Małgorzata Kożuchowska: „Nie staram się desperacko wszystkich zadowolić. Nie mam w sobie takiej potrzeby"
Marlena Bielińska

Małgorzata Kożuchowska: „Nie staram się desperacko wszystkich zadowolić. Nie mam w sobie takiej potrzeby"

„W życiu można przegapić wiele rzeczy, ale tych najważniejszych, tych kamieni milowych udało mi się nie przegapić” – mówi Małgorzata Kożuchowska.
Magdalena Felis
29.07.2020

Wydaje się, że tych ważnych wyborów rzeczywiście nie przegapiła. Małgorzata Kożuchowska podkreśla, że w dobrym momencie życia udało jej się założyć rodzinę, urodzić syna. Dzisiaj jest dumną mamą 6-letniego Jana Franciszka Wróblewskiego. Jako aktorka zadebiutowała (i to jak!!!) w kasowej komedii Juliusza Machulskiego „Kiler”. Ale potrafiła też rezygnować, na przykład z roli Hanki Mostowiak w serialu „M jak miłość”, który uczynił ją jedną z najpopularniejszych polskich aktorek. Fani teatru znają ją z ról u Warlikowskiego, Jarockiego, Adamka.

Niedługo zobaczymy ją w kolejnym wcieleniu. Właśnie ruszyły zdjęcia do filmu o Edwardzie Gierku – I sekretarzu PZPR, który w latach 70. unowocześnił, ale i niesamowicie zadłużył Polskę. Kożuchowska gra jego żonę – Stanisławę Gierek. W rozmowie z nami Małgorzata Kożuchowska opowiada o swoich życiowych wyborach i o tym, dlaczego dobrze jest wierzyć.

Magdalena Felis: Wiesz, co o tobie mówią?

Małgorzata Kożuchowska: Mam pewne wyobrażenie. (śmiech)

Że jesteś kawalarzem!

O! Zgadza się! Lubię się śmiać!

Naprawdę? Małgorzata Kożuchowska się wygłupia?

Lubię podgrywać, prowokować, podpuszczać, wkręcać ludzi! I potem patrzeć, czy działa, czy się śmieją, czy im dobrze. Od razu lepiej się pracuje!

To jest wielka sztuka rozśmieszać ludzi.

I spora frajda. Może to też mój sposób na odreagowanie? W końcu uczyłam się tego od mistrzów! Plan filmowy to takie dziwne miejsce, gdzie siedzisz z ekipą, czasem po 13–15 godzin dziennie, odcięta od świata, jak na arce Noego. Grasz scenę, udajesz, że ich wszystkich nie ma, choć stoją 15 centymetrów od twojego nosa. Jak się na to patrzy z boku, to to jest niezły Woody Allen.

I niezły klaustrofobiczny thriller psychologiczny!

Dlatego tak przydaje się poczucie humoru. To taki wentyl bezpieczeństwa. Spuszcza złe powietrze. My tam wszystko przeżywamy wspólnie, bardzo intensywnie. Emocje, stres, odpowiedzialność, zmęczenie, wyrzuty sumienia w stosunku do rodziny. Do tego ten zawód ma to do siebie, że podczas pracy bardzo szybko skraca się dystans. Musisz szybko wpuszczać innych kolegów w swoją strefę bezpieczeństwa.

A co się dzieje, jak zdjęcia się kończą? Rozpadają się te więzi?

Kiedy jedno się kończy, zaczyna się inne. Wchodzimy w nowe projekty, nawiązujemy nowe relacje, ale potem, kiedy się spotkamy po jakimś czasie, to jest tak, jakbyśmy z jednej strony żyli na dwóch różnych kontynentach, ale z drugiej – jakbyśmy widzieli się wczoraj. Rzadko teraz spotykam się z ludźmi prywatnie, nie spędzam czasu na kawkach z psiapsiółami, na plotkach – właściwie w ogóle. Na telefonie nie wiszę. W jakimś stopniu rekompensuje mi to plan i garderoba – przy „Kochaj” Marty Plucińskiej miałam wymarzony kobiecy team, aktorki, które podziwiam i z którymi od dawna bardzo chciałam się spotkać. Roma Gąsiorowska, Olga Bołądź, Ola Popławska, Magda Lamparska. Różne osobowości, mocne charaktery! Obwąchiwałyśmy się na początku. Byłam nimi nawet jakoś onieśmielona – czy mnie wpuszczą do siebie, czy się zestroimy. Ale szybko poczułam, że niepotrzebnie. Pracowało się znakomicie.

Małgorzata Kożuchowska
Marlena Bielińska

Nie tęsknisz za starymi przyjaciółmi, starym trybem życia?

Oczywiście! Chciałabym móc się spotykać poza pracą, jak za dawnych czasów. Zrobiłam nawet taką listę spotkań, za którymi już bardzo tęsknię! Naprawdę! Czasem mówię do męża: „Słuchaj, tak mi się marzy, żebyśmy gdzieś wyszli i wrócili nad ranem, jak kiedyś”. Ale od bardzo długiego czasu tego nie zrobiliśmy. To jest też chyba charakterystyczne dla późnego macierzyństwa.

Małgorzata Kożuchowska: mieć dziecko i pracować

Dziecko zawsze wszystko zmienia.

Nie ma nawet co udawać, że nie. No i dopiero teraz rozumiem, jak to jest mieć dziecko i pracować. Kiedyś z boku przyglądałam się moim koleżankom, które przyprowadzały dzieci na plan, do teatru. Te telefony do niani, kto odbierze z przedszkola, zawiezie do koleżanki, na zajęcia dodatkowe itp. Cała ta logistyka! Słuchałam tego, ale kompletnie nie rozumiałam! Teraz rozumiem. I godzę się z wyrzeczeniami, to nie jest problem – dla mojego męża również nie. Jak masz poczucie absolutnej pełni, to już nie kombinujesz.

Kiedy cię tak słucham, to wydaje mi się, że wszystko przyszło do ciebie w dobrym czasie.

Coś w tym jest.

Jakbyś nie miała żadnych zaległych lekcji do odrobienia. Był czas na wyszumienie...

Oj, był! (śmiech)

Teraz jest czas na rodzinę. Mam przed sobą zdrową psychicznie, stabilną osobę – to jest rzadkie i atrakcyjne.

Może to właśnie nie jest interesujące dla niektórych reżyserów? (śmiech) Ja swoje zdrowie psychiczne bardzo cenię. I nie poświecę go dla roli. Mój mechanizm na szczęście dobrze działa. Myślę, że bez tego, zwłaszcza w tym zawodzie, naprawdę można się wykończyć.

Czy ta stabilność bierze się z zasad, którymi się kierujesz, którym jesteś wierna?

W świecie, gdzie wszystko zaczyna być płynne, relatywne, nieostre, posiadanie czegoś, czemu można być wiernym, jest komfortem. Dlatego jestem wdzięczna, że umiem wierzyć.

Powiedziałaś kiedyś: „Proszę Pana Boga, żeby trzymał mnie za włosy w pionie”. Czy to znaczy, że samemu czasem trudno?

Samemu w ogóle jest trudno. Czasem jest w nas zachłanność na życie, na wrażenia, ciekawość, która kusi, zwodzi. Ale wiem, że to ludzkie – błądzić, popełniać błędy. Ważne, żeby nie utknąć gdzieś na manowcach. Pamiętam czas, kiedy zaczęłam pragnąć rodziny, ale nic w moim życiu nie wskazywało na to, że ona jest możliwa.

Zastanawiałam się, czy nie powinnam pogodzić się z tym, że to nie moja droga, czy jednak szukać dalej. Może oddać się w 100 procentach zawodowi, a resztę energii oddać charytatywnie – bo człowiek nie może żyć tylko dla siebie. Wtedy poznałam Bartka i wszystko stało się jasne. Dziś jestem mężatką i mamą. Ktoś mnie w pewnym momencie zawrócił, pokiwał palcem. Jestem wdzięczna za ten znak, za to, że go dostrzegłam. Moja stabilność jest głęboko umocowana w tym, że wiem, kim jestem, w co wierzę. Dzięki temu czuje, że jestem zaopiekowana. Nie jestem sama. To mi też daje pewność, że w życiu można przegapić wiele rzeczy, ale tych najważniejszych, tych kamieni milowych udało mi się nie przegapić.

Małgorzata Kożuchowska
Marlena Bielińska

A do czego wciąż potrzebne ci jest to aktorstwo?

To ważny składnik poczucia, że nie marnuję swojego życia, że się „nie starzeję” w jakimś sensie. Ktoś mi kiedyś powiedział, że człowiek starzeje się wtedy, kiedy zaczyna tracić ciekawość. Światem, ludźmi, tym, co dookoła. A ten zawód polega właśnie na ciekawości, na dociekaniu, przyglądaniu się, eksplorowaniu. Wchodzeniu w głowy innych ludzi. To oczywiście kosztuje. W życiu emocje rodzą się naturalnie. Żeby je zagrać, musisz je w sobie wywołać w sposób sztuczny, a człowiek raczej pilnuje swojej strefy bezpieczeństwa, nie chce, żeby ktoś w niej grzebał. Mój zawód na tym polega: jak przestajesz w sobie grzebać, to zaczynasz robić się nudna i umierasz.

Teatr jest najbardziej wyczerpujący?

Tak, ale z drugiej strony tam w trakcie spektaklu emocje przebiegają linearnie, jest ciągłość, jakiś związek przyczynowo-skutkowy. W filmie, w serialu grasz sceny od Sasa do lasa, wyrwane z kontekstu, bez chronologii i mówią ci: „Super, bardzo dobrze było”. Czujesz, że naprawdę zagrałaś na 100 procent. A słyszysz: „Dobra, fajnie, przestawka i dubel!”. I pół godziny przerwy na przestawienie światła. Potem: „No Gośka, na plan. Akcja!”. I wszystko zaczyna się od nowa. I tak 10 razy… To naprawdę trzeba później odreagować.

Ogród to moja joga

A ty jak odreagowujesz?

Żartuję. Łapię dystans. A potem szukam ciszy – w samochodzie, w domu. Dlatego też wyprowadziłam się z Warszawy. Miałam taką atawistyczną potrzebę, że MUSZĘ stanąć bosą nogą na trawie. Dotknąć drzewa, popatrzeć na kwiaty. Rano, jeszcze w szlafroku, robię obchód ogrodu. W ziemi też grzebię – to jest z domu. Mój tata, jak się nudziłam, mówił: „Na działkę, wyrywać chwasty!”. Później, kiedy już byłam aktorką, jeździłam do mojej cioci na wieś, gdzie był wielki ogród. Przyjeżdżałam, a ona mówiła od progu: „Rękawice już są przyszykowane”. Potrafiłam pół dnia wyrywać chwasty.

To jest moja joga. Jak jest ładna pogoda, muszę na chwilę przysiąść w ogrodzie, żeby wypić kawę. Tak przycupnąć chociaż. Jak tego nie zrobię, to się wkurzam. Czasem nawet chwilę się spóźniam, żeby tę kawę w ogródku jednak zaliczyć. Bo to jest potem z pożytkiem dla wszystkich. A zimą, wiesz co? Wchodzę z filiżanką do samochodu, nie z zimowym kubkiem tylko właśnie z filiżanką – to jest moja filiżanka, to jest moja kawa, to moje. Mój rytuał, moja przestrzeń, moja prywatność.

A słuchasz w aucie muzyki czy też cisza?

Słucham wiadomości – to nie relaksuje, ale lubię wiedzieć, co się dzieje. Ale czasem rano, jeśli jadę swoim autem, lubię sobie posłuchać śpiewanych litanii, godzinek, chórów cerkiewnych. To mi daje spokój na cały dzień. Dystans. Wracam od razu do dzieciństwa, pielgrzymek – może również dlatego to tak mocno na mnie działa.

Nigdy się nie rozczarowałaś aktorstwem?

Były takie momenty, kiedy miałam poczucie niesprawiedliwości – bo ten zawód jest niesprawiedliwy. Nie chciałabym, żeby ktoś pomyślał, że nie doceniam tego, co mam. Doceniam. Ale jednak robimy rozrachunek na podstawie swoich ambicji i subiektywnych emocji. Więc ja subiektywnie uważam, że mam coś jeszcze do zagrania.

Może za mało ryzykowałaś? Opowiadałaś kiedyś, że jako nastolatka miałaś możliwość wyjechać na Zachód, a później kusił cię „American dream”, ale przestraszyłaś się takiego radykalnego kroku. Porównałaś to kiedyś do skoku na główkę do basenu, którego dna nie widzisz.

No tak – bo to głupota!

I nigdy nie żałujesz?

Skakałam na główkę gdzie indziej! Nadrobiłam prywatnie tę zawodową ostrożność. (śmiech) Czasem leciutko kłuje mnie takie zawodowe pragnienie, żeby ktoś chciał ze mną tak skoczyć, wypuścić się, zrobić coś zupełnie zaskakującego. Być może jest to cena popularności. Ale cenię ją sobie i szanuję. To mnie też trzyma w ryzach – skoro tylu ludzi mi zaufało, to wiem, że nie mogę zacząć gadać jakichś głupot, rozbijać sięw jakichś dziwnych przestrzeniach.To jak odpowiedzialność wobec rodziny – bo widzowie czasem traktują mnie jak rodzinę. To jest jedna z najpiękniejszych rzeczy w tym zawodzie.

Małgorzata Kożuchowska
Marlena Bielińska

Debiut w „Killerze” jak przeznaczenie

Trudno było zadebiutować na wielkim ekranie lepiej niż w „Kilerze” Juliusza Machulskiego, który jest jednym z największych sukcesów box office’owych w historii polskiego kina. A do tego widzowie niemal z miejsca pokochali cię jako rezolutną reporterkę Ewę Szańską. To wygląda jak przeznaczenie.

Kij zawsze ma dwa końce. Z jednej strony to brzmi rzeczywiście jak spełnienie marzeń – z drugiej, pewnie gdybym zrobiła ambitne kino festiwalowe, niszowe, to może moja droga zawodowa potoczyłaby się w inną stronę. Pamiętam początki pracy nad „Kilerem”. Mieszkałam wtedy z Agatą Kuleszą. Siedziałyśmy przy stole z naszym kolegą Sebastianem i czytaliśmy ten scenariusz, a ja sobie wymyślałam, co zagram tutaj, co tutaj – analiza, bo byłam świeżo po szkole, więc lekcje musiały być odrobione.

Pamiętam dokładnie ten moment,kiedy doszliśmy wszyscy do wniosku,że w scenariuszu ta postać... to nie jest fajerwerk. I mówię: „Ty, Agata, właściwie to ja tu jestem taką postacią, którawciąż wystawia te piłki, a Kiler je odbija.Nie mam puent w ogóle”.

Więc założyłam sobie, że muszę te piłki wyrzucać celnie, nikomu niczego nie popsuć, dobrze, wiarygodnie zagrać i już.

I jak sobie tę postać w końcu wymyśliłaś?

Chciałam, żeby ona we wszystkim była „za bardzo”. Żeby miała w sobie nadgorliwość debiutantki. Juliusz Machulski pracuje tak, że daje mało uwag, ale żywiołowo reaguje. Jak się śmieje, to znaczy, że jest dobrze. Jemu podobała się moja energia, mój temperament – że szybko mówię, szybko chodzę. Że jestem taka zwarta. Była to w końcu bohaterka kina akcji.

Czy – jak w bajce – z dnia na dzień stałaś się rozpoznawalna?

To nie było takie oczywiste. Pamiętam, że podeszła do mnie pani na osiedlu, gdzie wtedy mieszkałam i mówi: „Przepraszam bardzo, zaczepiam panią, ponieważ pani pewnie bada swoją popularność”. I opowiedziała mi, co jej się w „Kilerze” podobało, a co nie. Ale później jechałam autobusem do teatru w niedzielęi jakichś dwóch chłopaków zaczęło mnie zaczepiać, żebym poszła z nimi na kawę. Mówię im, że to bardzo miłe, ale nie mogę, bo jadę do pracy. A oni: „Eee, w niedzielę do pracy?! Jakiej pracy?”. „No do teatru” – mówię. A oni: „Kasjerką jesteś?!”.

Magda Cielecka za to opowiadała, że kiedyś ciągle ją zaczepiali, czy jest Małgosią Kożuchowską.

Przypomina mi się sytuacja z festiwalu w Kazimierzu! To był top popularności „M jak miłość”. Pamiętam, że mijałyśmy się w drzwiach, ona skądś wychodziła i zażartowała: „Idź tam, bo już mnie ręka boli od tych autografów, których udzielam za ciebie!”. Rzeczywiście ten serial w szczytowych momentach oglądało 9–10 milionów widzów, tyle, co Małysza… Pamiętam, że jak było ciepło i szłam ulicą, to słyszałam z mieszkań tę muzykę i myślałam: „Oh my God! To jest moja publiczność!”. (śmiech)

Ale ta słynna Hanka Mostowiak na początku była straszną zołzą przecież.

Wrednotą! Dlatego wzięłam tę rolę. To było coś innego dla mnie, jakaś odmiana. Miałam taką przaśną słowiańską urodę, co mnie trochę denerwowało, bo oczywiście chciałam być paryska! I ucieszyłam się, że będę czarnym charakterem. I to wyszło, bo był moment, kiedy wchodziłam do sklepu i czułam, że ludzie zgrzytają zębami na mój widok. No ale widzisz – przemienili mnie w dobrą.

I w końcu zrobiło ci się za ciasno w tej Hance.

Od początku „M jak miłość” walczyłam o to, żeby nie być tylko Hanką Mostowiak. Żeby było wiadomo, że mam swoje imię i nazwisko, że gram w teatrze, w filmach, że robię też inne rzeczy i żeby w nagłówkach gazet nie pisali o mnie Hanka Mostowiak, co się zdarzało. Czułam, że to jest mielizna i że mogę się z tego nie wydostać. Czasem ktoś mi jeszcze wrzuci na Facebooku: „Hanka Mostowiak, czy ty jeszcze żyjesz?”.

Kiedy odchodziłaś z „M jak miłość”, to nie był to właśnie taki skok na główkę?

Szczerze mówiąc, uważam, że wbrew deklaracjom mam kilka skoków na główkę w życiu zawodowym. Odejście z „M jak miłość” – tak, ale podobnie czułam się, kiedy zagrałam babę potwora w „Ich czworo” w reżyserii Marcina Wrony. Myślę nawet, że zaangażowanie się w serial „Druga szansa”, gdzie gram rolę 40-letniej agentki, której życie w jednej chwili zmienia się w kompletną ruinę, również było takim ryzykiem.

Dlaczego?

Kiedy zaczęła się nakręcać cała ta machina piarowa, dziennikarze, wywiady, poczułam presję i pokładane w tym projekcie wielkie nadzieje, potrzebę sukcesu, obawy, czy to chwyci, czy pójdzie. W wywiadach ciągle słyszałam tylko: „To pani główna rola, lokomotywa…”. Pamiętam, że otwarcie wtedy zaczęłam mówić, że choć efekt końcowy to wypadkowa pracy całego zespołu ludzi, to zdaję sobie sprawę, że to ja pierwsza zawisnę na szubienicy, jeśli nie wypali. Ale nie dopuszczałam tego do głowy i skupiałam się na zadaniu. I nigdy nie myślę: „Co ja zrobię z tym sukcesem?”. Albo: „Gdzie ja się schowam, jak to nie wyjdzie?!”. Jedyne, co mogę zrobić, to mieć czyste sumienie, że wykonałam to zadanie „na setkę”. Zawsze znajdą się tacy, którzy powiedzą: „Eee, słabe”.

Nigdy nie chorowałaś z powodu krytyki?

Po premierze „Kotki na gorącym blaszanym dachu” w Teatrze Narodowym dostałam złą recenzję od jednego krytyka i ona się rozlała wszędzie po internecie. Pamiętam, jak siedziałam z Bartkiem, moim mężem, i mówiłam: „Zobacz, jakie wielkie zainteresowanie teatrem… I nareszcie ta Kożuchowska taka kiepska. Coś wreszcie jej się nie udało”.

Z tym poczuciem wychodziłam co wieczór na scenę, co było tym trudniejsze, że postać Margaret była mi z paru względów szczególnie bliska. Praca nad nią bolała. Wychodziłam pierwsza na tę niewielką scenę, gdzie publiczność siedzi bardzo blisko. Pamiętam, jak myślałam: „To tam jest ten potwór, który czeka, żeby mnie pożreć? Czeka, aż się potknę, żeby móc powiedzieć: »Ta Kożuchowska rzeczywiście taka słaba«”.

Wiedziałam też, że jeżeli nie przestanę o tym myśleć, nie będę w stanie grać. Że muszę odsunąć się od strachu. I gdy podczas charakteryzacji, ubierania, przygotowań coraz bardziej przybliżałam się do Margareti coraz bardziej oddalałam od Kożuchowskiej, udawało mi się oddzielić od lęku. To jest właśnie ta ciężka praca. (śmiech)

Oddzielanie od lęku?

Wiem, że komuś może się nie podobać to, co robię. Ale też szczerze mówiąc, nie szukam informacji o sobie, nie jestem chorobliwie ciekawa kto, gdzie i jak o mnie pisze. Przyjmuję krytykę, ale nie robi ona we mnie rewolucji: nie staram się desperacko wszystkich zadowolić. Nie mam w sobie takiej potrzeby.

 

Trzeba mieć dużo siły, żeby nie ulegać temu złudzeniu. Że można uwieść wszystkich, zachwycić, nikogo nie rozczarować.

Pamiętam, jak mój dyrektor Jan Englert powiedział mi wtedy: „Gośka, ta recenzja nie dotyczy twojego aktorstwa, nie dotyczy tej roli i jest całkowicie poza-artystyczna. Ona dotyczy wyłącznie twojej popularności”. Jestem mu za te słowa do dziś wdzięczna.

Poznajesz siebie podczas różnych egzaminów z życia.

Parę oblałam, parę zdałam. I coś mi mówi, że to nie była tylko moja zasługa. Również dlatego dobrze jest w coś wierzyć. Wierzę, że Ktoś mnie pilnuje i w razie czego przytrzyma nad przepaścią. I pomoże wytrwać w tym, w czym zwykle ciężko jest wytrwać.

Na przykład w miłości? Mówiłaś często, że twój mąż jest wyborem do końca życia. Jaka jest ta miłość, która trwa do końca życia? Jak można pozostać jej wiernym?

Nie możesz mi zadawać takiego pytania!!! (śmiech). Nie teraz! Żeby odpowiedzieć, zapraszam cię na kawę, jak będę już sędziwą staruszką. Może wtedy będę wiedziała. (śmiech)

Małgorzata Kożuchowska
Marlena Bielińska

***

Rozmowa z Małgorzatą Kożuchowską ukazała się w „Urodzie życia" 7/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Małgorzata Foremniak z córką, Aleksandrą Jędruszczak
Agnieszka Murak

„Wszystko jest do przegadania”. Matka i córka w rozmowie o przeszłości i miłości, która leczy rany

Małgorzata Foremniak i Aleksandra Jędruszczak – aktorka i psychoterapeutka, matka i córka. Po bolesnych przejściach dzisiaj mówią o sile szczerej rozmowy i miłości.
Sylwia Niemczyk
30.07.2020

Wcześniej cały czas były obowiązki, pęd życia, ale w końcu dostałyśmy szansę od losu i mogłyśmy się zatrzymać, porozmawiać. Te rozmowy otwierały mi oczy”, mówi Małgorzata Foremniak. Razem z córką, Aleksandrą Jędruszczak, opowiadają, jak udało im się nawiązać nową, wyjątkową relację i wyzwolić z trudnej przeszłości. Sylwia Niemczyk: Matka i córka czy raczej przyjaciółki? Małgorzata Foremniak: Zdecydowanie mama i córka, które jednocześnie bywają przyjaciółkami. Aleksandra Jędruszczak: Zgadzam się, czasem sama nie wiem, czy nasze rozmowy wynikają z tego, że po prostu mamy dobry kontakt jako matka i dorosła córka, czy z tego, że się przyjaźnimy.  M.F.: Jeżeli przychodzi taka potrzeba, to nie ma między nami tematów tabu, możemy porozmawiać dosłownie o wszystkim.  A.J.: Czasami idziemy sobie we dwie na wino, nawet na szklaneczkę whiskey, czasem sobie razem wyjedziemy na działkę albo do Krakowa. Oczywiście, mama ma swoje życie, a ja swoje, ale lubimy pobyć ze sobą, to nie jest jakiś obowiązek.  Moje koleżanki rozmawiają ze swoimi mamami raz na dwa tygodnie, a do mnie mama dzwoni prawie codziennie.  M.F.: A to źle?! (śmiech) A.J.: No jak by to powiedzieć, mamo – liczy się jakość, a nie ilość! Mogłabyś tak raz na tydzień… M.F.: No, no, widzę, że robi się nam coraz ciekawiej!  Nie ma między wami zgrzytów? M.F.: Oczywiście, że są. Czasem wkurzamy się na siebie nawzajem. A.J.: Mama generalnie chce cały czas pomagać: to mi chce dać, tamto… Albo ciągle dopytuje: „Jadłaś? Na pewno? Może ci coś podrzucić? Może kiszone ogóreczki?”. Jakbym miała pięć lat. M.F.: Ola jest strasznie zapracowana, a ja pamiętam, jak sama byłam młoda i w ciągłym niedoczasie, wtedy...

Czytaj dalej
Małgorzata Kidawa-Błońska
Zuza Krajewska

Małgorzata Kidawa-Błońska: „Nie podpisałabym ustawy o zaostrzeniu prawa do aborcji”

Wicemarszałkini Sejmu, Małgorzata Kidawa-Błońska opowiada o rodzinie, sile polskich kobiet i o tym, na czym według niej polega prawdziwy patriotyzm. 
Sylwia Niemczyk Agnieszka Dajbor
03.12.2020

W ostatnich wyborach Małgorzata Kidawa-Błońska była pierwszą kandydatką KO na prezydenta Polski. Mimo wielkiego poparcia wycofała swoją kandydaturę, protestując w ten sposób przeciwko organizacji wyborów w czasie pandemii. Przypominamy naszą rozmowę z nią z marca 2020. Agnieszka Dajbor, Sylwia Niemczyk: Pani marszałek czy marszałkini?  Małgorzata Kidawa-Błońska: Jestem przywiązana do tradycyjnych form, ale wiem, że język się zmienia. Jeszcze kilka lat temu, gdy w sali sejmowej słyszeliśmy „marszałkini”, to coś aż zgrzytało, ale dzisiaj jesteśmy z tym nowym słowem oswojeni. Po tych czterech, nie: już ośmiu latach – bo przecież to Wanda Nowicka zaczęła używać słowa „marszałkini” – niewielu osobom w Sejmie przeszkadzają żeńskie końcówki, choć wciąż żywo się na ten temat dyskutuje. Język będzie się stopniowo nadal zmieniał, tak jak zmieniają się czasy i społeczeństwo. Gdy kilkanaście lat temu wchodziłam do polityki, to stale mnie pytano: „Jak pani sobie radzi w tym męskim świecie? Jak oni panią traktują…”. Biedactwo takie… Niemal każda rozmowa tak się zaczynała, tak protekcjonalnie. Ale minęły lata i dziś już nie zadaje się takich pytań. I to nie tylko w Sejmie przyszła zmiana, ja widzę to wszędzie, w małych miasteczkach, na wsiach. Bardzo dużo jeżdżę po Polsce, rozmawiam z ludźmi i to już się stało regułą, że na spotkania z politykami przychodzi więcej kobiet niż mężczyzn. I są dociekliwe, ciekawe świata, zmian, innych ludzi. Są z pewnością odważniejsze w zadawaniu pytań i co bardzo ważne – nie boją się wyrażać swoich poglądów. Na spotkaniach przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi wcale nie były „grzeczne”, wprost mówiły, co myślą o polskiej polityce, ugrupowaniach, nieraz krytykowały, ale też zależało im na...

Czytaj dalej
Czesław Niemen

Małgorzata Niemen opowiada o miłości do Mistrza, Czesława Niemena

„Było mi trochę wstyd, czy może miałam wyrzuty sumienia, że to mnie wybrał.”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

Małgorzata Niemen była pierwszą polską modelką, której zdjęcie pojawiło się we włoskiej edycji magazynu „Vogue”. Do dziś jest ikoną mody. Posągowo piękna, Czesław Niemen mówił o niej, że jest jego muzą. Poznali się w 1973 r. w Warszawskiej Wytwórni Filmowej. Szybko zostali razem na kolejne 30 lat, aż do śmierci Niemena, w wieku 64 lat.  Magdalena Żakowska: Jaki był? Małgorzata Niemen: Czesław uwielbiał remontować, odnawiać starocie. Co chwila coś zwoził z Koła. Miał nadzieję, że starczy mu życia na komponowanie, pisanie, malowanie, a jednocześnie urządzenie naszego domu – wszystko chciał zrobić sam. Heblował, szlifował, przybijał, cyklinował. Ale nie zdążył zrobić wszystkiego, co sobie zaplanował… Uwielbiał wszystkie manualne zajęcia. Uważał, że praca – taka najprostsza, fizyczna – nas buduje. Był dumny z tego, że potrafi sam wszystko zrobić? To było dla niego oczywiste. Wychował się na polskiej, kresowej wsi, w Starych Wasiliszkach. Wszyscy zajmowali się tam ciesiołką. Ale powiedział też kiedyś, że gdyby nie został muzykiem, to byłby stolarzem. To jego zdanie dodało mi zresztą odwagi, kiedy przygotowywałam wystawę swoich zdjęć. Bardzo nie chciałam przekroczyć pewnej granicy – intymności, taktu – a jednocześnie chciałam pokazać artystę-cywila podczas prac fizycznych, które miały dla niego takie znaczenie. Mam wrażenie, że w ogóle z trudem przychodzi pani rozmawianie o waszej prywatności, o nim. Bo kiedy o tym mówię, to mam wrażenie, że wyzbywam się czegoś ważnego dla mnie. Kiedyś pani Barbara Hoff uświadomiła mi, na czym polega ten mechanizm. Powiedziała: „Jakaś gazeta zwróciła się do mnie, żebym opowiedziała o swoim strychu. O tym, jak mieszkam. Że przyjdą, sfotografują moje mieszkanie. Oczywiście...

Czytaj dalej
agnieszka maciag
Zuza Krajewska/LAF

Agnieszka Maciąg: „Uczę się od szczęśliwych ludzi”

Niedługo ukaże się jej nowa książka „Menopauza. Podróż do esencji kobiecości". Nam Agnieszka Maciąg opowiedziała o najważniejszej podróży w życiu – podróży do samej siebie.
Anna Maruszeczko
01.06.2020

Za kilkanaście  dni do księgarń trafi jej książka „Menopauza. Podróż do esencji kobiecości” ( Wydawnictwo „Otwarte", Kraków, 2020). Agnieszka Maciąg pisze w niej, że menopauza jest początkiem złotego okresu w życiu kobiety i tylko od nas – naszych nawyków żywieniowych i stylu życia zależy, jak ten czas spędzimy.  Ale droga do takiej harmonii była kiedyś dla niej samej bardzo trudna. Agnieszka Maciąg - choć jako modelka pracowała dla największych projektantów m.in. Karla Lagerfelda, Laury Biagiotti, Pierra Cardine, nie czuła, że w pełni siebie realizuje, i żyje tak, jakby naprawdę chciała. „Wiedziałam, że dopóki sama ze sobą nie zrobię porządku, będę miała dzień Świstaka” – mówiła kilka lat temu w rozmowie z „Urodą życia” opowiadając nam o swojej trudnej drodze do prywatnego „oświecenia”. Od kilkunastu lat jest blogerką, pisze książki, prowadzi warsztaty, na których inspiruje kobiety, jak w codziennym życiu szukać spokoju, harmonii i szczęścia. Anna Maruszeczko: W moim sercu jest spokój. Bogu za to dziękuję!”, powiedziałaś kiedyś. Agnieszka Maciąg : Skoro od tego zaczynasz, to jest to pewnie coś, czego ty pragniesz. (śmiech) O tak! Jak wiele kobiet. Jak do tego dojść? To była długa droga, cała przeprawa. Jestem wrażliwą, wręcz nadwrażliwą osobą. Jakbym się urodziła bez skóry. Kiedyś wszystko, co działo się wokół, do żywego mnie dotykało. Czasem było mi fantastycznie, ale kiedy spotykało mnie coś przykrego, to prawie umierałam. W wieku trzydziestu paru lat przechodziłam poważny kryzys i wiedziałam, że by z tego wyjść, muszę nauczyć się panować nad emocjami, nad swoimi myślami. Czy są w twoim życiorysie jakieś zdarzenia, które wymazałabyś, gdybyś mogła? Żyłam...

Czytaj dalej