Kochała ją cała Polska, zmarła przedwcześnie na raka. Małgorzata Braunek całe życie była wolnym duchem
Fot. Jacek Domiński/Reporter

Kochała ją cała Polska, zmarła przedwcześnie na raka. Małgorzata Braunek całe życie była wolnym duchem

Podobno o Małgorzacie Braunek ma powstać serial, taki jak o Agnieszce Osieckiej. Jej piękne, spełnione życie świetnie nadaje się na ciekawy, oryginalny scenariusz.
Agnieszka Dajbor
29.01.2021

Zadebiutowała rolą chłopki w filmie Kazimierza Kutza „Skok” (1967). Była modelką Barbary Hoff w legendarnej rubryce modowej w „Przekroju”, a jako studentka szkoły teatralnej dorabiała sobie na wieczorkach poetyckich. Takie były początki kariery Małgorzaty Braunek, jednej z najpopularniejszych i najbardziej lubianych polskich aktorek.

30 stycznia 2021 roku obchodziłaby 74. rocznicę urodzin. Zmarła przedwcześnie na raka jajnika w 2014 roku i aż trudno uwierzyć, że to już tak dawno, i że tak szybko minęło. Kiedy czyta się wpisy internautów, widać jak bardzo ludzie lubili ją za niby proste, a jednak deficytowe cechy: życzliwość, uśmiech, naturalność.

Była wolnym duchem, jedną z pierwszych buddystek w naszym katolickim kraju, miała tytuł Roshiego – wielebnego nauczyciela, mistrza zen. Buddyzm praktykowała już na początku lat 80., w stanie wojennym, w Polsce to była wtedy egzotyka, nisza. W tej drodze towarzyszył jej mąż – Andrzej Krajewski, wspólnie odbyli wiele długich podróż do Azji.

Mieli pojechać po raz kolejny, kupili już nawet bilety. Nie zdążyli. Andrzej Krajewski pojechał sam, by rozsypać prochy żony w miejscach, które były jej drogie. Rozrzucił je przed wieloma pięknymi posągami Buddy. Wrzucił je do morza i do Mekongu. Wrzucił je do Gangesu w Waranasi, bowiem Hindusi wierzą, że śmierć w Waranasi, spopielenie i wrzucenie prochów do rzeki, a potem dotarcie ich do oceanu to dla buddystów pójście do nieba. „Byliśmy tam kiedyś z żoną i powiedzieliśmy sobie, że chcielibyśmy w ten sposób przejść na drugą stronę. Tak się umówiliśmy”.

W rozmowie z „Dużym Formatem” zwierzył się, że w czasie tej podróży stale mówił do żony. I nagle zdał sobie sprawę, że w ten sposób ją od siebie odsuwa. „Zrozumiałem, że ona jest tak głęboko we mnie, że po prostu przeżywa to, co ja. I przestałem do niej mówić. Chciałem totalnej identyfikacji. Przekroczenia granic przeszłości i teraźniejszości. Nie przywoływałem jej, nie musiałem. Po prostu miałem poczucie, że ona jest we mnie, patrzy moimi oczami”. („Testament Małgorzaty Braunek", Duży Format, 2016)

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Małgorzata Braunek: „Mama nie chciała po katolicku”

Przeżyli ze sobą szczęśliwie ponad 40 lat. Poznali się w latach 70. „Kiedyś mój przyjaciel powiedział: wpadnij do mnie wieczorem, będzie fajna dziewczyna, musisz ją poznać. To był 1974 rok, mieszkałem na stałe w Szwecji” – wspomina Andrzej Krajewski. Zrobiła na nim od razu wrażenie. Ona była trochę zaskoczona, że nie rozpoznał w niej Oleńki Bilewiczówny. „Potop” był już na ekranach kin, Braunek-Oleńkę ludzie zaczepiali na ulicach. A tu nic.

Jeszcze wtedy nie wiedziała, że to spotkanie zmieni jej życie. Nie tylko jako aktorki, ale i kobiety. Że je „wywróci do góry nogami” – jak powie po latach Andrzej Krajewski. Jaka wtedy była?

Małgorzata Braunek urodziła się w 1947 roku, w rodzinie katolicko-luterańskiej, od dziecka była więc przyzwyczajona do pewnego rodzaju inności. Ojciec rotmistrz kawalerii po wojnie trafił do więzienia, nie zgodził się na wcielenie do Ludowego Wojska Polskiego. Był zdeklarowanym antykomunistą i nie krył przed córką poglądów. To on otworzył ją na aktorstwo, prowadził w Warszawie do ważnych wówczas teatrów Współczesnego i Dramatycznego. 

Jej matka, luteranka, długo nie wychodziła za mąż, bo mówiła że nie zgodzi się na katolicki ślub, „za Boga nie chciała wejść do katolickiego kościoła” – wspominała Braunek. W końcu spotkała Władysława Braunka, który powiedział: „Dla ciebie nawet do cerkwi bym poszedł”. I już wiedziała, że to ten. „Skoro tata był katolikiem, a mama protestantką, to ja musiałam zostać buddystką”, żartowała aktorka.

W szkole teatralnej, do której trafiła w końcu lat 60., od razu zrobiła furorę. Tyle grała w filmie, że studiowała tylko dwa lata (resztę egzaminów zdawała eksternistycznie). Robiła wrażenie talentem, urodą. „Wówczas dziewucha na schwał: blondyna, przy kości, cycata, dupiasta, silna pływaczka. Nazywaliśmy ja »Młynarką«. W »Skoku« zagrała swoją najlepszą rolę” – wspominał Daniel Obrychski w książce „Anioły wokół mojej głowy”. Zagrała m.in. w zapomnianym dzisiaj pięknym filmie „Żywot Mateusza” Witolda Leszczyńskiego.

Ale gwiazdę zrobiło z niej „Polowanie na muchy” – film Andrzeja Wajdy z 1969 r. na podstawie opowiadania Janusza Głowackiego. Andrzej Wajda po rozwodzie z Beatą Tyszkiewicz miał ochotę na lekko antyfeministyczne kino. Chciał stworzyć obraz dziewczyny-modliszki i pokazać, jak kobiety niszczą mężczyzn. Braunek nie była pierwszą kandydatką do roli Ireny. W filmie miała grać Beata Tyszkiewicz. Ale jak wspomina Janusz Głowacki, Wajda ją odrzucił.

„Jak tę Braunek właściwie właściwie gryźć? – pytał Wajda Kazimierza Kutza. Jakoś nie mogę się do niej przekonać…” A Kutz odpowiedział: „Andrzejku kochany, to jest motylek, niteczka babiego lata, trzeba chuchać, dmuchać”. Po czym dodał: „A nie jest źle dać jej przed ujęciem setę!”.

Zgrabna… wężowato!

Braunek w „Polowaniu na muchy” olśniła. Była do bólu współczesna, niezależna, naturalna. Trochę hipisowska. Wszystkie dziewczyny w Polsce natychmiast tak jak ona zapuściły włosy, założyły krótkie dzianinowe sukienki i kozaki, a na nos półokrągłe okulary, zwane po tym filmie muchami. „Zagrała dziewczynę piękną, niszczącą, uwodzicielską. Taką chcę ją zapamiętać”, mówił Janusz Głowacki po śmierci aktorki.

Musiała robić wielkie wrażenie, skoro nawet Agnieszka Osiecka nie ustrzegła się od odrobiny zazdrości: „Pierwszy raz zobaczyłam Małgorzatę Braunek w kawiarni hotelu Europejskiego. Pachniało kawą i tortami. (…) Nagle weszła Małgosia, wężowato zgrabna, w sukience w poprzeczne paski. Poczułam zdrową nienawiść do dziewczyny, która dobrze wyglądała w poprzecznych paskach, bo mnie to minęło już bardzo dawno. (…) Małgorzata szła wtedy na randkę z Andrzejem Wajdą, żeby omówić rolę w »Polowaniu na muchy« Janusza Głowackiego. W parę miesięcy potem zagrała tę rolę, świetną rolę, w świetnym filmie. Potem widziałam ją w różnych rolach, także w wariackim konkursie pisma »Ekran« pod hasłem: »Przyślijcie nam zdjęcia Małgorzaty Braunek z zamkniętymi ustami«. Naprawdę lubię Małgorzatę w »Polowaniu«, lubię to opowiadanie, lubię film, i bardzo żałuję, że tak rzadko można go gdzieś złapać”. (Agnieszka Osiecka „Fotonostalgia”, Prószyński i S–ka, 2003)

Zdjęcie roześmianej Małgorzaty Braunek z „Polowania na muchy” to jedna z ikonicznych scen polskiego kina. Tą rolą dobrze trafiła w swój czas. Ale jej dwie późniejsze głośne kreacje to role kostiumowe, do których z racji urody nie była chyba idealną kandydatką.

Nagonka na Oleńkę

Trudno sobie dzisiaj wyobrazić jakie emocje wywoływało w początku lat 70. obsadzenie ról Kmicica i Oleńki w ekranizacji „Potopu” Jerzego Hoffmana. To mieli być bohaterowie narodowi, a nie Olbrychski, jakiś zdrajca, Azja Tuhajbejowicz z wcześniej nakręconego „Pana Wołodyjowskiego”! (Ktoś napisał wtedy nawet prześmiewczo, że może naszego ukochanego Kmicica powinien zagrać ulubieniec Polaków, Stanisław Mikulski, który jako Hans Kloss wodził za nos Niemców w „Stawce większej niż życie”). Faworytką widzów do roli Oleńki była klasycznie piękna Barbara Brylska. Ale Hoffman był zły na Brylską za jej zachowanie na planie „Pana Wołodyjowskiego” (ponoć przyjechała z pieskiem, pstrykała zdjęcia, była nie do zniesienia). Wybrał Braunek, co wywołało niemal oburzenie. „Na początku przeraziła mnie ta nagonka, ale postanowiłam się nie przejmować”, wspominała po latach.

Zagrała tak dobrze, że widzowie – 27 milionów! – wybaczyli jej chudość i zapadłe policzki. I tylko Janusz Głowacki nie darował sobie ironii i napisał, że w „Potopie” najbardziej podobał mu się Max von Sydow w roli Oleńki, co było już grubą złośliwością.

W roli „Lalki” w serialu Ryszarda Bera (1977) podzieliła widzów, jedni się zachwycali, inni zżymali, że daleko jej do kreacji Beaty Tyszkiewicz z filmu Wojciecha Hassa.

Diabeł między nami

Kiedy po raz pierwszy Braunek spotkała się z Andrzejem Krajewskim, oboje byli jeszcze w innych związkach. Małgorzata Braunek była żoną słynnego reżysera Andrzeja Żuławskiego. Ich syn Xawery (dzisiaj znany filmowiec) miał trzy lata. Ten związek też zaczął się od zachwytu od pierwszego wejrzenia – „Jaki on piękny”, pomyślała Małgorzata Braunek, widząc Żuławskiego przez chwilę na paryskim lotnisku Orly. Leciała wtedy na tournee z filmem „Polowanie na muchy”.

„Zawsze pociągali mnie piękni, trochę nieobliczalni artyści”, zwierzała się w wywiadzie rzecze „Jabłoń w ogrodzie, morze jest blisko” (rozmowa Artura Cieślara, wyd. Znak, 2016). W Paryżu podjechał po nią swoim nowiuteńkim „Porsche” i z piskiem opon odjechali od swoich mężów i żon. Jak wspominała, oboje wierzyli, że miłość usprawiedliwia wszystko. Żuławski powiedział, że na przekór światu będą parą złoczyńców. Pragnął stworzyć ją na swoją modłę, jak wiele aktorek. Pragnął, by podporządkowała się wizji: „Trochę szalonej, ale niewinnej panienki, która tak naprawdę odkrywa życie dopiero przy jego boku”. Ale nie do końca się to udało.

Konflikty zaczęły się na planie niezwykłego, ale i mocnego filmu „Diabeł”, w którym Braunek na początku w ogóle nie chciała grać. Rolę początkowo dostała Barbara Brylska (znów ich losy się skrzyżowały), ale pracowała tylko dzień. Żuławski zrezygnował z niej, pomimo ryzyka procesu sądowego i zmusił do grania żonę.

„Diabeł stanął między nami” – wspominała Braunek. – „Byłam chora z wyczerpania. Czułam, że działamy w tym filmie na rzecz czegoś złego, dotykamy sfery, z którą nie powinniśmy obcować. To był wielki mrok. A ja urodziłam właśnie moje pierwsze dziecko” – opowiadała aktorka. Potem nigdy tego filmu nie chciała obejrzeć.

Coraz bardziej toksyczne relacje doprowadziły do rozwodu (1976). Andrzej Żuławski chciał wyjechać z Polski, dusił się tutaj, po zatrzymaniu przez cenzurę „Diabła” wiedział, że będzie miał kłopoty z kolejnymi filmami. „Bestia zostawiła Piękną” – pisały gazety. Żuławski powie po latach, że Małgorzata Braunek była raczej gwiazdą niż aktorką. „Miała blask, ale przestała grać i blask straciła. Inne sprawy ją zaprzątały, do innego Boga zmierzała...”. I jeszcze: „Była zdolna i piękna. Ale weszła w system, który się z aktorstwem wykluczał, gdzie wszyscy ubierają się w te same szatki i osiem godzin dziennie klepią te same mantry”.

Pytana, czy jest jej przykro, żachnęła się: „Skądże! To jemu było przykro, bo uważał, że marnuję swój talent”.

Własna duchowa droga

Poznanie Andrzeja Krajewskiego otworzyło zupełnie nowy rozdział w jej życiu. Absolwent filozofii na Uniwersytecie Warszawskim, podróżował między Polską a Szwecją, robił filmy dla szwedzkiej telewizji, m.in. o buddyzmie. Jak pisała Aneta Kyzioł w „Polityce”, był hipisem i czarował opowieściami o podróżach na Wschód („Nieśmiertelna młodość”, Polityka, 2014). Wkrótce podróżowali razem z Małgorzatą.

Odwiedzili m.in. Dalajlamę i chociaż nie mógł on namaścić Małgorzaty – bo jest mnichem tybetańskim, a ona praktykowała zen – zrobił na niej ogromne wrażenie. „Dalajlama jest uosobieniem dobroci, miłości, wielkiej empatii. Potrafi każdego słuchać z takim otwartym sercem, że samo obcowanie z nim wydaje się wielkim darem. Wtedy uświadomiłam sobie, że naszym celem i drogą jest być życzliwym i otwartym wobec innych, a także wszelkich przejawów życia. Nie zawsze mi się to udaje, ale się staram”, mówiła.

Na drzwiach domu Małgorzaty Braunek i Andrzeja Krajewskiego wisiała tabliczka „Uśmiechnij się”, ona sama dostała jako buddystka nowe imię Jiho, czyli współczująca Dharma.

Laicy uważają czasem buddyzm za styl życia kojarzony z wegetarianizmem i medytacją. Ale traktowany poważnie, jak u Braunek, jest trudną duchową drogą. Wymaga np. żmudnego treningu i ćwiczeń umysłu. W wywiadzie rzece Braunek opowiadała, jak jej mistrz, Japończyk Genpo Roshi, krzyczał: „Musisz umrzeć na tej poduszce!”. A działo się to w czasie medytacji, o czwartej rano. Mówił: „Nie wolno się poruszyć – ma boleć”. Żeby ego szybciej się wypaliło, używał kiosaku – kija, którym walił po plecach. To był „kij przebudzenia” – medytujący mieli się stać Buddą. Jednocześnie podczas osobistych rozmów był pełen empatii i miłości bliźniego.

Codziennie przez 30 lat medytowała, i zajęło jej sporo czasu, by nie rozpraszały jej zabawy dziecka, czy telefon. Z drugiej strony medytacją było też dla niej na przykład pływanie.

Andrzej Krajewski pytany w Dużym Formacie, jaki był wpływ Małgosi na polski buddyzm, odpowiedział:

„Z jednej strony żaden, z drugiej ogromny. Żaden dlatego, że polski buddyzm praktycznie jej nie zauważył. (…) Myśmy wszyscy mieli przekonanie, że mistrz buddyjski to ktoś, kto poświęcił swoje życie praktyce klasztornej i uczniom, nie ma rodziny, broń Boże nie występuje w filmach. A tu nagle pojawia się śliczna dziewczyna, aktorka, gwiazda, celebrytka. Jak to pogodzić z tym, że jest duchową mistrzynią? To się nie mieściło w głowie, dlatego nikt nie słuchał tego, co miała do powiedzenia, choć uosabiała cechy, do których każdy buddysta zmierza. Otwartość, empatię, życzliwość, miłość, tolerancję, radość, mądrość. Ona to wszystko miała w sobie, ale praktyka to wydobyła i oszlifowała”.

Bez miłości bylibyśmy samotnymi wyspami

U boku Andrzeja Krajewskiego Małgorzata Braunek była spełniona i szczęśliwa, w 1987 r. urodziła córkę Orinę (Orin znaczy oświecona miłość. Orina Krajewska wspominała, że w szkole miała w powodu tego imienia przechlapane). Po 20 latach przerwy wróciła do grania jako dojrzała, świadoma siebie kobieta. Wcześniej odeszła od niego, jak od uzależnienia. Mało kto pamięta, że pierwszą rolę po przerwie zagrała w „13 posterunku”,  w 2004 roku stworzyła wielką kreację w „Tulipanach” Jacka Borcucha, a w 2010 w teatrze zagrała w spektaklu Krystiana Lupy „Persona. Ciało Simone”. I stała się odkryciem aktorskim dla kolejnych pokoleń.

Pracowała też jako wolontariuszka w jednym z warszawskich hospicjów. Mówiła: „Miłość jest absolutną podstawą. Już samo to, że wszyscy jej szukamy, tęsknimy za nią, oznacza, że bez niej nie da się żyć. O miłości bezwarunkowej mówią wszystkie religie. Miłość od wieków opiewają artyści. Bez niej byśmy nie przetrwali, bylibyśmy cierpiącymi samotnymi wyspami, dzięki niej tworzymy jeden wspólny ląd”.

Choroba przyszła nieoczekiwanie. Małgorzata Braunek znosiła ją z wielką godnością i pogodą. „Praktykując zen, buddyzm, mam świadomość nietrwałości wszystkich zjawisk. Śmierć jest końcem, ale też początkiem, życie jest wieczne, tylko zmienia swoje formy, które są nietrwałe. Więc jestem otwarta na śmierć”, tłumaczyła w jednej z rozmów.

Cierpiała jednak, przez ostatnie miesiące praktycznie nie jadła, córka Orina nauczyła się podawania dojelitowych kroplówek.

Andrzej Krajewski pytany w „Dużym Formacie”, czy buddyzm daje receptę, jak oswoić rozstanie z ukochaną osobą powiedział: „Może niektórzy coś takiego potrafią, ja nawet nie próbowałem. Żyliśmy razem ponad 40 lat, dlaczego nagle miałbym wypierać fakt, że ona umiera? To był mój ból i przerażenie i musiałem je przeżyć”. I dalej:

„Myśmy nie rozmawiali o śmierci, nie było potrzeby. Kiedy Małgosia umierała, bardzo bałem się, że przyjdzie ogromne cierpienie. Patrząc jej w oczy, w oczy człowieka, którego kochałem najbardziej na świecie, w pewnej chwili modliłem się, żeby odeszła. Taka była moja modlitwa: odejdź w spokoju. Patrzyłem na nią i myślałem: odejdź w spokoju! Choć każdy dzień z nią był dla mnie bezcenny. Umarła mi na rękach. Czułem ten moment, jak uchodzi z ciała. Poczułem chłód, w pokoju zmieniło się światło i nagle jej obecność ustąpiła nieobecności”.

Mówił też: „Myślę, że istnienie pokazuje nam dwie strony, życie i śmierć, ale nie wierzę, że ono może zaniknąć, ustać, odejść. Bo dokąd by miało odejść? Bo co by wtedy zostało, jeśli nie to, co jest? Po śmierci ciała Małgosia jest wszystkim, moim życiem i wszystkim wokół. Całym istnieniem. A więc gdzie jest Małgosia?”. Oboje z Oriną kontunuują dzieło Małgorzaty Braunek w Fundacji „Bądź”, która zajmuje się m.in. popularyzowaniem holistycznego podejście do człowieka i jego leczenia.

Krystian Lupa podczas pracy nad „Personą” powiedział o Małgorzacie Braunek: „Ma w sobie jakąś nieśmiertelną młodość. Ciągle jest dziewczyną”.

***

Korzystałam z „Jabłoń w ogrodzie, morze jest blisko”, rozm. Artura Cieślara, wyd. „Znak”, 2016, „Żuławski”. Wywiad rzeka, Piotr Kletowski, Piotr Marecki, Krytyka Polityczna, 2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
tyszkiewicz
Fot. Wiktoria Bosc

Beata Tyszkiewicz: „Całe życie przyjaźniłam się z mężczyznami"

Beata Tyszkiewicz, wielka aktorka, była żona Andrzeja Wajdy, gwiazda kultowego filmu „Wszystko na sprzedaż” ma ponad 80 lat i wciąż mówi o sobie, że jest uparta i energiczna.
Magdalena Żakowska
14.08.2020

Grała u największych: Wajdy, Hassa, Kieślowskiego. Jej Izabela Łęcka w „Lalce” Jerzego Hassa ( 1968) jest nie podrobienia i nie do powtórzenia. Tworzyła wspaniałe role w filmach kostiumowych („Marysia i Napoleon”). Grała postaci współczesnych kobiet uwikłanych w trudne uczuciowe relacje („Wszystko na sprzedaż”, „Jej powrót”). Bawiła w komediach („Seksmisja”). Ale Beata Tyszkiewicz jest kimś więcej niż aktorką. Jest postacią, lubianą i podziwianą.  Urodziła się 14 sierpnia 1938 roku w Wilanowie, ze względu na arystokratyczne pochodzenie nazywana jest pierwszą damą polskiego filmu. W filmie zadebiutowała jeszcze jako uczennica rolą Klary w „Zemście” w 1957 roku. Jedna z najpiękniejszych polskich aktorek, była żoną Andrzeja Wajdy i Witolda Orzechowskiego. Ma dwie dorosłe córki Karolinę i Wiktorię, jest też babcią. W rozmowie z nami powiedziała: „Mam silny charakter. Warto wiedzieć o sobie takie rzeczy. Ku przestrodze dla siebie i innych”. Magdalena Żakowska Ma pani piękny zegarek. To Cartier Baignoire? Beata Tyszkiewicz: Tak. Bardzo dziękuję! Charlotte Gainsbourg dostała identyczny od ojca, Serge’a Gainsbourga. Ja sobie kupiłam sama. 20 lat temu. W życiu trzeba polegać wyłącznie na sobie? Tak mam. Nigdy w życiu nie próbowałam polegać na mężczyznach. Cenię sobie niezależność i samodzielność. Ale czy mężczyźni potrafią to docenić? Mądrzy potrafią. Uważam, że kobiety i mężczyźni mają w życiu różne, nie całkiem zbieżne cele i każde powinno się trzymać swoich. Kobieta bardzo często czuje się spełniona, kiedy urodzi dziecko. Mężczyzna raczej nie. Zna pani chiński horoskop? Uważam, że ludzie powinni się dobierać znakami chińskiego zodiaku. Są takie typy charakterów, takie znaki,...

Czytaj dalej
Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz
AFPEAST NEWS

Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz. Poznali się, gdy „wszystkie błędy mieli już za sobą”

On był po trzech rozwodach, ona – po dwóch. A jednak połączyła ich miłość, która przetrwała ponad 40 lat.
Kamila Geodecka
23.12.2020

W 1975 roku w Warszawie Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz wzięli ślub, którego właściwie nie potrzebowali. Towarzyszyło im dwóch świadków –  Basia Ślesicka i Piotr Skrzynecki, który specjalnie przyjechał z Krakowa. Młodzi powiedzieli sobie „tak”, ale nie było wesela. „Moglibyśmy żyć bez tego ślubu też” – mówiła aktorka. Już wtedy mieszkali razem. Oboje mieli za sobą doświadczenia z innych małżeństw, a przed sobą ponad 40 lat wspólnej miłości, przyjaźni, wsparcia i zrozumienia. Mogli spotkać się wcześniej, właściwie bez przerwy się mijali, przeprowadzając się do kolejnych miast, pracując w kolejnych teatrach, zmieniając kierunki studiów. Ona mówiła czasem, że mogli poznać się wcześniej. On uważał, że to dobrze, bo wszystkie błędy mieli już za sobą. Spotkania robocze W 1971 roku Andrzej Wajda pracował w krakowskim Starym Teatrze nad spektaklem „Biesy” Dostojewskiego na podstawie adaptacji Camusa. Reżyser chciał zająć się wszystkim – pracą z aktorami, opracowywaniem tekstu oraz scenografią i dekoracją. Okazało się, że nad tym ostatnim zapanować już nie mógł.  Wtedy Piotr Skrzynecki zapowiedział, że pozna go z Krystyną Zachwatowicz – scenografką i artystką kabaretową Piwnicy pod Baranami. Para poznała się w kawiarni Kolorowa w Krakowie. W końcu Zachwatowicz odwiedziła Wajdę w jego mieszkaniu. Długo dyskutowali o tym, w jaki sposób ma wyglądać przygotowywana sztuka. Od początku dobrze się dogadywali. Z czasem spotkania stały się coraz częstsze, a Andrzej Wajda zaczął przychodzić na występy kabaretowe swojej przyszłej żony. Podobno wchodził  potem do garderoby artystów i żartował. „Mam śmieszną anegdotę. Graliśmy program, w którym miałam blond perukę, usta na zielono. Ale na...

Czytaj dalej
Małgorzata Kożuchowska. Fot. Magdalena Łuniewska/Buku Team

Małgorzata Kożuchowska podsumowuje rok 2020! Jaki był jej najważniejszy film, książka, artysta?

Książka o Kalinie Jędrusik, niezwykły koncert „Music for Hope”, który wiosną dał Andrea Bocelli… Małgorzata Kożuchowska mówi o tym, co w tym roku było dla niej najważniejsze.
Anna Zaleska
14.12.2020

Okres przedświąteczy to dla Małgorzaty Kożuchowskiej czas bardzo intensywnych działań w ramach akcji Milion na Milion, którą wymyśliła i z wielkim zaangażowaniem prowadzi na siepomaga.pl/milion. Już w wiosennej edycji Małgorzata Kożuchowska kupiła i rozdała kilkadziesiąt komputerów, laptopów i tabletów, teraz jej celem jest uzbieranie jak największej sumy przed świętami Bożego Narodzenia, tak aby jak najwięcej dzieci dostało pod choinkę komputery. Na swoim Facebooku aktorka pisała w Mikołajki: „Nawet najmniejszy prezent jest w stanie wywołać ogromny uśmiech na twarzy drugiej osoby. Czasem wystarczy drobny gest, aby sprawić, by jego dzień stał się lepszy. Dlatego też właśnie dziś rozpoczynam challenge akcji Milion na Milion. Podzielmy się 1 zł z tymi, którzy potrzebują naszego wsparcia. Złotówka to naprawdę niewiele, ale kiedy pomnoży się ją przez milion zdziała cuda! Przekażcie 1 zł na laptopy dla dzieci z Akademii Przyszłości i nominujcie do tego samego Waszych znajomych. Pomóżmy zrealizować ich marzenia!”. Wpłat dokonały już tysiące ludzi, Milion na Milion wsparło też wiele gwiazd i firm. Podsumowując ten rok w kulturze, Małgorzata Kożuchowska wymienia najważniejsze dla niej książki, filmy i żegna mistrza Ennio Morricone. Najważniejsze książki: „Z kim tak ci będzie źle jak ze mną” i „Dom pisarzy w czasach zarazy” Uwiodła mnie książka Remigiusza Grzeli „Z kim tak ci będzie źle jak ze mną” o Kalinie Jędrusik i Stanisławie Dygacie. Kiedy czyta się o ich wielkiej, a jednocześnie destrukcyjnej miłości, nie można pozostać obojętnym. Bohaterowie są postaciami z krwi i kości, prowokującymi, nieszablonowymi, chociaż my współcześni, próbujemy ich osadzić w popkulturowych ramach, tak jak robiono to na przykład z Marilyn Monroe i Arthurem Millerem....

Czytaj dalej
Xawery Żuławski Mowa Ptaków
Grzegorz Adach, © Metro Films

Xawery Żuławski o ojcu, Andrzeju Żuławskim i ich wspólnym filmie „Mowa ptaków”

„Wiem, że będziemy porównywani”
rozmawia Artur Zaborski
01.08.2019

O filmie Xawerego Żuławskiego „Mowa ptaków” jest głośno już od kilku tygodni, choćby za sprawą kontrowersyjnej decyzji Komitetu Organizacyjnego Konkursu Głównego 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni – film nie został na początku zakwalifikowany do konkursu, choć rekomendowała go Rada Programowa. Dopiero po protestach krytyków i artystów (m.in. Kingi Dębskiej czy Karoliny Korwin-Piotrowskiej), decyzja została zmieniona i „Mowa ptaków” będzie jednak mogła walczyć o Złote Lwy. Nowy film Xawerego Żuławskiego, reżysera rewelacyjnej „Wojny polsko-ruskiej”, powstał na podstawie scenariusza jego ojca, wielkiego Andrzeja Żuławskiego, a swoją światową premierę miał 1 sierpnia na 19. MFF Nowe Horyzonty. Grają w nim m.in.: Sebastian Fabijański, Eryk Kulm, Jaśmina Polak, Sebastian Pawlak, Katarzyna Chojnacka, Andrzej Chyra, Borys Szyc, Marta Żmuda-Trzebiatowska, Daniel Olbrychski, Bartosz Obuchowicz, Wiktor Zborowski, Monika Niemczyk oraz Grzegorz Palkowski i Kacper Olszewski (uczniowie). Pierwsze recenzje „Mowy…” rozpinają się między absolutnym zachwytem a strachem o to, czy ktokolwiek zechce ten film obejrzeć. Także w „Urodzie Życia” reżyser mówił o swoim dziele: „Takich filmów już się nie robi w  naszym systemowym świecie, bo przestały mieć odbiorcę”.  ARTUR ZABORSKI: Pracowałeś kiedyś z ojcem? XAWERY ŻUŁAWSKI: Kiedy na początku lat 90. kręcił „Błękitną nutę”, byłem jego asystentem przy montażu. Ale pomysłami Andrzej niechętnie się dzielił nawet ze mną. Wielokrotnie chciałem się z nim podzielić moimi ideami, ale kiedy już dochodziło do naszego spotkania, wycofywałem się. Myślałem: „Co ja tu będę ojcu pitolił?” i zawracałem. Jak zareagowałeś,...

Czytaj dalej