Magda Popławska: „W moim rodzinnym Zabrzu byłabym już pewnie starą panną”
Piotr Porebsky/Metaluna
#czytajdlaprzyjemności

Magda Popławska: „W moim rodzinnym Zabrzu byłabym już pewnie starą panną”

„Samotna, po trzydziestce, kocha zwierzęta… Straszne.”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

 

Test wiedzy na Dzień Matki! Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Trochę mnie zmylił trailer „Hiszpanki”. Wyobrażałam sobie, że grasz tam jedną z głównych ról…

Po obejrzeniu trailera też tak myślałam! Nie ma znaczenia, gram drugi plan, niemniej to była niezwykła przygoda. Szyte kostiumy, przepiękna scenografia. Wszystko po to, żeby na chwilę przenieść się w czasie. „Hiszpanka” to przewrotna, alternatywna wersja powstania wielkopolskiego. Opowiedziana ze smakiem i odrobiną okultyzmu.

 

Pomyślałam: Łukasz Barczyk – wrażliwiec, artysta osobny, kto, jeśli nie on, dostrzeże wyjątkowość Magdy Popławskiej. Bo mam wrażenie, że doceniają cię wszyscy z wyjątkiem reżyserów filmowych…

Gdyby mnie nie doceniał, chyba by mnie nie brał do swojego filmu. Wiem, do czego zmierzasz. Nie narzekam. Mam mnóstwo pracy. Rzeczywiście, nie gram głównych ról, ale też umówmy się – dobrych głównych ról dla kobiet nie ma. No dobra, zdarzają się, ale na razie dla ciut starszych ode mnie i gra je Agata Kulesza. Może jest w tym trochę zazdrości, ale więcej uwielbienia.

 

Za młoda jeszcze jesteś.

Może tak, ale w kinie i tak gram z reguły kobiety starsze ode mnie.

 

To prawda. Sprawiłaś mi osobistą przykrość swoją rolą w „Obietnicy” Ani Kazejak. Jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku, a zagrałaś tam matkę… nastolatki.

Gram matki regularnie, od kiedy skończyłam studia. Ciekawe, czemu mnie tak obsadzają, do niedawna nie wykazywałam jakichkolwiek instynktów macierzyńskich.

 

Do niedawna…

Powolutku coś się zmienia. Na razie przechodzę pierwszy, jeszcze niegroźny etap – wzruszają mnie cudze dzieci. Uwielbiam moją siostrzenicę… gdy ma dobry humor. I uwielbiam spędzać z dziećmi czas, jak wiem, że potem mogę oddać je rodzicom i zająć się sobą. Na razie powoli, higienicznie.

 

Masz 34 lata, jesteś niezamężna, nie masz dzieci. Czujesz presję otoczenia, żebyś wypełniła wreszcie te wszystkie role

Trochę. Mama coraz częściej o to pyta. Mamy umowę, jak coś się w tej materii zadzieje, to w końcu przeniesie się do Warszawy. W moim rodzinnym Zabrzu byłabym już pewnie starą panną, ale w Warszawie jestem po prostu 34-latką bez męża. Jak nie kochać tego miasta! Tyle że ja cały czas szukam poważnego związku. Rozglądam się!

 

Znudziła ci się rola singielki?

Nie jestem singielką! Hasło „singielka” kojarzy mi się z lataniem z koleżankami po dyskotekach. A ja już dawno po dyskotekach nie latam, bo nie mam kiedy, bo psy itd. A! Nie, jutro idę.

Poza tym singielka to dziewczyna, która chce być sama. A to nie ja. Kiedy jestem sama, to jestem i sobie świetnie radzę, ale nie jestem do tego stworzona. Tylko po prostu długo dochodzę do siebie po rozstaniach. Potrzebuję czasu. Akurat trafiłaś na ten czas.

 

Internet mówi, że singielka to kobieta pomiędzy 28. a 40. rokiem życia, która pracuje z reguły w wolnym zawodzie, mieszka w dużym mieście i zarabia powyżej 3 tys. zł miesięcznie.

Oj. To ja. No dobra, z dwojga złego wolę już być singielką niż starą panną.

 

Po klubach nie latasz, życia towarzyskiego prawie nie uprawiasz. Nie pomagasz temu życiu. Czytałam wywiad z twoją koleżanką Magdą Cielecką. Na pytanie, gdzie poznała swojego faceta, odpowiedziała – w knajpie.

No właśnie, ale ja nie mam kiedy po knajpach i klubach chodzić! Dużo pracuję, mam psy, które nie mogą ciągle same w domu siedzieć.

 

A przyjaciółki masz?

Mam. Może jedną, dwie, ale to specyficzne związki, nie utrzymujemy codziennych relacji, potrafimy się do siebie nie odzywać przez rok, ale myślę, że mogę na nie liczyć w podbramkowych sytuacjach. Nie jestem typem „psiapsiółki”. Wiesz, praca, psy...

 

A jak spędzasz wolny czas?

Wychodzę z psami na spacer.

 

No właśnie. Kochasz zwierzęta – to może działać na mężczyzn odstraszająco.

Chyba tak. Samotna, po trzydziestce, kocha zwierzęta… Straszne. No cóż, to po prostu musi być wyjątkowy facet. Prawdziwy twardziel. I bez alergii na sierść!

 

Jakie musi mieć jeszcze cechy?

Nie może palić, nie może pić, nie może jeść mięsa. Nie jest łatwo.

 

Konkretne wymagania…

…to jest dopiero początek. Taki low-level. Musi mieć też poczucie humoru.

 

Nie pije, ale ma poczucie humoru – to się może zdarzyć. Ale facet, który spełnia wszystkie te wymagania naraz – ciężko.

Moja dziewięcioletnia siostrzenica zrobiła sobie ostatnio taką listę wymagań względem chłopaka – była dużo dłuższa od mojej!

 

Załóżmy, że spotykasz tego jedynego…

…od razu chcę mieć dzieci. Przynajmniej jedno…

 

…ale najpierw idziecie na pierwszą randkę…

No tak.

 

I on zamawia befsztyk. Krwisty.

Ze mną na randce? Befsztyk? Niemożliwe. Zanim byśmy dojechali do knajpy, zrobiłabym mu taką agitkę, że przez gardło by mu ten befsztyk nie przeszedł. A serio – mało prawdopodobne. Musiałby o mnie nic nie wiedzieć. Bo to jest dla mnie ważna sprawa. Nie chcę nikogo na siłę zmieniać. Po prostu ta randka by się nie udała. Nie umiałabym nie skomentować, on by czuł się winny, zacząłby atakować, że przecież zwierzęta po to są. Jak widzę, że nie ma porozumienia i znowu jestem dziwolągiem, zaczynam się stresować, jąkać, płakać. Nie lubię być słaba, więc próbuję się powstrzymać, zawsze to potęguje efekt. Przekonałam wielu do weganizmu czy wegetarianizmu, ale na randce, która jest stresująca sama w sobie, nie mam szans. Wolę umawiać się z już sprawdzonymi. Swoją drogą weganie to specyficzne towarzystwo, z reguły ludzie aktywni, zainteresowani tym, co ich otacza, chcą przeżywać życie, ale nie czyimś kosztem – to mnie kręci. Chcę tylko ułatwić sobie życie. Oczywiście, życie jest bardzo przewrotne, więc staram się na nic nie nastawiać, niczego nie oczekiwać. Zresztą nie jestem osobą, która wyznacza sobie cel, żeby go osiągnąć.

 

Nie masz w pracy celu?

Mam kierunek, w którym chcę iść, są przestrzenie, które mnie interesują, ale nie marzę o roli lady Makbet. Dla mnie ciekawe jest samo bycie na scenie. Kontakt z widzami. Teatr to moje miejsce w dużo większym stopniu niż film. Film jest szybki i techniczny. W teatrze można się rozkoszować, mogę odlecieć, to moje alternatywne życie. Tam się spełniam.

 

Czy tak było od początku, czy dopiero wtedy, kiedy dołączyłaś do zespołu Krzysztofa Warlikowskiego?

Od początku. Z tego wyrosłam. Tam po prostu czuję się bezpiecznie. Oczywiście, spotkałam też właściwych ludzi na swojej drodze, np. Krzysztofa Warlikowskiego. Od niego zaczął się nowy etap w moim życiu zawodowym. Po Terenie Warszawa robiłam teatr raczej offowy i nie spodziewałam się takiej propozycji. A gdy to się stało, wydało mi się najbardziej naturalną koleją rzeczy. Poczułam, że brakowało mnie w tym zespole. A może mnie ich brakowało.

Czy uważasz, że równie skutecznie spełniałabyś się w klasycznym teatrze repertuarowym?

Nie wiem, cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem.

 

Co jest wyjątkowego w pracy z Warlikowskim?

Kocha swoich aktorów, więc praca z nim dodaje nam skrzydeł. Nigdy nie krzyczy, tylko traktuje nas po partnersku, z drugiej strony, jest zawsze tak totalnie pochłonięty światem, który stwarza... To bardzo imponuje i pociąga.

 

Jesteś weganką i bardzo aktywnie angażujesz się też w kwestie związane z prawami zwierząt.

Myślę, że większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, jaką drogę musiało przejść zwierzę, zanim trafiło na ich talerze. A to jest koszmar. Ból, cierpienie, horror. Nigdy się z tym nie pogodzę. Potrafiłabym może zrozumieć, że zwierzę jest hodowane po to, by je zjeść, jeśli w zamian zapewnilibyśmy mu godne życie i szybką, bezbolesną śmierć. Niestety, to pasmo tortur. Zmagam się z tym codziennie.

 

Od dawna tak masz?

Od zawsze, ale mięsa nie jem dopiero od czasów studiów. Musiałam do tego dojrzeć, poczekać na odpowiedni moment. To wbrew pozorom nie jest takie łatwe. Zostajesz outsiderem. Dwanaście lat nie jem mięsa, a ciągle muszę odpowiadać na głupkowate pytania typu „Niby nie jesz mięsa, ale chodzisz w skórzanych butach – czy to nie obłuda ”.

 

Byłam na twoim profilu na Facebooku. 99 proc. twoich postów poświęcona jest psom szukającym rodziny adopcyjnej i promocji weganizmu.

Wiem, mówią, że przesadzam. Nie lubię mówić o swoich rolach, nie lubię się chwalić swoimi sukcesami, tym, co jem na śniadanie. Nikogo tam nie trzymam na siłę. Sama mam psa z fejsa, prawie, w każdym razie brałam w ciemno, z jednego nieostrego zdjęcia, miał być tylko niegroźny i nie za duży. Więc to działa. Jak mogę jeszcze jakiemuś pomóc znaleźć dom?  Zresztą Facebook w odpowiednich dawkach jest OK, kilka razy uratował mi życie. Jak napiszę, że czegoś szukam, potrzebuję na teraz – zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże.

 

A propos – znalazłaś opiekunkę dla swoich psów?

No właśnie! Znalazłam. Na Facebooku.

 

Zostałaś aktorką przez przypadek – do złożenia papierów na PWST w Krakowie zmusiła cię siostra.

Nie do końca. Od dzieciństwa interesował mnie teatr. Brałam udział w konkursach recytatorskich. Mama ciągała mnie i siostrę po spektaklach. Pamiętam, że coroczne Gliwickie Spotkania Teatralne były dużym wydarzeniem u nas w domu. Zawsze wykupione karnety na całość. Ale po drodze wylądowałam w szkole ekonomicznej.

 

Dlaczego?

Poszłam na łatwiznę. W tej szkole pracowali moi rodzice. A ja nie byłam pilną uczennicą. Wolałam chodzić po drzewach, niż się uczyć.

 

Chłopcy cię w czasach szkolnych nie interesowali?

Nie za bardzo. Żyłam w swoim świecie. Niedawno ustaliłyśmy z koleżanką, że kiedy ona rodziła dziecko, ja pierwszy raz całowałam się z chłopakiem. A pierwszy związek miałam na studiach. Wszystko u mnie z dużym opóźnieniem...Mam nadzieję, że zawodowo też dopiero się rozkręcam.

 

Wiesz, że masz przyklejoną etykietę neurotyczki?

Naprawdę? Przecież ja jestem taką pogodną osobą! Nie jestem może beztroska i owszem, bardzo przeżywam życie – szczególnie jeśli jest beznadziejnie, a takie momenty bywają… Ale neurotyczka  Nie. Wydaje mi się, że poukładałam już sobie dużo w głowie. Wiem, czego chcę. Jeszcze lepiej wiem, czego nie chcę. Podchodzę do życia spokojniej. Może nie z dystansem, ale bez histerii. Jestem emocjonalną osobą, ale na szczęście jestem aktorką, w moim zawodzie to jest bardzo przydatne.

 

Kiedy pochwaliłam się koledze dziennikarzowi, że robię z tobą rozmowę, powiedział: „Pamiętaj, że jej dwie ulubione odpowiedzi to tak i nie”.

No tak. Moja mama też nad tym bolała, chociaż ostatnio robię się bardziej komunikatywna. Głównie w stosunku do obcych jestem taka powściągliwa. Nie lubię się stresować, a obcy mnie stresują. Większość pytań jest dla mnie zbyt osobista, więc wszystko obracam w żart, jak zauważyłaś. Zawsze mimowolnie człowiek chce udawać lepszego, niż jest, a wychodzi jak zwykle. Teraz to już luz, ale jeszcze kilka lat temu... Na przykład unikałam jak ognia wyjścia z chłopakiem do jego znajomych. Kompleksy, wiadomo. Dziś mam ich trochę mniej. Chociaż jak na ironię, wybrałam zawód, w którym jestem poddawana ocenie cały czas. Kiedyś, jeszcze przy „Usta, usta”, weszłam na jakieś forum internetowe: „Jaka jest Magda Popławska ”. To było przeżycie, w zasadzie większość opinii, to, że „głupia i durna, i brzydka, i z tym nosem coś zrób”.

 

Boli cię to? 

Nos?  Nie. Nos jest, jaki jest, a mimo to jestem aktorką i gram! Cwaniaki – sami byście tak chcieli. A serio – przerażają mnie ci ludzie. Gdyby chociaż mówili, że słabo zagrałam, albo nie pasuję do roli. Coś, od czego można się odbić, podyskutować. Na szczęście było też kilka merytorycznych i pochlebnych komentarzy. Ale więcej już tego nie zrobię. Powściągam ciekawość.

 

Masz poczucie, że w twoim zawodzie dużo zależy od tego, jak wyglądasz?

Nie wiem. Nie myślę o tym. Wygląd ma znaczenie w każdej sferze życia. Ale oprócz tego trzeba być jeszcze dobrym, żeby coś osiągnąć. Warunków amantki może nie mam, ale na szczęście nie marzę o roli w komedii romantycznej.

 

W „Hiszpance” grasz demona seksu, który uwiódł Ignacego Paderewskiego. A jaka jest twoja definicja kobiecości?

Nigdy nie przywiązywałam zbyt dużej wagi do tego, jak wyglądam. Nie byłam wyrywaną nastolatką. Zawsze miałam ładne nogi, ale byłam za chuda i od zawsze się nieco garbię. Dużo czasu zajęło mi odnalezienie w sobie kobiecości.

 

Jesteś kochliwa?

Tak na serio to chyba nie bardzo. Choć uwielbiam być zakochana, ten stan uniesienia, kiedy wszystko wydaje się możliwe, jest piękny. Niestety, średni ma się wpływ na to, czy zakochujemy się, czy nie. To się po prostu zdarza. Lubię też codzienność w związku, to umawianie na kolację, a może obiad razem się uda. W ogóle lubię codzienność. Może dlatego, że uprawiam taki zawód, w którym mało jest systematyczności. Lubię codzienne czynności: zmywać naczynia, sprzątać. Dwa lata temu kupiłam mieszkanie – na kredyt. I od tego czasu je remontuję. A właściwie więcej gadam o tym, że je remontuję – wymyślam kolejne koncepcje, jeżdżę do Leroy Merlin, oglądam kafelki. Taka przyziemność mnie czasem pociąga. O! Pytałaś, jak spędzam wolny czas – w Leroy Merlin! Bardzo lubię majsterkować. Te wszystkie śrubki, gwoździki – fascynujące. Tak bym chciała to wszystko opanować, nauczyć się stolarki… I tak już potrafię o wiele więcej niż większość moich kolegów.

 

Twoje wysokie klasyfikacje stolarskie mogą peszyć, onieśmielać mężczyzn…

Niepotrzebnie. Chętnie podzielę się moim młotkiem. I nie mam jeszcze wiertarki.

 

A więc kolego, jeśli jesteś weganinem, nie pijesz, nie palisz i chcesz spróbować poderwać Magdę Popławską, spotkasz ją…

…w Leroy Merlin, w dziale ze śrubkami.


Rozmowa z Magdaleną Popławską ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Mariusz Szczygieł
Adam Lach/FORUM

Mariusz Szczygieł przyznaje: „Ze mnie taki miły gość…”

Pisarz przekonuje, że jest słodziakiem z wyboru.
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Dla wielu ludzi mówienie innym „spadaj” jest proste jak wydalanie. Dla mnie nie. Po dziś dzień męczę się i pocę, gdy muszę to zrobić. Ale już umiem, mogę. Słodziakiem jestem z wyboru – mówi Mariusz Szczygieł w rozmowie z Jakubem Janiszewskim   Na twojej stronie internetowej jest taki wpis: „W związku z tym, że w ostatnim miesiącu dostaję dziesiątki maili z prośbą o pomoc w znalezieniu pracy w dziennikarstwie albo chociaż umieszczenie tekstu w jakimś tytule, odpowiadam, że nawet jako Dziennikarz Roku nie mam takich możliwości”. Wyobrażałeś sobie kiedyś siebie na miejscu tych młodych ludzi, którzy do ciebie piszą? Zawsze, kiedy dostaję takiego maila. To są kiepskie czasy dla dziennikarstwa. Etatów nie ma, pracy nie ma. Chcesz pisać rzeczy wartościowe, to nie spłacisz kredytu, nie utrzymasz rodziny. Są przyparci do muru. Ale po nagrodzie Woyciechowskiego i tytule Dziennikarza Roku zacząłem dostawać masę listów. Mogłem już tylko przeklejać te same odpowiedzi albo zrobić to hurtem. Wyraźnie powiedzieć, że nie mogę i nie chcę pośredniczyć. Mogę poradzić – i zrobiłem to – jak tej pracy lepiej szukać.   Bo ty w ogóle lubisz radzić. Mnie parę lat temu powiedziałeś, że jeśli chcę coś osiągnąć, to mam zawsze planować pięć lat do przodu. Potem nigdy nie miałem okazji cię zapytać, jak tobie to planowanie wychodziło i czy rzeczywiście działało. Długi czas myślałem, że zrobiłem w życiu mnóstwo błędów, a największym z nich było prowadzenie „Na każdy temat” w Polsacie. Nie mogę patrzeć na tego faceta. Czasem, jak mi przysyłają jakieś kawałki, które krążą po sieci, to mnie mdli. Czuję się, jakbym oglądał siebie sfotografowanego nago, przez SB, w jakiejś dwuznacznej sytuacji.   To dlaczego w ogóle w to...

Czytaj dalej