Maria Sadowska śpiewa o miłości i kręci film o kobietach, które miłość sprzedają
@mariasadowska

Maria Sadowska śpiewa o miłości i kręci film o kobietach, które miłość sprzedają

Już wkrótce premiera jej nowej płyty „Początek nocy”, a w styczniu do kin wchodzi film „Dziewczyny z Dubaju”, który reżyseruje. „To moja najbardziej osobista płyta i najtrudniejszy film w mojej karierze” – mówi Maria Sadowska
Magdalena Żakowska
19.09.2020

Ciężko się z nią umówić. Od kilku tygodni pracuje po kilkanaście godzin na dobę, koordynuje kilka projektów. „Czy my się dziś umówiłyśmy, czy mi się przyśniło?” – dostaję od niej takiego sms-a o 8. rano i nic nie wiem o spotkaniu. Ale udało się – w przerwie między promocją singla i wyjazdem do Cannes na ostatnie dni zdjęciowe.

Magdalena Żakowska: Jesteś w trakcie zdjęć do filmu i właśnie wypuściłaś pierwszy singiel ze swojej nowej płyty. Jak ty to łączysz?

Maria Sadowska: Płyty przychodzą powoli, bo przede wszystkim robię filmy. Poprzednią nagrałam 6 lat temu. Na szczęście materiał na płytę mam od dawna gotowy. Ostatnie fragmenty, na przykład ten z Leszkiem Możdżerem, dogrywaliśmy w pandemii. Zrobiliśmy jam session na odległość, bo nie mogliśmy się już spotkać. Leszka lockdown zastał u rodziny, był tam tylko domowy, lekko roztrojony fortepian, który nadał naszej wspólnej piosence super klimat. Potem pojawił się film, praca nad nim pochłania mnie teraz kompletnie, więc zdecydowałam się przenieść premierę płyty na po zakończeniu zdjęć. Czeka na swój moment. Ale po „Marakeczi” planuję jeszcze kilka singli. Do drugiego nagrywam teledysk, to będzie od dawna wymarzony przeze mnie duet z artystką, którą podziwiam, z którą się przyjaźnię i która jest mi bliska. A przy tym to bardzo intymna i ważna dla mnie piosenka, którą skomponowałam na ukulele dla mojego męża jako przysięgę małżeńską.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Stałam się sentymentalna

Ile już jesteście po ślubie?

Trzy lata, ale w sumie to już czternaście lat razem. Dwójka dzieci, wspólne granie. Moja nowa płyta w przeważającej części będzie właśnie o miłości, chociaż do niedawna uważałam, że śpiewanie o miłości jest banalne. 

Skąd ta zmiana?

Może dlatego, że jestem bardzo szczęśliwa i doceniam wszystko, co niesie ze sobą długi związek. Chyba „Sztuka kochania” miała na mnie taki wpływ. Stałam się sentymentalna. Jesteśmy z Adrianem tak blisko, tak mocno związani, że wiele z tych piosenek, które znajdą się na nowym albumie, napisaliśmy razem. To on zaczął pisać „Marakeczi”. On pojawia się na moich płytach, ja na jego – jesteśmy naczyniami połączonymi. 

Czy twoja nowa płyta w całości będzie taka osobista, jak single?

Bardzo. Będzie też zupełnie inna niż poprzednia, zdecydowanie bardziej elektroniczna i popowa. „Marakeczi” to jedyny jazzowy akcent. Kto zna mnie lepiej, ten wie, że od lat śpiewam w klubach jako MC, marzyłam o tym, żeby nagrać taneczny album. Kilka lat temu dostałam od męża na urodziny ukulele, nauczyłam się kilka akordów i zaczęłam pisać proste piosenki. Nareszcie mogłam zabierać swój instrument wszędzie ze sobą. Z pianinem nie było tak łatwo. Objawienie! Śmieję się, że na starość wracam do prostoty. Kiedyś starałam się przede wszystkim śpiewać inaczej niż wszyscy, ambitnie, kombinowałam jak koń pod górę. Dziś rozumiem, że napisać dobrą prostą piosenkę to wielka sztuka. Jestem w takim momencie w życiu, kiedy już godzisz się z przemijaniem, a jednocześnie testujesz samą siebie na ile jesteś jeszcze wciąż tą młodą dziewczyną, która lubi potańczyć.

Maria Sadowska Początek nocy
Nowa płyta Marii Sadowskiej, „Początek nocy”, ukaże się jeszcze jesienią. Fot. materiały prasowe

Powoli dobijamy do wieku, w którym już wszystko wolno.

Dokładnie. O tym jest właśnie tytułowa piosenka „Początek nocy”. Ta noc nie jest wcale taka smutna! 

Teledysk do „Marakeczi” też jest bardzo osobisty.

To zapis jednej z najpiękniejszych naszych podróży. Trzy lat temu wspólnie z Joanną Grabowiecką wyreżyserowałam w Teatrze w Bielsko-Białej spektakl „Wanda” poświęcony Wandzie Rutkiewicz [do repertuaru powraca w listopadzie], a w zeszłym roku dostaliśmy zaproszenie na festiwal teatralny do Maroka. Joanna jako reżyserka i dramaturg, ja jako autorka muzyki, scenografka, dwoje aktorów i mój mąż, jako najlepszy techniczny świata, czyli człowiek od wszystkiego. Przedstawienie, które mieliśmy tam pokazać, powstawało w trakcie podróży – historia Romea i Julii, którzy trafiają do czyśćca i muszą się tam od nowa dogadać. Festiwal odbywał się na pustyni, w mieście Zagor, które powstało na skrzyżowaniu szlaków karawan. Od setek lat w tym miejscu trwa wymiana kultur, spotkania teatrów, muzyków, artystów. Zagraliśmy tylko jedno przedstawienie dla miejscowej, arabskojęzycznej publiczności. Po polsku. I wygraliśmy ten festiwal, pokonując grupy z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Austrii czy nawet Konga. A co jest piękne i smutne zarazem – nigdy już więcej tego spektaklu nie zagraliśmy. Sztuka ulotna jak mandala. 

„Jestem twarda, nie do zdarcia”

To była twoja pierwsza podróż do Maroka?

Tak. I od razu artystyczna! Maroko to w zasadzie obowiązkowa pielgrzymka dla wszystkich hippisowskich dusz. Wylądowaliśmy w Marrakeszu, wszędzie zabieraliśmy nasze ukulele, graliśmy z miejscowymi muzykami, atmosfera tej podróży była niesamowita. 

Po zwycięstwie na festiwalu pojechaliśmy na kilka dni na pustynię. Mieszkaliśmy w namiotach, ale spadł deszcz, co się tam zdarza raz na kilka lat. Uciekaliśmy jedyną drogą, czyli wyschniętym korytem rzeki, która właśnie się odrodziła i zaczęła nas gonić. Wszystko to widać na teledysku do „Marakeczi”. Tekst piosenki też powstawał na bieżąco. Śpiewam „Dzika pani zmienia swoje oblicza”, bo pustynia kompletnie mnie zaskoczyła, tak naprawdę co dwie godziny zmienia się tam zupełnie krajobraz – mijaliśmy zielone łąki rukoli, po których biegają dzikie wielbłądy, pustynię żwirową, spękaną suszą. 

Byłam zaskoczona, kiedy dowiedziałam się, że będziesz reżyserowała „Dziewczyny z Dubaju”. Mam wrażenie, że ty i Doda, która jest producentką tego filmu, jesteście z dwóch kompletnie różnych światów.

Nie bałam się tego, bo uważam, że najciekawsze rzeczy powstają tam, gdzie zderzają się właśnie różne światy. Trochę jak w mieście Zagor na pustyni. Same się z tego śmiejemy, że mimo że tak bardzo się różnimy, to potrafimy się dogadać. To jest prawdziwy girl power. Pod wieloma względami jesteśmy zresztą podobne – obie jesteśmy twarde, w zasadzie nie do zdarcia. Obie zjadłyśmy zęby w show-biznesie i nie dałyśmy się, nie pozwoliłyśmy, żeby zniszczyła nas krytyka. 

Maria Sadowska i doda Rabczewska
Maria Sadowska i Doda Rabczewska. Fot. @mariasadowska

Od razu byłaś przekonana, że chcesz robić ten film?

Zachwycił mnie scenariusz napisany między innymi przez Mitję Okorna [scenarzysta i reżyser „Planety Singli”, „Listów do M.” i „39 i pół”]. Film niewiele ma wspólnego z książką Piotra Krysiaka, ale wszystko, co pokazujemy, jest oparte o fakty. Przed rozpoczęciem zdjęć przewertowałam zapisy z rozpraw, przesłuchania, ale przede wszystkim rozmawiałam z kobietami, które były bohaterkami książki. Mam poczucie, że przed kobietą bardziej się otworzyły.

Twoje filmowe bohaterki zawsze miały silny rys heroiczny – Halina, bohaterka „Dnia Kobiet”, pracownica sieci handlowej, która walczy o prawa pracownicze, ale też podstawowe prawa człowieka, czy Michalina Wisłocka, autorka pierwszego popularnonaukowego podręcznika seksuologicznego w PRL. A tym razem?

Tym razem tak nie jest. Po raz pierwszy robię film, którego bohaterki nie są jednoznacznie pozytywne. To dla mnie tym bardziej ciekawe – opowiadam o mrocznej stronie naszej osobowości. To nie jest film o prostytutkach, tylko zwykłych dziewczynach, które zdecydowały się przyjąć niemoralną propozycję i przekroczyć jakąś swoją granicę. Są tu dziewczyny, które zapłaciły za to wysoką cenę i takie, które radzą z tym sobie dobrze. Ale na pewno nie da się przez coś takiego przejść kompletnie „bezkarnie”. Mimo że akcja filmu dzieje się 15 lat temu, to przecież tego typu historie zdarzają się nadal. Nawet częściej, dzięki social mediom, możliwościom, które daje na przykład Instagram, ten rynek się znacznie rozwinął. Pośrednicy przestali być już potrzebni. 

To będzie film demaskatorski?

W jakimś sensie tak. Chcemy zdemaskować kłamstwo, które kryje się za tymi wszystkimi zdjęciami pokazującymi piękne, wystrojone dziewczyny na jachtach, w rezydencjach, na basenach – nadal nie mówi się o tym, co jest pod spodem, co się za tym kryje, a to po prostu handel ludźmi. Bardzo zależy mi też na tym, żebyśmy wszyscy dzięki temu filmowi powstrzymali się od wydawania łatwych ocen. Żebyśmy w tych kobietach zobaczyli ludzi. Zresztą nie tylko w nich, także w mężczyznach, którzy uczestniczą w tym procederze. Próbuję zrozumieć tych bohaterów i pamiętać o tym, że w tym temacie nie ma łatwych odpowiedzi. Mam świadomość, że to bardzo trudne. Tym bardziej że to świat kompletnie mi obcy i daleki od wartości, które wyznaję. Ale wierzę, że mi się uda.

W „Sztuce kochania”, czy „Dniu kobiet” było odwrotnie – wręcz na siłę szukałam słabszych stron tych moich bohaterek, żeby nadać im ludzki rys. Tutaj mam sytuację odwrotną. Ale bardzo się cieszę, że udało mi się w tym filmie zebrać naprawdę wielkich artystów polskiego kina. Arthur Reinhard to operator o światowej sławie, Wojciech Żogała zrobił nam tak genialną scenografię, że czułam się przy nim jak hollywoodzki reżyser, i jeszcze aktorki – Katarzyna Figura, Paulina Gałązka, Katarzyna Sawczuk, Olga Kalicka. To będzie film z rozmachem.

Przy „Sztuce kochania” pracowałaś z Piotrem Starakiem, producentem, który słynął z tego, że nie oszczędza na jakości filmu. Teraz będzie podobnie?

Myślę, że rozmach będzie większy. Ale na pewno ten film jest dużo trudniejszy niż „Sztuka kochania” – ze względu na złożoność psychologiczną postaci, ale też na inscenizację, świat, który pokazujemy. 

Boisz się kiczu?

Nie, bo kicz jest wpisany w tę historię. To wyzwanie, ale jestem przekonana, że nie przekraczamy granicy dobrego smaku. 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Julia Marcell
Jacek Poremba

Julia Marcell: „Muszę zasysać dźwięki, książki, filmy, żeby to potem oddać w twórczości” 

Wokalistka Julia Marcell o płycie „Skull Echo” i pracy nad filmem.
Aleksandra Szajewska
29.12.2020

Od jej debiutu minęło 12 lat. Mówi, że była wtedy „taka niebieskooka”, myślała, że może wszystko. Teraz dojrzała. Julia Marcell, jedna z najciekawszych polskich wokalistek śpiewa ambitny pop z elementami elektroniki. Ma intrygujący głos, pisze teksty, komponuje, reżyseruje swoje teledyski. Jej poprzednia płyta „Proxy” (2016) była wydarzeniem. Jest laureatką Paszportu „Polityki” i Fryderyka. Właśnie wydała nowy album „Skull Echo”.  Wika Kwiatkowska, „Uroda Życia”: Masz wrażenie, że w ciągu ostatnich lat dojrzałaś, wydoroślałaś? Julia Marcell:  Na pewno dużo się wydarzyło, pewnie trochę się zmieniłam. Jakieś dwa lata temu właściwie przestaliśmy koncertować i to był czas, kiedy po raz pierwszy od dawna mogłam pobyć sama ze sobą.  Z płyty „Proxy” pochodzą takie piosenki, jak „Andrew” czy „Tarantino” Twoja nowa płyta jest szalenie poważna. Na „Skull Echo” pojawiają się pytania o sens życia, spojrzenie na człowieka z perspektywy wręcz kosmicznej.  Ta płyta powstała z pewnego rodzaju ciekawości, ze zgłębiania określonych tematów. Takich jak czas, percepcja, granice świadomości. Co to właściwie znaczy: być człowiekiem, patrzeć na wszystko swoimi oczami, słuchać swoimi uszami. I jak bardzo te nasze percepcje się różnią. Gdzie to się spotyka, a gdzie rozjeżdża. Ciekawi mnie to ogromnie. Ale na „Skull Echo” śpiewam też o emocjonalnych, międzyludzkich sprawach – jak się porozumieć. I o tym, że nie jest to łatwe? Tak, bo każdy z nas – bez względu na sytuację – może w pewnym momencie poczuć się totalnie samotny. Z tego prostego powodu, że sam siedzi w swojej głowie. I tylko on czy ona widzi to, co widzi.  Śpiewasz: „Miliony lat...

Czytaj dalej
Roman Gutek
Łukasz Gawroński

Roman Gutek o przyszłości kina: „Ludzie wrócą. Już za nimi tęsknię” 

Pierwsze kina otworzą się na widzów prawdopodobnie na przełomie maja i czerwca, ale rygory sanitarne będą bardzo wysokie.
Magdalena Żakowska
06.05.2020

Roman Gutek co roku na festiwalu Nowe Horyzonty, nie tylko prezentuje najlepsze premiery filmowe, ale też pokazuje nam, co ciekawego dzieje się w kinie światowym. W tym roku, po raz pierwszy od 20 lat festiwal się nie odbędzie w lipcu, ale w listopadzie, razem z drugim festiwalem organizowanym przez Stowarzyszenie Nowe Horyzonty: American Film Festival. Takie są plany – bo dzisiaj niczego nie wiadomo na pewno. Wiadomo jednak, że tęsknimy za kinem i czekamy na premiery filmowe 2020. Pytamy Romana Gutka o przyszłość kina i filmy najlepsze na kwarantannę.  Magdalena Żakowska, „Uroda Życia”: Myśli pan, że ludzie wrócą do kin? Roman Gutek: Wrócą. To będzie proces. Sieć Multikino zrobiła niedawno badania wśród swoich widzów, z których wynika, że 20 procent z nich jest gotowa wrócić do kin natychmiast, 40 procent po miesiącu od ich otwarcia, a kolejne 20 procent po dwóch miesiącach. To w sumie 80 procent widzów – bardzo optymistyczne dane. W ramach komisji antykryzysowej przygotowujemy też dużą akcję „Powrót do kina”, na którą złożą się PISF, dystrybutorzy, kiniarze. Mamy nadzieję, że pomogą również media. Będziemy informować w niej widzów, jakie zasady bezpieczeństwa dla nich przygotowaliśmy, ale też, że po prostu za nimi tęsknimy. Bo tęsknimy. Kiedy kina już się dla widzów otworzą, będzie co oglądać. Wielkie wytwórnie filmowe trzymają na ten moment swoje najważniejsze produkcje.  No właśnie niekoniecznie. W pierwszym etapie po otwarciu kin, którego można spodziewać się na przełomie maja i czerwca, może być z tym problem. Rygory sanitarne wymuszą ograniczoną liczbę widzów, czyli też mniejsze przychody dla dystrybutorów. Obawiam się, że nie będą chcieli dać dużych tytułów. Błędne koło. ...

Czytaj dalej
Maria Sadowska
Bartek Wieczorek

Maria Sadowska szczerze o solidarności wśród kobiet i o tym, co będzie, jeśli nie będziemy razem działać

„Jak się wychylasz, to czasem musisz dostać po głowie. Ale co tam!”
Magdalena Żakowska
29.07.2019

Maria Sadowska od lat łączy kulturę wysoką i rozrywkową – choć sama przyznaje, że nie cierpi tego rozgraniczenia: „Mam szacunek zarówno dla sztuki popularnej i masowej, jak i tej trudnej, elitarnej, „wysokiej” czy „alternatywnej”. (…) Przez długi czas siedziałam w podziemiu, w muzyce klubowej, jazzowej. Teraz wypłynęłam po prostu na szersze wody i dzięki temu mam większą szansę mówić o rzeczach dla mnie ważnych. Mam szansę być usłyszana” – mówi w wywiadzie dla URODY ŻYCIA. Pytamy ją nie tylko o film i muzykę, ale przede wszystkim o ulubione książki.  Magdalena Żakowska, „Uroda Życia” Co teraz czytasz? Maria Sadowska: „Nieistotne wizerunki”, opowiadania Paola Sorrentina. Krótkie formy czytam zupełnie inaczej niż powieści, lubię je sobie dawkować. A w przerwach słucham audiobooków. Sama zamierzam wkrótce wyreżyserować słuchowisko, którego podstawą będzie tekst Łukasza Orbitowskiego – współczesna wersja „Przeminęło z wiatrem”. A w planach mam także adaptację na słuchowisko monodramu „Wanda” Wiesławy Sujkowskiej o Wandzie Rutkiewicz, który dla teatru wyreżyserowałam wspólnie z Joanną Grabowiecką. A powieści? Przeczytałam niedawno „Vox” Christiny Dalcher. To taka feministyczna dystopia o świecie rządzonym przez mężczyzn, w którym kobiety mogą wypowiedzieć tylko sto słów dziennie. Świetny pomysł, świetna fabuła, ale najbardziej dała mi w tej książce do myślenia postać głównej bohaterki, kobiety, która nigdy w życiu nie interesowała się polityką, nie głosowała i nagle obudziła się w takim świecie. W dużej mierze właśnie ta książka uruchomiła mnie do tego, że trzeba działać. Może dlatego w kwietniu postanowiłam wyrazić swoją niezgodę...

Czytaj dalej
East News

Michalina Wisłocka wyzwoliła kobiety z seksualnych tabu i kiepskiego seksu

Zrewolucjonizowała życie seksualne w niejednej sypialni, a sama przeżyła swój pierwszy orgazm dopiero przed czterdziestką. Dopóki Michalina Wisłocka nie poznała Jerzego, miłości swojego życia, seks mógł dla niej nie istnieć.
Sylwia Arlak
01.07.2020

Życie w trójkącie to był jej pomysł. Kochała męża, ale w łóżku nigdy im się nie układało. Nie dla niej były też te wszystkie obowiązki pani domu. Zamiast prania, prasowania koszul i codziennych obiadków, wolała siedzieć z nosem w książkach. Michalina Wisłocka przyszła na świat w 1921 roku w Łodzi, jako Michalina Anna Braun. Jej ojcem był kierownik szkoły powszechnej, Jan Braun, matką — gospodyni domowa, Anna Braun. W szkole mała Michalina miała garstkę przyjaciół. Cała reszta nie mogła pogodzić się z jej wycofaniem, a co gorsza bezpośredniością (która sugeruje dzisiejszym psychologom, że pierwsza polska seksuolożka mogła cierpieć na zespół Aspergera). Michalina, Stanisław i Wanda Przyszłego męża, Stanisława Wisłockiego poznała już, jako dwunastolatka. Poślubiła go zaledwie pięć lat później. Mężczyzna miał sprecyzowany plan na ich życie. Uważał, że po skończeniu szkoły żona zostanie jego asystentką, a przede wszystkim, że zajmie się domem. Tymczasem Michalina ma inne ambicje. Chciała się rozwijać. Ukończyła studia medyczne: dyplomem lekarza mogła pochwalić się w 1952 roku, a specjalizacją z ginekologii siedem lat później. Chciała zatrzymać przy sobie męża, ale nie wyobrażała już sobie życie bez medycyny. Poza tym ktoś musiał zaspokajać jego potrzeby seksualne, a ona nie miała na to najmniejszej ochoty. Wszelkie łóżkowe próby kończyły się jedynie rozczarowaniem ich obojga. Michalina Wisłocka stworzyła więc trójkąt miłosny z przyjaciółką, Wandą, która sprawdzała się w roli pani domu i kochanki. Żyli w tym układzie przez wiele lat.   Było to jednak dla niej trudniejsze, niż przypuszczała. Niejednokrotnie w kłótniach – a tych nie brakowało – Stanisław groził, że odejdzie. Izolował...

Czytaj dalej