Maria Dębska o aktorstwie i… pracy z mamą:  „Gdy słyszę: »Tobie jest łatwiej«, to chce mi się śmiać”
Zuzanna Szamocka
#czytajdlaprzyjemności

Maria Dębska o aktorstwie i… pracy z mamą:  „Gdy słyszę: »Tobie jest łatwiej«, to chce mi się śmiać”

Niedługo wcieli się w wampa. Zagra Kalinę. Tę Kalinę.
Sylwia Niemczyk
10.08.2019

Maria Dębska już na nikogo „nie wyrasta” – ona już JEST jedną z największych aktorek młodego pokolenia. Po przejmującej roli Magdy w „Zabawa zabawa” wkrótce zobaczymy ją w kolejnych kinowych filmach: „Piłsudskim”, gdzie u boku Borysa Szyca w roli Józefa Piłsudskiego zagra jego partnerkę, Aleksandrę Szczerbińską, oraz filmie o Kalinie Jędrusik, w którym wcieli się w samą tytułową bohaterkę. A najciekawsze jest  to, że na początku wcale nie planowała zostać aktorką! W „Urodzie Życia” opowiada o pożegnaniu z pierwszą pasją i o tym, czego musiała się nauczyć, gdy zdecydowała się na aktorstwo. 

Wika Kwiatkowska, „Uroda Życia”: Zagrałaś niedawno w „Zabawa zabawa”: filmie swojej mamy, Kingi Dębskiej. Spotkałaś się z opinią, że miałaś ułatwiony start?

Maria Dębska: Kiedy ktoś mówi: „Tobie jest łatwiej”, to mi się śmiać chce. Bo nie jest łatwiej, tylko inaczej, często trudniej. Jako reżyser piekielnie dużo ode mnie wymaga. Przez całe zdjęcia do filmu „Zabawa zabawa” przekleństwem było dla mnie to, że ona mnie tak dobrze zna. Myślę, że nasza relacja jest intensywna i bywamy dla siebie bezwzględne. Kiedy tylko weszłyśmy na plan, jako pierwszą kręciliśmy scenę gwałtu. Wszyscy pukali się w czoło. Nie było to łatwe ani dla mnie, ani dla niej.

Ale nie odpuściła?

Odpuszczanie nie jest w jej stylu. Chyba wiedziała, że sobie poradzę. A ja skupiam się na swojej pracy, czy to z mamą, czy bez. Nie chce mi się nikomu niczego udowadniać. Było ostro, ale ja to lubię. To był mocny projekt. Zrobiłyśmy wspólnie film, a teraz jest czas na to, żeby każda robiła swoje.

Zobaczymy cię w rolach dwóch niezwykłych kobiet: seksbomby Kaliny Jędrusik i bojowniczki o niepodległość Aleksandry Szczerbińskiej – premiera filmu „Piłsudski” już we wrześniu.

To niesamowite, że się nie słyszy o tej kobiecie! Kiedy Michał Rosa powierzył mi w „Piłsudskim” rolę Szczerbińskiej, okazała się dla mnie odkryciem: jeździła pociągami z Belgii do Krakowa i pod suknią, w specjalnie zaprojektowanym gorsecie, przewoziła granaty i pistolety dla Legionów. Grałam z takim obciążeniem dwie sceny i ledwo mogłam chodzić! Mój gorset ważył jakieś 10 kilogramów, a jej – 20. Należała do PPS-u, zakochała się Piłsudskim, on w niej, ale jego pierwsza żona nie dawała mu rozwodu. Kiedy zmarła, oni mieli już dziecko. I dopiero wtedy, po kilkunastu latach romansu, wzięli ślub. Dla mnie fascynujące są kobiety, o których historia zapomniała: odważne, świadome siebie, ryzykujące dla wartości.

 

 

 

A Kalina Jędrusik? Zagrać ikonę to wyzwanie?

Jestem trochę przesądna, więc dopóki na jesieni nie wejdę na plan, nie chcę mówić o roli. Żeby nie zapeszyć. Ale oczywiście bardzo się cieszę, że udało mi się wygrać ten casting.

Dla twojego pokolenia to już postać z historii kina – zmarła w roku, w którym się urodziłaś!

I zakończyła karierę w teatrze, w którym teraz jestem. Ale odkąd pamiętam, była dla mnie wielką postacią. Wychowałam się w domu, w którym panował taki trochę sentymentalny duch. W latach 90., kiedy byłam dzieckiem, moi dziadkowie wciąż słuchali muzyki z czasów swojej młodości. W salonie tańczyli do piosenek z Kabaretu Starszych Panów czy Jerzego Połomskiego. A ja byłam bardzo blisko z dziadkami i wychowałam się na tych starych hitach. Więc dla mnie zanurzenie się w świat lat 60. nie jest czymś sztucznym.

Kiedy miałaś 13 lat, twoja mama wyjechała na studia filmowe do Pragi, na dwa lata. Naprawdę zamieszkałaś wtedy sama?

Musiałam szybko dojrzeć. Rano chodziłam do gimnazjum, potem do szkoły muzycznej, wieczorem ćwiczyłam na fortepianie. A jeszcze miałam psa, którego trzeba było wyprowadzać na spacer. Na początku nie było to łatwe. Nie chcę powiedzieć, że byłam dorosłym dzieckiem, ale zawsze dużo się ode mnie wymagało. Miałam wtedy duże wsparcie ze strony dziadków, którzy mieszkali niedaleko. Nie było nic lepszego niż obiad u babci.

Nie miałaś czasu na tak zwane głupoty?

No nie. Może to i dobrze. Nie oceniam mamy, nie mam jej za złe tego, że była w Pradze. Gdybym miała nieszczęśliwą matkę, która co prawda gotuje mi obiady, ale nie pojechała za swoją pasją, to nie byłoby dobre. Myślę, że ten czas mnie umocnił. Czułam się ważna – kiedy mama wracała, zdawałam jej relację z tego, co się wydarzyło. I że sobie ze wszystkim poradziłam.

Maria Dębska o Kalinie Jędrusik
Zuzanna Szamocka

A dlaczego rzuciłaś Akademię Muzyczną, nie zostałaś pianistką?

To bardzo samotny zawód. Przy fortepianie czułam się zawsze stłamszona, występy odbierały mi energię. A aktorstwo dodaje mi skrzydeł – mam wrażenie, że jestem wolna, mogę wszystko. Co prawda pierwszy raz zdawałam do szkoły teatralnej zupełnie nieprzygotowana. Poszłam tam po prostu dla towarzystwa, z moim ówczesnym chłopakiem i przyjaciółką. Ale usłyszałam od komisji, że jeżeli się przygotuję, to następnym razem się dostanę.

No i?

I mimo że nigdy wcześniej nie chciałam zostać aktorką – było mi też bardzo dobrze z tym, że robię coś innego niż mama – w tajemnicy przed Akademią Muzyczną zaczęłam się na serio przygotowywać do szkoły aktorskiej. Żeby na to zarobić, uczyłam dzieci gry na fortepianie.

I dostałaś się do filmówki?

Tak, chociaż wciąż traktowałam to trochę jak kaprys. I kiedy się udało, to się popłakałam, bo nie wiedziałam, co mam robić: zostać na Akademii czy iść do Szkoły Filmowej. To był czas, kiedy moi dziadkowie zaczęli gwałtownie chorować i odchodzić. Siedziałam z nimi w szpitalu pomiędzy wszystkimi egzaminami i mało mnie one obchodziły. Ale musiałam dokonać wyboru. Pamiętam, jak stwierdziłam: „Dobra, niech już będzie to aktorstwo”. Dopiero później zrozumiałam, co zrobiłam. Że rzuciłam coś, czym się zajmowałam przez 15 lat.

Grywasz dla przyjemności?

Kiedy tylko mogę. I bardzo chciałabym kiedyś zagrać pianistkę. Nikt nigdy mnie nie zmuszał do muzyki, to był mój świat. Mój spokój, mój rozwój emocjonalny. Jako dzieciak siedziałam na Konkursie Chopinowskim pod sceną po turecku i słuchałam – pianiści to byli moi idole, prawdziwa miłość.

Dyscyplina wyniesiona z muzyki klasycznej wpływa na to, jak pracujesz jako aktorka?

Kiedy przyszłam do szkoły filmowej, wszyscy profesorowie mówili mi, że muszę zdjąć gorset pianistki. Już nie mogłam tego słuchać, bo czułam, że to jest część mnie. A oni tłumaczyli, że aktorstwo nie polega na tym, że jeśli się coś precyzyjnie wyćwiczy, to wtedy będzie wychodzić, jak w muzyce czy sporcie. Tutaj warsztat jest ważny, ale niezbędne są też improwizacja, intuicja, wyobraźnia i luz. Więc mnie gięli i „psuli”, mam wrażenie, że ten gorset pianistki trochę już w szkole zdjęłam. Ale ja lubię „psuć się i wyginać”, pewnie dlatego nie marzę o graniu „bezpiecznych” bohaterek. (śmiech)

Lubisz przekraczać kolejne granice?

Bez wyzwań szybko się nudzę. Sprawia mi przyjemność sięganie poza znajome, bezpieczne środowisko. Lubię nie być grzeczna, łamać wyobrażenia o sobie. Słowa: „Tego to chyba nie zrobisz!” są dla mnie motywacją.

Kalina Jędrusik ze Stanisławem Dygatem byli w związku, który dzisiaj nazwalibyśmy poliamorią. Wyobrażasz sobie, że mogłabyś tak żyć?

Nie. Jestem za bardzo zakochana. Ale zagrać kogoś takiego to przyjemność.

Rozmowa z Marią Dębską ukazała się w „Urodzie Życia” 08/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Agata Komorowska
Iwona Karolak Fotografia

Agata Komorowska poszła na wojnę z domem dziecka. Uratowała życie 16-letniemu Michałowi

„Nie planowałam zakładać rodziny zastępczej, ale nie miałam wyboru, bo nie wyobrażałam sobie, że mogę zrezygnować z Michała” – mówi Agata Komorowska, mama czwórki dzieci, w tym dwojga adoptowanych, i autorka książki „Czy mogę ci mówić mamo” (wyd. Ediprese Ksiażki). 
Sylwia Niemczyk
13.01.2021

Agata Komorowska była samodzielną mamą trójki dzieci, kiedy los postawił na jej drodze 14-letniego Michała. Zbuntowanego, krnąbrnego wagarowicza z domu dziecka, który pierwsze lata życia spędził na ulicy i nie ufał nikomu z dorosłych, bo nieraz go w życiu skrzywdzili. Był przyjacielem z klasy Aleksa, najstarszego syna Agaty. Po dwóch latach stał się jej kolejnym dzieckiem.  Sylwia Niemczyk: Miałaś już trójkę dzieci: zbuntowanego nastolatka, sześcioletniego Krystiana z zespołem Downa, malutką Adę. Byłaś tuż po rozwodzie, właśnie straciłaś firmę. I ty w takim momencie decydujesz się na kolejną adopcję i to w dodatku adopcję nastolatka.  Agata Komorowska: Tak właśnie było, a jeśli pytasz, co mną kierowało, to powód jest tylko jeden. My po prostu Michała pokochaliśmy. Był przyjacielem mojego najstarszego syna Aleksa, razem chodzili do klasy. Kiedy Aleks poszedł do gimnazjum, zaczęli się u nas pojawiać jego nowi koledzy, w tym właśnie Michał. Znałam go z widzenia, ale zupełnie nic o nim nie wiedziałam, zauważyłam tylko, że chłopcy się bardzo zaprzyjaźnili.  Kiedy zwróciłaś na niego uwagę? Któregoś dnia Aleks mimochodem powiedział: „Mamo, wiesz, Michał mieszka w domu dziecka”. Kompletnie mnie to zszokowało, bo ten uśmiechnięty, ułożony chłopak z ciemną czupryną i chochlikami w oczach zupełnie nie pasował do mojego stereotypu nastolatka z domu dziecka. Bo okazało się, że nawet ja, mając już przecież adoptowaną córkę, wcale nie jestem wolna od uprzedzeń wobec „tych dzieci”. Gdzieś głęboko w głowie siedziało mi połączenie: nastolatek z domu dziecka to patologia. Kompletna bzdura.  Chociaż szybko potem przekonałaś się, że Michał wcale nie jest taki grzeczny.  A co to znaczy „grzeczny”? Mój Aleks też wagarował...

Czytaj dalej
Marek Hłasko
East News

Marek Hłasko został gwiazdą. „U nas wszystkie gwiazdy spadają” – mówiła jego matka, Maria Hłasko

„Obustronna zaborczość” – tak została nazwana relacja Marka Hłaski z jego matką. Oboje mieli swoje powody, oboje byli zagubieni i oboje cierpieli.
Kamila Geodecka
12.01.2021

Był naszym polskim Jamesem Deanem. Chcieliśmy go widzieć jako rosłego mężczyznę, kochanka wielu kobiet i mężczyzn, buntownika z papierosem w ustach. Uwielbiał samochody i szybkość. Był piękny i dwudziestoletni – zawsze i na wieczność. W końcu odebraliśmy mu ludzki wymiar. Relacja Hłaski z matką pokazuje nam jednak, jak wielowymiarową był postacią. Jak w chwili bólu zęba pisał z płaczem do mamy. Jak bał się, że ją straci, gdy w jej życiu pojawił się nowy partner. Pokazuje także matkę dumną z sukcesu syna, ale także przerażoną tym, że właśnie przez jego sławę może go stracić. Czytaj także:  Maryla Rodowicz i Daniel Olbrychski: „To wąskie żelazne łóżko świetnie pamiętam” Marek Hłasko – wróg na horyzoncie Marek Hłasko od wczesnego dzieciństwa był bardzo zżyty z mamą. Jeszcze przed wojną jego ojciec był już w związku z inną kobietą, a zaraz po rozpoczęciu okupacji Warszawy mężczyzna zmarł. Maria Hłasko została sama z 9-letnim synem. Dookoła toczyła się wojna, a ona nie mogła liczyć na nikogo. W 1943 roku poznała Kazimierza Gryczkiewicza, starszego mężczyznę, który zaraz po wojnie został jej mężem. Mimo że Gryczkiewicz  bardzo pomagał rodzinie, dla Marka stał się wrogiem, który zabrał mu matkę. Prawdziwy konflikt rozpoczął się, gdy cała rodzina zamieszkała razem. Były awantury, kłótnie i sceny zazdrości. „Kocham Ciebie tak samo, jak kochałem, lecz mi przykro, że wolisz obcego człowieka niż mnie” – pisał Hłasko do matki. Z listów wynika jednak, że z czasem mężczyźni dogadali się ze sobą, a sam pisarz potrafił odnosić się do męża matki z szacunkiem: „Jednak znaleźliśmy wspólny język. Tak musiało być”. Kontakt z matką nigdy później już nie przypominał stabilnej relacji. Marek Hłasko...

Czytaj dalej
sen sowa
Fot. iStock

Lubimy ranne ptaszki, a sowy uważamy za leniwe – i mylimy się. Naturalny sen u każdego jest inny!

Późne zasypianie często kojarzone jest z bezsennością. A może jesteśmy sowami i taki mamy naturalny wzorzec snu?
Agnieszka Dajbor
12.01.2021

Nasza kultura od wieków nagradza skowronki, czyli ludzi, którzy lubią poranki i nie mają problemów ze wstawaniem. Przyjęło się uważać, że rano najlepiej pracujemy, bo mamy wtedy wypoczęty mózg. Jak powiedzieliby neurobiolodzy, nasz mózg, który nieco obkurcza się w nocy, rano, około 9:00 wraca do swojego właściwego rozmiaru. Konwencjonalne pory snu to mniej więcej godziny 23:00–7:00 rano. I pod taki rytm dobowy ustawiona jest nasza praca – zaczynamy ją zwykle o 8:00 czy 9:00 rano. Niektóre z nas potrafią jeszcze rano przygotować obiad i poćwiczyć, co wcale nie jest takie dobre, bo podobno na ćwiczenia nasz organizm gotowy jest dopiero wczesnym popołudniem. Czy sowy naprawdę mają kłopoty ze snem? Taki rytm dnia to ciągle jeszcze spadek po naszych prapraprzodkach, którzy mogli pracować wtedy, kiedy było jasno, korzystali bowiem z naturalnego światła. Mówi się nawet „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”. Ale co zrobić jeśli nie możemy przystosować się do ogólnie przyjętego harmonogramu? Istnieją wszak sowy, które późno się kładą i później niż inni wstają. Nie jest to ich wina, bo tzw. wzorce snu są genetyczne. Tymczasem ile razy sowy, spóźnione do pracy, słyszą kąśliwe uwagi: „I co, nie chciało się wstawać?” albo „Imprezowało się?”. Sowy uchodzą za leniwe, niezorganizowane, bałaganiarskie. I to tylko dlatego, że bardzo dobrze pracuje im się wieczorem i w nocy. Powiedzmy, że kładą się o 3:00, wstają o 12:00. Oczywiście zwykle wstają wcześniej, bo jednak chcą się dostosować do wymogów pracodawcy, przez co są wiecznie niedospane – to niedopasowanie naturalnego rytmu do oczekiwań większości nazywa się społecznym jet lagiem. Czytaj także: Najlepszy lek na odporność to sen. Jak o niego zadbać? To nie...

Czytaj dalej
Konwiccy
Kiedy się poznali w końcu lat 40. on był repatriantem z Wilna i byłym żołnierzem AK, ona maturzystką. Fot. z Archiwum Marii Konwickiej

Danuta i Tadeusz Konwiccy: Słynny autor „Małej Apokalipsy” po odejściu żony rzucił pisanie

Kiedy się poznali, byli parą dzieciaków. Ona miała 19 lat, on 23. Danuta i Tadeusz Konwiccy byli wtedy wyciszeni, delikatni, sceptyczni wobec świata i jego hierarchii. Kto mógł przypuszczać, że przed nimi pół wieku wspólnego życia.
Agata Tuszyńska
22.01.2021

On wybitny pisarz i filmowiec. Autor m.in. „Wniebowstąpienia”, „Kalendarza i klepsydry”, „Małej apokalipsy”. Jako reżyser nakręcił kultowe dzisiaj „Salto” ze Zbigniewem Cybulskim w głównej roli, piękny film „Jak daleko stąd, jak blisko” z Andrzejem Łapickim i Gustawem Holoubkiem, przeniósł na ekran „Dolinę Issy” Miłosza, „Dziady” Mickiewicza. Ona wybitna graficzka, ilustratorka książek dla dzieci. „Może to staroświeckie, co powiem, ale mnie się podoba kobieta, która jedzie w powozie, otoczona jakąś nieuchwytną aurą tajemniczości. Przepadam za kobietą jak za niespodzianą przygodą” – tak pisał autor „Kroniki wypadków miłosnych”. Z taką kobietą „o ogromnej godności wewnętrznej”, nierozpoznawalną i zjawiskową połączył swój los. Czytaj także: Gustaw Holoubek i Magdalena Zawadzka: mistrz, uczennica i wielka miłość *** Miała 69 lat, kiedy odeszła. Córka wielkiego malarza, siostra wybitnego grafika i filmowca, żona kultowego pisarza i reżysera – Tadeusza Konwickiego. Obecność w życiu Danuty Konwickiej tylu utalentowanych mężczyzn przytłumiła może jej własny talent. Rodzinna legenda głosi, że z uprawiania malarstwa zrezygnowała po tym, jak ojciec w odruchu dobrej woli przemalował jej obraz. Wolała ołówek i kartkę papieru. Skończyła warszawską ASP w pracowni Tadeusza Kulisiewicza, mistrza rysunku. I temu rysunkowi – tuszom, kredkom, arkuszom brystolu  pozostała wierna. Ilustrowała swoimi subtelnymi, lirycznymi pracami książki dla dzieci. Mimo wszystko jednak w życiu wybrała rolę cienia. Cienia ojca, brata, męża. Schowała się delikatnie za nimi. Prowadziła dom, wychowywała córki, pilnowała spokoju rodziny. W całym życiu udzieliła tylko jednego wywiadu. Spędzili ze sobą 50...

Czytaj dalej