Małgorzata Niemen opowiada o miłości do Mistrza, Czesława Niemena

Małgorzata Niemen opowiada o miłości do Mistrza, Czesława Niemena

„Było mi trochę wstyd, czy może miałam wyrzuty sumienia, że to mnie wybrał.”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

Małgorzata Niemen była pierwszą polską modelką, której zdjęcie pojawiło się we włoskiej edycji magazynu „Vogue”. Do dziś jest ikoną mody. Posągowo piękna, Czesław Niemen mówił o niej, że jest jego muzą. Poznali się w 1973 r. w Warszawskiej Wytwórni Filmowej. Szybko zostali razem na kolejne 30 lat, aż do śmierci Niemena, w wieku 64 lat. 

Magdalena Żakowska: Jaki był?

Małgorzata Niemen: Czesław uwielbiał remontować, odnawiać starocie. Co chwila coś zwoził z Koła. Miał nadzieję, że starczy mu życia na komponowanie, pisanie, malowanie, a jednocześnie urządzenie naszego domu – wszystko chciał zrobić sam. Heblował, szlifował, przybijał, cyklinował. Ale nie zdążył zrobić wszystkiego, co sobie zaplanował… Uwielbiał wszystkie manualne zajęcia. Uważał, że praca – taka najprostsza, fizyczna – nas buduje.

Był dumny z tego, że potrafi sam wszystko zrobić?

To było dla niego oczywiste. Wychował się na polskiej, kresowej wsi, w Starych Wasiliszkach. Wszyscy zajmowali się tam ciesiołką. Ale powiedział też kiedyś, że gdyby nie został muzykiem, to byłby stolarzem. To jego zdanie dodało mi zresztą odwagi, kiedy przygotowywałam wystawę swoich zdjęć. Bardzo nie chciałam przekroczyć pewnej granicy – intymności, taktu – a jednocześnie chciałam pokazać artystę-cywila podczas prac fizycznych, które miały dla niego takie znaczenie.

Mam wrażenie, że w ogóle z trudem przychodzi pani rozmawianie o waszej prywatności, o nim.

Bo kiedy o tym mówię, to mam wrażenie, że wyzbywam się czegoś ważnego dla mnie. Kiedyś pani Barbara Hoff uświadomiła mi, na czym polega ten mechanizm. Powiedziała: „Jakaś gazeta zwróciła się do mnie, żebym opowiedziała o swoim strychu. O tym, jak mieszkam. Że przyjdą, sfotografują moje mieszkanie. Oczywiście odmówiłam! Przecież to wszystko już nie byłoby moje”. Byłam zachwycona – nazwała moje emocje.

To ona poznała panią z Czesławem Niemenem?

Nie, to projektantka Grażyna Hase. Na imprezie w Remoncie. Był 1973 r., mieszkałam jeszcze wtedy z rodzicami i w ramach wsparcia budżetu domowego pracowałam jako goniec w Wytwórni Filmów Dokumentalnych na Chełmskiej. Nosiłam taśmy filmowe z budynku do budynku, kupowałam kawę kierownikowi planu. Pamiętam, że wtedy po raz pierwszy w życiu miałam do czynienia z kserokopiarką – stałam przy tej szafie i naciskałam guziczek, kopiując scenariusz „Wielkiej miłości Balzaca”.

Któregoś dnia, gdy kupowałam w barku kawę dla kierownika, podszedł do mnie operator Stanisław Latałło i powiedział, że Grażyna – która robiła w tym czasie kostiumy do filmu Zanussiego i siedziała właśnie przy stoliku obok – szuka modelek i chciałaby ze mną porozmawiać. Pracowała wtedy w Corze. Tak zaczęła się moja praca modelki. Po którymś pokazie poszłyśmy razem do Remontu. Czesław siedział na ladzie w szatni. Nigdy tego nie zapomnę.

Ale po raz pierwszy zobaczyliśmy się, zanim się jeszcze poznaliśmy. Wychodząc z wytwórni na Chełmskiej, kierowałam się w lewo na przystanek autobusowy. I któregoś słonecznego dnia zobaczyłam przy wyjściu Czesława Niemena. Choć był już wtedy wielką gwiazdą, nie należałam do jego fanek – słuchałam wtedy Trubadurów, Czerwonych Gitar. Ale popatrzyliśmy na siebie i od razu coś we mnie drgnęło. Nie dlatego, że artysta. Dlatego, że to był facet. Wysoki, postawny, wspaniale zbudowany…

…jako bryła udał się Panu Bogu?

Dobrze to pani ujęła! W tej bryle widać było charakter! Wymieniliśmy spojrzenia, ale ja poszłam w lewo, a on w prawo. Potem, kiedy już się poznaliśmy, powiedział mi, że stanął wtedy i czekał, aż się za nim obejrzę. Nie obejrzałam się.

Żeby mu pokazać, że nie należy pani do dziewczyn, które natychmiast polecą na gwiazdę?

Pomyślałam, że pewnie ma mnóstwo adoratorek i nie dam mu tej satysfakcji. Korciło mnie, ale nie obejrzałam się. Potem wielokrotnie przypadkiem, w różnych miejscach natykaliśmy się na siebie, aż któregoś dnia przyszedł do mnie do domu. Chyba Grażyna Hase dała mu adres. Nie było mnie, ale zostawił karteczkę. Wtedy straciłam głowę na dobre.

A co na to rodzice?

Pamiętam, że mama zastała mnie któregoś dnia w pokoju przy biurku – rysowałam i pochlipywałam. „Córeńko, co się stało !”. A ja, łkając, odpowiedziałam: „Zakochałam się”. Do dziś mam ten rysunek.

Długo trwał okres rozkręcania się waszej miłości?

Riviera Remont był wtedy modnym miejscem. Spotkaliśmy się tam później znowu i znowu. A w końcu był szampan i tańce. Zaraz potem Czesław wyjechał do Stanów, gdzie nagrywał płytę dla wytwórni CBS. Napisał wtedy piosenkę „Lilacs And Champagne” („Bzy i szampan”) i kilka innych poświęconych naszemu uczuciu.

Urszula Dudziak, wspominając ten moment biografii pani męża, powiedziała, że „amerykańska przygoda nie wypaliła z różnych powodów, ale przede wszystkim Czesław bardzo tam tęsknił za Małgosią”.

Pisaliśmy do siebie, ale listy szły strasznie długo. Czesław mieszkał wtedy w 24-metrowej kawalerce, nie miał telefonu, moja sąsiadka, pani Basia, miała. Chodziłam do niej, zamawiałam na centrali rozmowę z Nowym Jorkiem i operatorka mówiła mi, o której godzinie i którego dnia mam znowu zadzwonić, żeby nas połączyła. Pamiętam, jak narzekał, że w Nowym Jorku, w nocy nieustannie wyją syreny. Jak nie policja, to karetka.

Jak długo go nie było?

Miesiąc.

Tylko ! Tak to pani opowiada, jakby wyjechał co najmniej na rok!

Niby tylko, ale to był ten pierwszy, najbardziej intensywny okres zakochania. Ten miesiąc się okropnie dłużył. To był też dla nas obojga swego rodzaju egzamin.

Krzysztof Krauze powiedział mi kiedyś, że w pani domu przeżył jedno z większych wzruszeń w swoim życiu. To było chyba wiosną zeszłego roku. W przedpokoju ciągle wisiał płaszcz pani męża. I kiedy siedzieliście w ogrodzie i zrobiło się chłodno, pani mu ten płaszcz przyniosła, żeby nie zmarzł.

Tak było…

…ciągle tam wisi?

Wisi. I nie wisi. Jest zawsze pod ręką. Narzucam go sobie czasem.

Jeździła pani z mężem w trasy koncertowe?

Na początku tak, kiedy nie było dzieci. Potem stałam się bardziej domowa. O, ale na przykład to zdjęcie Krzysztof Niedenthal zrobił nam przed koncertem Czesława. Krzysztof zapamiętał, że to w Teatrze Narodowym, a mnie się wydaje, że to w garderobie w Sali Kongresowej. To zdjęcie też będzie pokazane po raz pierwszy. Przez wiele lat miałam opory przed pokazywaniem naszych wspólnych zdjęć – wspólne zdjęcia to jest ten mój wewnętrzny strych. Ale pomyślałam sobie, że mam już 60 lat i może czas, żeby trochę się podzielić.

Byliście jedną z najsłynniejszych par swoich czasów. Nierozłączni. Ale były przecież też tłumy fanek. Natrętnych?

W kamienicy, w której mieszkaliśmy, przy ulicy Niecałej, obok Ogrodu Saskiego, była winda, cała zapisana gęsto przez fanki: „Kocham cię, Czesław” itp. To była „winda Niemena”. A przed domem był kiosk, a przy kiosku ławeczka. Fanki Czesława często przesiadywały na niej i patrzyły w nasze okna.

Jak on na to reagował?

W ogóle na to nie reagował.

A pani?

Ja miałam taki problem, że było mi trochę wstyd, czy może miałam wyrzuty sumienia, że to mnie wybrał. Czułam się trochę nieswojo, kiedy mijałam tę ławeczkę.

Temat zazdrości w waszym związku nie istniał?

W ogóle nie żyliśmy w takich kategoriach. Naszą rozpoznawalność czy popularność zostawialiśmy przed drzwiami. W domu byliśmy jak każda rodzina Kowalskich czy Wiśniewskich. Czesław miał 34 lata, kiedy się poznaliśmy. Miałam poczucie, że zdążył już się wyszumieć. A do tego był bardzo mądrym i troskliwym mężczyzną.

Poza tym mieliśmy do siebie zaufanie. Uważam, że każdemu potrzebne jest przebywanie z samym sobą. Byliśmy autonomicznymi jednostkami. Dzieci szły spać, a my pogrążaliśmy się w swoich zajęciach – ja np. malowałam, on zamykał się w swojej pracowni. 

Mąż był dumny z tego, że jest pani słynną modelką?

Nie przeszkadzało mu to. Ale na moich pokazach był może z pięć razy. Przychodził z kamerą, żeby nie siedzieć bezczynnie. Jest taki wiersz Czesława opublikowany w 2003 r. w magazynie „Tylko Rock” pt. „Kalanchoe”, do którego zrobił grafikę na podstawie zdjęcia z jednego z moich pokazów.

Na zdjęciach widać, jak niesamowicie był zbudowany. Jak Herkules.

Wiele osób pamięta, jaki był silny. Znam historię o tym, jak to przed którymś koncertem kilku młodych ludzi nie mogło wnieść organów Hammonda na scenę i dopiero, jak Czesław chwycił je sam z jednej strony, a oni z drugiej, to się udało. Miał krzepę.

Ćwiczył?

Kiedy był młody – sporo. Pompki, hantle, jak to mężczyźni, którym zależy na muskulaturze, czyli bryle, jak to pani trafnie ujęła. Zawsze zresztą dbał o kondycję. 

I był wegetarianinem.

Tak. Do wegetarianizmu przekonał go kolega. Jeździli razem w trasy i za którymś razem wrócił z postanowieniem, że nie będzie jadł mięsa. Natomiast my z córkami lubiłyśmy i nadal lubimy zjeść czasem mięso, ryby. Nie ukrywam, że patrzył na nas kosym okiem.

Mocno przeżywał nagonkę władz, która trwała właściwie nieprzerwanie od lat 60.? Najpierw „Express Wieczorny” opublikował głośny paszkwil, telewizja kasowała jego koncerty, a na koniec jeszcze zmanipulowano i pocięto jego wypowiedź dla Telewizji Polskiej i puszczono w „Dzienniku Telewizyjnym” po wybuchu stanu wojennego – wynikało z niej, że rzekomo go popiera.

Dowiedzieliśmy się o tym, że wystąpił w „Dzienniku” od sąsiada – męża pani Basi, która miała telefon. Wracaliśmy wieczorem do domu i spotkaliśmy pana Mariana na schodach. „Panie Czesławie, był pan w telewizji”. Zdziwiliśmy się, bo w ostatnim czasie nie nagrywał nic dla telewizji. Okazało się, że zmanipulowano jego wypowiedź, m.in. o Norwidzie, której udzielił dużo wcześniej. To był dramat. Czesław był zdruzgotany i kompletnie bezsilny. Bo co można było zrobić? Prosić o sprostowanie? W stanie wojennym !

Czy ta nagonka miała wpływ na to, że wycofał się z życia publicznego? Stał się artystą samotnym?

To był dla niego bardzo trudny czas. Zapadł się w sobie. Nigdy nie było tak, żeby wydawał płytę za płytą, ale wtedy jeszcze bardziej się wyalienował.

Przeczytałam, że po śmierci męża nawiązała z panią kontakt jego fanka, której mąż odszedł w tym samym czasie?

A tak, pani Rozalia z Opola! Napisała do mnie w momencie dla mnie najtrudniejszym, po odejściu Czesława. Wtedy każdy taki gest był dla mnie bardzo ważny, a z jej listu emanowała dobroć i empatia. Na kopercie był adres zwrotny. Odpisałam. I tak zaczęła się nasza korespondencja. Pani Rozalia napisała o odejściu swojego męża „On umarł, a czas się nie zatrzymał”. To było zdanie bardzo mi bliskie. Tak jak wcześniej to zdanie Barbary Hoff o strychu. Bo jak to możliwe, że odszedł mój mąż, a w telewizji ktoś nadal dowcipkuje, w radiu lecą wesołe piosenki, a na ulicy jakaś para się całuje ! Nie chodzi o to, że Niemen. Ale że mój mąż… Wiem, że to dziecinne i naiwne. Tylko że w takim momencie chce się wykrzyczeć całemu światu swój żal.

Od śmierci pani męża minęło 11 lat. Ma pani poczucie, że czas leczy rany?

Nie. Może łagodzi ból. Ale już nigdy nic nie było potem dla mnie takie, jak z nim. I ta niemożność jest najgorsza. Na początku myślałam, że to zły sen. Że się z niego obudzę i Czesław będzie znowu narzekał, że jem mięso. A potem mijały kolejne dni, miesiące i dotarło do mnie, że to nie sen.

***

Rozmowa z Małgorzatą Niemen  ukazała się w „Urodzie Życia” 5/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Zadie Smith
East News

Zadie Smith: „Wolę być średnią pisarką niż Virginią Woolf.”

„Odmierzam czas w opublikowanych książkach. Może skończę jeszcze 12, zanim umrę?”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Jedna z najważniejszych pisarek XXI wieku - Zadie Smith, autorka wielokrotnie nagradzanych "Białych zębów". Mówią o niej, że jest głosem pokolenia, ale ona twierdzi, że nie chce poświęcać pisaniu całego życia. „Wolę być szczęśliwa niż najlepsza” – mówi.   Podstawę adresu Smith zna każdy fan – z tytułu jej powieści – „Londyn. NW”, średnio zamożna północno-zachodnia część miasta. Kiedy docieram na miejsce, nie zaskakują też szczegóły – opisywała i tutejsze mało wytworne kawiarnie, i szeregi bliźniaczych domów, i dzieciaki o różnych kolorach skóry przesiadujące na murkach i ławkach.     Na powitanie wybiega do mnie Maud, mops, dziewięcioletnia suczka Zadie, jej jedyna towarzyszka podczas codziennych świętych godzin ciszy i pracy. Nie ma wtedy w domu męża Zadie, irlandzkiego pisarza i poety Nicka Lairda, ani dwójki ich dzieci – czteroletniej Kit i dwuletniego Harveya.   Smith przygotowuje herbatę z mlekiem i zaprasza do swojej pracowni. W tym pokoju pełnym książek, z oknem wychodzącym na jeden z kilkuset podobnych w okolicy ogródek, mówi: – Wychowałam się nieopodal, mama mieszka za rogiem. Wczoraj miałam lekcję jazdy samochodem i kiedy jeżdżę tutejszymi uliczkami, zdaję sobie sprawę, że znam mniej więcej każdego, kogo widzę przez okno albo w lusterkach. To jak mieszkanie na wsi w XIX w. Wszyscy wiedzą, kim jesteś.   Tylko że pani jest dzisiaj kimś zupełnie innym niż dziewczyna, którą mogą pamiętać z podwórka – ambitna córka imigrantki z Jamajki. Z mojego punktu widzenia – myślę też, że z punktu widzenia moich sąsiadów – nie zmieniło się to, co najważniejsze w mojej osobowości. Przede wszystkim jestem molem...

Czytaj dalej
Ingmar Bergman z żoną
eastnews

Liv Ullmann i Ingmar Bergman – historia filmowej miłości wielkiego reżysera i jego aktorki

„On jest potworem! Zazdrośnikiem! Tyranem!”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

Gdy tylko Ingmar Bergman ją zobaczył, z miejsca zaproponował jej rolę. Sam nie wiedział jeszcze wtedy, w jakim filmie. Chodziło tylko o to, żeby być bliżej niej. Bergman miał wówczas 46 lat, Ullman 25. To historia 50 lat wspólnego życia. Miłości, rozstania i przyjaźni. Wielki reżyser Ingmar Bergman i jego muza Liv Ullmann – złączeni na zawsze wspólną legendą. Jacob? Tu Liv, jestem w ciąży. – W słuchawce zaległa cisza. – Nie wiem, co robić. – Wróć do domu, będę ojcem dla tego dziecka. Wróciła. Był luty 1966 roku. Z Jacobem byli małżeństwem od pięciu lat. Kochała go, kochała też jego matkę, ciotki, braci. To była jej prawdziwa rodzina – własnego ojca nie pamiętała, umarł, gdy była dzieckiem, z mamą układało się różnie. Jacob czuł, że coś się święci. Liv pracowała przecież ze słynnym Ingmarem Bergmanem, każda jego kolejna aktorka stawała się jego kochanką, wszyscy o tym wiedzieli. Najbliższa przyjaciółka Liv, Bibi Andersson miała z nim romans podczas kręcenia „Siódmej pieczęci” (1957) i „Tam, gdzie rosną poziomki” (1957). Teraz obie grały w jego filmie „Persona” (1966). Na potrzeby zdjęć Bergman wynajął wyspę Farö. Jacob wiedział, jak podekscytowana była Liv, gdy pakowała walizkę. To źle wróżyło. Nie widział jej ponad pół roku, nawet przez sekundę nie pomyślał, że to może być jego dziecko. Kiedy wróciła, pojechali razem do jego matki i Jacob powiedział: „Liv jest w ciąży”. Matka zalała się łzami. Miała czterech synów, traktowała ją jak córkę, marzyła o wnukach. Nie pytała, jak to możliwe, skoro nie widzieli się tyle miesięcy. Nie chciała nic wiedzieć. Była taka szczęśliwa. Liv odetchnęła z ulgą. I właśnie wtedy, gdy wszystko zaczęło się tak dobrze...

Czytaj dalej
Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz
Ewa Lipska/Fotonova

Wyjątkowa miłość: Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz. „Byliśmy końmi, które cwałują obok siebie”

„Kocham Cię, ale się tym nie przejmuj ani nie licz się z tym specjalnie” – pisała Wisława Szymborska do Kornela Filipowicza. Byli ze sobą 23 lata. I była to wyjątkowa miłość, choć nie mieli ślubu i nie mieszkali ze sobą.
Magdalena Żakowska
01.07.2020

Ich znajomi mówili, że związek poetki Wisławy Szymborskiej i pisarza Kornela Filipowicza był „organiczny”, że tworzyli jedność. A przecież nie byli typową parą, nawet ze sobą nie mieszkali. Za to codziennie pisali do siebie listy. Czułe, intymne, zabawne. „Kocham Cię bezustannie, tylko z przerwą obiadową” –pisze Szymborska, choć wszyscy wiedzą, że kocha go nieustająco. W innym wyznaje: „Najlepiej w życiu ma Twój kot, bo jest przy Tobie”. Kiedy w połowie lat 60. zbliżyli się do siebie oboje mieli już za sobą inne małżeństwa, nie byli też młodzi. Wisława Szymborska była po 40, Filipowicz starszy od niej o dziesięć lat po 50. Na czym polegał fenomen tej miłości? Kilka spraw ustalili od razu: będą mieszkać oddzielnie, telefon co najmniej dwa razy dziennie (rano na dzień dobry, wieczorem na dobranoc), spotkania częste. Wszyscy, którzy ich znali i mieli okazję obserwować narodziny tego uczucia, podkreślają, że bardzo do siebie pasowali. Oboje dość staroświeccy, powściągliwi i niezwykle życzliwi. Sprawiali wrażenie melancholijnych samotników. Niełatwo było poznać, że są razem. „Nie manifestowali publicznie swoich uczuć. Wisława nie poprawiała Kornelowi krawata, on nie otulał jej czule płaszczem. Byli niezwykle powściągliwi – wspomina przyjaciółka Szymborskiej, Teresa Walas. – To było obce ich naturze. Nie mieszkali ze sobą, bo nie czuli potrzeby chodzenia w jednym zaprzęgu. Poza tym, jak mówiła sama Wisława, nie wyobrażali sobie pracy w jednym domu. Dwie stukające maszyny do pisania? To by było dla nich nie do zniesienia”. Wisława Szymborska: „Boże, jaki piękny mężczyzna” Na „ty” przeszli gdzieś między grudniem 1966 roku a kwietniem 1967, chociaż poznali się 20 lat wcześniej. Ale wtedy oboje byli jeszcze w innych związkach....

Czytaj dalej
Judy Garland i Sid Luft
Getty Image

Ta miłość wyniosła Judy Garland na sam szczyt i ściągnęła na dno

Skandale, aborcje, pigułki, przemoc i krótkie chwile szczęścia.
Magdalena Żakowska
03.01.2020

To jedna z najsmutniejszych historii miłosnych Hollywood. Zaczyna się aborcją, a kończy skandalem. Dużo w  niej przemocy, promili i pigułek. Trudno uwierzyć, że małżeństwo z Sidem Luftem przyniosło Judy Garland kilka najszczęśliwszych lat życia i zrobiło z niej artystkę. Nie połączyła ich miłość od pierwszego wejrzenia ani do grobowej deski. W ciągu 13 lat małżeństwa Judy Garland i Sid Luft zdradzali się, odchodzili od siebie i wracali. On, hazardzista i pijak, roztrwonił cały jej majątek. Ona, uzależniona od leków i  narkotyków, kilkanaście razy próbowała odebrać sobie życie, z czego dwukrotnie poderżnęła sobie gardło, a raz zapadła w śpiączkę z powodu przedawkowania leków nasennych. Podczas procesu rozwodowego ona zeznała, że ją bił, a on, że większość ich małżeństwa przespała na prochach. Ale już następnego dnia po rozwodzie wybaczyli sobie wszystko. Do końca życia pozostali najbliższymi przyjaciółmi, a  wspólnie spędzone lata zgodnie zaliczali do najszczęśliwszych. Jeśli spojrzeć na życie Judy Garland z perspektywy czasu, trudno nie przyznać im racji. Jej największe sukcesy – broadwayowskie koncerty, za które otrzymała nagrodę Tony, film „Narodziny gwiazdy”, za który zdobyła nominację do Oscara, legendarny występ w Carnegie Hall – nie udałyby się bez udziału Sida Lufta. To dzięki niemu stała się gwiazdą porównywaną z Frankiem Sinatrą. Ale żeby zrozumieć, dlaczego tak trudny związek był jednocześnie najbardziej udanym w życiu Judy Garland, trzeba wiedzieć, przez co przeszła wcześniej. O całym życiu Judy Garland zdecydowała jej matka Chociaż była jedną z najjaśniejszych gwiazd swoich czasów, jej życie bardziej przypominało koszmar niż spełnienie hollywoodzkiego snu. Karierę zaczynała w czasach, kiedy amerykańską...

Czytaj dalej