Magda Stachula zdradza, czego naprawdę boi się autorka thrillerów
Magda Stachula / Fot. Szara Reneta

Magda Stachula zdradza, czego naprawdę boi się autorka thrillerów

„Miałam taką sytuację, że podczas live'u z czytelnikami ktoś mnie zapytał, czy nie boję się psychofanów. Zażartowałam, że nie, nie jestem gwiazdą rocka ani znaną aktorką. A następnego dnia wychodzę rano z bloku…”
Anna Zaleska
22.06.2020

Od Magdy Stachuli i jej powieści „Idealna” z 2016 roku zaczęło się polskie domestic noir. Thrillery i kryminały pisane w tym nurcie, zwykle przez kobiety, pokazują, że zło często czai się w naszym najbliższym otoczeniu, w małżeństwie czy w rodzinie. Ofiarami są kobiety, uwikłane w historie, z których nie są w stanie się wydobyć. Mroczna prawda skrywa się za pozorami normalnego życia, wydawałoby się – patrząc z boku – godnego pozazdroszczenia. Tak też jest w powieści Magdy Stachuli „Oszukana” (Wydawnictwo Edipresse Książki). Jej bohaterka Lena ukrywa swoją prawdziwą tożsamość, uznając, że to dla niej jedyny ratunek. Ale zarazem pułapka.

Zastaję panią na Polesiu, nad Jeziorem Białym. W powieści „Oszukana” to właśnie tutaj znaleziono ludzkie zwłoki.

Tak, tu w pobliżu. W „Oszukanej” po raz pierwszy przeniosłam akcję z dużego miasta do lasu i na wieś. W moich poprzednich thrillerach zagrożenie czaiło się w wielkomiejskim tłumie, wynikało z anonimowości. Ktoś kogoś podglądał, ktoś krążył w pobliżu, ludzi było dużo, trudno było wychwycić, kto może stanowić zagrożenie. Pisząc „Oszukaną” zastanawiałam się, czy znajdę ten strach w naturze.

I znalazła go pani. Całkiem sporo, muszę przyznać.

Pewnej nocy wyszłam do ogrodu tuż przy lesie i go poczułam. W mieście nigdy nie ma tak nieprzeniknionej ciemności. Tak tajemniczych odgłosów. Hałasy dochodzące z lasu budzą grozę – czy to dzikie zwierzę, które przechadza się za płotem, czy ktoś tam się czai, obserwuje nas z ukrycia? Poczułam taki pierwotny strach, bliższy temu, który towarzyszył naszym przodkom. W mieście dużo może się wydarzyć w naszej głowie, słyszymy jakieś wewnętrzne podszepty, natomiast w lesie naprawdę się dzieje. Las działa na wyobraźnię.

„Idealna” – pani debiutancka powieść z 2016 roku – sprzedała się w rekordowym nakładzie. Ale co mnie uderzyło, to fakt, że telefon z wydawnictwa dostała pani następnego dnia po wysłaniu tekstu. Nawet Stephenowi Kingowi odmówiono trzydzieści razy, J.K. Rowling przez rok szukała wydawcy dla Harry'ego Pottera.

„Idealna” nie była pierwszą książką, którą napisałam. Na początku powstał zbiór dziesięciu opowiadań. Rozesłałam je do wydawnictw i dostałam odpowiedzi, że się podoba, fajny styl, ale opowiadania w Polsce się nie sprzedają, chyba że jest się Alice Munro, laureatką Nobla. Usłyszałam: proszę wrócić do nas z powieścią. Zaczęłam więc pisać powieść, ale coś mi nie szło, czułam, że to nie to. Potrzebowałam dobrego pomysłu.

Podobno leżą na ulicy.

Ja dosłownie znalazłam pomysł na ulicy. Pracowałam wtedy w firmie, która zajmuje się importem kamer monitoringu wizyjnego, wiedziałam, że są instalowane w różnych miejscach. Kiedyś weszłam na kamerę zainstalowaną w tramwaju jeżdżącym po czeskiej Pradze. I pomyślałam, że to bardzo dobry motyw na thriller – ktoś obserwując ludzi przez ten tramwaj wchodzi w czyjeś życie. Po trzech miesiącach książka była gotowa. Wysłałam ją do pięciu największych wydawnictw w Polsce. Następnego dnia pani ze Znaku zadzwoniła, że chcą przeczytać całość. A później telefon – są zachwyceni, zamierzają to wydać, zapraszają do siebie. Nogi się pode mną ugięły.

Dowiedziała się pani potem, dlaczego sprawy potoczyły się tak szybko?

Podobno uwagę redaktorki przykuł mój mail, w którym napisałam, że to powieść z nurtu domestic noir, a takich polskich powieści jeszcze wtedy nie było. Właśnie wielki sukces odniosła „Dziewczyny z pociągu” Pauli Hawkins. „Idealna” szybko wskoczyła na topki bestsellerów, spodobała się i krytykom, i czytelnikom. Dla mnie to był zawrót głowy.

Magda Stachula / Fot. Szara Reneta

Od tamtego dnia minęły cztery lata, wydaje pani właśnie piątą powieść, wszystkie odniosły sukces. Zmieniło to panią?

Z jednej strony wcale, czuję, że jestem tą samą dziewczyną, z drugiej bardzo. Pierwszą powieść napisałam w czasie urlopu macierzyńskiego i potem już nie wróciłam do pracy. Wcześniej pracowałam na etacie w firmie, starałam się wszystko robić jak najlepiej, ale siedząc na zebraniach myślałam sobie: co ja tu robię? To mnie nie kręci, ja bym chciała pisać. Czytałam kiedyś wywiad z jednym z moich ulubionych pisarzy, Bernardem Minier. Miał 51 lat, był celnikiem w Paryżu, myślał, że nic go już w życiu nie zaskoczy, dzieci odchowane, emerytura coraz bliżej. Kiedyś jednak zachęcony przez kolegę wysłał swój tekst na konkurs literacki, wygrał i tak się zaczęło. Teraz – jak mówi – codziennie rano po przebudzeniu szczypie się w rękę, bo nie może uwierzyć w to szczęście, że zaraz usiądzie przy biurku i dzień upłynie mu na pisaniu książki. Ze mną też tak jest. Nie przestaję się z tego cieszyć.

Niesamowite jest to, że pani – w przeciwieństwie na przykład do autorów kryminałów – nie pisze według planu, tylko pozwala się prowadzić swojej wyobraźni, nie wiedząc dokąd.

Może to źle zabrzmi w kontekście tworzenia thrillerów, ale ja każdego dnia dobrze się przy tym bawię, bo nie wiem, co się wydarzy w historii, którą opowiadam. W tego typu literaturze wydaje mi się to jednak ważne. Wychodzę z założenia, że jeśli ja nie wiem, co się stanie, czytelnik tym bardziej tego nie przewidzi.

Wiesław Myśliwski mawia, że gdyby wiedział, jak się skończy jego powieść, to po co miałby ją pisać? Przecież ta książka już jest. W jego głowie.

Nie wiedziałam, że pan Wiesław Myśliwski też ma takie podejście, bardzo się z tego cieszę, bo to wielki autorytet. Oczywiście czasem mam obawy: a jeśli ta historia nie zechce pójść dalej? Napiszę trzysta stron, utknę w jakimś punkcie i co wtedy? Z czymś takim borykał się Stephen King przy „Bastionie”, po kilkuset stronach nie potrafił go domknąć, w końcu się udało. Do mnie jak dotąd zakończenie zawsze przychodzi. Taki mam styl, dopóki się sprawdza, trzymam się go.

Pomysłów pani nie zabraknie?

O to się nie martwię. Na przykład prasa regionalna jest niezawodnym źródłem. Dziś rano przeczytałam w „Kurierze Lubelskim” o kobiecie, która obudziła się w nocy, żeby zamknąć okno, i nagle usłyszała straszny huk. Okazało się, że strzelano do niej z wiatrówki, w szybie utkwił pocisk. Nie wiadomo, czy ktoś sobie urządzał polowanie i namierzał kogokolwiek, kto po prostu pojawi się w oknie, czy może ktoś czyha na tę kobietę. To jest początek thrillera, świetny! Z kolei w tamtym roku w końcu sezonu wyłowiono z Jeziora Białego niekompletne zwłoki kobiety, od pasa w dół. Nie wiadomo, co się stało z resztą ciała. Straszna historie! Życie jest bardziej przerażające niż to, co czytamy w thrillerach.

Potworności mi pani opowiada. Wróćmy lepiej do fikcji. Jest taka książka, która panią osobiście bardzo wystraszyła?

„Misery” Stephena Kinga o psychofance pisarza. Ta powieść wywarła na mnie duże wrażenie. Bo my piszemy historię, wysyłamy ją w świat, a nie wiemy, kto ją przeczyta. Może ktoś w niej dostrzeże siebie i zechce nas z tego rozliczyć? Albo poczuje, że tylko my doskonale go rozumiemy i moglibyśmy zostać jego najlepszym przyjacielem? Dwa lata temu miałam taką sytuację, że podczas live'u z czytelnikami ktoś mnie zapytał, czy nie boję się psychofanów. Zażartowałam, że nie, nie jestem gwiazdą rocka ani znaną aktorką, pisarze nie są rozpoznawalni. A następnego dnia wychodzę rano z bloku, pani sprzątająca czyści szybę. Zagadnęła do mnie: widzi pani, co mi tu nabrudzili, teraz muszę szorować. Pytam: a co się stało? I okazało się, że sprejem, takim psychodelicznym charakterem pisma, ktoś namalował słowo „psychofan”. Dreszcz mnie przeszedł. Czy to przypadek, czy… Nigdy nie można być do końca pewnym. To się nie powtórzyło, nikt mnie nie nachodził, ale…

Magda Stachula / Fot. Szara Reneta

Na okładce pani najnowszej powieści „Strach, który powraca” rekomendację napisał Wojciech Chmielarz. Miło!

Tak! Znamy się z Wojtkiem, czytał „Idealną” i „W pułapce”, spodobały mu się, a o tej książce też powiedział, że jest bardzo dobra i chętnie da polecenie. Ucieszyłam się, ja także cenię sobie twórczość Wojtka i chętnie dzielę się tym w moich social mediach.

To niesamowite, jesteście przecież konkurencją. I to na trudnym rynku, bo z czytelnictwem w Polsce jest bardzo słabo.

W środowisku pisarzy nigdy nie poczułam żadnej rywalizacji, niechęci, przeciwnie, szczerą sympatię, pomoc. Utrzymuję kontakt z wieloma autorkami i autorami, doradzamy sobie w różnych kwestiach, spotykamy się na festiwalach, na targach książki. Zdarza się, że daję rekomendację książkom debiutantów. Ci, którzy czytają książki z tego gatunku, przeczytają i moją książkę, i Wojtka, i debiutanta. Jeśli książki są wartościowe i mi się podobają, dlaczego miałabym ich nie polecać? Większy problem to jak dotrzeć do 90 procent społeczeństwa, które nie czyta. Świetnie działają takie festiwale jak w np. Szczebrzeszynie, bo tam przychodzą ludzie, którzy spędzają w okolicy wakacje. I nagle na spotkaniu autorskim na łonie natury zjawia się 200 osób! To jest fantastyczne.

Podobno pani pierwszym czytelnikiem i recenzentem jest mąż. Surowym?

Oj, bardzo. Gdy pokazałam mu „Idealną”, przeczytał, powiedział: podoba mi się, jest super, ale… I tu nastąpiły uwagi. Dotyczyły głównie zachowań Adama, głównego męskiego bohatera. Przy „Oszukanej” z kolei mąż mówił: słuchaj, musisz zmienić ten dialog, ci faceci by tak nie rozmawiali, daj tam mocniejsze słowa. Albo: facet by się tak nie miotał, on by poszedł na piwo. To są świetne spostrzeżenia, bo ja nie do końca potrafię wejść w głowę mężczyzny. A recenzent powinien być jak najbardziej surowy. Nie można się obrażać.

Magda Stachula / Fot. archiwum prywatne

Wojciech Chmielarz powiedział niedawno w wywiadzie, że powieści kryminalne dają ludziom nadzieję, bo zawsze w finale przywracają naruszoną harmonię świata. Z jakim uczuciem pozostawia nas thriller?

W thrillerach chodzi głównie o złożoność ludzkiej psychiki. Ludzie odnajdują w nich swoje najgorsze lęki, największe obawy, i obserwują, jak sobie radzi bohater. Gdy przychodzi rozwiązanie, doświadczają swego rodzaju katharsis. Ja czytelników straszę, ale ludzie lubią się bać, czuć dreszczyk emocji, niepewności, gdy nie dotyczy ich osobiście. Siedzą w pokoju pod kocem, piją herbatę, czują się bezpiecznie i obserwują jak radzi sobie z problemami bohater thrillera. Zarazem jednak może taka historia kogoś czegoś nauczy? Będzie ostrzeżeniem?

Pamiętam, że gdy byłam nastolatką i późno wracałam do domu, mama kazała mi oglądać „997”, bo uważała, że nie zdaję sobie sprawy, jakie niebezpieczeństwa grożą młodej kobiecie.

Gdy wydałam „Oszukaną”, dostałam wiele wiadomości od czytelniczek, które pisały, że kupiły książkę dla córki czy wnuczki, ku przestrodze. Tam jest motyw handlu ludźmi, a takie rzeczy się dzieją, kobiety codziennie giną bez śladu. Nie piszę z myślą, że będę moralizować, kogoś przestrzegać, ale pokazuję, że nawet gdy żyjemy w bezpiecznym świecie, gdzieś obok nas jest zło. Jeśli sąsiadka przez dwa tygodnie nie wychodzi z domu, może warto się zastanowić, czy w jej małżeństwie wszystko w porządku? Może zapytajmy, może poobserwujmy? Thriller nie tylko straszy. Również uwrażliwia.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Magdalena Łuniewska/Uroda Życia

Pięć najlepszych kryminałów – poleca królowa polskiego kryminału, Katarzyna Bonda!

Choć właśnie wydała nową książkę i już intensywnie pracuje nad następną, zawsze znajdzie czas, by przeczytać dobry kryminał. Oto pięć książek, które poleca Katarzyna Bonda.
Anna Zaleska
19.05.2020

Właśnie do księgarń trafiła nowa, długo trzymana w tajemnicy książka Katarzyny Bondy „Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ich ofiary. Z archiwum profilera” (wyd. Muza). Rzecz dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach. O ile bowiem nawet czytając najbardziej brutalny kryminał, możemy sobie powiedzieć: „Okej, ale to nie wydarzyło się naprawdę”, tym razem takiej możliwości nie będzie. „Motyw ukryty” to reportaż kryminalny pisany razem z Bogdanem Lachem, wybitnym polskim profilerem, specjalistą w dziedzinie przestępstw związanych z użyciem przemocy. Wciągające od pierwszej strony studium najciekawszych, a zarazem najbardziej wstrząsających spraw z archiwum psychologa śledczego. – Byli tacy sprawcy, takie ofiary, dokładnie takie motywy im przyświecały i takie ślady zachowania zostawili na miejscu zbrodni – opowiada mi Katarzyna Bonda. A jeśli po przeczytaniu tej książki zatęsknicie za fikcją i historiami, które nie wydarzyły się naprawdę, specjalnie dla czytelniczek „Urody Życia” królowa polskiego kryminału poleca pięć swoich ulubionych kryminałów. 1. „Ostre przedmioty”, Gillian Flynn (wyd. Znak Liternova) Debiutancka powieść autorki „Zaginionej dziewczyny”. W rodzinnym miasteczku dziennikarki śledczej Camille Preaker zostają zamordowane dwie dziewczynki, a ona otrzymuje zadanie opisania toczącego się śledztwa. Musi więc wrócić do Wind Gap, małej mieściny w stanie Missouri, z której uciekła, której szczerze nienawidzi i z której ma najgorsze wspomnienia. W dodatku nadal mieszka tam jej despotyczna matka. Katarzyna Bonda o „Ostrych przedmiotach”: Ta książka dotyka mnie szczególnie, nie tylko jeśli chodzi o wątek macierzyńsko-feministyczny oraz zbroję, jaką bohaterka musi nosić (i jaką noszą wszystkie bohaterki...

Czytaj dalej
Katarzyna Bonda
fot. Magdalena Łuniewska/Buku Team

Katarzyna Bonda: „Każda samotna matka w jakimś stopniu jest wojowniczką”

Odniosła zawodowy sukces, jej córka powoli dorasta, a ona na nowo uwierzyła w miłość. „Teraz mogę sobie odpuścić, odłożyć broń, wyrzucić wszystkie ukryte sztylety”, mówi królowa polskiego kryminału.
Marta Strzelecka
28.05.2020

Jest jedną z najpoczytniejszych i najlepiej rozpoznawalnych polskich pisarek. Znaki szczególne? Długie blond włosy i sukienki – zawsze o tym samym kroju. Jednak to nie wygląd sprawił, że jest uznawana za królową polskiego kryminału . Tylko talent, wytrwałość i wyjątkowa odwaga, którą pisarka skromnie nazywa „niefrasobliwością”. Chociaż w swoich książkach kryminalnych Katarzyna Bonda pisze o przemocy, bólu i zbrodniach, to praca nad pierwszym romansem okazała się na tyle niebezpieczna (dosłownie – pisarce grożono) i obciążająca emocjonalnie, że nie mogła jej skończyć przez kilkanaście lat. „Zorientowałam się, że opowiadanie o miłości sprawia mi trudność”, przyznaje Bonda. Pierwsza część trylogii romantycznej „Miłość leczy rany”, ukazała się wreszcie pod koniec 2019, a autorka zadedykowała ją byłemu partnerowi, który – jak mówi – przywrócił jej wiarę w miłość. Teraz Katarzyna Bonda wraca do kryminalnych korzeni i razem z psychologiem sądowym Bogdanem Lachem napisała reportaż „Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ich ofiary. Z archiwum profilera”.   Marta Strzelecka: W tym słonecznym mieszkaniu pisze pani o zbrodniach? Katarzyna Bonda: Mieszkam tu od niedawna, od ponad roku. I tak się składa, że właśnie tu skończyłam pracować nad moją pierwszą książką o miłości. Najwięcej słońca wpada do gabinetu, jest w nim naprawdę jasno. Kiedy weszłam do tego mieszkania po raz pierwszy, poczułam się jak w domu. Wcześniej żyłyśmy z córką w mniejszej przestrzeni, wszystko w jednym pokoju, wszędzie książki. Pisałam w nocy, siadałam przy biurku, kiedy dziecko zasypiało. Teraz ma swój pokój. Nie ma tu pokoju dla męża? Nie ma, ale nie wykluczam. Wystarczy tylko zmienić aranżację wnętrza. Wierzę w miłość....

Czytaj dalej
mat. promocyjne

Depresja, toksyczne miłości i samotność – Natasza Socha wraca z nową książką „Zagubieni”

Największym źródłem rozczarowań bywają związki. „Kiedy książę na białym koniu okazuje się co najwyżej stajennym”, mówi Natasza Socha, autorka powieści dla kobiet „Zagubieni”. Co jeszcze?
Anna Zaleska
28.05.2020

Natasza Socha jest dziennikarką, felietonistką, a przede wszystkich autorką bestsellerowych powieści dla kobiet . Choć pochodzi z Poznania, od lat mieszka z mężem i nastoletnimi dziećmi w małej miejscowości pod Akwizgranem. Mówi o sobie, że na pełen etat wychowuje syna i córkę, a na pół etatu pisze książki. Najnowsza „Zagubieni” (Wydawnictwo Edipresse) to opowieść o współczesnych trzydziestolatkach . Mati jest człowiekiem sukcesu, który zachłysnął się życiem na wysokich obrotach. Sonia przeciwnie – żyje z dnia na dzień, robiąc rzeczy, które w najmniejszym stopniu jej nie interesują, i wchodząc w kolejne nieudane związki . Dla Nataszy Sochy para trzydziestolatków staje się pretekstem do przyjrzenia się przyczynom coraz powszechniejszej depresji . Anna Zaleska: Pani nowa powieść „Zagubieni” opowiada o współczesnych trzydziestolatkach. Dlaczego właściwie są tak sfrustrowani i nieszczęśliwi? Natasza Socha: Bo żyjemy za szybko, wszystko robimy naraz, jesteśmy wiecznie zagonieni i rozproszeni. Jednocześnie gotujemy obiad, przeglądamy książkę, przeszukujemy internet, słuchamy radia, odpowiadamy na wiadomości na Messengerze, a i tak mamy nieustająco poczucie marnowania czasu. Pamiętam, że jako dziecko nie znałam pojęcia „nuda”, mimo że nie miałam komputera, różnych gadżetów, nawet roweru. A moje dzieci jeśli czegoś nie robią przez pięć, dziesięć minut, to już czują niepokój. Współcześni trzydziestolatkowie do 20. roku życia przeżyli całe swoje życie. Nic dziwnego, że są sfrustrowani. I doznali już mnóstwa rozczarowań? Tak. Bo jeśli człowiek za główny cel stawia sobie szybkie osiągnięcie szczęścia, a poprzeczkę oczekiwań ustawia bardzo wysoko, wtedy łatwo o rozczarowania. To działa jak lawina. Coś się zaczyna psuć...

Czytaj dalej