Małżeństwo jest usłane różami z kolcami – mówi nam Beata Ścibakówna
Fot. Krzysztof Kuczyk/Forum

Małżeństwo jest usłane różami z kolcami – mówi nam Beata Ścibakówna

Jak stworzyć dobre małżeństwo, co to znaczy być normalną żoną i jak przeżyć ze sobą „długo i szczęśliwie” 25 lat! – rozmawiamy z aktorką Beatą Ścibakówną.
Anna Zaleska
17.12.2020

Jesienią tego roku obchodziła 25-lecie małżeństwa z Janem Englertem, wybitnym aktorem i reżyserem, dyrektorem Teatru Narodowego w Warszawie. Poznali się, kiedy on był rektorem Akademii Teatralnej, a ona studentką. Od tamtego czasu są – jak mówi Beata Ścibskówna – właściwie cały czas razem. „I w teatrze i w domu i na wakacjach”.

We wrześniu w „Och-Teatrze” zdążyła się jeszcze odbyć premiera sztuki „Oszuści”, która w lekkiej, zabawnej formie porusza poważny temat zdrady małżeńskiej. Reżyserował Jan Englert, a Beata Ścibakówna zagrała w niej z Gabrielą Muskałą, Zbigniewem Zamachowskim, Piotrem Grabowskim, i dwójką młodych aktorów: Michaliną Łabacz i i Filipem Pławiakiem. Sztuka ma wrócić na deski teatru, gdy tylko to będzie możliwe (zależy to oczywiście od obostrzeń związanych z pandemią). „Zdrada wydaje się dzisiaj czymś łatwym. Jakby nie była problemem, czymś niemoralnym, co spowoduje cierpienie drugiej osoby” – mówiła w rozmowie z nami Beata Ścibakówna.

Anna Zaleska: Sztuka „Oszuści” w komediowej formie porusza ważny temat niewierności małżeńskiej. Według statystyk już 42 procent Polek i Polaków zdradziło współmałżonka…

Beata Ścibakówna: Naszą uwagę podczas spektaklu zwróciły słowa mojej bohaterki do syna:„Ożenisz się z tą dziewczyną, a odetniesz się od wszystkich innych kobiet”. Na co jej mąż – w tej roli Zbigniew Zamachowski – odpowiada: „Nieprawda!”. I w tym miejscu na widowni jest zawsze wybuch śmiechu, a ostatnio były nawet gromkie oklaski. Rozmawialiśmy o tym za kulisami. Z tego dialogu jednoznacznie wynika, że dopiero po ślubie zaczyna się tak naprawdę życie erotyczne z wieloma kobietami. Skoro ludzie tak na to reagują, śmieją się i biją brawa, to może znaczyć, że sami zdradzają.

A przynajmniej dopuszczają taką myśl.

Zdrada wydaje się dzisiaj czymś łatwym. Jakby nie była problemem, czymś niemoralnym, co spowoduje cierpienie drugiej osoby. W dodatku jest coraz więcej rozwodów. Rozmawiałam ze znajomą panią adwokat. Mówi, że w ciągu tygodnia wpływa do niej nawet dziewięć pozwów o rozwód. Po pandemii ta liczba – i tak wysoka – jeszcze bardziej wzrosła.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Beata Ścibakówna: zdrada i ucieczka przez nudą

W przypadku kobiet coraz częściej powodem zdrady staje się małżeńska nuda.

Tak, moja bohaterka wprost mówi, że w sypialni z mężem tylko rozmawiają. Dlatego szuka atrakcji gdzie indziej. W ogóle nie zastanawia się nad tym, że krzywdzi męża i rodzinę. Myśli wyłącznie o sobie. Sądzę, że przyczyną zdrady często bywa właśnie egoizm. Dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn.

Bohater Zbyszka Zamachowskiego mówi: „Jestem po pięćdziesiątce, spłaciłem dług wobec żony i syna, więc teraz mogę rozpocząć nowe życie”. Nie ma takiego myślenia, by zestarzeć się ze współmałżonkiem, razem podróżować po świecie, chodzić do parku, trzymając się za ręce. Kobiety też chcą uciec przed tym, co uważają za nudę. Zwłaszcza że dzisiejsze 50-latki są jak kiedyś 30-latki. Bardzo o siebie dbają, uprawiają sporty, są atrakcyjne. Romans traktują jak szansę na przeżycie czegoś ekscytującego.

To łatwiejsze niż ożywienie własnego małżeństwa?

Często tak się wydaje. Ale dla kobiety może to być pułapka. Obserwuję wokół siebie, że jeśli ludzie się rozstają, to przeważnie mężczyzna zakłada nową rodzinę i przeważnie z dużo młodszą partnerką. Kobiety zaś zostają z dziećmi i trudno im ułożyć sobie nowe życie. Panowie otwarci na romans nie są zbyt skłonni wchodzić w poważny związek z dojrzałą, wymagającą partnerką.

Czasem problem powstaje na samym początku, gdy bierzemy ślub z niewłaściwą osobą. Cynik i romantyczka – taki związek z założenia wydaje się skazany na porażkę. Może lepiej by było, gdyby romantyk żenił się z romantyczką, a cynik z cyniczką?

Cynik z cyniczką mogliby nawet nie dotrwać do końca miesiąca miodowego. (śmiech) W małżeństwie często szuka się spokoju i stabilizacji. Ciepłego rodzinnego gniazda, miejsca, do którego można zawsze wrócić, gdzie czeka żona dziergająca na szydełku piętnastą narzutę albo mąż, niezbyt zajmujący, ale dający poczucie bezpieczeństwa. Skoki w bok traktuje się jak niewinne przygody służące urozmaiceniu życia. Druga strona może nawet podejrzewać niewierność, ale dla świętego spokoju woli wierzyć, że mąż rzeczywiście w każdy piątkowy wieczór „gra w madżonga”, jak jeden z bohaterów „Oszustów”.

„Mamy z mężem mnóstwo tematów do rozmów”

Może więc małżeństwo to przestarzała instytucja? Podobno już co piąty młody człowiek w Polsce tak uważa.

Czy ten tak zwany papierek jest najważniejszy? Związek nieformalny pozostawia uchyloną furtkę, a małżeństwo ją zamyka. Oczywiście, można wziąć klucz i otworzyć, ale trzeba sięgnąć po ten klucz, potem odłożyć go na miejsce – więcej komplikacji. Z nieformalnego związku chyba łatwiej jest wyjść, nawet gdy są dzieci. Ale może ja jestem staroświecka?

Razem z mężem, Janem Englertem, świętowali państwo we wrześniu 25. rocznicę ślubu. Srebrne wesele!

Nie było wielkiej uroczystości. Wypiliśmy z tej okazji dobrego szampana, poszliśmy z córką na kolację. Rzeczywiście mało jest związków, które mogą się pochwalić takim stażem. Wszyscy mnie pytają: „Jaka jest recepta na udane małżeństwo?”. Nie ma recepty.

Wiadomo, że życie małżeńskie nie jest usłane różami, chyba że różami z kolcami. My też mieliśmy okresy lepsze i gorsze, przez 25 lat to nieuniknione. Być może nasze małżeństwo ma się dobrze, bo pracujemy razem, mamy wspólne pasje? My właściwie cały czas jesteśmy we dwoje. I w teatrze, i w domu, i na wakacjach. Mamy wspólne zainteresowania i mnóstwo tematów do rozmów. Jeżeli mój mąż ogląda mecz tenisowy, mnie to nie denerwuje, bo ja też bardzo lubię tenisa.

Pani mąż żartował, że tenis to jedyna rzecz, w której nadal jest od pani lepszy, nigdy go pani nie pokonała.

To prawda, czasem kilka piłek potrafię urwać, ale meczu czy nawet seta nigdy z nim nie wygrałam. Zresztą przeważnie nie gramy przeciwko sobie, tylko w parze.

Co jeszcze lubią państwo razem robić?

Podczas pandemii nadrobiliśmy zaległości w serialach. Obejrzeliśmy chyba wszystko, co znajomi nam polecali, a my nie mieliśmy na to wcześniej czasu. Nie zawsze podoba nam się to samo. Ja lubię seriale historyczne, mąż za takimi nie przepada. Zachwycałam się „The Crown”, mąż niekoniecznie. Ale dużo było też takich, które nas oboje zafascynowały. „Ozark” na przykład. Albo bardzo dowcipny „Kominsky Method”. Przyglądamy się, jak serial jest zrealizowany i zagrany, rozmawiamy o tym. Nie zawsze mamy takie samo zdanie.

Oboje są państwo zodiakalnymi Bykami.

Tak, ale zupełnie innymi. Mąż mówi o sobie Byczek Fernando, a ja jestem ten ostry Byk z rogami, temperamentny.

Deklaruje pani: „Jestem normalną żoną”. Co to dla pani znaczy?

Gotuję, sprzątam, piorę, prasuję. Raz w tygodniu przychodzi pani na dokładne sprzątanie. Jestem pedantką, u mnie wszystko musi być poukładane, wszystko ma codziennie wracać na swoje miejsce. Podejrzewam, że za parę lat będę nie do wytrzymania z tą moją pedanterią... Jestem żoną normalną, ale nie idealną. W kuchni słabo sobie radzę, rzadko gotuję. Jak twierdzi moja córka, nie mam genu gotowania. (śmiech) Nie wiem, jak to możliwe, że podczas lockdownu nie umarliśmy z głodu. Ale poza tym jestem typową matką Polką. Nudy!

Lubi pani te domowe zajęcia?

Czasami potrzebuję takiej odskoczni. Najbardziej lubię dbać o rośliny. Mamy bardzo duży taras. Zakładam rękawice, grzebię w ziemi, coś zasadzę, przesadzę, oberwę suche liście. Sprawia mi to wielką radość i skutecznie odstresowuje. W przeciwieństwie do gotowania, które nie daje mi ani przyjemności, ani satysfakcji.

Pani córka mówi, że jesteście zaprzyjaźnione ze sobą, ale jednocześnie zawsze wiedziała, że pani jest mamą, nie kumpelką, i że nie wszystko jej wolno.

Uważam, że gdy wychowuje się dziecko, ono musi wiedzieć, co jest czarne, co jest białe, co jest dobre, a co złe. Wyznaczaliśmy granice. Ale im Helena była starsza, tym więcej z nią rozmawialiśmy i na więcej pozwalaliśmy, bo mieliśmy do niej coraz większe zaufanie. Granice się przesuwały. Widzieliśmy, że staje się bardziej dojrzała, świadoma i samodzielna.

Hela niedawno mi powiedziała, że jestem jej przyjaciółką, co było dla mnie wspaniałe i wzruszające. Nie kumpelką, nie koleżanką, tylko przyjaciółką. Dla matki to chyba najpiękniejsze, co może usłyszeć od dziecka. Macierzyństwo jest olbrzymią pracą i cieszę się, że moja praca przynosi takie efekty.

Gdy córka w zeszłym roku wyjeżdżała na studia do Nowego Jorku, to było dla państwa trudne?

Przygotowaliśmy Helenę na to. Wcześniej wielokrotnie wyjeżdżała sama w różne miejsca, nie była chowana pod kloszem. Miała dużo wolności, nie baliśmy się sytuacji: „Wreszcie uwolniłam się od rodziców i mogę zaszaleć”. Oczywiście dziecka nie da się na wszystko przygotować. Ono musi kilka razy się sparzyć, by pewne rzeczy poznać i odrzucić, a inne docenić. Przejść swego rodzaju egzamin dojrzałości.

W „Oszustach” młodzi ludzie wydają się bardziej dojrzali niż ich rodzice.

A na pewno są bardziej dojrzali niż ich rodzice, gdy byli w ich wieku. Michelle i Allen, para młodych ludzi, naprawdę wiedzą, czego chcą, i chyba też stworzyli lepszy związek, bo mądrzej się dobrali. Poza tym mieszkają razem od kilku lat, więc mieli szansę dobrze się poznać. Nie ma lepszego sposobu na wzajemne poznanie niż życie pod jednym dachem.

Gdyby młoda dziewczyna zapytała panią, jakich cech szukać u mężczyzny, by mieć pewność, że będzie dobrym partnerem, mężem i ojcem, co by pani wymieniła?

Moja babcia Marianna – nieżyjąca już, niestety, urodziła się w 1917 roku – powiedziała mi kiedyś: „Jeśli chcesz sprawdzić, jaki mężczyzna jest naprawdę, to go upij”. (śmiech)

Aktorzy często mówią, że ich zawód daje możliwość „przeżycia kilku żyć”. Pani wielokrotnie grała żonę, między innymi z Janem Englertem w znakomitym spektaklu „Mąż i żona” według Aleksandra Fredry. Czy to daje możliwość przeżycia kilku małżeństw?

(śmiech) Nie, nie mam takiego wrażenia. Myślę, że aktorzy mówiąc tak, mają na myśli doświadczanie najróżniejszych emocji. Czasami nawet nie podejrzewam się o uczucia, jakie w sobie wyzwalam, grając. Jeszcze jako młoda dziewczyna w „Damie kameliowej” w reżyserii Jerzego Antczaka miałam zagrać w scenie wielkiej awantury. Pan Jerzy tak mnie wtedy podszedł, doprowadził do stanu takiej furii, że dosłownie fruwałam. W życiu nie spodziewałam się, że mogę z siebie wydobyć tak potężną złość. Często nie wiemy, jak ekstremalne emocje w nas buzują. Aktorstwo pozwala je wydobyć. Zaskakujemy samych siebie. Grając, możemy się lepiej poznać.

Jedna z aktorek powiedziała mi, że gdy na planie czy na scenie wciąż przechodzi z jednej silnej emocji w drugą, w życiu prywatnym to się przekłada na rozchwianie emocjonalne. Pani też to zauważa?

Miałam podobne doświadczenie. Kilka lat temu tak się złożyło, że grałam jednocześnie w teatrze i w dwóch serialach, do tego pracowałam nad nową rolą. I wszystkie te postaci były złymi kobietami, intrygantkami, choć każda w inny sposób. Negatywna energia do tego stopnia mnie wtedy wypełniła, że przynosiłam ją do domu, nie mogłam się od niej uwolnić. Stałam się wybuchowa, rozdrażniona, złośliwa. To było silniejsze ode mnie. Wobec najbliższych też zachowywałam się nieznośnie. Wiedziałam, że to jest spowodowane myśleniem o tych postaciach, ale wspominam ten czas jako katorgę.

Jak się potem oczyścić ze złej energii? Wtedy właśnie taras pomaga?

Pomaga taras, pomaga wyjazd na jakiś czas. Książka, niestety, nie, bo nie można się skupić na czytaniu. I oczywiście dom pomaga. Na wszystko pomagają dobre relacje w rodzinie.

***

Rozmowa ukazała się w miesięczniku „Uroda Życia” 10/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Krystyna Kofta, feminizm
fot. M. Mutor/Ag. Gazeta

Krystyna Kofta: pisarka, żona, feministka

„Szczęśliwym w małżeństwie się bywa”, mówi Krystyna Kofta i opowiada o tym, czym jest prawdziwa miłość, kiedy zaczyna się zdrada i dlaczego seks bez uczuć uważa za przereklamowany.
Magdalena Żakowska
15.06.2020

Jest jedną z najbardziej popularnych polskich pisarek, plastyczką i działaczką społeczną. Od wielu lat współpracuje z organizacjami zajmującymi się profilaktyką raka piersi, na którego sama chorowała. W zeszłym roku po czternastu latach Krystyna Kofta  zdecydowała się wznowić jedną ze swoich książek. Nie bez przyczyny. Dopisała do niej kilka ważnych rozdziałów. Rozdziałów w książce i w historii współczesnej. Tak powstała publikacja „Gdyby zamilkły kobiet. #Nigdy”.  Mimo formalnego  równouprawnienia  my, kobiety wciąż musimy o siebie walczyć. O równą płacę, za równą pracę, o prawo do decydowania o sobie i o swoim ciele. Jeszcze nigdy głos kobiet , głos nas wszystkich nie był tak ważny. Nie dajmy go sobie odebrać.  Magdalena Żakowska: Wznowiłaś książkę sprzed kilkunastu lat. Dlaczego teraz? Krystyna Kofta: Bo jest dziś potrzebna i wciąż aktualna. Książka „Gdyby zamilkły kobiety. #Nigdy” była w pierwotnej wersji o tym, dlaczego nie jesteśmy słuchane, mimo że nasz głos jest ważny. W nowym wydaniu uzupełniłam ją o kilka nowych rozdziałów, m.in. dotyczących konwencji antyprzemocowej, Czarnego Poniedziałku i akcji #MeToo. Kobiety nie zamilkną nigdy, a czasem muszą krzyczeć. I to jest właśnie ten moment. Krystyna Kofta o #MeToo Świat kobiet bardzo się zmienił przez te kilkanaście lat od pierwszego wydania? Na pewno pod względem obyczajowym. Kobiety bez problemu się dziś rozwodzą, nie piętnuje się singielek ani kobiet, które nie chcą mieć dzieci. Zawdzięczamy to w dużej mierze temu, że należymy do Europy. W nowej wersji książki znajduje się też moje #MeToo, które zdarzyło się lata temu i dziś już chyba nie mieści się w głowie.  Czy poczujesz się urażona, jeśli powiem, że...

Czytaj dalej
Vedrana Rudan
Vedrana Rudan. Fot. Kamil Szkopik

Vedrana Rudan: Podziwiam Polki, jestem z wami, wspieram Strajk Kobiet!

Nikt nie pisze o piekle kobiet tak bezkompromisowo i sugestywnie, jak ona. Zna je na wylot, bo sama przez nie przeszła. „Podziwiam Polki. Kiedy mężczyźni was wkurzą, wychodzicie na ulice” – mówi pisarka Vedrana Rudan.
Magdalena Żakowska
27.10.2020

Chorwacka pisarka Vedrana Rudan mówi o sobie, że wychowała się w typowej chorwackiej rodzinie.  Pierwszy raz pobiła mężczyznę, kiedy miała 12 lat. Chciał ją zgwałcić i chociaż był od niej wyższy o głowę, to i tak dosyć długo leżał później w szpitalu. 10 lat później próbowała zabić ojca , a później przez lata żyła w przemoc owym związku ze swoim pierwszym mężem. Na szczycie listy jej wrogów znajdują się mężczyźni, a zaraz za nimi politycy i kler. Nie oszczędza nikogo, ale najbardziej okrutna jest wobec samej siebie. Vedrana Rudan tnie językiem jak brzytwą.   Magdalena Żakowska: Pani kolejne książki to różne rozdziały pani życia. Zaczęło się od „Ucho, gardło, nóż”, gdzie opisała pani okropieństwa wojny na Bałkanach i dramatyczną sytuację kobiet w powojennej rzeczywistości. Vedrana Rudan: Ta wojna zmieniła wszystko. Także dla mnie. Zanim wybuchła byłam dziennikarką radiową. Z dnia na dzień straciłam pracę, bo mój drugi mąż jest Serbem. Potem większość oszczędności straciłam na to, aby uchronić syna przed poborem do armii. Z dnia na dzień zostaliśmy bez środków do życia. Po wojnie długo ciągnęła się za mną ta „zła Chorwatka”, która wyszła za Serba. Nie mogłam znaleźć pracy, nie mogłam pisać w gazetach, a bez pisania nie potrafiłam żyć. Napisałam więc książkę pełną gniewu na świat. Bicie kobiet to nasz sport narodowy Narratorką „Ucha…” jest 50-letnia kobieta, która w radykalnym, nabitym wulgaryzmami monologu rysuje gorzki obraz otaczającego ją świata. W Polsce pani powieść wystawiła w Teatrze Polonia Krystyna Janda. Jej monodram nie schodził z afisza przez dwa sezony.  W Chorwacji publikacja tej książki wywołała skandal. Wojna to u nas nadal...

Czytaj dalej
Beata Kos-Kudł
fot. Piotr Porebsky

Nie czekajmy na menopauzę jak na koniec świata. To nowy początek, mówi prof. Beata Kos-Kudła

„W endokrynologii można stymulować czy hamować wydzielanie hormonów, tu trochę odjąć, tu trochę dodać, a efekt jest od razu widoczny i pacjenci czują się lepiej. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki” – mówi wybitna polska endokrynolożka, prof. Beata Kos-Kudła.
Magdalena Żakowska
04.06.2020

Klinika Endokrynologii i Nowotworów Neuroendokrynnych, którą kieruje prof. Beata Kos-Kudła, została uznana za Europejskie Centrum Doskonałości, jedyne w Europie Środkowo-Wschodniej. Leczy tysiące chorych z całej Polski – jednych u siebie w szpitalu, innych za pomocą platformy internetowej własnego pomysłu. Jeśli miałybyśmy ją z kimś porównać, to nasuwa się tylko jedno naziwsko –  profesor Beata Kos-Kudła jest Olgą Tokarczuk w dziedzinie medycyny! Magdalena Żakowska: Klinika, uniwersytet, prywatna praktyka, a do tego działalność w towarzystwach naukowych. Jak pani to wszystko łączy?   Prof. Beata Kos-Kudła:  Wewnętrzna dyscyplina plus pasja. Wstaję o 5.30. Ćwiczę. Krótko, żeby mieć więcej energii. Dosłownie kilka powtórzeń rytuałów tybetańskich. Co to takiego? Zestaw pięciu ćwiczeń, które mają dać nam zdrowie i długowieczność. Bardzo polecam. Te ćwiczenia nie wymagają żadnych przyrządów, urządzeń, może je robić każdy i wszędzie. Liczba powtórzeń zależy tylko od kondycji, czasu i ochoty.  Wierzy pani w medycynę niekonwencjonalną? Nie neguję jej. Najprawdopodobniej nie istnieją badania naukowe, które w sposób jednoznaczny udowadniają, że ta medycyna przynosi efekty, ale na pewno ma pozytywny wpływ na psychikę pacjenta, a to też jest bardzo ważne. W Peru nawet dyplomowani lekarze leczą ziołami, a po zdobycze medycyny konwencjonalnej sięgają dopiero w drugiej kolejności.  Po ćwiczeniach śniadanie? Przygotowuje je mąż, ale jedyne, w czym się w kuchni specjalizuje, to jajecznica i wrzucanie frankfurterek do wrzątku. To nasze stałe śniadaniowe menu. Potem szpital. Lunch jem często w samochodzie w drodze ze szpitala na uniwersytet, gdzie mam wykłady, bo to 40 kilometrów w jedną stronę. Potem wpadam do redakcji...

Czytaj dalej
nehrebecka
Szymon Szczęśniak/LAF

Anna Nehrebecka: „W mojej kresowej rodzinie kobiety były opoką”

Widzowie zapamiętali ją jako Marynię Połaniecką.. „A ja wolałam siebie w roli zimnej blondynki, która pali długie papierosy i łamie serca” – opowiada słynna, wspaniała aktorka Anna Nehrebecka.
Magdalena Żakowska
07.07.2020

Marzyła o zagraniu Oleńki Billewiczówny w „Potopie”. I choć akurat marzenie się nie spełniło – Jerzy Hoffman powierzył tę rolę Małgorzacie Braunek – nigdy nie mogła narzekać na brak świetnych propozycji. Anna Nehrebecka jest jedną z najbardziej znanych i uznanych polskich aktorek. Grała u Wajdy, Zanussiego, Antczaka, Koterskiego, Pieprzycy – długo można by wymieniać. W młodości kojarzyła się z rolami delikatnych, subtelnych blondynek albo z wizerunkiem „panienki z polskiego dworku”. Taką rolę zagrała m.in. w „Ziemi obiecanej” jako Anka – narzeczona Karola Borowieckiego. Od lat jest żoną dyplomaty, Iwo Byczewskiego, ma dwie córki. Sama mówi o sobie: „Gdybym miała zaczynać jeszcze raz, włożyłabym dużo pracy, żeby bardziej wierzyć w siebie”. Jak widać wybitni aktorzy mają problemy nie tylko z nieśmiałością, ale też z pewnością siebie. Jak to możliwe? Magdalena Żakowska: Czy Anna Nehrebecka chodzi na castingi? Anna Nehrebecka: Nie. Maciej Pieprzyca zadzwonił osobiście i zaproponował pani rolę w „Kruku”, serialu, który nakręcił dla Canal+? Zadzwonił reżyser castingu albo ktoś z agencji. Ja żyję dziwnie, trochę z boku aktorskiego środowiska. Bardzo długo nie miałam agenta. Nie mogłam się do tego przekonać, chociaż sama kompletnie nie znam się na gażach, wynagrodzeniach, stawkach. Kiedy w końcu ktoś mnie namówił, żebym zapisała się do agencji, okazało się, że agencja chciałaby, żebym zrobiła sobie botoks i lifting. Nie wierzę! To były jeszcze lata 90.? Nie, to było już po moim powrocie z Brukseli, czyli pewnie 2007 albo 2008 rok. Sama pani widzi, że się raczej nie rozumieliśmy. Dziś oficjalnie jestem w agencji, ale reżyserzy przeważnie dzwonią osobiście. Z Maćkiem pracowałam wcześniej przy filmie...

Czytaj dalej