To dla niej Marek Grechuta śpiewał: „I ty, tylko ty, będziesz moją panią”. Historia miłości Marka i Danuty Grechutów
Jakub Guca / Newspix.pl

To dla niej Marek Grechuta śpiewał: „I ty, tylko ty, będziesz moją panią”. Historia miłości Marka i Danuty Grechutów

W piosenkach pisanych dla żony był liryczny i romantyczny, ale na co dzień Marek Grechuta nie nadużywał wielkich słów. Proponując ślub, przekonywał ją: „To jest sprawa szybciutko do realizacji i zakontraktowania”.
Anna Zaleska
07.09.2020

To o swojej żonie, Danucie, Marek Grechuta śpiewał: „Cicha jak sen / dobra jak ten / promyk jej ciepłych oczu / Wierna jak cień / w pogodny dzień / w twoim życiowym roztoczu...”. Ona z kolei mówiła o nim: „Marek jest jak chmurka”. Był wrażliwy, delikatny, życiowo nieporadny. Ale też jak nikt umiał ją rozśmieszyć, wzruszyć i zachwycić. Właśnie od zachwytu ich historia się zaczęła.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Pani pachnie jak tuberozy…

Na Sylwestra 1967 roku – byli wtedy studentami – oboje przyszli z innymi partnerami. I z tymi innymi też jeszcze nad ranem wyszli. Marek odprowadził już towarzyszącą mu dziewczynę i wracał do swojego akademika, gdy na ścieżce natknął się na blondynkę, która się do niego uśmiechnęła. Potem mówił, że to właśnie jej uśmiech go zaciekawił. Zagadnął: „To ty tu mieszkasz?”. Próbował od razu dopytać o numer pokoju, ale dobrze wychowana panienka odpowiedziała: „A tego nie mogę ci powiedzieć”.

Przyszły ferie, Marek wyjechał z Krakowa, ale zaraz po powrocie rozpoczął poszukiwania dziewczyny. I pewnego dnia zapukał do drzwi jej pokoju. Jeśli chciał zrobić wrażenie, nie mógł wybrać lepszego momentu – akurat w radiu akademickim puszczali jego „Serce”, o artyście z wydziału architektury zaczynało być głośno.

Dana nie odmówiła, gdy zaprosił ją na występ kabaretu Anawa, który założył z kolegami z wydziału. Wieczorem w klubie Bambuko po raz pierwszy usłyszała: „Pani pachnie jak tuberozy / to nastraja i to podnieca…”. Marek śpiewał, patrząc tylko na nią, ona czuła się tak, jakby dla niej. Ale nie byli jeszcze parą, uczucie rodziło się powoli. Przychodził po nią, wyciągał na spacery po Krakowie, dużo rozmawiali.

Któregoś dnia znów wyjechał do domu, a wkrótce potem przyszedł list. Dana otworzyła fantazyjnie przyozdobioną kopertę, w środku jednak było pusto. Zdziwiona i ubawiona, w odpowiedzi odesłała Markowi zdjęcie fragmentu swojej uśmiechniętej twarzy. On przysłał na to list, w którym była tylko data i godzina jego przyjazdu na Dworzec Główny w Krakowie. Ona pomyślała: co on sobie wyobraża?! Długo się zastanawiała, iść czy nie iść. W końcu wybrała kompromis: pójdzie, ale spóźni się pół godziny. Zobaczyła go z daleka. Krążył nerwowo pod dworcem, wpatrzony w dal. Na jej widok nie potrafił ukryć radości.

Panno młoda, młoda panno

Oświadczyny nie były romantyczne, żadnego „będziesz moją panią, będą ci grały skrzypce lipowe”. Marek powiedział konkretnie: „To jest sprawa szybciutko do realizacji i zakontraktowania”. W swoich utworach tak liryczny, na co dzień nie używał szczególnie poetycznego języka. Nigdy nie powiedzieli sobie kocham, ale – jak mówiła po latach Danuta, „było tyle symptomów niewypowiedzianego kocham cię, tyle najróżniejszych faktów, strofy wyśpiewywane wprost do mnie. Byliśmy zupełnie pewni swoich uczuć i nie mieliśmy potrzeby dodatkowych potwierdzeń”.

W okresach rozłąki Marek pisał w listach: „Jestem samotny i tak smutny, że Brel mniej bawi, a ogórkowa wolniej znika z talerza”. Z podróży zawsze przywoził jej prezenty, pewnego razu całą walizkę sukienek.

Ślub zaś rzeczywiście trzeba było wziąć bardzo szybko, bo pojawiła się szansa na przydział mieszkania spółdzielczego bez oczekiwania 20 lat w kolejce. Samotny artysta miał jednak prawo ledwie do maleńkiej kawalerki, żonaty – do dwóch pokoi o metrażu 38 metrów. By dostać termin ślubu w Urzędzie Stanu Cywilnego, też trzeba było odstać swoje. Marek stanął w kolejce do urzędu na Starym Mieście, okazało się jednak, że tu trzeba czekać bardzo długo, mieszkanie może przejść koło nosa. Ślub wzięli więc w Nowej Hucie, 4 lipca 1970 roku. Potem zjedli z przyjaciółmi obiad u Wierzynka. I dopiero po kilku dniach ruszyli na objazd po nieświadomej niczego rodzinie. Marek nie zaprosił nawet matki, nie czuł takiej potrzeby, co bardzo ją dotknęło. Z siostrą rozmawiał dzień wcześniej i słowem nie wspomniał, że się żeni. Rodzina Danuty była przerażona. Artysta?!

Jesteś boski

Od czasu, gdy na festiwalu w Opolu w 1968 roku zaśpiewał „Serce” i wygrał główną nagrodę, w Polsce zapanowała istna grechutomania. Młody artysta uchodził za ideał. Piękny, wrażliwy, utalentowany, elegancki, a do tego ułożony i kulturalny. Pisano o nim, że można by go każdemu przedstawić – i rodzicom, i dzieciom, i dziadkom, czego o wielu artystach tamtych czasów raczej nie można było powiedzieć. Wokół Grechuty wybuchła więc istna histeria. Na koncertach dostawał karteczki ze słowami „Jesteś boski”.

Pod jego prywatny adres przychodziły całe worki listów. Nie miał czasu ich czytać, wolał skupić się na pisaniu kolejnych utworów. Ale Danuta kilka z ciekawości otworzyła. Oprócz wyrazów uwielbienia i próśb o zdjęcie z autografem, były tam też zaproszenia od pań marzących, że Marek do nich przyjedzie, zjedzą kolację przy świecach i tak dalej, i tak dalej. Kiedyś pod ich drzwiami stanęła kobieta z walizką, gotowa pójść od razu do ołtarza. Długo się dobijała, dzwoniła domofonem, coraz trudniej było ją ignorować. Wysłali więc syna, Łukasza. Widok dziecka artysty ostudził matrymonialne zapały wielbicielki.

Narodził się syn STOP

Decyzję o dziecku podjął Marek. Byli dwa lata po ślubie, uznał, że czas najwyższy, i plan z precyzją godną architekta zrealizował. Gdy jednak w środku nocy zaczął się poród, stracił zimną krew. Żona wspominała, że wpadł w taką panikę, że nie był w stanie znaleźć własnych ubrań, po czym wyskoczył na ulicę, jakimś cudem złapał taksówkę, a w drodze do szpitala instruował kierowcę: „Proszę jechać szybko, ale powoli”.

Łukasz urodził się 4 czerwca 1972 roku. Przejęty ojciec przyjechał na porodówkę z pękiem polnych kwiatów, które sam zerwał na łące. Wyjątkowo – jako „ważny obywatel” – został dopuszczony do żony i dziecka. Do rodziny wysłał telegram: „Narodził się syn STOP Tata Marek Grechuta STOP”. W domu czekały na potomka łóżeczko, zabawki i ubranka, które kupił podczas turnee w Niemczech. A jako symbol tego, że stał się odpowiedzialnym ojcem, ściął długie loki na bardzo krótko. Po czym zrobił sobie półroczną przerwę w koncertowaniu, by pomagać w domu i zajmować się synem. Ale potem już musiał wrócić na scenę i zdarzało się, że gdy przyjeżdżał do rodziny po długiej trasie, wchodził do domu w czarnej pelerynie, syn go w pierwszej chwili nie poznawał.

Gdy tylko mógł, poświęcał jednak dziecku swój czas. Razem śpiewali, grali na fortepianie albo malowali. Danuta obserwując przez lata ich relację, podsumowywała: „Dobry tata, ale zbyt łagodny. (...) Syn mógł ojca okręcić sobie wokół palca. Mnie zaś przypadła rola żandarma (…) Często knuli przeciwko mnie, szczególnie w sprawie zakupu nowego samochodu”. Bycie synem wielkiego Marka Grechuty miało też jednak złe strony. Łukaszowi dokuczano: „A twój ojciec to zawyje coś i ma kasę, a mój ojciec musi na to cały miesiąc pracować”. Nauczycielka francuskiego powiedziała kiedyś: „Powiedz ojcu, że nie mówi się anawa, tylko en avant”. Chłopak miał coraz większe kompleksy. Czuł, że nikt nie patrzy na niego jako na niego, wszyscy widzą w nim wyłącznie syna wielkiego artysty.

Co ty jesteś, taki cud?

Dom był miejscem, w którym Marek Grechuta pracował, po powrotach z koncertów szukał ciepła, wygody, spokoju. I kompotu. Zawsze musiał czekać na niego, gdy wracał z podróży. Koledzy mu zazdrościli, że może zajmować się wyłącznie sztuką, bo żona o wszystko zadba. W 1973 roku – już po wielkim sukcesie debiutanckiej płyty „Marek Grechuta & Anawa” – zamieszkali w dużym stumetrowym mieszkaniu w kamienicy blisko rynku. Prowadzili dom otwarty, często bywali tu artyści z Piwnicy pod Baranami, w której Marek w 1976 roku zaczął występować. 

Żona zawsze o wszystko się troszczyła, wiedząc, że mąż jest typem mężczyzny, któremu nie można powierzyć kluczy do mieszkania, bo na pewno je zgubi. Gdy nocą wracał z koncertu, stał pod oknem i cicho gwizdał „Niepewność”, wtedy wyrzucała mu klucze przez okno.

Czasem się kłócili, ale – zapewniała Danuta – tylko o drobiazgi. Nie obarczała go domowymi obowiązkami, ale uważała, że wynoszenie śmieci to jednak sprawa mężczyzny. A on zapominał. Albo miał kupić w sklepie pięć rzeczy, a przynosił tylko dwie. Na pytanie, jak się żyje z artystą, odpowiadała: „Tak samo jak w każdym innym małżeństwie, tylko dużo trudniej. (...) To typ człowieka i artysty, którego należało pilnować, chronić albo strzec”.

Nie była zachwycona, gdy napisał o niej utwór „Nieoceniona”, po którym zaczęto o Danucie mówić „święta żona”. „Piękna jak w walcach / mądrze jak Bóg / znaczy ci wciąż swe oddanie” – uważała, że to zbyt egzaltowane słowa, ona nie lubi „aż takich słodkości”. Była jego troskliwą opiekunką, ale i muzą. Kiedyś drocząc się z nim powiedziała: Co tak nosa do góry zadzierasz – co ty jesteś, taki cud?”. Innym razem, gdy w nocy czymś się zamartwiał, pocieszyła go: „To, co było, minęło i nic nie jesteś w stanie z tym zrobić. Ale ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”. Cichcem wstał, coś tam zanotował…

Takie życie człowieka rozwala

W swoich wspomnieniach Danuta Grechuta nie mówi o dającej o sobie coraz częściej znać chorobie męża, ale pracujący z nim artyści i znajomi z Krakowa wiedzieli. Choroba afektywna dwubiegunowa ujawniła się u niego już w czasie studiów, podobno gdy rzuciła go jego pierwsza miłość z czasów licealnych. Z wiekiem ataki choroby były coraz częstsze. Magda Umer wspominała: „Niebywałą siłę dającą mu nadzieję powrotu do normalości czerpał od żony, zawsze mógł liczyć na jej pomoc. I tak naprawdę nikt poza Danusią nie wytrzymywał jego lęków, trudnych okresów”.

W lutym 1999 roku na Marka Grechutę spada cios, po którym już nigdy się nie podniesie – jego syn Łukasz znika z domu. Rano oświadcza, że musi się oddalić, by przemyśleć pewne sprawy, zamierza przejść Europę na własnych nogach. Nie mogąc mu tego wyperswadować, rodzice chowają mu paszport i kurtkę. To go jednak nie powstrzymuje. Mężczyzna wychodzi z domu i przepada jak kamień w wodę.

Początkowo byli pewni, że wróci za kilka dni. Potem, że na Wielkanoc. Zatrudniony detektyw uspokajał. Ale minął rok, a po Łukaszu ani śladu. Wtedy Marek Grechuta zdecydował się upublicznić sprawę, prosząc o pomoc w programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Zaczęło zgłaszać się mnóstwo oszustów, media prześcigały się w publikowaniu kolejnych sensacyjnych doniesień. Gdy pojawiały się informacje, że ktoś widział Łukasza we Florencji, jak na ulicy grał na gitarze – państwo Grechutowie wsiadali do samolotu i przez kilka dni chodzili po ulicach, wypatrując syna.

Dwa lata po wyjściu z domu Łukasz w końcu zadzwonił. Jak się okazało, wędrował po całej Europie, utrzymując się z prac dorywczych. Na koniec został ze wszystkiego okradziony. Zapragnął wrócić do domu. Ojciec przywitał go z otwartymi ramionami, niewypowiedzianie szczęśliwy. Danuta Grechuta była zła na męża o tę radość bez żadnego ale. Spytali syna, dlaczego to zrobił. Odpowiedział: „Przekonałem się, że dam sobie radę w każdej sytuacji. To mnie uspokoiło”.

Przychodzimy, odchodzimy

Dla Marka Grechuty zaginięcie syna, świadomość, że go porzucił, były ciężkim ciosem. Jeszcze bardziej podupadł na zdrowiu. Stawał się coraz bardziej wyciszony i religijny. Mówił: „Bóg, Jezus i Maryja Najświętsza są dla mnie i mojej żony Danusi bardzo wielkim oparciem i wsparciem”.

Ostatnie lata – od 1995 roku – spędzili w domu, który sami wybudowali, stał się ich ostoją. Ogród pełen kwiatów, sarny i jelonki podchodzące pod płot, a czasem przeskakujące przez ogrodzenie, by poleżeć na trawie w gościnnym ogrodzie. Śniadania i obiady na tarasie.

W 2002 roku zrezygnował z koncertów, nagrał tylko piosenkę „Kraków” z zespołem Myslovitz. Mocno podupadł na zdrowiu, ale wydawało się, że nie ma zagrożenia dla życia. „Odchodził łagodnie, bez bólu, był tylko coraz mniej zainteresowany światem”, opowiadała jego żona. Śmierć ją zaskoczyła, nie była gotowa na to, że przyjdzie tak szybko. Artysta dostał głębokiego wylewu, po dwóch dniach, 9 października 2006 roku, zmarł.

Po śmierci męża Danuta latami nie potrafiła słuchać jego nagrań. Za to lubiła śpiewać sobie utwory Marka Grechuty. Zwłaszcza „Pomarańcze i mandarynki”, od których wszystko się zaczęło. „Pani pachnie jak tuberozy…”

***

Przy pisaniu tekstu korzystałam m.in. z książki Danuty Grechuty i Jakuba Barana „Marek. Marek Grechuta we wspomnieniach żony Danuty”, wyd. Widnokres, Kraków 2012 oraz Marty Sztokfisz „Chwile, których nie znamy”, wyd. W.A.B., Warszawa 2013.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Maryla Rodowicz i Daniel Olbrychski
PAWEL DABROWSKI/East News

Maryla Rodowicz i Daniel Olbrychski: „To wąskie żelazne łóżko świetnie pamiętam”

Ona – z hitem „Małgośka” na koncie święciła triumfy na największych festiwalach muzycznych w Polsce. On – słynny Kmicic z ekranizacji „Potopu”, bohater, w którym kochały się wszystkie dziewczyny. W czasach PRL-u o burzliwym romansie Maryli Rodowicz i Daniela Olbrychskiego mówili wszyscy.
Sylwia Arlak
10.12.2020

On narzekał, że ona nie ma dla niego czasu. Ona miała już dosyć jego przygód z alkoholem. W końcu powiedziała „dość” i pojechała na Mokotów do domu przyjaciela. Do Daniela od dawna dochodziły plotki o romansie ukochanej. Nie chciał im wierzyć, ale mówiono, że Maryla spodobała się Andrzejowi Jaroszewiczowi, synowi ówczesnego premiera. Zadzwonił do jego domu, a kiedy odebrała Maryla, oświadczył, że zaraz po nią przyjedzie. W ciągu dziesięciu minut miał pojawić się przed willą. Dotarł na miejsce, ale jego ukochanej nie było. Nie powiedziała: zostań, nie odchodź Kiedy wbiegł do domu i zobaczył, jak Maryla i jej adorator siedzą przy stole, popijając alkohol, przestał nad sobą panować. „Furtka na posesję była zamknięta, więc przeskoczył przez parkan. Gdy wszedł do środka, Jaroszewicz dostał w dziób” — opowiadała w jednym z wywiadów artystka. Maryla kazała Danielowi natychmiast wyprowadzić się z jej wynajmowanego mieszkania przy alei Szucha. Zmieniła zdanie, gdy po powrocie nad ranem do domu zobaczyła ukochanego. „Żal jej było, że coś się kończy. Nie powiedziała: »Zostań! Nie odchodź!«. Nie, tylko trzymała jedną rączką za skarpetę, a jej palec po palcu odginałem i tak spakowałem się”, wspomina Olbrychski w książce „Maryla. Życie Marii Antoniny”. Ich romans zaczął się trzy lata wcześniej. Na początku lat 70. oboje byli u szczytu sławy. Poznali się w 1973 roku na jednym z bankietów przygotowanych przez organizatorów koncertu Maryli. Jak wspominali członkowie jej zespołu, od razu wpadli sobie w oko. Olbrychski nie tylko zafascynował się jej urodą, ale też pasją do motoryzacji. Rodowicz kupiła sobie czerwone porsche 914, auto, o którym w czasach PRL-u większość osób mogła jedynie pomarzyć.   Nawet Olbrychski jeździł...

Czytaj dalej
Zbigniew Wodecki
Albert Zawada

Nikt tak nie kochał życia, jak Zbigniew Wodecki. „To był człowiek nieskazitelny…”

Zbigniew Wodecki – wielki artysta, pełen uroku mężczyzna, wspaniały przyjaciel. „Był to człowiek nieskazitelny. Był przyjacielem wszystkich”, mówił o nim Krzysztof Materna. 22 maja mija trzecia rocznica śmierci artysty.
Anna Zaleska
22.05.2020

Maj był zawsze jego ulubionym miesiącem. Cieszył się słońcem, spacerami, spotkaniami, jazdą z otwartym oknem w aucie. W maju najłatwiej kochać życie – a Zbigniew Wodecki na pewno je kochał i umiał je doceniać. W jednej ze swoich piosenek śpiewał: „Co było, przeszło, nie wróci/Wczorajszy smutek niech już nie smuci/Więc zostaw, zostaw wszystko…”. W wielu wywiadach powtarzał, że liczy się tylko to, co jest teraz, że warto chwytać dzień, nie oglądać się za siebie, nie żałować tego, co przeszło.  Do siebie miał dużo dystansu i traktował siebie z humorem. Na koncertach opowiadał nieraz dowcip o samym sobie: „Zbigniew Wodecki czołga się przez pustynię i jęczy: wody… W końcu spotyka karawanę i dostaje wodę – Wodecki nalewa odrobinę w dłonie i… poprawia włosy”. Żartował też, że kiedy umrze, to jego imponująca grzywa nie zmieści się w trumnie…  Jego piosenki, jego głos i jego lwią grzywę znał w Polsce każdy. Na ulicy zagadywali do niego i starsi ludzie, i małe dzieci. Prosili o autografy, a on żartował, że dzień bez autografu to dzień stracony. Każdy jednak miał w głowie trochę innego Zbigniewa Wodeckiego. Dla jednych był wykonawcą przebojów, które stały się klasyką polskiej piosenki: „Z tobą chcę oglądać świat”, „Lubię wracać tam, gdzie byłem”… Innym kojarzył się z hitami „Chałupy” i „Pszczółka Maja”. Przez lata cieszył się popularnością jako najsympatyczniejszy juror w „Tańcu z gwiazdami”. Wydawało się, że jest już skazany tylko na rolę szanowanego seniora, kiedy w 2013 roku wydarzyła się rzecz niezwykła. Do 63-letniego artysty przyszli muzycy z Mitch & Mitch z propozycją wspólnego nagrania jego debiutanckiego albumu „1976”. Dzięki...

Czytaj dalej
Leonard Coehn i Marianne Ihlen, początek lat 70.
Fot. Aviva Layton

Leonard Cohen i Marianne Ihlen. Muza od pierwszego wejrzenia

Był niewierny i miał obsesję na punkcie kobiet. Ale o miłości do niej nigdy nie zapomniał – kim była Marianne Ihlen, tajemnicza muza Leonarda Cohena, twórcy słynnego „Hallelujah”
Magdalena Żakowska
13.10.2020

Jeśli miłość poznaje się po tym, jak się kończy, to Leonard Cohen i Marianne Ihlen doświadczyli uczucia z najwyższej półki. Krótko przed śmiercią chora na białaczkę Marianne poprosiła ich wspólnego przyjaciela, żeby przekazał Cohenowi, że ona umiera. Chociaż niezmiennie przysyłał jej zaproszenia na wszystkie swoje koncerty, nie widzieli się i nie kontaktowali od wielu lat, nie wiedziała więc, że Cohen też jest śmiertelnie chory. Jego odpowiedź przyszła natychmiast: „Najdroższa Marianne, jestem tuż za tobą, dość blisko, by wziąć cię za rękę. Nigdy nie zapomniałem twojej miłości i urody, ale przecież o tym wiesz. Nic więcej nie muszę mówić. Bezpiecznej drogi, stara przyjaciółko. Zobaczymy się nieco dalej. Z wyrazami bezkresnej miłości i wdzięczności – twój Leonard”. Oboje zmarli wkrótce później, daty ich śmierci dzielą trzy miesiące. Marianne była muzą Cohena w czasach gdy stawał się wielkim bardem. To dla niej napisał m.in. słynną piosenkę „So long Marianne”. Leonard Cohen: Byłem przejazdem, zostałem na 7 lat Mówi się, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu. Jeśli tak, to artysta ze swoją muzą dobrze wychodzi tylko w piosenkach, listach i wspomnieniach. Tak było przynajmniej w tym przypadku. Przez większość ich wspólnego życia Marianne była głęboko nieszczęśliwa i samotna. Ale czy muza może być w ogóle szczęśliwa? I właściwie jakie warunki musi spełniać kobieta, żeby zostać muzą artysty? Nie oszukujmy się, musi być piękna. Fajnie, jeśli jest do tego inteligentna. Artyści przez wieki doceniali też w muzach otwartość seksualną, ale nie była ona nigdy obowiązkowa. Zawsze ważne były natomiast opiekuńczość, bezgraniczne oddanie i życiowa mądrość, która w praktyce sprowadzała się do zaradności....

Czytaj dalej
david i iman
Fot. East News

David Bowie pisał do Iman: „Przy tobie czuję się jak żyjący święty”

Rzucił dla niej narkotyki, imprezowanie, zmienił się w dżentelmena. David Bowie, legendarny muzyk o złej reputacji i Iman, słynna supermodelka lat 90. kochali się ponad życie.
Magdalena Żakowska
05.11.2020

Filmy biograficzne poświęcone ikonom muzyki budzą dziś co najmniej takie emocje, jak kolejne części „Gwiezdnych wojen”. Były filmy dokumentalne o Amy Winehouse i Whitney Houston, wysokobudżetowe produkcje fabularne o Freddiem Mercurym i Eltonie Johnie. Teraz przyszła kolej na Davida Bowie. Pierwszy zwiastun filmu „Stardust” potwierdził jednak krążące od miesięcy plotki – rodzina artysty nie zgodziła się na wykorzystanie jego utworów w filmie. Będzie więc biografia muzyka bez jego muzyki, ale akurat ten fragment życia Davida Bowie, który wybrali twórcy filmu, dotyczy także innych tematów. W 1971 roku artysta pojechał na pierwsze tournee po Ameryce, a podróż ta zainspirowała go do stworzenia legendarnego alter ego, Ziggy Stardusta – nieśmiertelny symbol androgynicznego piękna.   W kontekście muzyki życie Davida Bowie można z pewnością podzielić na to przed Ziggym i po nim, ale w jego życiu prywatnym granica leży gdzie indziej: w momencie, kiedy spotkał Iman. Przeżyli wspólnie 26 lat i stworzyli najmniej rock’n’rollową spośród rock’n’rollowych par. David Bowie: szalony, zły i zakochany O muzykach rockowych XX wieku mówi się, że byli jak lord Byron: „Mad, bad and dangerous to know”. Kokaina, tygodniowe imprezy, długonogie dziewczyny na wyciągnięcie ręki – na tym z grubsza upłynęły im lata 70. i 80. Rzeczywiście „Szaleni, źli i niebezpieczni”. Mick Jagger – trzy żony, dziesiątki kochanek i złamanych serc: od Marianne Faithfull przez księżniczkę Małgorzatę po supermodelkę Carlę Bruni. Podobnie Iggy Pop, Bono, Michael Hutchence – wszyscy kumple Bowiego. On sam nie był lepszy, a może nawet najgorszy z nich. W wydanej w 2012 roku biografii Micka Jaggera pierwsza żona Bowiego, Angie, opowiada, że spóźnili się z...

Czytaj dalej