Małgorzata Kożuchowska: „Nie staram się desperacko wszystkich zadowolić. Nie mam w sobie takiej potrzeby"
Marlena Bielińska

Małgorzata Kożuchowska: „Nie staram się desperacko wszystkich zadowolić. Nie mam w sobie takiej potrzeby"

„W życiu można przegapić wiele rzeczy, ale tych najważniejszych, tych kamieni milowych udało mi się nie przegapić” – mówi Małgorzata Kożuchowska.
Magdalena Felis
29.07.2020

Wydaje się, że tych ważnych wyborów rzeczywiście nie przegapiła. Małgorzata Kożuchowska podkreśla, że w dobrym momencie życia udało jej się założyć rodzinę, urodzić syna. Dzisiaj jest dumną mamą 6-letniego Jana Franciszka Wróblewskiego. Jako aktorka zadebiutowała (i to jak!!!) w kasowej komedii Juliusza Machulskiego „Kiler”. Ale potrafiła też rezygnować, na przykład z roli Hanki Mostowiak w serialu „M jak miłość”, który uczynił ją jedną z najpopularniejszych polskich aktorek. Fani teatru znają ją z ról u Warlikowskiego, Jarockiego, Adamka.

Niedługo zobaczymy ją w kolejnym wcieleniu. Właśnie ruszyły zdjęcia do filmu o Edwardzie Gierku – I sekretarzu PZPR, który w latach 70. unowocześnił, ale i niesamowicie zadłużył Polskę. Kożuchowska gra jego żonę – Stanisławę Gierek. W rozmowie z nami Małgorzata Kożuchowska opowiada o swoich życiowych wyborach i o tym, dlaczego dobrze jest wierzyć.

Magdalena Felis: Wiesz, co o tobie mówią?

Małgorzata Kożuchowska: Mam pewne wyobrażenie. (śmiech)

Że jesteś kawalarzem!

O! Zgadza się! Lubię się śmiać!

Naprawdę? Małgorzata Kożuchowska się wygłupia?

Lubię podgrywać, prowokować, podpuszczać, wkręcać ludzi! I potem patrzeć, czy działa, czy się śmieją, czy im dobrze. Od razu lepiej się pracuje!

To jest wielka sztuka rozśmieszać ludzi.

I spora frajda. Może to też mój sposób na odreagowanie? W końcu uczyłam się tego od mistrzów! Plan filmowy to takie dziwne miejsce, gdzie siedzisz z ekipą, czasem po 13–15 godzin dziennie, odcięta od świata, jak na arce Noego. Grasz scenę, udajesz, że ich wszystkich nie ma, choć stoją 15 centymetrów od twojego nosa. Jak się na to patrzy z boku, to to jest niezły Woody Allen.

I niezły klaustrofobiczny thriller psychologiczny!

Dlatego tak przydaje się poczucie humoru. To taki wentyl bezpieczeństwa. Spuszcza złe powietrze. My tam wszystko przeżywamy wspólnie, bardzo intensywnie. Emocje, stres, odpowiedzialność, zmęczenie, wyrzuty sumienia w stosunku do rodziny. Do tego ten zawód ma to do siebie, że podczas pracy bardzo szybko skraca się dystans. Musisz szybko wpuszczać innych kolegów w swoją strefę bezpieczeństwa.

A co się dzieje, jak zdjęcia się kończą? Rozpadają się te więzi?

Kiedy jedno się kończy, zaczyna się inne. Wchodzimy w nowe projekty, nawiązujemy nowe relacje, ale potem, kiedy się spotkamy po jakimś czasie, to jest tak, jakbyśmy z jednej strony żyli na dwóch różnych kontynentach, ale z drugiej – jakbyśmy widzieli się wczoraj. Rzadko teraz spotykam się z ludźmi prywatnie, nie spędzam czasu na kawkach z psiapsiółami, na plotkach – właściwie w ogóle. Na telefonie nie wiszę. W jakimś stopniu rekompensuje mi to plan i garderoba – przy „Kochaj” Marty Plucińskiej miałam wymarzony kobiecy team, aktorki, które podziwiam i z którymi od dawna bardzo chciałam się spotkać. Roma Gąsiorowska, Olga Bołądź, Ola Popławska, Magda Lamparska. Różne osobowości, mocne charaktery! Obwąchiwałyśmy się na początku. Byłam nimi nawet jakoś onieśmielona – czy mnie wpuszczą do siebie, czy się zestroimy. Ale szybko poczułam, że niepotrzebnie. Pracowało się znakomicie.

Małgorzata Kożuchowska
Marlena Bielińska

Nie tęsknisz za starymi przyjaciółmi, starym trybem życia?

Oczywiście! Chciałabym móc się spotykać poza pracą, jak za dawnych czasów. Zrobiłam nawet taką listę spotkań, za którymi już bardzo tęsknię! Naprawdę! Czasem mówię do męża: „Słuchaj, tak mi się marzy, żebyśmy gdzieś wyszli i wrócili nad ranem, jak kiedyś”. Ale od bardzo długiego czasu tego nie zrobiliśmy. To jest też chyba charakterystyczne dla późnego macierzyństwa.

Małgorzata Kożuchowska: mieć dziecko i pracować

Dziecko zawsze wszystko zmienia.

Nie ma nawet co udawać, że nie. No i dopiero teraz rozumiem, jak to jest mieć dziecko i pracować. Kiedyś z boku przyglądałam się moim koleżankom, które przyprowadzały dzieci na plan, do teatru. Te telefony do niani, kto odbierze z przedszkola, zawiezie do koleżanki, na zajęcia dodatkowe itp. Cała ta logistyka! Słuchałam tego, ale kompletnie nie rozumiałam! Teraz rozumiem. I godzę się z wyrzeczeniami, to nie jest problem – dla mojego męża również nie. Jak masz poczucie absolutnej pełni, to już nie kombinujesz.

Kiedy cię tak słucham, to wydaje mi się, że wszystko przyszło do ciebie w dobrym czasie.

Coś w tym jest.

Jakbyś nie miała żadnych zaległych lekcji do odrobienia. Był czas na wyszumienie...

Oj, był! (śmiech)

Teraz jest czas na rodzinę. Mam przed sobą zdrową psychicznie, stabilną osobę – to jest rzadkie i atrakcyjne.

Może to właśnie nie jest interesujące dla niektórych reżyserów? (śmiech) Ja swoje zdrowie psychiczne bardzo cenię. I nie poświecę go dla roli. Mój mechanizm na szczęście dobrze działa. Myślę, że bez tego, zwłaszcza w tym zawodzie, naprawdę można się wykończyć.

Czy ta stabilność bierze się z zasad, którymi się kierujesz, którym jesteś wierna?

W świecie, gdzie wszystko zaczyna być płynne, relatywne, nieostre, posiadanie czegoś, czemu można być wiernym, jest komfortem. Dlatego jestem wdzięczna, że umiem wierzyć.

Powiedziałaś kiedyś: „Proszę Pana Boga, żeby trzymał mnie za włosy w pionie”. Czy to znaczy, że samemu czasem trudno?

Samemu w ogóle jest trudno. Czasem jest w nas zachłanność na życie, na wrażenia, ciekawość, która kusi, zwodzi. Ale wiem, że to ludzkie – błądzić, popełniać błędy. Ważne, żeby nie utknąć gdzieś na manowcach. Pamiętam czas, kiedy zaczęłam pragnąć rodziny, ale nic w moim życiu nie wskazywało na to, że ona jest możliwa.

Zastanawiałam się, czy nie powinnam pogodzić się z tym, że to nie moja droga, czy jednak szukać dalej. Może oddać się w 100 procentach zawodowi, a resztę energii oddać charytatywnie – bo człowiek nie może żyć tylko dla siebie. Wtedy poznałam Bartka i wszystko stało się jasne. Dziś jestem mężatką i mamą. Ktoś mnie w pewnym momencie zawrócił, pokiwał palcem. Jestem wdzięczna za ten znak, za to, że go dostrzegłam. Moja stabilność jest głęboko umocowana w tym, że wiem, kim jestem, w co wierzę. Dzięki temu czuje, że jestem zaopiekowana. Nie jestem sama. To mi też daje pewność, że w życiu można przegapić wiele rzeczy, ale tych najważniejszych, tych kamieni milowych udało mi się nie przegapić.

Małgorzata Kożuchowska
Marlena Bielińska

A do czego wciąż potrzebne ci jest to aktorstwo?

To ważny składnik poczucia, że nie marnuję swojego życia, że się „nie starzeję” w jakimś sensie. Ktoś mi kiedyś powiedział, że człowiek starzeje się wtedy, kiedy zaczyna tracić ciekawość. Światem, ludźmi, tym, co dookoła. A ten zawód polega właśnie na ciekawości, na dociekaniu, przyglądaniu się, eksplorowaniu. Wchodzeniu w głowy innych ludzi. To oczywiście kosztuje. W życiu emocje rodzą się naturalnie. Żeby je zagrać, musisz je w sobie wywołać w sposób sztuczny, a człowiek raczej pilnuje swojej strefy bezpieczeństwa, nie chce, żeby ktoś w niej grzebał. Mój zawód na tym polega: jak przestajesz w sobie grzebać, to zaczynasz robić się nudna i umierasz.

Teatr jest najbardziej wyczerpujący?

Tak, ale z drugiej strony tam w trakcie spektaklu emocje przebiegają linearnie, jest ciągłość, jakiś związek przyczynowo-skutkowy. W filmie, w serialu grasz sceny od Sasa do lasa, wyrwane z kontekstu, bez chronologii i mówią ci: „Super, bardzo dobrze było”. Czujesz, że naprawdę zagrałaś na 100 procent. A słyszysz: „Dobra, fajnie, przestawka i dubel!”. I pół godziny przerwy na przestawienie światła. Potem: „No Gośka, na plan. Akcja!”. I wszystko zaczyna się od nowa. I tak 10 razy… To naprawdę trzeba później odreagować.

Ogród to moja joga

A ty jak odreagowujesz?

Żartuję. Łapię dystans. A potem szukam ciszy – w samochodzie, w domu. Dlatego też wyprowadziłam się z Warszawy. Miałam taką atawistyczną potrzebę, że MUSZĘ stanąć bosą nogą na trawie. Dotknąć drzewa, popatrzeć na kwiaty. Rano, jeszcze w szlafroku, robię obchód ogrodu. W ziemi też grzebię – to jest z domu. Mój tata, jak się nudziłam, mówił: „Na działkę, wyrywać chwasty!”. Później, kiedy już byłam aktorką, jeździłam do mojej cioci na wieś, gdzie był wielki ogród. Przyjeżdżałam, a ona mówiła od progu: „Rękawice już są przyszykowane”. Potrafiłam pół dnia wyrywać chwasty.

To jest moja joga. Jak jest ładna pogoda, muszę na chwilę przysiąść w ogrodzie, żeby wypić kawę. Tak przycupnąć chociaż. Jak tego nie zrobię, to się wkurzam. Czasem nawet chwilę się spóźniam, żeby tę kawę w ogródku jednak zaliczyć. Bo to jest potem z pożytkiem dla wszystkich. A zimą, wiesz co? Wchodzę z filiżanką do samochodu, nie z zimowym kubkiem tylko właśnie z filiżanką – to jest moja filiżanka, to jest moja kawa, to moje. Mój rytuał, moja przestrzeń, moja prywatność.

A słuchasz w aucie muzyki czy też cisza?

Słucham wiadomości – to nie relaksuje, ale lubię wiedzieć, co się dzieje. Ale czasem rano, jeśli jadę swoim autem, lubię sobie posłuchać śpiewanych litanii, godzinek, chórów cerkiewnych. To mi daje spokój na cały dzień. Dystans. Wracam od razu do dzieciństwa, pielgrzymek – może również dlatego to tak mocno na mnie działa.

Nigdy się nie rozczarowałaś aktorstwem?

Były takie momenty, kiedy miałam poczucie niesprawiedliwości – bo ten zawód jest niesprawiedliwy. Nie chciałabym, żeby ktoś pomyślał, że nie doceniam tego, co mam. Doceniam. Ale jednak robimy rozrachunek na podstawie swoich ambicji i subiektywnych emocji. Więc ja subiektywnie uważam, że mam coś jeszcze do zagrania.

Może za mało ryzykowałaś? Opowiadałaś kiedyś, że jako nastolatka miałaś możliwość wyjechać na Zachód, a później kusił cię „American dream”, ale przestraszyłaś się takiego radykalnego kroku. Porównałaś to kiedyś do skoku na główkę do basenu, którego dna nie widzisz.

No tak – bo to głupota!

I nigdy nie żałujesz?

Skakałam na główkę gdzie indziej! Nadrobiłam prywatnie tę zawodową ostrożność. (śmiech) Czasem leciutko kłuje mnie takie zawodowe pragnienie, żeby ktoś chciał ze mną tak skoczyć, wypuścić się, zrobić coś zupełnie zaskakującego. Być może jest to cena popularności. Ale cenię ją sobie i szanuję. To mnie też trzyma w ryzach – skoro tylu ludzi mi zaufało, to wiem, że nie mogę zacząć gadać jakichś głupot, rozbijać sięw jakichś dziwnych przestrzeniach.To jak odpowiedzialność wobec rodziny – bo widzowie czasem traktują mnie jak rodzinę. To jest jedna z najpiękniejszych rzeczy w tym zawodzie.

Małgorzata Kożuchowska
Marlena Bielińska

Debiut w „Killerze” jak przeznaczenie

Trudno było zadebiutować na wielkim ekranie lepiej niż w „Kilerze” Juliusza Machulskiego, który jest jednym z największych sukcesów box office’owych w historii polskiego kina. A do tego widzowie niemal z miejsca pokochali cię jako rezolutną reporterkę Ewę Szańską. To wygląda jak przeznaczenie.

Kij zawsze ma dwa końce. Z jednej strony to brzmi rzeczywiście jak spełnienie marzeń – z drugiej, pewnie gdybym zrobiła ambitne kino festiwalowe, niszowe, to może moja droga zawodowa potoczyłaby się w inną stronę. Pamiętam początki pracy nad „Kilerem”. Mieszkałam wtedy z Agatą Kuleszą. Siedziałyśmy przy stole z naszym kolegą Sebastianem i czytaliśmy ten scenariusz, a ja sobie wymyślałam, co zagram tutaj, co tutaj – analiza, bo byłam świeżo po szkole, więc lekcje musiały być odrobione.

Pamiętam dokładnie ten moment,kiedy doszliśmy wszyscy do wniosku,że w scenariuszu ta postać... to nie jest fajerwerk. I mówię: „Ty, Agata, właściwie to ja tu jestem taką postacią, którawciąż wystawia te piłki, a Kiler je odbija.Nie mam puent w ogóle”.

Więc założyłam sobie, że muszę te piłki wyrzucać celnie, nikomu niczego nie popsuć, dobrze, wiarygodnie zagrać i już.

I jak sobie tę postać w końcu wymyśliłaś?

Chciałam, żeby ona we wszystkim była „za bardzo”. Żeby miała w sobie nadgorliwość debiutantki. Juliusz Machulski pracuje tak, że daje mało uwag, ale żywiołowo reaguje. Jak się śmieje, to znaczy, że jest dobrze. Jemu podobała się moja energia, mój temperament – że szybko mówię, szybko chodzę. Że jestem taka zwarta. Była to w końcu bohaterka kina akcji.

Czy – jak w bajce – z dnia na dzień stałaś się rozpoznawalna?

To nie było takie oczywiste. Pamiętam, że podeszła do mnie pani na osiedlu, gdzie wtedy mieszkałam i mówi: „Przepraszam bardzo, zaczepiam panią, ponieważ pani pewnie bada swoją popularność”. I opowiedziała mi, co jej się w „Kilerze” podobało, a co nie. Ale później jechałam autobusem do teatru w niedzielęi jakichś dwóch chłopaków zaczęło mnie zaczepiać, żebym poszła z nimi na kawę. Mówię im, że to bardzo miłe, ale nie mogę, bo jadę do pracy. A oni: „Eee, w niedzielę do pracy?! Jakiej pracy?”. „No do teatru” – mówię. A oni: „Kasjerką jesteś?!”.

Magda Cielecka za to opowiadała, że kiedyś ciągle ją zaczepiali, czy jest Małgosią Kożuchowską.

Przypomina mi się sytuacja z festiwalu w Kazimierzu! To był top popularności „M jak miłość”. Pamiętam, że mijałyśmy się w drzwiach, ona skądś wychodziła i zażartowała: „Idź tam, bo już mnie ręka boli od tych autografów, których udzielam za ciebie!”. Rzeczywiście ten serial w szczytowych momentach oglądało 9–10 milionów widzów, tyle, co Małysza… Pamiętam, że jak było ciepło i szłam ulicą, to słyszałam z mieszkań tę muzykę i myślałam: „Oh my God! To jest moja publiczność!”. (śmiech)

Ale ta słynna Hanka Mostowiak na początku była straszną zołzą przecież.

Wrednotą! Dlatego wzięłam tę rolę. To było coś innego dla mnie, jakaś odmiana. Miałam taką przaśną słowiańską urodę, co mnie trochę denerwowało, bo oczywiście chciałam być paryska! I ucieszyłam się, że będę czarnym charakterem. I to wyszło, bo był moment, kiedy wchodziłam do sklepu i czułam, że ludzie zgrzytają zębami na mój widok. No ale widzisz – przemienili mnie w dobrą.

I w końcu zrobiło ci się za ciasno w tej Hance.

Od początku „M jak miłość” walczyłam o to, żeby nie być tylko Hanką Mostowiak. Żeby było wiadomo, że mam swoje imię i nazwisko, że gram w teatrze, w filmach, że robię też inne rzeczy i żeby w nagłówkach gazet nie pisali o mnie Hanka Mostowiak, co się zdarzało. Czułam, że to jest mielizna i że mogę się z tego nie wydostać. Czasem ktoś mi jeszcze wrzuci na Facebooku: „Hanka Mostowiak, czy ty jeszcze żyjesz?”.

Kiedy odchodziłaś z „M jak miłość”, to nie był to właśnie taki skok na główkę?

Szczerze mówiąc, uważam, że wbrew deklaracjom mam kilka skoków na główkę w życiu zawodowym. Odejście z „M jak miłość” – tak, ale podobnie czułam się, kiedy zagrałam babę potwora w „Ich czworo” w reżyserii Marcina Wrony. Myślę nawet, że zaangażowanie się w serial „Druga szansa”, gdzie gram rolę 40-letniej agentki, której życie w jednej chwili zmienia się w kompletną ruinę, również było takim ryzykiem.

Dlaczego?

Kiedy zaczęła się nakręcać cała ta machina piarowa, dziennikarze, wywiady, poczułam presję i pokładane w tym projekcie wielkie nadzieje, potrzebę sukcesu, obawy, czy to chwyci, czy pójdzie. W wywiadach ciągle słyszałam tylko: „To pani główna rola, lokomotywa…”. Pamiętam, że otwarcie wtedy zaczęłam mówić, że choć efekt końcowy to wypadkowa pracy całego zespołu ludzi, to zdaję sobie sprawę, że to ja pierwsza zawisnę na szubienicy, jeśli nie wypali. Ale nie dopuszczałam tego do głowy i skupiałam się na zadaniu. I nigdy nie myślę: „Co ja zrobię z tym sukcesem?”. Albo: „Gdzie ja się schowam, jak to nie wyjdzie?!”. Jedyne, co mogę zrobić, to mieć czyste sumienie, że wykonałam to zadanie „na setkę”. Zawsze znajdą się tacy, którzy powiedzą: „Eee, słabe”.

Nigdy nie chorowałaś z powodu krytyki?

Po premierze „Kotki na gorącym blaszanym dachu” w Teatrze Narodowym dostałam złą recenzję od jednego krytyka i ona się rozlała wszędzie po internecie. Pamiętam, jak siedziałam z Bartkiem, moim mężem, i mówiłam: „Zobacz, jakie wielkie zainteresowanie teatrem… I nareszcie ta Kożuchowska taka kiepska. Coś wreszcie jej się nie udało”.

Z tym poczuciem wychodziłam co wieczór na scenę, co było tym trudniejsze, że postać Margaret była mi z paru względów szczególnie bliska. Praca nad nią bolała. Wychodziłam pierwsza na tę niewielką scenę, gdzie publiczność siedzi bardzo blisko. Pamiętam, jak myślałam: „To tam jest ten potwór, który czeka, żeby mnie pożreć? Czeka, aż się potknę, żeby móc powiedzieć: »Ta Kożuchowska rzeczywiście taka słaba«”.

Wiedziałam też, że jeżeli nie przestanę o tym myśleć, nie będę w stanie grać. Że muszę odsunąć się od strachu. I gdy podczas charakteryzacji, ubierania, przygotowań coraz bardziej przybliżałam się do Margareti coraz bardziej oddalałam od Kożuchowskiej, udawało mi się oddzielić od lęku. To jest właśnie ta ciężka praca. (śmiech)

Oddzielanie od lęku?

Wiem, że komuś może się nie podobać to, co robię. Ale też szczerze mówiąc, nie szukam informacji o sobie, nie jestem chorobliwie ciekawa kto, gdzie i jak o mnie pisze. Przyjmuję krytykę, ale nie robi ona we mnie rewolucji: nie staram się desperacko wszystkich zadowolić. Nie mam w sobie takiej potrzeby.

 

Trzeba mieć dużo siły, żeby nie ulegać temu złudzeniu. Że można uwieść wszystkich, zachwycić, nikogo nie rozczarować.

Pamiętam, jak mój dyrektor Jan Englert powiedział mi wtedy: „Gośka, ta recenzja nie dotyczy twojego aktorstwa, nie dotyczy tej roli i jest całkowicie poza-artystyczna. Ona dotyczy wyłącznie twojej popularności”. Jestem mu za te słowa do dziś wdzięczna.

Poznajesz siebie podczas różnych egzaminów z życia.

Parę oblałam, parę zdałam. I coś mi mówi, że to nie była tylko moja zasługa. Również dlatego dobrze jest w coś wierzyć. Wierzę, że Ktoś mnie pilnuje i w razie czego przytrzyma nad przepaścią. I pomoże wytrwać w tym, w czym zwykle ciężko jest wytrwać.

Na przykład w miłości? Mówiłaś często, że twój mąż jest wyborem do końca życia. Jaka jest ta miłość, która trwa do końca życia? Jak można pozostać jej wiernym?

Nie możesz mi zadawać takiego pytania!!! (śmiech). Nie teraz! Żeby odpowiedzieć, zapraszam cię na kawę, jak będę już sędziwą staruszką. Może wtedy będę wiedziała. (śmiech)

Małgorzata Kożuchowska
Marlena Bielińska

***

Rozmowa z Małgorzatą Kożuchowską ukazała się w „Urodzie życia" 7/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Mat.prasowe

Najlepsze książki na chandrę – 5 tytułów, które pomogą ci się pozbierać!

Po długim i męczącym dniu, trudnej rozmowie, albo wtedy, gdy wstaniemy lewą nogą – sięgamy po książki, które mają magiczną moc rozweselania.
Sylwia Arlak
29.07.2020

Dzięki nim dystansujemy się od problemów.  Rozśmieszają i odprężają. Koją. Książki potrafią działać, jak najlepsza przyjaciółka. Oto lektury na gorszy czas. „Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym”, Regina Brett Czytelniczki (i czytelnicy) na całym świecie pokochały Reginę Brett, za to, że pokazała im, jak żyć pełnią życia. W książce „Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym” udowadnia, że szczęście zależy przede wszystkim od nas samych. Podkreśla, żeby nie zrzucać odpowiedzialności na innych ludzi czy okoliczności zewnętrzne. Uczy, jak świadomie podejmować decyzje i konsekwentnie się ich trzymać. 50 felietonów powstało na bazie doświadczeń autorki. A tymi Brett mogłaby obdzielić wielu z nas. Była molestowana, uzależniona od alkoholu, chorowała na raka. Z każdym doświadczeniem stawała się coraz silniejsza. „Hormonia”, Natasza Socha W „Hormonii” Natasza Socha kreśli portret 46-letniej Kaliny. Bohaterka panicznie boi się menopauzy. Gdyby tylko mogła, przeniosłaby się w czasie, żeby przeżyć drugą młodość.  Boi się też matki, której za nic nie potrafi się przeciwstawić (i wciąż wraz z córką mieszka w jej domu). Wszystko zmieni się, gdy Kalina pozna tajemniczego mężczyznę. Uświadamia sobie, ile życia przeciekało jej między palcami. Postanawia zawalczyć o siebie i po raz pierwszy poczuje się wolna. Zlękniona i niepewna siebie bohaterka odkryje, ile drzemie w niej siły. „Hormonia” to ciepła, mądra opowieść o tym, że nigdy nie jest za późno na zmiany. „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”, Jonas Jonasson Allan Karlsson może pochwalić się bogatym CV. Jadł kolację z przyszłym prezydentem Harrym Trumanem, leciał samolotem z premierem...

Czytaj dalej
Mat. prasowe

Najlepsze książki o rozwoju osobistym na lato 2020 – nie przegap tych nowości

Latem rośniemy w siłę. Sięgamy po książki, które pozwalają nam się zatrzymać, odetchnąć, ale i zastanowić nad sobą.
Sylwia Arlak
29.07.2020

Dobre poradniki psychologicznie nie narzucają nam jednego modelu postępowania, ale opowiadają o ludzkich zachowaniach, emocjach i uczuciach. Dzięki nim mamy szansę lepiej poznać same siebie i zrozumieć swoje relacje. Są jak wizyta u zaufanego psychologa, ale bardziej dostępne. Zawsze gotowe do pomocy. Oto najciekawsze nowości wśród książek o rozwoju osobistym. „Mam faceta…i mam problem”, Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska Jedna z najbardziej cenionych i lubianych psycholożek, Katarzyna Miller wraca z kolejną książką  „Mam faceta…i mam problem”. Wraz z Suzan Giżyńską udowadnia, że nasze problemy w związkach tak naprawdę bardzo często są tylko przykrywką dla naszych własnych problemów z sobą. Trudne dzieciństwo, brak pewności siebie i wynikająca z tego braku potrzeba kontroli i rządzenia – nad tym powinnyśmy popracować w pierwszej kolejności.  Autorki próbują odpowiedzieć na pytanie, co robić, aby nasz związek był szczęśliwy. Jak ze sobą rozmawiać? Pielęgnować swoją indywidualność czy zdobywać się na kompromisy? Jak zwykle u Katarzyny Miller, o poważnych tematów mówi i pisze się lekko i z humorem. „Naucz się kochać wysoką wrażliwość. Ćwiczenia”, Elaine N. Aron Nasza wrażliwość jest naszą siłą — przekonuje nas w swojej książce „Naucz się kochać wysoką wrażliwość. Ćwiczenia” Elaine N. Aron, autorka znanych poradników: „Wysoko wrażliwi” (to właśnie w tej książce udowodniła, że tzw. WWO, czyli wysoko wrażliwi ludzie stanowią aż ok. 20 proc. społeczeństwa) oraz „Wysoko wrażliwi i miłość”. Wydane w tym roku ćwiczenia dla wysokowrażliwców pomogą nam jeszcze lepiej zrozumieć swoje zachowania. Dostajemy testy sprawdzające poziom naszej samooceny i wskazówki,...

Czytaj dalej
Katarzyna Zielińska / Archiwum prywatne

Od „Janosika” po „Grace i Frankie” – 10 ulubionych seriali Katarzyny Zielińskiej

Jeden z nich sprawił, że postanowiła zostać aktorką, przy muzyce innego szła do ślubu, jeszcze inny pozwolił z optymizmem spojrzeć w przyszłość. Katarzyna Zielińska opowiada o ulubionych serialach.
Anna Zaleska
28.07.2020

Zawsze gdy wracam z teatru czy z planu zdjęciowego, a dzieci już śpią, robię sobie herbatę z melisą i z ogromną przyjemnością oglądam seriale. Nawet do późnych godzin nocnych”, opowiada aktorka i producentka Katarzyna Zielińska. Wśród jej ulubionych seriali są takie, które szczególnie mocno zapisały się w jej życiu. Jeden sprawił, że zapragnęła być aktorką, przy muzyce innego szła do ślubu, jeszcze inny oglądała, będąc w ciąży z pierwszym synkiem, utwierdzał ją bowiem w przekonaniu, że dla kobiet nie ma rzeczy niemożliwych. Posłuchajcie jej opowieści: *** „Grace i Frankie” Dla mnie absolutny numer jeden. Ten komediowy serial opowiadający o czwórce przyjaciół po 60., którzy przeżywają drugą młodość, wciągnął mnie i poruszył. Pokazuje, że życie w każdym okresie może być piękne, każdy czas jest dobry na naukę, na rozwój, na przyjaźń, na miłość, a starszych ludzi nie wolno spychać na margines. Oglądając „Grace i Frankie” sama zaczęłam myśleć: co z tego, że skończyłam czterdziestkę, przede mną kilkadziesiąt kolejnych fajnych lat, niesamowity czas, gdy dzieci będą dorastały, pojawią się wnuki… Ale to też serial, który w komediowej formie porusza inne ważne społecznie tematy, takie jak akceptacja związków jednopłciowych, adopcja dzieci czy zapłodnienie in vitro. Patrząc zaś z perspektywy aktorki i producentki – to drugi fach, który mnie fascynuje i któremu chciałabym się poświęcić – widzę tu świetnie napisane dialogi i znakomitą obsadę. Jane Fonda, wiadomo, wspaniała aktorka. Ale Lily Tomlin grająca Frankie to moje absolutne odkrycie. Każdą z postaci kocha się, podziwia i jednocześnie za coś się jej nie znosi. Jak w życiu. „Dom z papieru” To drugi hit, który w tym roku...

Czytaj dalej