„Mądrość większości jest często problematyczna”. Wywiad z Krystyną Jandą.
Fot. Krzysztof Opaliński

„Mądrość większości jest często problematyczna”. Wywiad z Krystyną Jandą.

„Człowiek jest mały i bywa wielki, jest i tak, i tak. W tym utworze śmiejemy się z siebie, przez łzy, ale jednak” – mówi Krystyna Janda o spektaklu „Wspólnota mieszkaniowa”. Od dziś w Och-Teatrze.
Anna Zaleska
16.07.2020

Sztuka czeskiego dramaturga i reżysera Jiříego Havelki „Wspólnota mieszkaniowa” to pierwsza w Och-Teatrze premiera po pandemicznej przerwie. Arcyzabawna komedia, która w Czechach została zekranizowana, stając się wielkim kinowym przebojem, to zarazem gorzka satyra na współczesne społeczeństwo. W obsadzie spektaklu zobaczymy między innymi Agnieszkę Więdłochę, Katarzynę i Cezarego Żaków oraz Stanisława Brejdyganta. Z Krystyną Jandą, reżyserką „Wspólnoty mieszkaniowej”, rozmawiałam tuż przed premierą.

Anna Zaleska: Z czego ostatnio pani się śmiała?

Krystyna Janda: Teraz, kiedy po ponad trzech miesiącach wróciliśmy do pracy w teatrach i pracowaliśmy nad nową premierą, poziom optymizmu się podniósł, śmiejemy się na nowo bardzo dużo i często. Praca daje radość i zapomnienie. A ponieważ robimy komedię pokazującą typowe postawy społeczne, karykaturujemy je, sprawia nam to prawdziwą uciechę. Mamy też nadzieję, że ten gorzki śmiech będzie towarzyszył widzom podczas oglądania.

O czym jest sztuka „Wspólnota mieszkaniowa”? I dlaczego ją wybrała pani na pierwszą premierę po pandemicznej przerwie?

To typowe zebranie członków wspólnoty mieszkańców pewnego domu, pewnej kamienicy. Przekrój społeczny, charakterologiczny i typowe zachowania grupowe śmieszą do łez i przerażają nie na żarty, a jednocześnie uświadamiają aktualność i obecność tych postaw w naszym życiu. Głupota, egoizm, krótkowzroczność, zacofanie, bezmyślny upór i niemożność porozumienia się, niezdolność do najdrobniejszego kompromisu to główne tematy.

Jest jak u Gogola: „Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie”?

Człowiek jest mały i bywa wielki, jest i tak, i tak. W tym utworze śmiejemy się z siebie, przez łzy, ale jednak.

Jakie jest polskie poczucie humoru?

Mam o nim wysokie mniemanie, szczególnie o zdolności do abstrakcyjnego żartu.

Agnieszka Więdłocha w spektaklu „Wspólnota mieszkaniowa” / Fot. Robert Jaworski.

Umiemy w ogóle być jeszcze wspólnotą? Wierzy pani, że można odbudować tak podzielone społeczeństwo?

Przed kulturą i sztuką stoi tu niewątpliwie wielkie zadanie. Wciąż uczymy się być wspólnotą, ale to nauka trudna, szczególnie teraz, kiedy nas tak zantagonizowano, skłócono, od kiedy mówi się z pogardą i nienawiścią o ludziach, grupach społecznych, zawodowych, rasowych. Cały czas myślę o pogłębiających się uprzedzeniach, braku wiedzy, złej woli, złych uczuciach. To było dawniej zabronione, skrywane, wstydliwe, a wydaje się, że teraz triumfuje. To straszne.

„Wspólnota mieszkaniowa” to też sztuka o kryzysie demokracji. Dlaczego demokracja tak wielu ludzi rozczarowuje?

Mądrość większości jest często problematyczna.

Zgadza się pani z tym, że z kryzysów wychodzimy silniejsi?

Może, ale potem czas mija, zapominamy, nie uczymy się na błędach, chętnie poddajemy się manipulacjom. Jestem 67-letnią kobietą będącą z racji zawodu zawsze w centrum spraw i widzę, że moje doświadczenie życiowe, pamięć o historii i jej mechanizmach, a doświadczenie i pamięć młodego pokolenia to dwa różne światy. W związku z tym różnica doświadczenia, rozumienia, rozwiązań i wyborów światopoglądowych jest bardzo duża.

Jak pani widziałaby „nową normalność”? Co powinno się zmienić w naszej rzeczywistości? Co powinniśmy na nowo przemyśleć?

Wszystko. Przede wszystkim powinniśmy myśleć – a z tym u nas słabo. Wychowanie, szkolnictwo, nauka, kultura, nauka empatii i myślenia społecznego, wpajanie odpowiedzialności i powrót do prawdy. To naiwność? Dla mnie nie.

Wszyscy myśląc o przyszłości czujemy teraz mniejszą lub większą niepewność. Co w pani budzi niepokój?

Moim problemem jest co innego: zmarnowane lata, rozczarowanie ludźmi, Polakami, i świadomość straty, zmarnowania wielu lat wspaniałego wysiłku, brak wiary w możliwość szybkiej naprawy, powrotu do drogi pozytywnej, nadziei na przyszłość. Naprawianie i unikanie błędów to praca nie do przerobienia, syzyfowa… to mnie przeraża. Czyszczenie stajni Augiasza na szczęście już nie dla mnie. Współczuje tym, którzy staną przed takim zadaniem.

Przeczytałam w pani mediach społecznościowych, że dzięki kulturze i sztuce łatwiej pani przetrwała czas pandemii.

Przede wszystkim mnie to wzbogaciło, zdałam sobie sprawę z wielkości i potęgi sztuki. Na nowo utwierdziłam się w poczuciu bezwzględnej konieczności obecności kultury w życiu, jej trwania, istnienia, działania. Nie wyobrażam sobie życia bez filmu, opery, literatury, muzyki, plastyki, poezji, piosenki, wystaw i tak dalej. Sztuka podnosi życie na wyższy poziom i zawsze w intencjach jest szlachetna.

Katarzyna Żak w spektaklu „Wspólnota mieszkaniowa” / Fot. Robert Jaworski

Potrzebujemy teraz śmiechu?

Oczywiście. Dzięki śmiechowi łatwiej porozumieć się z publicznością, nawet jeśli chodzi o najtrudniejsze tematy, śmiech poza tym zawsze daje nadzieję.

Wiele scen nie zdecydowało się na otwarcie. Skąd w pani siła, by w tak trudnych czasach walczyć o swój teatr?

Na razie z rozpędu. Ale w końcu kocham go, to moje życie, mój sens.

W czym dostrzega pani teraz urodę życia?

W życiu.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Krystyna Kofta, feminizm
fot. M. Mutor/Ag. Gazeta

Krystyna Kofta: pisarka, żona, feministka

„Szczęśliwym w małżeństwie się bywa”, mówi Krystyna Kofta i opowiada o tym, czym jest prawdziwa miłość, kiedy zaczyna się zdrada i dlaczego seks bez uczuć uważa za przereklamowany.
Magdalena Żakowska
15.06.2020

Jest jedną z najbardziej popularnych polskich pisarek, plastyczką i działaczką społeczną. Od wielu lat współpracuje z organizacjami zajmującymi się profilaktyką raka piersi, na którego sama chorowała. W zeszłym roku po czternastu latach Krystyna Kofta  zdecydowała się wznowić jedną ze swoich książek. Nie bez przyczyny. Dopisała do niej kilka ważnych rozdziałów. Rozdziałów w książce i w historii współczesnej. Tak powstała publikacja „Gdyby zamilkły kobiet. #Nigdy”.  Mimo formalnego  równouprawnienia  my, kobiety wciąż musimy o siebie walczyć. O równą płacę, za równą pracę, o prawo do decydowania o sobie i o swoim ciele. Jeszcze nigdy głos kobiet , głos nas wszystkich nie był tak ważny. Nie dajmy go sobie odebrać.  Magdalena Żakowska: Wznowiłaś książkę sprzed kilkunastu lat. Dlaczego teraz? Krystyna Kofta: Bo jest dziś potrzebna i wciąż aktualna. Książka „Gdyby zamilkły kobiety. #Nigdy” była w pierwotnej wersji o tym, dlaczego nie jesteśmy słuchane, mimo że nasz głos jest ważny. W nowym wydaniu uzupełniłam ją o kilka nowych rozdziałów, m.in. dotyczących konwencji antyprzemocowej, Czarnego Poniedziałku i akcji #MeToo. Kobiety nie zamilkną nigdy, a czasem muszą krzyczeć. I to jest właśnie ten moment. Krystyna Kofta o #MeToo Świat kobiet bardzo się zmienił przez te kilkanaście lat od pierwszego wydania? Na pewno pod względem obyczajowym. Kobiety bez problemu się dziś rozwodzą, nie piętnuje się singielek ani kobiet, które nie chcą mieć dzieci. Zawdzięczamy to w dużej mierze temu, że należymy do Europy. W nowej wersji książki znajduje się też moje #MeToo, które zdarzyło się lata temu i dziś już chyba nie mieści się w głowie.  Czy poczujesz się urażona, jeśli powiem, że...

Czytaj dalej
Ewa Vesin, Tosca w Teatrze Narodowym
Zuzanna Szamocka-Švec

Ewa Vesin, genialna Tosca z Teatru Wielkiego, mówi o życiu po 40-tce: „Teraz mogę zaczynać”

Niedługo zagra Halkę u Mariusza Trelińskiego.
Sylwia Niemczyk
29.10.2019

W tym roku Ewa Vesin gra główne role w największych teatrach w Rzymie, Sidney, Paryżu. W 2020 r. będzie Halką w  nowym spektaklu Mariusza Trelińskiego. Ale sama mówi: „Bycie gwiazdą nie jest chyba wystarczającym powodem, żeby śpiewać”. To w takim razie co jest najważniejsze? Z wybitną polską sopranistką Ewą Vesin rozmawia  w „Urodzie Życia” Marta Strzelecka.   Marta Strzelecka, „Uroda Życia”: Na scenie zawsze jest pani silną kobietą? Ewa Vesin: Właściwie nie mam wyjścia jako sopran dramatyczny. Zawsze na scenie jest we  mnie trochę złości, odwagi, czasem są też władczość, ból albo rozpacz. Gram mocne kobiety, śpiewam wysoko, z  dużą siłą. I lubię to, podoba mi się bycie Toscą, Desdemoną, Halką. Nie chciałabym być liryczna. I raczej nie mogłabym, bo w sposób naturalny sięgam głosem aż do mocnego F. Kieruje pani swoją karierą w sposób zdecydowany, według planu? Przeciwnie, z pokorą. Co nie znaczy, że jestem uległa czy nadmiernie skromna, po prostu nigdy nie zależało mi na szybkiej karierze. Dziś wiem, że największy przełom w moim życiu zawodowym polegał na czymś paradoksalnym, czyli na odrzuceniu roli. Kiedy zaśpiewałam Zyglindę w „Walkirii” na Festiwalu Wagnerowskim we Wrocławiu, miałam 27 lat, a moje nazwisko zaczęło być rozpoznawalne. Zauważono mnie. Odebrałam telefon z Teatru Wielkiego Opery Narodowej z  propozycją ważnej roli. Wielki zaszczyt dla śpiewaka, jednak odmówiłam. Nie dlatego, że byłam bardzo zarozumiała, tylko uważałam, że za mało umiem na tak wielką i ważną scenę, że nie jestem jeszcze wystarczająco doświadczona. Powiedziałam uprzejmie, że zapewne przyjdzie moment – dla mnie, dla mojego głosu – w którym zgodzę się na tak ważną propozycję.  To nie był strach?...

Czytaj dalej