Magda Umer o Zuzannie Łapickiej: „Od lat choruję na depresję. Zuzia pomagała mi żyć”
Jacek Poremba

Magda Umer o Zuzannie Łapickiej: „Od lat choruję na depresję. Zuzia pomagała mi żyć”

Magda Umer opowiada o swoich najważniejszych związkach w życiu: przyjaźni z Zuzią Łapicką i Agnieszką Osiecką, a także miłości do męża.
Magdalena Żakowska
01.11.2020

Dziś, jak myślę o tych wszystkich moich miłościach, zastanawiam się, co w tym było prawdziwym uczuciem. Leciałam za czymś na oślep, życie mi się sypało, a może to była tylko chemia?”, mówi piosenkarka Magda Umer i wspomina swoje ważne związki, nie tylko z mężczyznami.

Magdalena Żakowska: Sushi?

Magda Umer: Wybrałam to miejsce spotkania nieprzypadkowo. Po raz pierwszy byłam tu z Zuzią Łapicką, którą też dobrze znałaś. Zuzia niedawno umarła, a my jesteśmy na jej osiedlu, sto metrów od jej domu…

Byłyście najlepszymi przyjaciółkami, możemy o tym rozmawiać?

To trudne. Potrafię o nas tylko coraz ciszej milczeć. Każde słowa wydają mi się banalne i nie oddają tego, co się czuje po stracie kogoś aż tak bliskiego. Trudno nazwać to, co nas łączyło.

Poznałyście się w latach 70.

W 1977 roku. Oczekiwałam narodzin Mateusza, który jest jej synem chrzestnym, a dziś ma 41 lat. Ale wcześniej poznałam jej przyszłego męża Daniela. Występowałam z nim w różnych programach telewizyjnych Krysi i Michała Bogusławskich, a potem graliśmy razem w „Weselu” Hanuszkiewicza [1974 – red.]. Ale co śmieszniejsze, byłam też wcześniej koleżanką jej taty, Andrzeja Łapickiego, bo w „Weselu” grał Pana Młodego, co było dla mnie szokiem, wydawał mi się wówczas potwornie stary... a miał prawie 50 lat.

A pani miała 25 lat. Nie uległa pani urokowi Łapickiego?!

Chyba każda kobieta ulegała jego urokowi. Andrzej rzeczywiście był fantastycznym „menem”, potrafił zauważyć i docenić kobietę, szczególnie młodą. Typ przedwojennego, zabójczo przystojnego inteligenta. Lubiłam z nim rozmawiać, ale interesowali mnie inni mężczyźni.

Olbrychski był do Łapickiego podobny?

Nie. Daniel to kompletnie inny typ. Mimo że od czasu roli Kmicica wiedział, że gdyby chciał, mógłby zdobyć każdą kobietę, to nie podrywał ostentacyjnie. Nie uwodził. Raczej był uwodzony. Najbardziej lubił zachwyt w oczach kobiet... Ale pamiętam, jak wspominałyśmy po latach z Zuzią czasy młodości, jak obie – jeszcze się nie znając – oglądałyśmy „Małżeństwo z rozsądku”, gdzie Daniel grał z Elżbietą Czyżewską, i okazało się, że obie się w nim wtedy „kochałyśmy” jak nastolatki. Byłam zachwycona jego aktorstwem przez długie lata. 

A teraz 1982 rok. Stan wojenny. Obie jesteście w Paryżu.

Wyrzucili mnie z TVP jako element politycznie niebezpieczny. Zostałam bezrobotną samotną matką. Andrzej Wajda i Krysia Zachwatowicz pomogli mi wyjechać. Załatwili mi niby-pracę we Francji. Zamieszkałam tam z synem Mateuszem razem z Zuzią i Danielem – właśnie wtedy narodziła się między nami prawdziwa przyjaźń, staliśmy się rodziną.

Magdalena Umer
Jacek Poremba

Jak pisała w swojej książce Zuzia, Daniel Olbrychski szalał wówczas z Anouk Aimée.

Zuzia skomentowała to z wrodzonym dystansem: „Trudno nie szaleć, jak kocha się w tobie sama Anouk Aimée”. W ostatnich latach miała na ten temat poczucie humoru, ale myślę, że wtedy w Paryżu mimo wszystko bardzo cierpiała.

A pani trafiła na Irenę Krzywicką…

…która polubiła mnie do tego stopnia, że nie dość, że zatrudniła do spisywania wspomnień, to jeszcze postanowiła mnie wyswatać ze swoim synem, wybitnym fizykiem. Poznałam ich zresztą na stypie, po śmierci jego żony. Byli tam wszyscy z paryskiej „Kultury”. Oszołomiona byłam aż tak liczną grupą inteligentnych ludzi. Pani Irena opowiedziała mi wtedy o wszystkich miłościach swojego życia, od Boya-Żeleńskiego zaczynając. Barwna kobieta, dzielna, odważna. I cudowna matka. Pamiętam jej pogrzeb na cmentarzu ewangelickim w Warszawie, syn Andrzej przyjechał z urną z jej prochami, żeby mamę pochować w ojczyźnie. I powiedział nad grobem, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie: „Śpij już spokojnie, mateńko”… Całe życie się sobą nawzajem opiekowali i przyjaźnili. Ona prawie niewidoma, on po chorobie Heinego-Medina... To był niebywały związek.

Pamiętam, jak 10 lat temu w wywiadzie mówiła pani, że nie jest feministką. A jednocześnie znała pani i chyba podziwiała największą feministkę w historii Polski.

To prawda. Myślę, że Irena Krzywicka stworzyła w Polsce ten nurt. Chyba dlatego nie byłam feministką, że jestem odludkiem, a poza tym nikt nigdy nie traktował mnie gorzej dlatego, że jestem kobietą, nigdy nie żałowałam, że nią jestem, i nigdy nikt mnie z tego powodu nie ograniczał. Nie spotkałam się z tym także w swoim otoczeniu. Może dlatego nie dzieliłam ludzi na kobiety i mężczyzn. Liczyło się, ile człowieka jest w kobiecie.

Ale najbliżsi pani ludzie to kobiety.

Zbieg okoliczności. Nie ma już moich najbliższych mężczyzn, którym był na przykład Jeremi Przybora. Poza tym przyjaźń z mężczyznami jest trudniejsza, bo może grozić uczuciem i komplikować sytuację. Kocham odpowiedź Agnieszki Osieckiej na pytanie, co bardziej ceni – miłość czy przyjaźń. Odpowiedziała: „Miłość, która jest przyjaźnią”, a ja zacytowałam to później podczas koncertu „Zielono mi”. Bo to jest najwyższy wymiar przyjaźni, który nie musi mieć zresztą nic wspólnego z seksem.

Zdarzyło się to pani?

Tak. Kilka razy. Jak wróciłam z emigracji i spotkałam swojego męża, napisałam do Zuzi: „Możesz nie wracać tak szybko [z Francji – red.], poznałam już kogoś podobnego do ciebie, na szczęście mężczyznę”.

Kiedy się poznaliście, pani przyszły mąż zapytał panią, wówczas wielką gwiazdę, czym się pani zajmuje.

Z niczym mnie nie kojarzył. Spodobałam mu się jako prywatna osoba. I to było bardzo miłe doznanie! Może jeszcze to, że miał poczucie humoru na swój temat. Na szyldzie swojej emalierskiej firmy miał napisane: „Pokrywam wszystko”.

Podobno Agnieszka Osiecka powtarzała, żeby nigdy nie wiązała się pani z artystą.

Tak. Ale długo myślałam, że nie ma racji. Że gdyby przypadkowo zdarzył się artysta, który nie byłby żonaty, nie miałby dzieci, a byłby inteligentny, dowcipny i nienudny, to nie byłaby to dla mnie przeszkoda. Jedyne, co jest trudne w artystach, to narcyzm.

Ale o mężu też pani mówi, że jest narcyzem.

Był... Ale tego nie autoryzuję!

Mężczyźni są dużo większymi narcyzami niż kobiety. A może nawet narcyzm to pojęcie zarezerwowane dla mężczyzn.

Bo wszystko musi się wokół nich kręcić. Ich zainteresowanie nami bywa pozorne. Lubię aforyzm Tuwima: „Mężczyzna zazwyczaj bardzo długo pozostaje pod wrażeniem, jakie zrobił na kobiecie” – jakoś tak to brzmiało.

Magdalena Umer
Jacek Poremba

Mężczyźni panią w życiu rozczarowali?

Pytasz mnie o sprawy, o których nie chcę mówić. O zakazane związki. Byłam uwielbiana, kochana, ale Wigilia zawsze była 23 grudnia, a sylwester 2 stycznia. Trudne. Kiedy poznałam mojego męża, wówczas żonatego, nie zakochałam się w nim. Cały czas mu tłumaczyłam, że nic z tego nie będzie. A w końcu powiedziałam: „Skoro mnie kochasz, to powiedz o tym żonie. I powiedz jej też, że ja cię nie kocham i myślę, że to się szybko skończy, ale nie jestem w stanie już niczego ukrywać”. I on poszedł do żony. I powiedział, że nie wie, co ma zrobić. Że się we mnie zakochał, chociaż bez wzajemności. I to mnie ujęło. Można chyba powiedzieć, że mój mąż postanowił mnie zdobyć i już. Nie interesowało go moje zdanie na ten temat.

Taka uczciwość jest mocno nie w stylu XX-wiecznych mężczyzn.

Szczególnie tego artystycznego środowiska, w którym mężczyźni często mieli kogoś na boku. Żona była w prezentacji oficjalnej, ale życie toczyło się gdzie indziej. I prawie zawsze na starość, po wielu latach romansowania, zostawali z jakimiś pielęgniarkami, które się nimi opiekowały, gotowały, organizowały życie, chodziły z nimi do lekarza i pozwalały trochę pić. A my z Zuzią na takie pielęgniarki w ogóle się nie nadawałyśmy. Miałyśmy za duże poczucie godności. To zdanie, która Zuzia powiedziała ci w wywiadzie dla „Urody Życia”, że rozwiodła się z Danielem nie tylko za siebie, ale też za mamę i babcię – jakie to genialne zdanie! Mama Zuzi powiedziała mi kiedyś, że jest w mężu, Andrzeju Łapickim, zakochana jak Bubulina w Greku Zorbie. Mieszkała z nami kilka miesięcy pod Paryżem w tamtych czasach stanu wojennego. Bardzo czekała na przyjazd Andrzeja na Wigilię. Malowała się i szykowała, jak ta Bubulina, chyba już nigdy później nie widziałam aż tak zakochanej kobiety, a jednocześnie wiedziała przecież, że on w tym samym czasie w Warszawie romansuje z młodymi aktorkami. I mówiła, że takiemu pięknemu mężczyźnie należą się najpiękniejsze młode kobiety. A jednocześnie bardzo cierpiała. I Zuzię taki model domu wychował.

Zuzia była pierwszą kobietą w rodzinie, która powiedziała: dosyć.

Ja nie potrafiłam iść na kompromisy aż do wczesnej starości. Uważałam, że albo jest fantastycznie, albo cierpiąc najokrutniej, mówimy sobie: do widzenia. Życie jest za krótkie, żeby zadręczać się nieudanym związkiem. Chyba w młodości przeczytałam za dużo książek o miłości i obejrzałam za dużo takich filmów, bo zawsze potem chciałam, żeby było tak, jak tam. Mój najukochańszy film o miłości to „Co się wydarzyło w Madison County”.

Smutny i z nieszczęśliwym zakończeniem.

Ale tam, przy całym tym ich cierpieniu, był jakiś rodzaj nieprawdopodobnej przyzwoitości i szlachetności. Mistrzostwo świata. Mam wrażenie, że coś takiego w życiu przeżyłam, a może to mi się śniło... W tym śnie podjęłam taką decyzję, jak Meryl Streep – zrezygnowałam z uczucia dla dobra bliskich osób, których cierpienia nie umiałabym przeżyć. I nie żałuję. Chociaż nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem szczęśliwą kobietą. 

Ale jestem przyzwoitym człowiekiem, szczęśliwą mamą, szczęśliwą babcią. To i tak jest bardzo dużo. Doceniam ten dar.

Da się rozdzielić te rodzaje szczęścia w sobie samej?

Wiek bardzo w tym pomaga. Zbliżam się do siedemdziesiątki. Przestałam już zależeć od hormonów, a to bardzo zmienia perspektywę. Dziś, jak wspominam te wszystkie moje miłości, zastanawiam się, co w tym było prawdziwym uczuciem, a co uczuciem „hormonalnym”. W twoim wieku nie byłam sobie w stanie tego wyobrazić – leciałam za czymś na oślep, życie mi się sypało, komuś drugiemu też się sypało, a może to była tylko chemia? Agnieszka Osiecka dobrze nazwała taki typ mężczyzny, który sprawia, że kobieta przestaje należeć do siebie: „On ma taki lepik seksualny”. Pociąg. Nie chodzi tylko o seks, ale właśnie o lepienie się do kogoś, przyklejanie się, marzenia, żeby był, dotknął, przytulił. Nie wiadomo dlaczego. Lepik i już.

Jak pani myśli, jaki jest bilans w naszym życiu tego prawdziwego uczucia w stosunku do hormonów?

Myślę, że to wielkie szczęście, kiedy ludzie owładnięci szaleństwem hormonalnym po dwóch, trzech latach, gdy ta chemia wygasa, nadal się lubią, przyjaźnią, chcą ze sobą być i rozmawiać, leżąc w łóżku, wspominać, jak kiedyś było im w tym łóżku fajnie. 

Ja właściwie tylko raz miałam tak, że z mężczyzną, z którym byłam, z którym się rozstałam, potrafiłam nadal się przyjaźnić i mieć poczucie humoru na temat tego, co razem przeżyliśmy. Z reguły trudno mi było przejść na taką letnią znajomość. 

A wracając do szczęścia – chyba nie mogę już powiedzieć o sobie, że jestem nieszczęśliwą kobietą, bo kobiecość już mnie nie boli. Mam poczucie wolności i godności. No i mam co wspominać.

Nadal pisze pani pamiętnik?

Pamiętnik pisałam intensywnie od piątej klasy szkoły podstawowej, zaczęłam w dniu, kiedy Jurij Gagarin poleciał w kosmos. Ale jakiś czas temu spalił nam się dom, a w nim wszystkie moje pamiętniki i listy miłosne. Nie żałuję tego domu aż tak, jak tych listów i wspomnień. Spaliło mi się wszystko. Nie wiedziałam, jak potem żyć. Śniadanie, obiad, kolacja. Wschód i zachód słońca. Coś, co mi się wydawało najważniejsze na świecie, przestało istnieć w jedną noc. To była ważna cezura w moim życiu. Może to zniechęciło mnie do zapisywania czegokolwiek. Swoje życie zapisuję w piosenkach, które śpiewam i piszę, spektaklach, które stwarzam.

Ale pisanie jest też chyba wspaniałe jako czynność sama w sobie. Dla uspokojenia, zrozumienia własnych emocji.

To prawda. Kilka wydawnictw namawiało mnie, żebym napisała wspomnienia, proponowało ogromne zaliczki, ale mój problem polega na tym, że po pierwsze nie mogłabym być do końca szczera, a po drugie, raz już to napisałam, tyle że się spaliło. Zgliszcza spalonych uczuć... Nie widzę już sensu. Zuzia napisała książkę „Dodaj do znajomych”, dlatego że umierała, miała wyrok. To ją zmobilizowało. W tej książce brawurowo, bezkompromisowo wobec siebie przerobiła swoją relację z mężem i tatą. Napisała tę książkę odważnie. Myślę, że przede wszystkim dla córki. Kochała ją nad życie.

Napisała, że co kilka dekad wymieniałyście się życiorysami.

Bo tak było. Kiedy ja pracowałam w Telewizji Polskiej, ona była młodą żoną Daniela Olbrychskiego i mówiła, że jej trzy główne zajęcia to: kasa, Desa, bank. Była żoną słynnego człowieka i zajmowała się głównie załatwianiem jego spraw, chociaż sama była ciekawą osobą! Ciekawszą od większości osób, które znaliśmy! Zasługiwała na znacznie więcej niż życie w cieniu męża. 

Zaprzyjaźniłyście się, chociaż nie byłyście do siebie podobne.

Byłyśmy przeciwieństwami. Mnie kompletnie nie interesowało, kto się z kim ożenił albo rozwiódł, kto z kim sypia i dlaczego, a ją tak. Mówiła: „Bo ja lubię wiedzieć”. A ja lubiłam nie wiedzieć.

Powiedziała mi, że początek waszej przyjaźni był dla niej zaskoczeniem. Bo zawsze wyobrażała sobie panią jako zarozumiałą gwiazdę bez poczucia humoru, która mówi tylko Leśmianem.

A ja uważałam, że już jej pochodzenie – z artystycznego domu, który jak całe to środowisko karmił się plotką i anegdotami z życia innych – trwale ją uszkodziło. Chociaż oczywiście zarówno Andrzej, jak i Zosia [mama Zuzanny Łapickiej – red.] byli bardzo inteligentnymi ludźmi i reprezentowali sobą znacznie więcej niż plotkowanie o bliższych i dalszych znajomych. 

Ale później zaakceptowałam te słabości Zuzi, a ona moje. To od niej dowiedziałam się po latach o istnieniu Plotka, Pudelka, Pomponika… A jednocześnie była na tyle mądrą, dowcipną i oczytaną osobą, że z powodzeniem mogła mieć swój salon towarzyski. Była do tego stworzona! Miała niebywałą zdolność, żeby w lekki i przystępny sposób tłumaczyć rzeczy trudne, skomplikowane, niełatwe do przyjęcia dla ludzi o różnych światopoglądach. Była urodzoną dyplomatką, starała się łączyć i nie ranić ludzi. No i miała nadzwyczajne poczucie humoru.

Ale jak to było z tą wymianą życiorysów?

Całe lata mówiłam o sobie, że jestem samotną matką wychowującą dziecko. To był czas, kiedy byłam bardzo blisko związana z Zuzią i Danielem, byli jeszcze wtedy małżeństwem. Pamiętam, że pisałam wtedy o nich w pamiętniku: „Grzeję się przy ich ognisku, nie mając nadziei na własne”. Byli moją zastępczą rodziną. A potem Zuzia z Danielem się rozstali. I nagle to Zuzia była sama, a ja, do dziś nie rozumiem dlaczego, bo przecież jestem odludkiem, skoczyłam na głęboką wodę i założyłam rodzinę. Stworzyłam dom. Role się odwróciły – od tego czasu to Zuzia grzała się przy naszym ogniu. Spędzała z nami święta, w ogóle połowę życia. Wymieniłyśmy się też pracą w telewizji. Ona przychodziła do mnie do pracy i wyciągała mnie na kawę, a ja zawsze byłam zajęta – miałam montaż albo spotkanie z Jeremim Przyborą. 

A potem to ja przyłaziłam do niej i mówiłam „Chodź do Łazienek, co ty tutaj robisz?!”. Wymieniłyśmy się też na jeszcze jedną rzecz…

Na jaką?

Na tuszę. Całe lata Zuzia była puszystą, pełną seksapilu, apetyczną kobietą, a ja długo trzymałam linię. A w ostatnich latach Zuzia bardzo schudła przez chorobę, pięknie wyglądała i podarowała mi wszystkie swoje już za duże rzeczy. 

Do dziś w nich chodzę. 

I było między nami coś jeszcze... Zuzia nie miała w sobie genu depresji. Nawet w ostatnim stadium raka mówiła: „Ja nie mam żadnej depresji, ja po prostu mam tylko raka trzustki”. Potrafiła wykorzystać każdy dzień z życia po diagnozie. Wycisnąć z niego wszystko, co było można. Do końca. Pożegnała się z życiem w zachwycający sposób.

Mam wrażenie, że ostatnie dwa lata to był najbardziej intensywny okres jej życia.

Wydała własną książkę, zaczęła pisać felietony. Byłyśmy jeszcze dwa razy na wakacjach z Krysią Jandą i wspominałyśmy całe życie, śmiejąc się i płacząc na przemian. Na pewno to był najbardziej twórczy okres.

Magdalena Umer
Jacek Poremba

Pani też pracuje coraz więcej – koncerty, recitale w całej Polsce, czasem kilka tygodniowo.

Bez przerwy. To jest szczęście czuć się tak komuś potrzebnym, mieć poczucie, że mimo starości nie kończy się życia. Żyję bardzo intensywnie, a jednocześnie od lat choruję na depresję. Leczę się od 1994 roku.

Constans?

Mam lepsze i gorsze momenty, ale biorę leki od ćwierć wieku. Przestaję je brać tylko na wakacjach, bo nagromadzenie światła pomaga mi wypłynąć na powierzchnię. Nauczyłam się już żyć z tą depresją. Wiem, kiedy idzie ku gorszemu, a kiedy ku lepszemu; kiedy lepiej, żebym nie spotykała się z ludźmi, a kiedy mi to służy. Umiem sama sobie pomagać. I umiem pomagać ludziom, przyznając się do tej choroby. Tyle że teraz jest mi trudniej niż dotąd, bo bardzo ciężko zachorował mój mąż i umarła Zuzia, 

osoba, która wnosiła w moje życie najwięcej radości. 

Zuzia była niebywale pogodna. 

I pomagała żyć. Jak szłyśmy razem na obiad, to ja jadłam i już, a ona zachwycała się każdym kęsem i jeszcze widokiem za oknem i kelnerem. Potrafiła smakować życie. I zarażała mnie tym zachwytem nad chwilą, która trwa. Często dawała mi jedyny powód, żeby wstać z łóżka. Wiedziała, kiedy jest bardzo źle, i dyskretnie organizowała ucieczkę od smutków. W chwilach, kiedy wątpiłam w siebie, ona stawała się moją pewnością. Bo zawsze we mnie wierzyła. Po jej śmierci napisałam tylko jedno zdanie: „Była słońcem mojego życia”.

Pani mąż też jest taką pogodną osobą.

Był. Sześć lat temu doznał wylewu, niedawno miał drugi i trzeci... Tragedia. Ale był królem życia. Agnieszka Osiecka napisała mu kiedyś dedykację: „Andrzejowi – mojemu niedoścignionemu mistrzowi w sztuce życia”.

Nie zakochała się w nim pani od razu. A potem? 

Ciągle się nad tym zastanawiam! W 1995 roku nagrałam dla radiowej Trójki koncert „Mężczyźni mojego życia”, w którym śpiewali ze mną m.in.: Wojtek Młynarski, Marek Grechuta, Wojtek Mann, Adam Hanuszkiewicz, Maciej Zembaty, Grześ Turnau, a mój mąż z synem Frankiem siedzieli w pierwszym rzędzie. I ja mu tam, przy tych wszystkich ludziach, publicznie wyznałam, że go kocham. A ponieważ zawsze staram się mówić prawdę, to wydaje mi się, że wtedy rzeczywiście go kochałam. Mój pierwszy syn, Mateusz, twierdzi, że tworzyłam z moim mężem fantastyczne małżeństwo.

Obstawiam, że ma rację. Bo pani jest radykalną osobą, jeśli chodzi o związki. Z ojcem pierwszego syna nigdy nie stworzyła pani rodziny właśnie dlatego, że uważała pani, że to nie wyjdzie. Świadomie wybrała pani rolę samotnej matki.

To prawda. Ale żałuję, że jako młoda kobieta co dwa lata nie rodziłam dziecka i nie wychowałam ich wszystkich sama. 

Dlaczego?

Bo zawsze miałam wspaniałe relacje z synami. Umiałam być i matką, i ojcem. Łączy nas wielka miłość, przyjaźń, wdzięczność, pomagamy sobie i do dziś, chociaż obaj są już dorośli, jesteśmy ze sobą bardzo blisko. Nie ma we mnie zaborczości, z radością obserwuję, jak dojrzewają, uwielbiam ich rodziny, moje synowe, wnuki. Teraz, kiedy nie ma Zuzi, to wszystko, co mi zostało. Są jeszcze Krysia i Magda Czapińska, i dwie przyjaciółki z liceum. Na szczęście...

***

Rozmowa z Magdą Umer ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Magdalena Umer
Jacek Poremba

Magda Umer: „Gdyby jakaś kobieta zapytała mnie, czy ma urodzić śmiertelnie chore dziecko, nie umiałabym odpowiedzieć”

Miałam brata chorego na zanik mięśni. Miał 14 lat, kiedy zmarł. Ciężko pojąć komuś, kto tego nie doświadczył, ogrom takiej tragedii. Ale też ciężko wytłumaczyć, jakie to szczęście, że mogłam poznać mojego brata, że mogłam z nim być – mówi pieśniarka i poetka.
Magdalena Żakowska
30.10.2020

Poetka, pieśniarka, scenarzystka, reżyserka, autorka recitali i programów telewizyjnych. Rzadko udziela wywiadów, rzadko zabiera głos w sprawach publicznych. Kiedy do niej napisałam z prośbą o rozmowę, odpisała „Strasznie nie chcę być taką osobą, która wypowiada się na każdy temat. Ale ten temat jest naprawdę ważny. Dzwoń”.   Magda Żakowska:  Jest eś zaniepokojona czy wkurwiona? Magda Umer:  Z jednej strony jestem zachwycona tym, co się dzieje. Nareszcie kobiety powiedziały „nie” mężczyznom, którzy chcą o nas decydować, chociaż sami nie zachodzą w ciążę, nie rodzą dzieci, nie wiedzą, co to znaczy. Oczywiście, że jestem z nimi. Oczywiście, że gdybym była młodsza, tańczyłabym z nimi poloneza na ulicy. Oczywiście, że moi synowie i synowe biorą udział w Strajku Kobiet. Ale z drugiej strony nie wstydzę się przyznać, że strasznie się boję.  Czego się boisz? Rozszerzenia się pandemii i tego że  protestujący zostaną sprowokowani, pobici, aresztowani. Widziałam nagranie, na którym  samochód specjalnie potrąca protestujące dziewczyny i trudno mi o tym zapomnieć. Przypomina mi się jak w marcu 1968 roku bito studentów. Boję się, że po tym strasznym orędziu Kaczyńskiego, po tych chorych słowach chorego człowieka, stanie się coś niedobrego. Boję się, że faszyzm, który się do tej pory w Polsce tlił, teraz wybije jak lawa. Jak mawiała Marysia Czubaszek... Strasznie trudno dziś na ulicy odróżnić tych, którzy są z nami, od tych, którzy są przeciw nam. A do tego jeszcze wszyscy nosimy maski, co sprawia, że niektórzy czują się dużo bardziej bezkarni. To wszystko przypomina jakiś ponury film science-fiction. Ale na ulicach jest też dużo pozytywnej energii, muzyki, śmiesznych haseł.  I to jest...

Czytaj dalej
catherine deneuve
East News

Catherine Deneuve: „Zawsze mówiłam to, co myślę”. Wyklęto ją, gdy przyznała, że miała aborcję

Catherine Deneuve w latach 70. była na ustach wszystkich, gdy publicznie oświadczyła, że dokonała aborcji. Podobnie jak wiele lat później, gdy skrytykowała niektóre z założeń ruchu #MeToo.
Sylwia Arlak
30.10.2020

Jedni nazywali Catherine Deneuve feministką, inni „czarownicą” albo jeszcze dostatniej — dziwką. Dla jednych była rewolucjonistką, a dla innych zdrajczynią narodu. W 1972 roku Catherine Deneuve, wraz z innymi Francuzkami podpisała się pod słynnym „Manifestem 343”. Nie tylko pokazała swoje wsparcie dla złagodzenia ustawy antyaborcyjnej, ale sama oświadczyła, że dokonała zabiegu. „Aborcja jest nielegalna i wiele zabiegów przeprowadza się w warunkach niebezpiecznych dla zdrowia. Na temat tych milionów kobiet panuje zmowa milczenia. Oświadczam, że poddałam się aborcji – pisała. – Żądam prawa do niej […] Nie uważam tego za akt odwagi, dla mnie to kwestia uczciwości. Każdy powinien mieć prawo do swobodnego kierowania swoim życiem” — podkreślała. W tamtym czasie we Francji aborcję karano więzieniem. Manifest, którego tekst napisała pionierka feminizmu Simone de Beauvoir, zaczynał się od słów:  Każdego roku milion Francuzek poddaje się zabiegowi aborcji. Ryzykują zdrowie i życie, gdyż skazano je na dokonywanie aborcji w ukryciu, mimo iż sam zabieg przeprowadzony pod właściwą kontrolą lekarską należy do jednego z najprostszych. Francja milczy nad losem tych milionów kobiet. Oświadczam, że jestem jedną z nich. Oświadczam: Ja też usunęłam ciążę. Żądamy wolnego dostępu do środków antykoncepcyjnych. Żądamy prawa do aborcji. Manifest podpisało 343 znanych kobiet Francji. Konserwatyści ochrzcili ich wyznanie manifestem 343 suk lub nawet manifestem 343 dziwek.  Catherine Deneuve: 130 filmach u 60 reżyserów Catherine Deneuve zawsze była odważna. Chociaż jej rodzice byli aktorami, nie marzyła o błyskach fleszy. Na udział w jednym z castingów namówiła ją starsza siostra. Szybko okazało się, że jest stworzona do...

Czytaj dalej
newton
PAP/DPA

„Miłość? To tylko kilka liter”. Wielki fotograf,  Helmut Newton i jego jedyna miłość: June

Mówił, że w życiu liczą się seks i dobra zabawa. Ale to nieprawda. Dla niego liczyła się fotografia, a zaraz po niej... żona. June i Helmut Newton spędzili razem 56 lat. Szczęśliwych!
Dorota Szuszkiewicz
25.10.2020

13 listopada do kin wejdzie  film „Piękno i bestia” o legendarnym fotografie mody Helmucie Newtonie. W dokumencie opowiadają o nim jego gwiazdy i modelki m.in. Catherine Deneuve, Claudia Schiffer, Grace Jones, Isabella Rossellini. Newton lubił seksualizować swoje modelki, ale nawet rozebrane czy w kajdankach nie wyglądały na ofiary. Były piękne i silne. Taka też była jego żona – June. Ale kiedy się w niej zakochał, od razu zaznaczył, że fotografia będzie jego pierwszą miłością. Ona może być drugą. I że nie znosi odpowiedzialności. I myśli tylko o sobie. Jak to możliwe, że spędzili razem szczęśliwych 56 lat? Helmut Newton urodził się w 1920 w Berlinie, jako Helmut Neustädter, w bogatej żydowskiej rodzinie. Mieszkał w 10-pokojowym apartamencie otoczony liczną służbą i kolejnymi opiekunkami. Matka stroiła go jak lalkę – w piękne ubrania z miękkiego aksamitu – i strzygła na pazia. Kiedy poszedł do szkoły, stał się obiektem kpin kolegów. Z powodu zbyt dziewczyńskiego wyglądu, ale też dlatego, że jako jedyny przyjeżdżał do szkoły samochodem z własnym szoferem. W wieku 12 lat za trzy i pół marki kieszonkowego kupił pierwszy aparat fotograficzny. W wieku 16 lat porzucił szkołę i zaczął praktykę u znanej berlińskiej fotograficzki mody Elsy Neuländer-Simon – Yvy. Dziewictwo stracił jako 14-latek i od tej pory seks i fotografia stały się sensem jego życia. Z Berlina, uciekając przed hitlerowcami, wyjechał w 1938 roku do Singapuru. Rodzice popłynęli kilka miesięcy później do Ameryki Południowej. Ojca już nigdy nie zobaczył, Neustädter senior zmarł wkrótce po opuszczeniu Niemiec. Żyć jak w Hollywood W Singapurze Helmut był, jak wspomina, żigolakiem. Miał 18 lat, wdał się w romans z 34-letnią rozwódką Josette Fabien, właścicielką agencji reklamowej. Pomogła mu...

Czytaj dalej

Katarzyna Kobro  i Władysław Strzemiński: kochali i nienawidzili się do szaleństwa

Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński – byli wielkimi artystami, którzy poświęcili tak wiele sztuce, że dla siebie nawzajem nie starczyło im serca.
Magdalena Żakowska
17.10.2020

Kiedy w 2016 roku Andrzej Wajda zrealizował swój słynny ostatni film „Powidoki”, poświęcił go właśnie Władysławowi Strzemińskiemu – jednemu z najwybitniejszych malarzy XX wieku. Nikt nie spodziewał się, że odniesie taki sukces. Film, ze wspaniałą rolą Bogusława Lindy, opowiadał mało znaną historię wielkiego, prześladowanego artysty, który w czasach stalinowskich, nie godzi się, w imię sztuki na żadne polityczne ani artystyczne kompromisy. Wajda pominął w filmie prywatną stronę biografii Strzemińskiego – jego małżeństwo z Katarzyną Kobro. Związek tych dwóch wielkich awangardowych twórców miał w sobie całą gamę uczuć – od wielkiej miłości, do wielkiej nienawiści. Mówiono o nich para gwałtowników, oboje zmarli w latach 50. w osamotnieniu, a jedynym łącznikiem między nimi była córka Nika. Jak zaczęła się ta niezwykła historia, która choć całkiem prywatna miała ogromny wpływ na polską sztukę? Moskwa 1916 Szpitalna sala, dziesiątki łóżek. Duszący zapach środków dezynfekcyjnych, jęki rannych, nieprzytomnych, operowanych. Apogeum pierwszej wojny światowej. Całkiem nieromantyczna sceneria pierwszego spotkania Kobro i Strzemińskiego. Katarzyna, panienka z dobrego domu, pół Rosjanka, pół Niemka, wraz z koleżankami dogląda pacjentów. Podaje wodę, karmi, asystuje przy zmianie opatrunków, czyta i pisze za nich listy do rodzin. Jednym z jej podopiecznych jest Władysław. Wyróżnia się spośród setek rannych, i stopniem kalectwa, i… urodą. 23-letni oficer saperów, z pochodzenia Polak, trafia do szpitala już w maju 1915. W wybuchu granatu stracił dwie trzecie prawej nogi i ponad połowę lewego przedramienia. Odłamek uszkodził mu też prawe oko, dlatego ciągle je mruży i lekko zezuje. Ma bóle fantomowe i nie...

Czytaj dalej