Marek Niedźwiecki: „Pierwsze notowanie Listy zrobiliśmy w kwietniu 1982…”
Darek Kawka

Marek Niedźwiecki: „Pierwsze notowanie Listy zrobiliśmy w kwietniu 1982…”

16 maja 2020 r. Marek Niedźwiecki ogłosił, że odchodzi z Trójki. Za dwa tygodnie, 29 maja 2020 miało odbyć się prowadzone przez niego 2000. notowanie listy. Ostatnie piątkowe głosowanie zostało decyzją zarządu Programu 3. Polskiego Radia unieważnione. W unieważnionym głosowaniu na 1. miejscu ukazała się piosenka Kazika „Twój ból jest lepszy niż mój”.
Magdalena Felis
17.05.2020

Czy jest ktoś, kto nie zna Listy Przebojów Trójki, nawet jeśli się na niej nie wychował? Nadawana w każdy piątek, prowadzona przez Marka Niedźwieckiego już od 38 lat w wielu domach była tradycją.

16 maja 2020 r. Marek Niedźwiecki ogłosił, że odchodzi z Trójki. Za dwa tygodnie, 29 maja 2020 miało odbyć się prowadzone przez niego 2000. notowanie listy. Ostatnie piątkowe głosowanie zostało decyzją zarządu Programu 3. Polskiego Radia unieważnione. W unieważnionym głosowaniu na 1. miejscu ukazała się piosenka Kazika „Twój ból jest lepszy niż mój”. 

W aktualnym wydaniu „Urody Życia” twórca i prowadzący LP3 Marek Niedźwiecki opowiadał, jak ukochane piosenki wpływały na jego i nasze życie. 

Nigdy pan nie żałował, że nie podjął pracy jako technolog budowlany?

Rzeczywiście, taki kierunek skończyłem na Wydziale Budownictwa Politechniki Łódzkiej, ale wybrałem tę uczelnię tylko dlatego, żeby dostać się do Studenckiego Radia Żak. I się dostałem – a stamtąd do łódzkiej rozgłośni Polskiego Radia. Ale gdybym nie trafił do radia, to pracowałbym w bibliotece w Szadku, moim rodzinnym miasteczku. Nic innego mi nie przychodzi do głowy.

A to prawda, że rozmowa wstępna na stanowisko prowadzącego Listę Przebojów Trójki trwała niecałą minutę?

Mogło to tyle trwać. Pamiętam, że pojechałem do siedziby Polskiego Radia na ulicy Malczewskiego, gdzie miałem spotkać się z Andrzejem Turskim, nowym redaktorem naczelnym Programu III Polskiego Radia. To był 1982 rok. 

Wyznaczył mi spotkanie, ale ostatecznie nie miał dla mnie czasu, więc szliśmy tylko korytarzem. Ciągle pamiętam, że był ubrany w kurtkę w kolorze wojskowej zieleni, ale nie wojskową. Biegłem obok niego, kiedy powiedział, że będę prowadził listę przebojów. Zapytałem więc tylko, jak to ma wyglądać, a on wyjaśnił: „To ma wyglądać tak, żeby ludzie chcieli tego słuchać”. 

Konkret.

Nie miałem ani scenariusza, ani żadnych innych wskazówek, więc sam to wymyśliłem, opierając się na liście Studia Rytm, której kiedyś słuchałem. Poza tym trudno jest wymyślić coś innego w liście! To jest odliczanie od miejsca 30. – czy też 50., jak teraz – do pierwszego. I w zasadzie nic się tam specjalnie nie dzieje.

Marek Niedźwiecki: „Ludzie się rzucili na ten pomysł”

Ale w Liście Przebojów Trójki właśnie się działo! Na przykład wpadał pan zdyszany w ostatnim momencie do studia. To było w radiu wcześniej nie do pomyślenia. 

Realizatorem Listy na początku był Marek Dalba i on w jakimś sensie kreował tę audycję. Miał na mnie silny wpływ, na przykład mówił: „Wiesz co? Jest nudno. Nie możesz tak tylko zapowiadać piosenek, bo ludzie nie będą chcieli tego słuchać. Musisz coś wymyślić”. I tak powstały te gagi, że ja się spóźniam, wbiegam do studia, że słychać trzaśnięcie drzwi, ja zdyszany siadam na fotel. Czyli z rzeczy, które normalnie byłyby błędami radiowymi, zrobiliśmy znak rozpoznawczy. Potem ludzie się spotykali w poniedziałek w pracy i sobie opowiadali, że Niedźwiedź spadł z krzesła, jadł jabłko na antenie albo wybuchła woda gazowana otwierana przed mikrofonem. I to było im w jakiś sposób bliskie. 

A panu?

Ja nigdy takim prezenterem nie chciałem być! Chciałem być jak Casey Kasem, prezenter amerykańskiej listy przebojów, który bardzo statecznie, nawet – powiedziałbym – za wolno podawał informacje i po prostu odliczał piosenki. Ale Marek Dalba uznał, że to się u nas nie sprawdzi i ja muszę być takim wesołym Romkiem. Więc na te dwie godziny od dwudziestej do dwudziestej drugiej czasami udawało mi się nim być.

Kiedy pan poczuł, że ma swoich słuchaczy?

Dość szybko. 17 kwietnia 1982 zrobiliśmy pierwsze próbne notowanie Listy, taki zaczyn. Sam według własnego gustu ułożyłem wtedy 20 utworów granych w „Zapraszamy do Trójki” i powiedziałem, że można głosować. Przez następny tydzień tych kartek nie przyszło za dużo: pamiętam, że na pierwszym i drugim miejscu piosenki miały powyżej 100 głosów, czyli 100 kartek, ale potem zaledwie kilkanaście. Jednak z tygodnia na tydzień to szybko rosło i jeszcze w 1982 roku „Autobiografia” zespołu Perfect zdobyła 1700 głosów i trafiła na pierwsze miejsce. Proszę sobie wyobrazić: 1700 kartek pocztowych, a przecież przyszły też kartki na inne piosenki! 

Ludzie się rzucili na ten pomysł. Myślę, że to dlatego, że byli spragnieni normalności – proszę pamiętać, że kiedy zaczynaliśmy, w Polsce był stan wojenny. Trójka kreowała jakiś inny, równoległy świat, w którym najważniejsze było, która piosenka znajdzie się na pierwszym miejscu, albo czy prezenter puści w całości nasz ulubiony przebój, żeby można go było nagrać na kasetę. 

„Autobiografia” stała się hymnem pokolenia. Czytałam, że Piotr Kaczkowski z Trójki ukrył ją w szafie, co ocaliło ją od skasowania przez cenzurę. 

Też słyszałem, ale nie wiem tego na pewno. Za to znalazłem kiedyś dokument, w którym było napisane: „Metodami operacyjnymi spowodować, by piosenka »Mniej niż zero« zespołu Lady Pank spadła z Listy Przebojów Programu Trzeciego”. Bo mówiło się, że to piosenka o Grzegorzu Przemyku. 

I spadła?

W naturalny sposób. Była cztery razy na pierwszym, potem na czwartym, siódmym, szesnastym i w końcu spadła. Zwyczajnie. 

A pamięta pan swój pierwszy zagraniczny wywiad związany z listą?

To był brytyjski zespół Classix Nouveaux, który dzięki Trójce stał się bardziej popularny w Polsce niż w Anglii, w związku z czym pewne rzeczy robili już pod nas: na przykład ich piosenka „Never Never Comes” nie była wielkim przebojem w Wielkiej Brytanii, a u nas znalazła się na pierwszym miejscu Listy. Rozmowy z Salem Solo, frontmanem grupy, w studiu na Myśliwieckiej były spełnieniem moich marzeń.

Kto na przykład odwiedził Myśliwiecką poza Salem Solo?

Nie zapomnę wywiadu z zespołem Nazareth – szkocką grupą, która w latach 70. odniosła olbrzymie sukcesy i w Europie, i w Stanach. Mieli koncerty w Polsce i agencja przyprowadziła ich na wywiad do Trójki. Trzech muzyków i ja. Mój angielski nie był perfekcyjny, bo nauczyłem się go, słuchając stacji Radio Luxembourg i American Top 40. Ale o muzyce mogłem rozmawiać. Zadaję pierwsze pytanie, odpowiada wokalista Dan McCafferty. Mówi do mnie, a ja NIC nie rozumiem. Bo to Szkot i jego angielski brzmi zupełnie inaczej! I ten wywiad skończyłby się katastrofą, gdyby nie to, że obok wokalisty siedział gitarzysta i zapytał mnie: „Nie rozumiesz, co on mówi, tak?”. „No niestety” – odpowiedziałem. A on: „Nie przejmuj się. My tak mamy od 30 lat”. I to rozładowało napięcie. Takie były lata 80. – jazda bez trzymanki pod każdym względem.

A kiedy już mógł pan ruszyć w świat, jak wyglądały te zagraniczne wywiady? Pamiętam ten z Madonną, której byłam wtedy psychofanką.

Z Madonną rozmawiałem w Paryżu, było kilku dziennikarzy na raz. Sztuką wtedy jest wyróżnić się jakoś z tego tłumu pytających – i to na plus. Pamiętam, że jakiś włoski dziennikarz zapytał ją wtedy: „Madonna, a ile ty już tych płyt wydałaś?” i do końca wywiadu miał przechlapane. Odpowiadała mu zdawkowo na wszystkie pytania: „tak” albo „nie”. 

A jak pan się wyróżnił?

Nie miałem pomysłu, jaki prezent jej zabrać z Polski, bo przecież nie kosmetyk, skoro ją tam ubierał Jean-Paul Gaultier. W końcu na lotnisku kupiłem wódkę Chopin. Spotkaliśmy się w Hotelu Ritz, wręczyłem prezent, zadałem kilka pytań – było w porządku. Ale to nie koniec historii. Okazało się, że po mnie wywiad robiła Julie Brown, dziennikarka BBC zaprzyjaźniona z Madonną. Kiedy tamta rozmowa się skończyła, organizatorzy puścili „Like a Virgin”, a Julie, która chciała zamarkować, że śpiewa, szukała czegoś, co mogło udawać mikrofon. I wtedy łaps tę wódkę Chopin ode mnie. Dowiedziałem się o tym, bo moja przyjaciółka Alina Dragan z Amsterdamu widziała tę scenę w BBC, do którego ja nie miałem jeszcze wtedy dostępu. 

Lionel Richie dostał zdaje się od pana żubrówkę.

Pomyślałem, że skoro tak dobrze poszło z Madonną, to dla Lionela, z którym spotykałem się pół roku później, również w Paryżu, wezmę żubrówkę. Dałem, przyjął, podziękował. I kiedy dwa lata później wydał płytę „Time”, miałem przeprowadzić z nim wywiad telefoniczny – nie lubię tej formy, ale nie było wyjścia. Zadzwoniłem więc i na wstępie powiedziałem: „Wiesz co, na pewno mnie nie pamiętasz, ale ja jestem tym facetem, który dał ci butelkę wódki w Paryżu”. A on mówi: „Facet! Ty mi tą wódką zrobiłeś imprezę w domu! Ja ją zabrałem do Ameryki, kiedyś miałem gości, zabrakło mi alkoholu i ją wyciągnąłem. Pamiętałem, że mówiłeś, że to trzeba pić z sokiem jabłkowym, więc tak zrobiłem i piliśmy twoje zdrowie!”. I potem ta rozmowa była fantastyczna. I znów jest ciąg dalszy, bo później, jak pojechałem na jego koncert do Rotterdamu, też zabrałem flaszkę żubrówki, bo po koncercie miało być takie niezobowiązujące spotkanie z prasą. Ale Lionel się trochę spóźniał, bo musiał wziąć prysznic, zeszło się sporo ludzi i już byłem o krok od zrezygnowania. Nagle się pojawił, więc podniosłem tę wódkę wysoko, pomachałem mu, a on od razu mnie poznał i zaprosił do siebie. 

A co dostał Phil Collins?

Z nim spotkałem się w Hamburgu i tym razem nie przywiozłem żadnych napojów. Za to byłem tak przygotowany do tej rozmowy, że w pewnym momencie on wykrzyknął: „Wiesz o mnie więcej niż ja!”. Phil to przemiły człowiek, taki chłopak z sąsiedztwa. Nagrywał wtedy muzykę do filmu „Tarzan”. 

Przez różne specjalne wydania Listy przewinął się też chyba cały nasz salon muzyczny. Pamięta pan jakieś spotkania szczególnie?

Chyba najważniejsze były spotkania z tymi kultowymi zespołami, które tworzyły w latach 80. nową muzyczną rzeczywistość: Perfect, Republika, Maanam. Podczas tysięcznego wydania Listy muzycy zaproszeni do studia opowiedzieli mi, jak to kiedyś Lady Pank spotkał się gdzieś na trasie z Republiką i siedzieli razem w pokoju, słuchali Listy i czekali, która piosenka będzie na pierwszym miejscu: Lady Pank czy Republiki. Całe szczęście, że tego nie wiedziałem wtedy, bo bym chyba tej odpowiedzialności i nerwów nie przeżył.

Jestem z pokolenia, kiedy się przewijało kasety magnetofonowe, kręcąc długopisem, żeby nie marnować baterii w walkmanie. A Listę nagrywałam od sąsiada, który mieszkał wyżej i miał lepszy sygnał. Oczywiście na magnetofon Grundig. Dziś to poczucie przynależności do „tamtych czasów” jest dla mnie ważnym elementem tożsamości.

Tak, „pokolenie Listy Przebojów” – nie myślałem, że to będzie miało aż taki rozmach, kiedy zaczynałem tę robotę. Że Lista tyle przetrwa. Nie kalkulowałem, czy będzie miała 100 wydań, 1000 czy 2000. Teraz, w dobie listów „emaliowanych”, dostaję czasem głosy od słuchaczy z samych początków istnienia Listy. Mam taką słuchaczkę, która pisze do mnie 25 lat, prawie codziennie, i jakbym nie odpowiedział na taki list, to byłaby zaniepokojona! To są bardzo sympatyczne kontakty. Mam słuchacza, który kiedyś mnie poprosił o zaproszenie na koncert do Szczecina – mogłem pomóc, więc pomogłem, a później dostałem od niego na święta kiełbasę zrobioną przez jego rodziców z Podlasia. Kiełbasy zresztą wyborne, do dziś regularnie kupuję i zaopatruję w nie przyjaciół. 

Słyszałam, że zdarzało się, że słuchaczki stawiały się na Myśliwieckiej przekonane, że na antenie wysyłał pan im zakodowane miłosne deklaracje. Na wyobraźnię długo też chyba działał fakt, że nikt nie wiedział, jak wygląda głos Listy Przebojów. 

To był najlepszy czas. Ale potem Krzysztof Materna namówił mnie, żebym na festiwalu Sopot ’85 zapowiadał artystów. Tylko głosem. Bo na scenie byli on i piękna Bogumiła Wander. Ale Jerzy Gruza, który to reżyserował, uparł się, że muszę wyjść na scenę i się przywitać. Miałem ze sobą białą marynarkę z kolekcji Barbary Hoff, spodnie pożyczyłem z teatru od pana Gruzy, buty od inspicjenta. I w takim poskładanym outficie wyszedłem na scenę przed miliony Polaków – bo wtedy festiwal w Sopocie miał olbrzymią oglądalność. Niemal czułem, jak wszyscy szepczą: „To on tak wygląda?!”.

Są jeszcze postaci, trochę jak z komedii dell’arte, związane z Listą. Stali goście, jak Pierzasta czy Helen. 

Ich pojawienie się w Liście było zawsze przypadkiem. Pierzasta była wydawcą audycji Kuby Strzyczkowskiego i siłą rzeczy zostawała chwilę po dziewiętnastej, kiedy zaczynaliśmy Listę. A ponieważ okazało się, że umie mówić jak mały chłopczyk, skorzystaliśmy z tego. Hela była od samego początku i jest do dzisiaj, pracuje w „Zapraszamy do Trójki”, ale Lista jest jej terytorium. Ponieważ za nic nie chcieliśmy, żeby Lista przerodziła się w koncert życzeń, Paweł Sito wymyślił, że Maria będzie czytała pozdrowienia od słuchaczy dosyć nieskładnie i że w związku z tym ludzie nie będą chcieli ich wysyłać. I też się nie udało, bo słuchacze pisali: „Mario, masz piękny, puszysty głosik. Przeczytaj moje życzenia”. I to nie miało znaczenia, że Maria duka i myli się – celowo! – w co drugim słowie. Alina Dragan z Amsterdamu przed dwudziestą drugą paliła dowcipy – to również tradycja. Potem te historie naturalnie się kończyły – zostaliśmy tylko ja i Hela, która odzywa się przed miejscem 10. 

A wyobraża pan sobie piątek bez Listy Przebojów?

Oczywiście. Nikt chyba nie chciałby mieć zajętych wszystkich piątków do końca życia do godziny dwudziestej drugiej?! Cieszę się, że mam teraz młodszego „druha zastępowego” Piotra Barona, który robi to co drugi tydzień – fajnie jest włączyć radio o 19. i posłuchać, jak kolega sobie radzi z kolejnym notowaniem. Dopóki gra Lista, nie ucieknę od niej. Nie umiem wpaść pięć minut przed i zacząć z marszu, jak to często podgrywałem. Ja myślę o Liście od rana, przygotowuję się, czekam na nią przez cały tydzień. A jednocześnie mam poczucie, że to nie jest moje. Lista to tradycja. Ludzie nie wyobrażają sobie, że mogłoby jej nie być. To tak, jakby odwołać piątek! A jak wytrzymać cały tydzień, skoro nie będzie piątku?

Lista Przebojow Trójki w liczbach

  • Pierwsze notowanie Listy Przebojów oparte na głosach słuchaczy odbyło się 24 kwietnia 1982, a zwycięską piosenką została „I’ll Find My Way Home” duetu Jon and Vangelis. Drugie miejsce zajęła „O! Nie rób tyle hałasu” Maanam.
  • Na początku można było głosować na trzy utwory, a później na 10 granych we wszystkich audycjach Trójki.
  • Od 1996 roku głosowanie odbywa się przez internet, co dało Liście nowe życie.
  • Poza Markiem Niedźwieckim i Piotrem Baronem Listy prowadziło blisko 30 „druhów zastępowych”, wśród których znaleźli się m.in.: Wojciech Mann, Grzegorz Miecugow, Beata Pawlikowska czy Artur Orzech. 
  • 29 maja 2020 roku odbędzie się dwutysięczne notowanie listy – już bez jej twórcy, Marka Niedźwieckiego.

Rozmowa z Markiem Niedźwiedzkim ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Fot. Zuza Krajewska

„Ludzi dobrej woli jest wystarczająco wielu” – Marcin Kydryński o Radiu Nowy Świat i nowej sjeście

„To wciąż ja, to wciąż muzyka, którą wielbię, wciąż niedziela o piętnastej" – mówi o swojej „Porze Sjesty" Marcin Kydryński. „To radość mieć wokół siebie ludzi z pasją, o podobnej wrażliwości i kulturze”.
Anna Zaleska
16.07.2020

Rozmawiamy tuż po debiucie nowej sjesty w Radiu Nowy Świat – zwanej teraz „Porą Sjesty”, ale nadawanej o tej samej porze, w niedzielę między piętnastą a siedemnastą. O wciąż trwającej żałobie po odejściu z Trójki. O emocjach towarzyszących startowi Radia Nowy Świat. O życiu eremity na mazowieckiej wsi, w czym Marcin Kydryński się rozsmakował. I o nowej książce „Dal”, pełnej niezwykłych obrazów z Afryki i miłości. Bo każda fotografia – jak przekonuje autor – jest miłością. Anna Zaleska: Czy sjesta w Nowym Świecie i „Siesta” z Myśliwieckiej to ta sama sjesta? Możliwe było przeniesienie tamtego klimatu, emocji, słuchaczy, historii pod inny adres, czy powstała jednak trochę inna jakość? Marcin Kydryński: Za wcześnie, by to oceniać. Rozmawiamy po pierwszym programie, siłą rzeczy emocjonującym i dla mnie, i dla dawnych słuchaczy, najwyraźniej stęsknionych, co miłe, bo przysłali kilkaset maili. Starałem się na wszystkie odpowiedzieć. To wciąż jestem ja, to wciąż muzyka, którą wielbię, wciąż niedziela o piętnastej. Wciąż gram na gitarze tę samą siestową melodię. Ale mam jednocześnie świadomość, że zmieniła się aura. Nie słychać w każdym serwisie prezesa, wątki bogoojczyźniane zdają się nie dominować wokół mojej bądź co bądź niedzielnej audycji, brak też – nie wiem, na jak długo – reklam środków na żylaki odbytu, co pomaga mi w stworzeniu właściwego nastroju. Czytając pana książkę „Dal” – do której jeszcze wrócę – zatrzymałam się nad cytatem z Emila Ciorana: „Wszystko jest jedyne i przepada na zawsze”. Można to też odnieść do sytuacji z Trójką? „Zawsze” – to mocne słowo. Z metafizycznej strony z pewnością tak. Tu zjawisko, jakim jest Trójka, w niczym nie...

Czytaj dalej
Kora
East News

Kora – wielka artystka, która uczyła nas wolności, radości. Odeszła dwa lata temu

„Wyjątkowa kobieta, żona, matka, siostra, babcia, przyjaciółka. Ikona wolności. Zawsze bezkompromisowa w dążeniu do prawdy”, pisali o Korze przyjaciele. Mijają dwa lata od jej śmierci.
Anna Zaleska
27.07.2020

Ostatnie lata życia Kora spędzała w prywatnym raju, który dla siebie stworzyli z Kamilem Sipowiczem. Ich dom w Bliżowie na Roztoczu otaczał ogród pełen kwiatów: łubinu, żarnowca, jaśminów i budlei, które przyciągały do siebie stada motyli. Wokół rosły stare jabłonie, wiśnie, czereśnie i śliwy, z których Kora robiła konfitury. Dom, rodzina, przyjaciele – to było najważniejsze. Opowieść o swoim życiu, którą spisał Kamil Sipowicz, a ukazała się pod postacią książki „Kora, Kora… A planety szaleją”, arystka kończyła słowami: „Chwilo, trwaj, jesteś piękna”. Wreszcie odnalazła spokój i szczęście, chciała żyć. Wcześniej latami zmagała się z depresją i myślami samobójczymi. Kora do końca życia wspominała trudne dzieciństwo Pierwsze lata życia Olgi upływały w przerażającej biedzie. Siedmioosobowa rodzina gnieździła się w trzydziestometrowej suterenie bez prądu i wody. W wieku czterech lat, gdy jej mama zachorowała na gruźlicę, Olga trafiła do domu dziecka w Jordanowie. W jej wspomnieniach to miejsce przypomina reportaż Justyny Kopińskiej „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?”. Zakonnice psychicznie i fizycznie znęcały się nad dziećmi. Mycie raz na tydzień, wszy, bicie, wykręcanie uszu, klęczenie na grochu, upokarzające kary za zmoczenie prześcieradła i zabrudzenie bielizny, straszenie duchami tak, że dzieci bały się w nocy chodzić do łazienki. Zamiast imion, numery. Olga była numerem osiem. Czteroletnia dziewczynka miała zakaz kontaktowania się ze starszą o siedem lat siostrą, która została przypisana do innej grupy. Wśród rówieśniczek Olga nie znalazła bratniej duszy. Jedyne szczęśliwe chwile z tamtych pięciu lat zawdzięczała książkom. Wielokrotnie przeczytała wtedy „O krasnoludkach i...

Czytaj dalej
Ariana Grande, Lady Gaga, Harry Styles, Doja Cat, Beyonce
Mat. prasowe

Ariana Grande, Beyonce, Lady Gaga czy Dua Lipa? Typujemy przebój lata 2020!

To będzie dziwne lato. O słonecznej plaży, cieniu palmy i drinkach z parasolką większość z nas może w tym roku tylko pomarzyć. Ale letnie przeboje pomogą nam przenieść się tam mentalnie!
Magdalena Żakowska
17.06.2020

Każde lato ma swoją piosenkę. W 2010 roku był to przebój „California Gurls” Katy Perry, w 2014 „Get Lucky” Daft Punk, a rok temu „Old Town Road” Lil Nas X. Te piosenki już zawsze będą przywoływały w nas wspomnienia z wakacji. W tym roku z powodu pandemii przemysł muzyczny przeżył chyba największy wstrząs w swojej historii. Odroczono premiery płyt, odwołano festiwale muzyczne i trasy koncertowe. Co nie znaczy wcale, że przestaliśmy słuchać muzyki i nie czekamy na ten jeden, największy przebój lata. Nawet jeśli to lato będzie inne niż byśmy sobie tego życzyli. Oto dziesięć piosenek, które mają szansę na ten tytuł. A większość z nich należy do kobiet!   1. „Savage Remix” Megan Thee Stallion i Beyonce Obie pochodzą z Houston, więc ich współpraca była tylko kwestią czasu, chociaż Megan Thee Stallion była tak zaskoczona propozycją Beyonce, że polały się łzy. Ale najpierw jej „Savage” podbił TikToka i stał się viralowym fenomenem. Później remix piosenki wykonany wspólnie z Beyonce wzbił się na szczyt listy Hot 100 magazynu Billboard i posypały się nagrody: BET Hip Hop Award, MTV Video Music Award i Billboard Women in Music Award.  2. „Break My Heart” Dua Lipa Płyta „Future Nostalgia”, z której pochodzi ten przebój, w całości nawiązuje do muzyki i stylistyki lat 80. W „Break My Heart” Dua Lipa wykorzystuje sample z kultowego przeboju tamtych czasów – „Need You Tonight” INXS. Funk, dyskoteka i mało wymagające, ale wpadające w ucho bity – wszystko to składa się na idealny letni przebój.  3. „Rain on Me” Lady Gaga i Ariana Grande Moc tej piosenki to połączenie energii dwóch najpopularniejszych obecnie gwiazd muzyki pop – Lady...

Czytaj dalej
Zbigniew Wodecki
Albert Zawada

Nikt tak nie kochał życia, jak Zbigniew Wodecki. „To był człowiek nieskazitelny…”

Zbigniew Wodecki – wielki artysta, pełen uroku mężczyzna, wspaniały przyjaciel. „Był to człowiek nieskazitelny. Był przyjacielem wszystkich”, mówił o nim Krzysztof Materna. 22 maja mija trzecia rocznica śmierci artysty.
Anna Zaleska
22.05.2020

Maj był zawsze jego ulubionym miesiącem. Cieszył się słońcem, spacerami, spotkaniami, jazdą z otwartym oknem w aucie. W maju najłatwiej kochać życie – a Zbigniew Wodecki na pewno je kochał i umiał je doceniać. W jednej ze swoich piosenek śpiewał: „Co było, przeszło, nie wróci/Wczorajszy smutek niech już nie smuci/Więc zostaw, zostaw wszystko…”. W wielu wywiadach powtarzał, że liczy się tylko to, co jest teraz, że warto chwytać dzień, nie oglądać się za siebie, nie żałować tego, co przeszło.  Do siebie miał dużo dystansu i traktował siebie z humorem. Na koncertach opowiadał nieraz dowcip o samym sobie: „Zbigniew Wodecki czołga się przez pustynię i jęczy: wody… W końcu spotyka karawanę i dostaje wodę – Wodecki nalewa odrobinę w dłonie i… poprawia włosy”. Żartował też, że kiedy umrze, to jego imponująca grzywa nie zmieści się w trumnie…  Jego piosenki, jego głos i jego lwią grzywę znał w Polsce każdy. Na ulicy zagadywali do niego i starsi ludzie, i małe dzieci. Prosili o autografy, a on żartował, że dzień bez autografu to dzień stracony. Każdy jednak miał w głowie trochę innego Zbigniewa Wodeckiego. Dla jednych był wykonawcą przebojów, które stały się klasyką polskiej piosenki: „Z tobą chcę oglądać świat”, „Lubię wracać tam, gdzie byłem”… Innym kojarzył się z hitami „Chałupy” i „Pszczółka Maja”. Przez lata cieszył się popularnością jako najsympatyczniejszy juror w „Tańcu z gwiazdami”. Wydawało się, że jest już skazany tylko na rolę szanowanego seniora, kiedy w 2013 roku wydarzyła się rzecz niezwykła. Do 63-letniego artysty przyszli muzycy z Mitch & Mitch z propozycją wspólnego nagrania jego debiutanckiego albumu „1976”. Dzięki...

Czytaj dalej