Magda Umer i Andrzej Nardelli: wróżono im rychły ślub. Ale on zginął tragicznie w 1972 roku
Andrzej Nardelli i Magda Umer, początek lat 70. Fot. Jerzy Płoński/Forum

Magda Umer i Andrzej Nardelli: wróżono im rychły ślub. Ale on zginął tragicznie w 1972 roku

Magda Umer i aktor Andrzej Nardelii uchodzili za parę. Do legendy przeszedł ich wokalny duet, śpiewali razem piękne poetyckie piosenki.
Agnieszka Dajbor
12.03.2021

Na festiwalu w Opolu w 1972 roku mieli wystąpić razem i zaśpiewać piosenkę „O niebieskim pachnącym groszku”. Na tę okazję Andrzej Nardelli wybrał dla Magdy Umer bladoniebieską tkaninę na sukienkę, ona dla niego czarny aksamitny materiał na garnitur. Mieli się spotkać na festiwalu. Wcześniej Andrzej Nardelli postanowił pojechać na wieś do rodziny, pomóc w pracach przy budowie letniskowego domku. Tego dnia, 11 czerwca, było upalnie. Aktor chciał ochłodzić się, popływać. Utonął w rzece Narew. Akurat spuszczono wodę ze zbiornika retencyjnego, nikt wtedy nie słyszał ostrzeżeń. Został porwany przez wielką falę.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Magda Umer: wybrał jej niebieską sukienkę

Wokół tej śmierci narosło wiele domysłów. Pewnie tak, jak przy wielu tragicznych odejściach młodych ludzi. A Andrzej Nardelli miał dopiero 25 lat i całe życie przed sobą. Mówiono, że popełnił samobójstwo z powodu swojej orientacji seksualnej (był prawdopodobnie gejem albo biseksualistą). Że był nadwrażliwy. Jego śmierć wywołała szok. Był znany, popularny, miał mnóstwo wielbicielek – do tej pory na różnych forach jest z sentymentem wspominany. Przed Teatrem Narodowym w Warszawie, gdzie grał Kordiana, wystawiono jego portret. Dziewczyny płakały, kładły tam bukieciki kwiatów. Wspominano, że przez tyle wieczorów Nardelli zaczynał spektakl od słów: „Zabił się młody…”.

Na festiwalu W Opolu Magda Umer wystąpiła sama.

„Groszku pachnącego przyniosłeś mi w dłoni
dałeś groszek, dłoni nie chciałeś już dać.
Stoi tu na biurku i milczy jak płomień.
Zmusza do milczenia tak jak ty, twój kwiat.
Niebieskie płomienie o zimnym kolorze
spalają najprędzej niech spalą na proch.
A ze mną myśl gorzką żem dłużna ci może
Choć dałeś kwiat groszku a ja ci łez groch.
Takam mała a łzy takie ogromne,
Takie ciężkie, że aż głowa się chyli,
Opadają te łzy moje w dół pionem,
Tak najprościej ku głębokim dnom chwili.
Takam mała a łzy takie ogromne,
Takam mała a łzy takie ogromne,
Takam mała a łzy takie ogromne,
Takam mała a łzy takie ogromne,
Stoisz mi w oczach jak łzy”

– śpiewała z przejęciem wiersz Andrzeja Trzebińskiego, a muzycy z orkiestry płakali.

Czytaj też: Historia jednej piosenki: Zaczęło się od „Kocham Cię”. Kazik nie wierzył, że „Do Ani” będzie hitem

Andrzej miał najpiękniejszy uśmiech

Po latach wspominała: „Andrzej miał najpiękniejszy uśmiech na świecie. Przychodził zawsze po mnie, wsiadaliśmy do autobusu i uczyliśmy się wierszy. Ludzie zwracali na nas uwagę. Byliśmy promienną parą, jakieś szczęście od nas biło”.

Wydawali się dla siebie stworzeni. Oboje mieli w sobie coś czarownego, naturalnego, młodzieńczego. Byli raczej chłopakiem i dziewczyną niż parą estradowych gwiazd. Cudownie śpiewali razem piosenkę „Już szumią kasztany” (za znanym szlagwortem: „Przepraszam za słońce, przepraszam za deszcz. Przepraszam, za co tylko chcesz”). Należeli do nowego pokolenia, które na początku lat 70. błyskawicznie podbiło serca polskiej publiczności.

Magda Umer, polonistka, zaczynała w kabarecie, który stworzyli jej koledzy: Andrzej Wojciechowski – po latach twórca Radia Zet; Janusz Weiss – znany dziennikarz i Krzysztof Knittel – znany kompozytor muzyki współczesnej. Wszyscy byli z tego samego liceum im. Gottwalda w Warszawie. Pamiętali, jak Magda śpiewała na akademiach szkolnych ballady Okudżawy. I zaprosili ją do współpracy. „Piękna dziewczyna z pięknym głosem”, wspominał ją Krzysztof Knittel. W 1970 roku zaśpiewała piosenkę „Koncert na dwa świerszcze i wiatr w kominie”, która stała się wielkim przebojem.

Andrzej Nardelli (nazwisko odziedziczył po włoskich przodkach) należał do tego samego aktorskiego pokolenia co Piotr Fronczewski i Andrzej Seweryn. W 1970 roku, jako najmłodszy aktor w historii, zagrał Kordiana w Teatrze Narodowym w reżyserii Adama Hanuszkiewicza. W tym spektaklu wydawał się kolegą młodych ludzi, którzy siedzieli na widowni. Tak zresztą ta rola była pomyślana. Wróżono mu wielką karierę. Ale jak wspominała Magda Umer, sam Nardelli bardzo przeżywał nie zawsze pozytywne recenzje swoich ról. Nie miał pewności, czy jest dobrym aktorem. Marzył, by zagrać u Wajdy.

Występował w „Piwnicy” Wandy Warskiej i Andrzeja Kurylewicza – śpiewał tam poezję Norwida. Ale dobrze wychodziły mu też takie przeboje, jak „Wakacje z blondynką”.

Czytaj też: Irena Kwiatkowska i Bolesław Kielski: „Dawał mi poczucie bezpieczeństwa, był moim piorunochronem”

Chłopiec we mgle

Poznali się na początku lat 70. Krystyna i Michał Bogusławscy, reżyserzy telewizyjni, zaangażowali ich do filmu muzycznego „Jest czy się śni”. Jak wspomina Magda Umer, kręcili go w Bieszczadach. Pierwszy dzień zdjęciowy wypadał 7 kwietnia. To był dzień urodzin Andrzeja: „Kończył 25 lat. Przyjechał do hotelu pociągiem i przywiózł taki wymiętoszony, zmęczony tort. Obiecywał, że w przyszłym roku będzie ten tort wypoczęty i będzie na nim 26 świeczek”.

Równocześnie przygotowywali razem programy telewizyjne poświęcone poetom wojny w reżyserii Bogusławskich. Na próby do studia przy ul. Woronicza jeździli razem. Byli sąsiadami. „Błyszczał, promieniował miłością do świata i wiarą w Boga. Był bardzo religijny, ale nikomu tej religii nie narzucał. Nie mówił po śląsku, ale nigdy się nie wstydził, że jest ze Śląska. Nie wtopił się w Warszawę. On był obywatelem świata…”.

„Byliśmy inni”, opowiada Magda Umer. „Ja lubiłam się wyspać, patrzeć na drzewa, powąchać konwalie, a Andrzej chciał tylko grać i grać. Ja byłam człowiekiem nauki, on kultury. Zaczynał się czas hipisowski. Wszyscy pili, palili, on nie. To był chłopiec we mgle. Gibki, lekki, cały płynął”.

Wspomina, że czuło się u niego jakieś rozdwojenie. „Andrzej nie mówił otwarcie, o co mu chodzi, a my mieliśmy taką zasadę, że nikt nie wchodził w butach do czyjegoś życia”.

O tym, że Andrzej Nardelli i Magda Umer chcieli się pobrać, mówiła jego matka. Sama wokalistka nigdy tego nie skomentowała. Pozostała jednak wobec partnera sprzed lat wierna pamięcią, zrealizowała film pt. „Andrzej. Wspomnienie o Andrzeju Nardellim”. Zrobiła go dopiero w 1993 roku, bo jak mówiła, wcześniej było to dla niej zbyt bolesne. On na zawsze pozostał romantycznym, pięknym chłopcem, z wielkimi widokami na przyszłość. Pochowano go w czarnym aksamitnym garniturze, w którym miał wystąpić u boku Magdy Umer w Opolu.

***

Przy pisaniu tekstu korzystałam z zapisu ścieżki dźwiękowej filmu Magdy Umer „Andrzej. Wspomnienie o Andrzeju Nardellim”.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Magdalena Umer
Jacek Poremba

Magda Umer o Zuzannie Łapickiej: „Od lat choruję na depresję. Zuzia pomagała mi żyć”

Magda Umer opowiada o swoich najważniejszych związkach w życiu: przyjaźni z Zuzią Łapicką i Agnieszką Osiecką, a także miłości do męża.
Magdalena Żakowska
01.11.2020

Dziś, jak myślę o tych wszystkich moich miłościach, zastanawiam się, co w tym było prawdziwym uczuciem. Leciałam za czymś na oślep, życie mi się sypało, a może to była tylko chemia?”, mówi piosenkarka Magda Umer i wspomina swoje ważne związki, nie tylko z mężczyznami. Magdalena Żakowska: Sushi? Magda Umer: Wybrałam to miejsce spotkania nieprzypadkowo. Po raz pierwszy byłam tu z Zuzią Łapicką, którą też dobrze znałaś. Zuzia niedawno umarła, a my jesteśmy na jej osiedlu, sto metrów od jej domu… Byłyście najlepszymi przyjaciółkami, możemy o tym rozmawiać? To trudne. Potrafię o nas tylko coraz ciszej milczeć. Każde słowa wydają mi się banalne i nie oddają tego, co się czuje po stracie kogoś aż tak bliskiego. Trudno nazwać to, co nas łączyło. Poznałyście się w latach 70. W 1977 roku. Oczekiwałam narodzin Mateusza, który jest jej synem chrzestnym, a dziś ma 41 lat. Ale wcześniej poznałam jej przyszłego męża Daniela. Występowałam z nim w różnych programach telewizyjnych Krysi i Michała Bogusławskich, a potem graliśmy razem w „Weselu” Hanuszkiewicza [1974 – red.]. Ale co śmieszniejsze, byłam też wcześniej koleżanką jej taty, Andrzeja Łapickiego, bo w „Weselu” grał Pana Młodego, co było dla mnie szokiem, wydawał mi się wówczas potwornie stary... a miał prawie 50 lat. A pani miała 25 lat. Nie uległa pani urokowi Łapickiego?! Chyba każda kobieta ulegała jego urokowi. Andrzej rzeczywiście był fantastycznym „menem”, potrafił zauważyć i docenić kobietę, szczególnie młodą. Typ przedwojennego, zabójczo przystojnego inteligenta. Lubiłam z nim rozmawiać, ale interesowali mnie inni mężczyźni. Olbrychski był do Łapickiego podobny? Nie. Daniel to kompletnie inny typ. Mimo że od czasu roli Kmicica...

Czytaj dalej
Anna Dymna zabrała głos ws. wyroku Trybunału Konstytucyjnego
Damian Klamka/EAST NEWS

Anna Dymna o protestach kobiet: „To jest sprawa tak trudna, tak skomplikowana, tak bolesna i tak ważna, że nie wykrzyczy się tego na ulicy”

Koronawirus wywrócił nasz świat do góry nogami. Od miesięcy żyjemy w trybie awaryjnym – przyzwyczajamy się do „nowej normalności”, jednocześnie wypatrując powrotu starej. Ta „stara” może nie nadejść. Było źle, a nagle zrobiło się jeszcze gorzej, jakby połowa społeczeństwa dostała obuchem w łeb. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego rozsierdził kobiety, które po jego ogłoszeniu znalazły w sobie siłę, by wyjść na ulice, krzyczeć i domagać się swoich podstawowych praw. Zdaniem Anny Dymnej to jednak temat zbyt trudny, ważny i bolesny, by mówić o nim teraz, w obliczu pandemii.
Hanna Szczesiak
05.11.2020

W ciągu ostatnich miesięcy życie społeczne zostało zdominowane przez jeden temat: pandemię koronawirusa . I choć przez krótką chwilę, łapiąc promienie letniego słońca, o niej niemal zapomnieliśmy, dziś wróciła, ze zdwojoną siłą. Części z nas kolejne rekordy zakażeń chyba spowszedniały, inni przed godziną 10:30 każdego dnia przebierają nogami, czekając na kolejne informacje z ministerstwa. Jak wyjaśniła psycholożka i psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz, dziś pandemia jest już realna. Czytaj też:   Psycholożka Katarzyna Kucewicz: „Lockdown to sytuacja kryzysowa. Więc my też zachowujmy się kryzysowo” Dziś, kiedy to nasi bliscy, przyjaciele, sąsiedzi i ulubione sprzedawczynie z warzywników mogą stać się kolejnymi liczbami w statystykach. I właśnie w tym momencie – frustracji, strachu, wyczerpania – Trybunał Konstytucyjny wydaje wyrok: aborcja ze względu na wady letalne płodu jest niezgodna z konstytucją, kobiety tracą prawo wyboru i decydowania o swoich ciałach. Koronawirus a Strajk Kobiet Magda Umer na pytanie Magdy Żakowskiej , czy zgodzi się porozmawiać o obecnej sytuacji w Polsce i Strajku Kobiet, odpowiedziała: „Strasznie nie chcę być taką osobą, która wypowiada się na każdy temat. Ale ten temat jest naprawdę ważny. Dzwoń”. Innego zdania jest Anna Dymna. Aktorka pojawiła się w programie „Dzień Dobry TVN”, by porozmawiać o pandemii koronawirusa – jako prezeska fundacji „Mimo wszystko” i jako żona męża, który przebywa w szpitalu i toczy własną bitwę z COVID -19. Prowadzący zapytali również Dymną o jej zdanie na temat wyroku Trybunału. Aktorka jasno wyraziła, że jej zdaniem to nie miejsce i czas na takie rozmowy. Opowiedziała, że jako dziecko często chorowała, a jej rodzice dbali o to, by w tym trudnym czasie była otoczona...

Czytaj dalej
Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz
AFPEAST NEWS

Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz. Poznali się, gdy „wszystkie błędy mieli już za sobą”

On był po trzech rozwodach, ona – po dwóch. A jednak połączyła ich miłość, która przetrwała ponad 40 lat.
Kamila Geodecka
23.12.2020

W 1975 roku w Warszawie Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz wzięli ślub, którego właściwie nie potrzebowali. Towarzyszyło im dwóch świadków –  Basia Ślesicka i Piotr Skrzynecki, który specjalnie przyjechał z Krakowa. Młodzi powiedzieli sobie „tak”, ale nie było wesela. „Moglibyśmy żyć bez tego ślubu też” – mówiła aktorka. Już wtedy mieszkali razem. Oboje mieli za sobą doświadczenia z innych małżeństw, a przed sobą ponad 40 lat wspólnej miłości, przyjaźni, wsparcia i zrozumienia. Mogli spotkać się wcześniej, właściwie bez przerwy się mijali, przeprowadzając się do kolejnych miast, pracując w kolejnych teatrach, zmieniając kierunki studiów. Ona mówiła czasem, że mogli poznać się wcześniej. On uważał, że to dobrze, bo wszystkie błędy mieli już za sobą. Spotkania robocze W 1971 roku Andrzej Wajda pracował w krakowskim Starym Teatrze nad spektaklem „Biesy” Dostojewskiego na podstawie adaptacji Camusa. Reżyser chciał zająć się wszystkim – pracą z aktorami, opracowywaniem tekstu oraz scenografią i dekoracją. Okazało się, że nad tym ostatnim zapanować już nie mógł.  Wtedy Piotr Skrzynecki zapowiedział, że pozna go z Krystyną Zachwatowicz – scenografką i artystką kabaretową Piwnicy pod Baranami. Para poznała się w kawiarni Kolorowa w Krakowie. W końcu Zachwatowicz odwiedziła Wajdę w jego mieszkaniu. Długo dyskutowali o tym, w jaki sposób ma wyglądać przygotowywana sztuka. Od początku dobrze się dogadywali. Z czasem spotkania stały się coraz częstsze, a Andrzej Wajda zaczął przychodzić na występy kabaretowe swojej przyszłej żony. Podobno wchodził  potem do garderoby artystów i żartował. „Mam śmieszną anegdotę. Graliśmy program, w którym miałam blond perukę, usta na zielono. Ale na...

Czytaj dalej
Marek Grechuta z żoną Danutą
Jakub Guca / Newspix.pl

To dla niej Marek Grechuta śpiewał: „I ty, tylko ty, będziesz moją panią”. Historia miłości Marka i Danuty Grechutów

W piosenkach pisanych dla żony był liryczny i romantyczny, ale na co dzień Marek Grechuta nie nadużywał wielkich słów. Proponując ślub, przekonywał ją: „To jest sprawa szybciutko do realizacji i zakontraktowania”.
Anna Zaleska
07.09.2020

To o swojej żonie, Danucie, Marek Grechuta śpiewał: „Cicha jak sen / dobra jak ten / promyk jej ciepłych oczu / Wierna jak cień / w pogodny dzień / w twoim życiowym roztoczu...”. Ona z kolei mówiła o nim: „Marek jest jak chmurka”. Był wrażliwy, delikatny, życiowo nieporadny. Ale też jak nikt umiał ją rozśmieszyć, wzruszyć i zachwycić. Właśnie od zachwytu ich historia się zaczęła. Pani pachnie jak tuberozy… Na Sylwestra 1967 roku – byli wtedy studentami – oboje przyszli z innymi partnerami. I z tymi innymi też jeszcze nad ranem wyszli. Marek odprowadził już towarzyszącą mu dziewczynę i wracał do swojego akademika, gdy na ścieżce natknął się na blondynkę, która się do niego uśmiechnęła. Potem mówił, że to właśnie jej uśmiech go zaciekawił. Zagadnął: „To ty tu mieszkasz?”. Próbował od razu dopytać o numer pokoju, ale dobrze wychowana panienka odpowiedziała: „A tego nie mogę ci powiedzieć”. Przyszły ferie, Marek wyjechał z Krakowa, ale zaraz po powrocie rozpoczął poszukiwania dziewczyny. I pewnego dnia zapukał do drzwi jej pokoju. Jeśli chciał zrobić wrażenie, nie mógł wybrać lepszego momentu – akurat w radiu akademickim puszczali jego „Serce”, o artyście z wydziału architektury zaczynało być głośno. Dana nie odmówiła, gdy zaprosił ją na występ kabaretu Anawa, który założył z kolegami z wydziału. Wieczorem w klubie Bambuko po raz pierwszy usłyszała: „Pani pachnie jak tuberozy / to nastraja i to podnieca…”. Marek śpiewał, patrząc tylko na nią, ona czuła się tak, jakby dla niej. Ale nie byli jeszcze parą, uczucie rodziło się powoli. Przychodził po nią, wyciągał na spacery po Krakowie, dużo rozmawiali. Któregoś dnia znów wyjechał do domu, a wkrótce potem przyszedł list. Dana...

Czytaj dalej