły koleżanki – tak go zaklasyfikowała w swojej kolekcji. – Twarz rozgrymaszonego bachora, figura cowboya, ręce Madonny. Wyższy był od naszego pokolenia o pół głowy”.   On wychowany na Powiślu, edukację zakończył na poziomie podstawówki, od 16. roku życia pracował fizycznie jako robotnik na budowie i szofer. Zbuntowany i gniewny. Łudząco podobny do Jamesa Deana, na którego się zresztą robił. „Pisanie – mówił – jest tak wspaniałe, jak chlanie”. O jego nocnych wybrykach krążyły legendy, które sam podkręcał. W Kameralnej pojawiał się zwykle dopiero po północy – latem w szoferskiej skórze, zimą w swoim słynnym białym kożuchu. Wszyscy cisnęli się wtedy do baru, żeby choć się o niego otrzeć. Bo odezwać się do Hłaski było nie lada odwagą. Kto się odezwał głupio – dostawał w zęby.   Agnieszka Osiecka leczyła rany Marka po wcześniejszym związku Oboje komponowali swoje życie...

Czytaj dalej
Audrey Hepburn i Mel Ferrer trzy miesiące po ślubie / East News

Audrey Hepburn i Mel Ferrer: wielka miłość, wielki dramat

Był pierwszą miłością jej życia. Dla związku z 12 lat starszym żonatym aktorem zaryzykowała karierę. Czuła się bezpiecznie u boku tego potężnego władczego mężczyzny. Do czasu.
Anna Zaleska
03.06.2020

Gdy 25 września 1954 roku w miejscowości Bürgenstock, położonej malowniczo w górach Szwajcarii, zabiły weselne dzwony, niewielu ludzi wiedziało, że to Audrey Hepburn – młodziutka gwiazda „Rzymskich wakacji”, nagrodzona już w wieku 24 lat Oscarem – wychodzi za mąż. Jej wybrankiem był aktor Mel Ferrer. W XIII-wiecznej kapliczce zebrała się ledwie garstka najbliższych przyjaciół i rodzina. Audrey ubrana była w prostą sukienkę projektu Pierre'a Balmain – z białej organdyny, podkreślającą jej niewiarygodnie wąską talię, z kołnierzykiem i bufiastymi rękawami. Na króciutko obciętych włosach miała prosty wianek z białych kwiatków. „Rzymskie wakacje” i zerwane zaręczyny Gdy wiadomość o ceremonii dotarła w końcu do mediów, zawrzało. Jeszcze niedawno Audrey była zaręczona z biznesmenem Jamesem Hansonem. W czasie gdy pracowała na planie „Rzymskich wakacji” (1953), w wolnych chwilach z dużym zaangażowaniem planowała wesele, z prób biegła na przymiarki sukni. Ale tuż przed ceremonią zerwała zaręczyny. W jednym z listów do przyjaciela, sir Felixa Aylmera, pisała: „Wiem, że mężczyźnie wykonującemu taki zawód jak ty nie muszę wiele wyjaśniać. Przez rok myślałam, że możliwe będzie połączenie naszego życia i kariery zawodowej… To wszystko sprawia, że czujemy się (z Jamesem Hansonem, przyp. red.) nieszczęśliwi, ale to jedyna słuszna decyzja”. Rzeczywiście po „Rzymskich wakacjach” kariera Audrey nabrała zawrotnego tempa. Aktorka pracowała a to we Francji, a to w Hollywood, a to na Broadwayu. James Hanson musiał spędzać większość czasu w Kanadzie i Wielkiej Brytanii, doglądając tam interesów. „Trudno byłoby nam prowadzić normalne małżeńskie życie”, tłumaczyła tę decyzję Audrey. Ale czy to był jedyny...

Czytaj dalej