„Cieszę się, że o mnie pamiętacie”, mówi Maja Komorowska, laureatka Orła 2020 za osiągnięcia życia
Maciej Zienkiewicz/AG

„Cieszę się, że o mnie pamiętacie”, mówi Maja Komorowska, laureatka Orła 2020 za osiągnięcia życia

Aktorka Wajdy i Kieślowskiego o życiu i czasie
Karolina Morelowska-Siluk
27.02.2020

Maja Komorowska ma 82 lata. Ukończyła Wydział Lalkarski PWST w Krakowie, należała m.in. do prowadzonego przez Jerzego Grotowskiego Teatru 13 Rzędów w Opolu. Znamy ją z wielu wybitnych ról filmowych i teatralnych m.in. „Człowieku z żelaza” Wajdy, „Roku spokojnego słońca” Zanussiego, czy „Dekalogu I” Kieślowskiego. 2 marca 2002 r. została uhonorowana Orłem za całokształt twórczości. Odczytując nazwisko aktorki, prezydent Polskiej Akademii Filmowej Dariusz Jabłoński powiedział, że jest to nagroda za dla „wielkiej postaci sztuki i kino”. Publiczność powitała aktorkę owacją na stojąco. 

Karolina Morelowska-Siluk „Uroda Życia”: Prawie pół roku czekałam na to spotkanie...

Maja Komorowska: To prawda. Podziwiam pani cierpliwość. Nie chciałam tego wywiadu, bo mam poczucie, że właściwie wszystko już powiedziałam. Oczywiście, zawsze zostaje coś jeszcze, czego nie odkryłam, czego nie napisałam, bo wciąż spotykam przecież nowych ludzi i wchodzę w nowe sytuacje. Ale jeśli chodzi o teatr, film, o moich mistrzów, warsztat, to naprawdę moja historia wydaje się opowiedziana.

Zostawmy zatem pracę i porozmawiajmy o życiu. Kiedy obchodziła pani  80-lecie cała rzesza ludzi chciała okazać swoje oddanie, sympatię, wdzięczność. Pani urodziny zostały zorganizowane w kilku częściach. To panią zaskoczyło?

Skala świętowania przekroczyła moją wyobraźnię. To było piękne, wzruszające, ale jednocześnie w jakimś sensie emocjonalnie mnie przerosło. Zwłaszcza ta wielokrotność uroczystości. Najpierw było Chrzęsne, urządzone przez Mazowiecki Instytut Kultury – ze wspaniałą wystawą moich zdjęć. Już następnego dnia – 11 grudnia – Akademia Teatralna i Instytut Teatralny wraz ze studentami obchodzili moje urodziny na Miodowej. A 8 stycznia Narodowy Instytut Audiowizualny poświęcił wieczór mnie i moim gościom. Byli: Krzysztof Zanussi, Agnieszka Glińska, Tadeusz Sobolewski i Wiesław Komasa.

Ogromną niespodzianką był przyjazd na ten wieczór prezydenta Poznania, Jacka Jaśkowiaka. Po spotkaniu obejrzeliśmy wspólnie film „Rok spokojnego słońca”. Wielkim zaskoczeniem było także zorganizowane w Gdańsku w Teatrze Wybrzeże spotkanie po spektaklu „Mimo wszystko”. Ta nieoczekiwana uroczystość to pomysł prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza. I znowu tort, i znowu kwiaty, i znowu śpiewy… Jestem wdzięczna wszystkim, którzy wymyślili, organizowali, prowadzili te spotkania, i tym, którzy na nie przyszli. 

Wielu marzy o takim prezencie, sympatia i podziw na taką skalę, po tylu latach na scenie, to chyba dla aktora największe wyróżnienie. 

Oczywiście, cieszę się, że o mnie nie zapomniano. Ale mam świadomość, że to wszystko, co o sobie słyszę, to jest tylko część prawdy – ta, o której wspomina się przy takich okazjach. A w życiu są też sprawy, z których nie jesteśmy zadowoleni, które chcielibyśmy poprawić, o których nie możemy zapomnieć, bo są bolesne. I mnie to dotyczy. 

Pisze pani o tym w swoim rozdziale książki Barbary Osterloff „Pejzaż. Rozmowy dawne i nowe z Mają Komorowską”. 

Tak, to były pierwsze urodziny, pierwsze święta Bożego Narodzenia bez Piotra – mojego brata bliźniaka. Wcześniej odszedł mój mąż, tuż przed nim moja młodsza siostra. Zresztą w ogóle ten ostatni czas to odejścia, pożegnania: Erwin Axer, Zygmunt Molik, Tadeusz Konwicki, Tadeusz Różewicz, Andrzej Łapicki, Gustaw Holoubek, Andrzej Wajda, Danuta Szaflarska, Wiesław Michnikowski, Janusz Głowacki, Grzegorz Miecugow, Władysław Kowalski, profesor Jerzy Kłoczowski, Zbigniew Osiński. Ta lista jest długa. Przecież jeszcze Lutkiewicz, Młynarski, Osiatyński… Na to nie można się przygotować. 

W „Pejzażu...” wspomina pani spotkania, które okazały się ostatnie…

Kilka było takich historii. Pewnego styczniowego słonecznego dnia u szewca Kamińskiego na Nowym Świecie spotkałam Władysława Bartoszewskiego. Wpadł w pędzie, jak zawsze, i powiedział, że musi naprawić swoje trzewiki, bo dużo przed nim biegania, dużo spraw do załatwienia. Trzy miesiące później umarł. Kilka dni po śmierci mojego brata, synowa podarowała mi dwie książki Wiktora Osiatyńskiego. Przeczytałam je jednym tchem, bardzo mi pomogły. Wiedziałam, że Wiktor jest chory, bałam się przeszkadzać, ale chciałam podziękować. Zadzwoniłam, odebrała żona – Ewa Woydyłło – i powiedziała, że właśnie stracił przytomność...  

Wiem, że spotkania z ludźmi zawsze były i wciąż są dla pani bardzo ważne.

Tak. Od dawna jeżdżę po całej Polsce. Rozmawiam z ludźmi, czytam poezję. Dzięki temu czuję się potrzebna. To daje energię do życia. Poza tym podczas takich spotkań tworzy się zupełnie inny rodzaj więzi niż ta, która powstaje między aktorem grającym rolę a widzem. I te więzi mają swój ciąg dalszy. To jest piękne. Widzi pani te koszyki pod choinką? Pełne kartek z życzeniami świątecznymi. Dostałam je między innymi od ludzi poznanych na tych spotkaniach. Każdemu chcę odpisać, więc śmieję się, że mniej więcej do świąt Wielkanocy odpisuję na życzenia bożonarodzeniowe, a potem przez kolejne kilka miesięcy na te wielkanocne. Cały rok w jakiś sposób towarzyszymy sobie. 

Na to wszystko, co pani robi, bo przecież cały czas gra pani w teatrze, potrzeba bardzo dużo siły. Skąd ją pani bierze?

Myślę, że na to składa się wiele spraw. Najwcześniejsze dzieciństwo, dom z jego wartościami, ludzie, których spotykamy po drodze, praca, sytuacje trudne, które musimy przejść i dać sobie z nimi radę. Ważne jest też po prostu znalezienie sposobu na siebie – i w życiu, i w sztuce. Ktoś bliski powiedział mi kiedyś, że można sobie wyobrazić, iż na początku drogi dostajemy swoje karty i tymi kartami musimy grać. Najlepiej, jak potrafimy. 

I to jest to szukanie sposobu na siebie?

Tak. Ktoś inny może mieć lepsze karty, ale to nie powinno osłabiać naszego starania. I jeszcze dobrze byłoby, gdyby z tej rozgrywanej partii płynęła radość. Staram się korzystać z tego, co dostałam. Ciągle uczę się cieszyć się tym, co jeszcze zostało, co jeszcze mnie czeka. I mieć ciągle nadzieję. Jak człowiek przestaje pragnąć, marzyć, to wszystko się rozwala, musi się źle skończyć. 

Jak pani to rozumie?

Bardzo ważne jest dla mnie zdanie Wiktora Osiatyńskiego, że często nie można poprawić swojego myślenia, ale można poprawić czyny, to, co robimy. A to będzie miało wpływ na nasze myślenie. Osiatyński pisał też, że każdego dnia notuje, za co może być wdzięczny. Wierzę tak jak on, że każdego dnia można poprawiać to, co zrobiło się wczoraj. Kiedy się ma 80 lat, to intensywniej szuka się pomysłu na czas, jaki pozostał. Każdego wieczoru robię sobie szczegółowy plan – co mam do zrobienia następnego dnia. I staram się tego trzymać. Nawet jeśli mnie coś niepokoi, martwi, to realizowanie precyzyjnego planu krok po kroku przynosi uspokojenie. 

Kiedyś pani nie planowała?

Chyba nie. Młodość gna, niesie nas myśl, że jeszcze wszystko przed nami. Na wszystko jest jeszcze czas. Młodość jest wyposażona w energię, w późniejszym wieku trzeba ją sobie znaleźć, wypracować. Właśnie porządkowanie i planowanie mi ją daje. Daje takie podpórki, których można się uchwycić. 

Czy zdarzyło się coś szczególnego w pani życiu, co miało wpływ na takie myślenie?

Tak. Przeżyłam napad w windzie w moim domu na Muranowie. Pisałam już o tym. Nie chcę wdawać się w szczegóły. Trzykrotnie opis tego wypadku był umieszczany w moich książkach, ale za każdym razem ostatecznie go wycofywałam. Jedno, co mogę powiedzieć – nie wiedziałam, jak to się skończy, czy wyjdę z tego cało. Stanęło mi przed oczami całe moje życie. Nie to, co zrobiłam dobrego, ale to, co było złe. I pomyślałam sobie: „Jak to, to już...? To wszystko? To już koniec? To znaczy, że niczego już nie naprawię, nikogo nie przeproszę?”. Wtedy zrozumiałam, że to moje trwanie muszę jakoś uporządkować. 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Życzliwość, zaangażowanie i „Solidarność”

Co jeszcze jest dla pani ważne?

Życzliwość jest ważna. Szukanie więzi, budowanie wspólnot. Szczególnie dzisiaj jednoczenie się jest ważne – nawet w drobnych sprawach. Od wielu lat mam taki zwyczaj, że w bloku, w którym mieszkam, w windzie, wieszam życzenia świąteczne. Nigdy się pod nimi nie podpisałam. Długo byłam przekonana, że nikt nie wie, kto jest ich autorem. Ale pewnego roku, gdy wyjechałam do syna, który był ze swoją rodziną na placówce w Montrealu, po powrocie spotkała mnie sąsiadka i mówi: „Wyjechała pani na święta, tak? Bo nie było w tym roku życzeń w windzie. Moje dzieci zawsze na nie czekają”. Okazało się, że sąsiedzi wiedzą, że to ja wieszam kartki. Wierzę, że takie drobne gesty jednak coś znaczą, mają wpływ na codzienność. Tak jak zwyczajne „dzień dobry” powiedziane do kolejnej osoby z uśmiechem. Tak się jakoś rozjaśnia wtedy świat. 

Poczucie humoru, dystans to także coś, co rozjaśnia codzienność.

Bez poczucia humoru, bez dystansu na pewno trudno jest żyć. W książce, o której wspominałam, „Pejzażu...”, opisałam taką historię, która do dzisiaj mnie rozśmiesza. To był tłusty czwartek. Jechałam gdzieś autobusem. Na jednym z przystanków wpadła młoda, ładna dziewczyna. Usiadła obok mnie i ni stąd, ni zowąd pyta głośno: „A ile pączków pani dzisiaj zjadła?”. Wydawało mi się, że wszyscy w autobusie uśmiechnęli się jednocześnie. Ucieszyłam się, tym bardziej że nie wiedziała, kim jestem. Zaprosiłam ją do teatru. 

Można panią spotkać w autobusie, w tramwaju, w metrze i można panią spotkać na manifestacjach, choćby tych w obronie sądów. Chce się pani jeszcze walczyć?

Nigdy nie należałam do żadnej partii, ale byłam związana z Solidarnością. Jeździłam do internowanych. To byli wspaniali ludzie. Wielu z nich odeszło. We mnie na pewno została ta ich orientacja, ten ich kierunek myślenia, działania. Rozumiem, kto wygrał ostatnie wybory, szanuję wybór moich rodaków, ale na to, co dzieje się z sądami, nie mogę patrzeć spokojnie. Zresztą nie tylko z sądami. Zabierałam głos w sprawie reformy szkolnictwa, w sprawie Puszczy Białowieskiej, Muzeum II Wojny Światowej, w sprawie kultury – między innymi teatru wrocławskiego. Budzi się we mnie ogromny lęk o to, co stanie się dalej z naszą demokracją, z naszym podzielonym społeczeństwem. Boże, byłam przy tylu śmierciach, przy tylu odchodzeniach… Jak sobie człowiek naprawdę zda sprawę, jakie to życie jest w gruncie rzeczy krótkie, kruche, to wydaje się, że niemożliwe jest tak żyć. Obraz zburzonej Warszawy i ludzie maszerujący tymi samymi ulicami z faszyzującymi hasłami… Jasna Góra i agresywna pielgrzymka kibiców sportowych… Trudno uwierzyć, że człowiek nie chce się opamiętać… Telewizja, radio, gazety pełne złych słów… Boję się o przyszłość moich dzieci, moich wnuków. O nich myślę przede wszystkim.

I często pani o nich wspomina. Są dla pani największą siłą?

Mam szczęście. Wspaniały syn, wyjątkowa synowa i niezwykłe wnuki. Dzisiaj są już dorosłe. Mają swoje życie i mniej czasu spędzamy razem. Ale kiedy były małe, lubiły do mnie przychodzić. Mam bardzo dużo dobrych wspomnień. Chodziliśmy razem do Łazienek, karmiliśmy kaczki, był głuchy telefon, ciuciubabka, zabawa w pomidora itd. A dzisiaj? Kasia skończyła iberystykę, Zosia slawistykę, Jerzy studiuje filozofię po angielsku, a Janek amerykanistykę. Spotykamy się. Właśnie wybieramy się wszyscy razem do opery. Przyjaźnimy się. Myślę, że na tę przyjaźń wspólnie zapracowaliśmy.

Czyli Maja Komorowska czołgała się po dywanie, kiedy było trzeba?

Oczywiście! Byłam też stewardesą albo pilotem. Moje wnuki lubiły podróżować samolotem. Budowaliśmy wspólnie latającą maszynę. One były pasażerami, a ja pełniłam funkcję załogi! Uczyłam je też, że słowa: proszę, dziękuję i przepraszam są najważniejsze i najpiękniejsze. Rodzina to bez wątpienia źródło mojej siły.

A jakie jest źródło pani doskonałej formy fizycznej?

Skąd moja forma? Nie wiem, bo mało o nią dbam. Nie ćwiczę regularnie, choć pewnie powinnam. Raz do roku wybieram się na dwutygodniowy obóz do Gąsek. Ten czas tam spędzony bardzo mi pomaga i działa na wiele miesięcy. Na pewno wpływ na moją kondycję mają lata ćwiczeń u Jerzego Grotowskiego. Sama z siebie bym tego nie robiła. A może najważniejsze są geny – to, na co nie mamy wpływu. Śmieję się, że moje ciało jeszcze nie rozumie, że jestem stara. Czasami mu tłumaczę, że to już. Że starość nadeszła. Nie wiem, co będzie dalej. Zawsze sięgałam myślami tylko do osiemdziesiątki... „Starość… Jak mi się to przytrafiło…” – mówię w sztuce „Mimo wszystko” do Wiesia Komasy. Kiedy się ma 80 lat, to intensywniej szuka się pomysłu na czas, jaki pozostał.

Rozmowa z Mają Komorowską ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Magda Umer w „Urodzie Życia”
Yaroslaw Bilokon

Magda Umer o miłościach i przyjaźni z Zuzanną Łapicką w nowej „Urodzie Życia”

Zobacz film z sesji okładkowej z Magdą Umer
Sylwia Niemczyk
10.07.2019

 Była urodzoną dyplomatką, starała się łączyć i  nie ranić ludzi. No i miała nadzwyczajne poczucie humoru.” – tak o zmarłej w grudniu 2018 r. Zuzannie Łapickiej mówi jej wieloletnia przyjaciółka, Magda Umer. Piosenkarka w wywiadzie dla „Urody Życia” opowiada o ostatnich miesiącach zmarłej na raka przyjaciółki:  „Zuzia nie miała w  sobie genu depresji. Nawet w ostatnim stadium raka mówiła: „Ja nie mam żadnej depresji, ja po prostu mam tylko raka trzustki”. Potrafiła wykorzystać każdy dzień z życia po diagnozie. Wycisnąć z  niego wszystko, co było można. Do końca. Pożegnała się z  życiem w zachwycający sposób.” Cały wywiad z Magdą Umer w „Urodzie Życia” 8/2019  Kliknij w okładkę i kup wersję online:

Czytaj dalej
Maciej Stuhr
East News

Maciej Stuhr kończy 45 lat! Czego sobie życzy z okazji urodzin?

„Od czterech miesięcy mieszkamy z rodziną na wsi. Tegoroczne urodziny są inne. Z zupełnie innymi przemyśleniami, w zupełnie innym miejscu w życiu mnie zastały. Powiedziałbym, że w lepszym”, mówi nam Maciej Stuhr.
Anna Zaleska
23.06.2020

Macieja Stuhra można oglądać teraz w świetnym serialu „Szadź” (dostępny na Player) według powieści Igora Brejdyganta. Pierwszy raz w życiu zagrał postać tak mroczną – seryjnego mordercę kobiet. Dla przeciwwagi jego prywatne życie upływa ostatnio w raczej sielankowych, wiejskich klimatach. Anna Zaleska: Mam taką propozycję, żebyśmy z okazji pana urodzin rozmawiali wyłącznie o przyjemnych sprawach. Co pan na to? Maciej Stuhr: Świetny pomysł, ciekawe, czy nam się uda. Świętuje pan 45. urodziny. To liczenie lat powoli staje się coraz bardziej bolesne. Wystarczy dzień i miesiąc, a które to – może lepiej pominąć. W zeszłym roku uczcił pan swoje urodziny jak dwudziestolatek – siedemdziesięciokilometrową wyprawą rowerem do Góry Kalwarii… Tak rzeczywiście było. Może uda mi się to powtórzyć i teraz, chociaż ze względu na burzową pogodę nie jestem pewien. Wczoraj z moimi chłopcami wbrew zdrowemu rozsądkowi wyjechaliśmy rowerami w środek czarnej chmury. Dzielnie przebyliśmy dziesięć kilometrów – w brygadzie początkujących to było wydarzenie – i mama musiała nas ratować, przyjechać samochodem, bo utknęliśmy gdzieś na przystanku, patrząc jak woda nas powoli zalewa. Rzecz jasna miało to swój urok. Generalnie wiejskie życie nam sprzyja, mamy fajne przygody. Opuścił pan miasto i gdzie się pan zaszył? Od czterech miesięcy mieszkamy z rodziną na mazowieckiej wsi. W związku z tym tegoroczne urodziny też są inne. Z zupełnie innymi przemyśleniami, w zupełnie innym miejscu w życiu mnie zastały. Powiedziałbym, że w lepszym. To czas wyciszenia? Łapania równowagi? Tak. I odnalezienia w życiu tych rzeczy, o których się często myślało, dużo się mówiło, marzyło się o nich, a teraz siłą rzeczy są nam dane. Odkrywa pan uroki...

Czytaj dalej
Jolanta Kosowska, pisarka
archiwum prywatne

„Tutaj ufa się lekarzom, a pacjentów się szanuje” – mówi polska lekarka mieszkająca w Niemczech

Po 14 latach pracy w Niemczech mogę powiedzieć, że tutaj zaufanie do lekarzy jest bardzo duże, ale ono nie powstało samo z siebie. Było budowane latami, mówi Jolanta Kosowska, lekarka, autorka książki „W piekle pandemii”
Sylwia Niemczyk
11.09.2020

Kiedy wiosną świat stanął na głowie, najważniejsze stało się zaufanie do lekarzy, czego przykładem mogą być Niemcy. Ale ono nigdy nie powstaje z dnia na dzień, musi być budowane latami”, mówi Jolanta Kosowska, lekarka pracująca w Dreźnie i autorka powieści obyczajowych, z których ostatnia to „W piekle pandemii”  (wyd. Novae Res). Sylwia Niemczyk: Jak wyglądał początek pandemii w Niemczech? Jolanta Kosowska: Pamiętam to dokładnie, bo jeszcze w przeddzień lockdownu pojechałam do Pillnitz obejrzeć słynną drezdeńską kamelię. Każdego roku na przełomie zimy i wiosny licząca sobie ok. 250 lat kamelia pokrywa się tysiącami kwiatów. Dla drezdeńczyków jest symbolem nadchodzącej wiosny. Wszyscy chcą się na nią napatrzeć, nacieszyć się nią, tam zawsze są tłumy. Pojechałam z koleżanką – i w całym kompleksie parkowo-zamkowym byłyśmy tylko we dwie. To było bardzo dziwne: ta pustka w parkowych alejkach. Dzień później pojawiły się pierwsze ograniczenia, a potem, tak jak w Polsce, ludzie z dnia na dzień zamknęli się na wiele tygodni w domach. Być może byłam jedną z ostatnich osób, które widziały tego roku kwitnącą drezdeńską kamelię. Ale poza ograniczeniami w Niemczech pojawiły się błyskawicznie wytyczne, które dawały poczucie może nie bezpieczeństwa, ale pewnej nadziei, że będzie dobrze, że to wszystko uda się opanować. W naszej przychodni lekarze wychodzili po pacjenta na zewnątrz budynku, przyprowadzali go prosto do gabinetu, po wizycie odprowadzali do drzwi. Pacjenci zaczęli zakładać w poradni maski i myć ręce środkiem dezynfekującym. Pandemia wdarła się w naszą codzienność. Dzisiaj już nikt na to nie zwraca uwagi, szybko się przyzwyczailiśmy, ale w marcu wiele rzeczy było zaskakujących i nowych. Tytuł pani powieści brzmi „W piekle pandemii”....

Czytaj dalej
Maciej Stuhr
fot. Szymon Szcześniak

Maciej Stuhr: „Chcę wychować dzieci tak, żeby luksus nie był dla nich normalką”

Jedni go kochają, innych wkurza politycznie, gdy mówi o zakusach władzy na wolność i łamaniu prawa. Nam Maciej Stuhr opowiada o patchworkowej rodzinie i 5 zasadach, które chciałby przekazać dzieciom.
Magdalena Felis
12.06.2020

Chociaż bliżej mu już do 50-tki, niż do 40-tki, wciąż lubimy go nazywać „młodym Stuhrem”. On sam mówi, ten tytuł musi już oddać synowi, a na to, żeby stać się „starym, porządnym Stuhrem” jeszcze nie zasłużył. Między innymi właśnie o takich relacjach między pokoleniowych Maciej Stuhr opowiedział w wydanej w zeszłym roku książce „StuhrMówka. A imię jego czterdzieści i cztery”. Wrócił w niej do zapisywania rodzinnej historii. Tym razem najnowszej, w której ponownie się ożenił i znów został ojcem. Twierdzi, że po narodzinach syna zwolnił tempo, ale w tym roku mogliśmy go już oglądać w „Sali samobójców. Hejterze” Jana Komasy i w „Szadzi”. W nowym serialu kryminalnym w reżyserii Igora Breidyganta Maciej Stuhr gra religioznawcę Piotra Wolnickiego, pozornie wzorowego ojca i męża. W rolę jego żony, Moniki wcieliła się Anna Cieślak . Pierwszy sezon serialu „Szadź” obejrzysz na platformie VOD Player. Magdalena Felis: Podobno nie można już o panu mówić „młody Stuhr”? Maciej Stuhr:  Wszystko wskazuje na to, że muszę oddać ten zaszczytny tytuł Tadzikowi, mojemu trzyletniemu obecnie synowi.  Ale średni Stuhr brzmi średnio... Trzeba przejść przez czyściec, żeby móc się kiedyś stać starym, porządnym Stuhrem. Czuje pan tę zmianę pokoleniową?   Na pewno. Po pierwsze jest genetyka, od której się nie ucieknie. Nagle nasz trzylatek idzie po pokoju i zakłada sobie ręce do tylu, identycznie jak dziadek czy pradziadek – no jak to jest możliwe?! Druga rzecz to wychowanie i dobrze znajome rzeczy, które w tym maluchu zaczynają kiełkować, jak poczucie humoru czy skłonność do popisów. Syn Jerzego...

Czytaj dalej