Maciej Stuhr kończy 45 lat! Czego sobie życzy z okazji urodzin?
East News

Maciej Stuhr kończy 45 lat! Czego sobie życzy z okazji urodzin?

„Od czterech miesięcy mieszkamy z rodziną na wsi. Tegoroczne urodziny są inne. Z zupełnie innymi przemyśleniami, w zupełnie innym miejscu w życiu mnie zastały. Powiedziałbym, że w lepszym”, mówi nam Maciej Stuhr.
Anna Zaleska
23.06.2020

Macieja Stuhra można oglądać teraz w świetnym serialu „Szadź” (dostępny na Player) według powieści Igora Brejdyganta. Pierwszy raz w życiu zagrał postać tak mroczną – seryjnego mordercę kobiet. Dla przeciwwagi jego prywatne życie upływa ostatnio w raczej sielankowych, wiejskich klimatach.

Anna Zaleska: Mam taką propozycję, żebyśmy z okazji pana urodzin rozmawiali wyłącznie o przyjemnych sprawach. Co pan na to?

Maciej Stuhr: Świetny pomysł, ciekawe, czy nam się uda.

Świętuje pan 45. urodziny.

To liczenie lat powoli staje się coraz bardziej bolesne. Wystarczy dzień i miesiąc, a które to – może lepiej pominąć.

W zeszłym roku uczcił pan swoje urodziny jak dwudziestolatek – siedemdziesięciokilometrową wyprawą rowerem do Góry Kalwarii…

Tak rzeczywiście było. Może uda mi się to powtórzyć i teraz, chociaż ze względu na burzową pogodę nie jestem pewien. Wczoraj z moimi chłopcami wbrew zdrowemu rozsądkowi wyjechaliśmy rowerami w środek czarnej chmury. Dzielnie przebyliśmy dziesięć kilometrów – w brygadzie początkujących to było wydarzenie – i mama musiała nas ratować, przyjechać samochodem, bo utknęliśmy gdzieś na przystanku, patrząc jak woda nas powoli zalewa. Rzecz jasna miało to swój urok. Generalnie wiejskie życie nam sprzyja, mamy fajne przygody.

Opuścił pan miasto i gdzie się pan zaszył?

Od czterech miesięcy mieszkamy z rodziną na mazowieckiej wsi. W związku z tym tegoroczne urodziny też są inne. Z zupełnie innymi przemyśleniami, w zupełnie innym miejscu w życiu mnie zastały. Powiedziałbym, że w lepszym.

To czas wyciszenia? Łapania równowagi?

Tak. I odnalezienia w życiu tych rzeczy, o których się często myślało, dużo się mówiło, marzyło się o nich, a teraz siłą rzeczy są nam dane.

Odkrywa pan uroki bycia z rodziną 24 godziny na dobę?

Można tak powiedzieć, choć ja bym poszedł dalej – że odkrywam siebie na nowo. Odkrywam w sobie chęć zmierzenia się ze swoim życiem raz jeszcze, tym razem nie w świetle reflektorów, nie w kontekście kariery, tylko przypatrzenia się temu, czym życie jest w swojej istocie. Bez tego biegu, który narzuca nam świat. Gdy wszystko się zatrzymało, mamy szansę zobaczyć nasze życie bez tej otoczki, która zabiera nam mnóstwo czasu i energii, zaprząta myśli. Wcześniej mogłem tylko teoretyzować, jak to jest być mężem, ojcem, gospodarzem domu przez 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Teraz w praktyce mam szansę się o tym przekonać. Uważam to za niezwykle cenne doświadczenie, pozwalające nam sięgnąć do jakichś podstaw.

Nie towarzyszy temu poczucie braku?

Nie, mam raczej poczucie pełni. Razem ze spokojem – bo to słowo chyba najlepiej opisuje, w jakim miejscu się teraz znalazłem – przyszło też zrozumienie, ile niepokoju było w moim życiu. Nigdy tego nie robię, a w każdym razie rzadko, ale wczoraj wpisałem do Google'a „Maciej Stuhr” i natychmiast tego pożałowałem. Gdzie nie wszedłem, to albo się dowiadywałem, że źle coś zagrałem, albo że położyłem jakąś rolę, albo że mi się coś wymknęło z rąk, albo że już jestem stary, albo że jestem politycznym idiotą. Różne takie rzeczy…

Wszyscy się z tym zmagają, każdy może o sobie w internecie przeczytać coś, o czym inaczej by się nie dowiedział. Nawet dzieci to dotyka. Zakładają sobie czat, zaczynają o kimś plotkować i zapominają, że ta osoba też to czyta. A ja doświadczam tego w skali ogólnokrajowej. Gorzki był dla mnie ten wieczór. Mieliśmy rozmawiać o rzeczach przyjemnych, zaraz do tego mam nadzieję wrócimy. Chcę tylko powiedzieć, co zrozumiałem – w moim zawodzie jest się cały czas wystawianym na ocenę. A im wyżej się zajdzie, tym więcej się zbiera negatywnych opinii.

Ma pan miliony fanów, komentarzy pełnych sympatii, wręcz uwielbienia, też jest w internecie mnóstwo.

Rzeczywiście dostaję też wyrazy sympatii od ludzi, czy na Facebooku, czy spotykając się z nimi na ulicy. Ale gdy pojawi się więcej pozytywnych komentarzy, to zawsze jakieś siły na naszej planecie zadbają o to, by je zrównoważyć negatywnymi. Od paru miesięcy jestem znacznie mniej wystawiony na ocenę i to jest przyjemne, uwalniające doświadczenie. Zaczynam coraz lepiej rozumieć takich starszych kolegów jak Marek Kondrat, którzy uznali w pewnym momencie, że w życiu mężczyzny są większe przyjemności niż wystawiać się bez przerwy na strzały. Po co to komu w sumie?

Słyszałam, że pan w ogóle rozważa przeprowadzkę na wieś. To marzenie, czy już nabierający konkretów plan na życie?

Nie jest to myśl, która byłaby mi specjalnie nieprzyjemna. Pewnie to mi się nie uda w najbliższym czasie, ale lubię sobie wyobrażać taką perspektywę na drugą połowę życia.

I jak pan widzi siebie, swoją żonę i dzieci w klimacie „wsi spokojna, wsi wesoła”?

Właśnie przeprowadzamy taki eksperyment. I wydaje mi się, że póki co wszyscy śpiewająco zdajemy ten egzamin. Na czele z moją małżonką, którą ostatnio siłą powstrzymałem od zakupu kur. Tak daleko jeszcze się nie posunęliśmy, ale grządki już są, wczoraj jedliśmy własne rzodkiewki, dzisiaj zamierzamy zjeść sałatę.

Pana żona wspaniale gotuje?

Moja żona wszystko robi wspaniale. Czasami staram się z nią konkurować, wczoraj przyrządziłem całkiem smaczny makaron, ale z punktu widzenia wartości odżywczych była to katastrofa. Gdy Kasia gotuje, zawsze mamy pewność, że to, co nam podaje, służy naszemu długiemu, zdrowemu i szczęśliwemu życiu.

Ulubione danie w wykonaniu żony – co by to było?

Ostatnio zjadłem przesmaczne placuszki, oniemiałem, jeśli chodzi o ich smak. Pytam: a cóż to takiego pysznego było? I troszkę się przestraszyłem, gdy usłyszałem odpowiedź. Kasia jest specjalistką od koktajli, wydała kilka książek na ten temat, połączyła w nich już chyba wszystko ze wszystkim. Maszynka, którą wyciska soki, działa w ten sposób, że warzywa i owoce przepuszcza się przez taką „wyżymaczkę”, wtedy z rurki leci koktajl, a z dziurki wylatują odpady. I placuszki były zrobione właśnie z tych odpadów. Ależ były wspaniałe! Generalnie lubię taką sytuację, gdy zaglądam do lodówki w celu ugotowania obiadu i stwierdzam, że nic nie ma, trzeba zrobić zakupy albo coś zamówić, po czym moja żona otwiera tę samą lodówkę i z tego „niczego” gotuje jakieś przepyszne danie.

Jeśli chodzi o zawodowe przyjemności, to wygląda na to, że praca ze studentami daje ostatnio panu sporo satysfakcji.

Szczerze mówiąc do tej pory nie sądziłem, że uczenie sprawi mi aż taką frajdę. Przez wiele lat nie czułem w sobie powołania pedagogicznego. Od pierwszej roli w filmie jestem porównywany z moim tatą i sam czasami przyglądam się mojej drodze zawodowej w porównaniu do jego. On przez całe życie miał żyłkę pedagogiczną, ledwo skończył szkołę, zaczął w niej uczyć – najpierw jako asystent, potem jako wykładowca, wreszcie przez cztery kadencje jako rektor. I wydawało mi się, że to nas różni. Ale po czterdziestce odkryłem też w sobie frajdę ze spotkań z młodzieżą. Czy to w Warszawie, gdzie kręcimy filmy krótkometrażowe ucząc się pracy z kamerą, czy we Wrocławiu, gdzie zrobiliśmy tuż przed epidemią „Innych ludzi” Doroty Masłowskiej. To mi daje innego rodzaju satysfakcję i poczucie mojego własnego rozwoju. Bo próbuję mówić do ludzi tym razem już nie jako aktor, tylko jako ktoś, kto stoi za całością przekazu.

Reżyserowanie jest większą przyjemnością niż aktorstwo?

Większość przyjemności związanych z aktorstwem poznałem przez te 30 lat i te przyjemności wciąż są przyjemne. Potrafi mi ten zawód dostarczać niebywałej frajdy i radości, jak chociażby ostatnio rola w serialu „Szadź”. Natomiast stanie z boku i przyglądanie się naszemu zawodowi po drugiej stronie sceny czy kamery to są dla mnie nowe doświadczenia, a przez to smakują mocniej. Na pewno zadziałał też mechanizm zachłyśnięcia się amatora tym, że mu coś wychodzi. Jak człowiek nie umie zrobić butów i nagle przyczepi kawałek skóry do podeszwy, jest strasznie dumny i podekscytowany, że zrobił buty. Gdy prawdziwy szewc to zobaczy, pewnie się chwyci za głowę. Ale emocje związane z tym pierwszym butem są prawdopodobnie niezwykłe. I takie towarzyszą mi zarówno podczas pisania, jak i reżyserowania.

W „Szadzi” pierwszy raz w swojej karierze zagrał pan postać prawdziwie mroczną – seryjnego mordercę. Jak pan się poczuł wchodząc w skórę psychopaty?

Fantastycznie! „Szadź” jest na pewno jedną z moich większych aktorskich przyjemności. To było coś nowego. Poza tym z taką postacią związane są ogromne emocje widzów, a o tym aktorzy marzą najbardziej – żeby generować w ludziach emocje. Ja czułem się świetnie, a co myślą widzowie, jeszcze tak do końca nie wiem, na razie dochodzą do mnie tylko strzępy informacji.

Gdzieś przeczytałam, że w tym serialu pana postać jest idealnym ojcem. Przyznam, że gdy widzę pana w roli tego niby ideału, groza mnie przejmuje. Jest w panu coś tak przerażającego…

Dotknęła pani ciekawego problemu, bo rzeczywiście Igor Brejdygant – scenarzysta, autor książki – tak tę postać napisał, że to ma być przykładny obywatel, mąż, ojciec. I gdy dochodziło na planie do kręcenia scen rodzinnych, kiedy miałem dla dzieci, zwłaszcza dla malutkiej córeczki, być ukochanym tatą, czułem się dziwnie i nieswojo. W życiu prywatnym wiem, jak się zachowuje tatuś, żeby go dzieci lubiły, i trzeba to było w ten sposób grać. Ale używając jako psychopatyczny morderca podobnych tonów, jakich używam w domu mówiąc do moich dzieci, miałem poczucie pewnego przekroczenia.

Nagrał pan ostatnio filmik o tacie, który by znaleźć chwilę na obejrzenie serialu, chowa się przed dziećmi do toalety, szafy, bagażnika samochodu. To czasami tak wygląda?

Każdy człowiek potrzebuje czasu dla siebie, inaczej byśmy zwariowali. Wyobrażam sobie, że wielu ludzi w czasie kwarantanny – gdy mieszkają na małym metrażu, nie mają choćby skrawka ogrodu – przeżywało trudne chwile. Jeśli kumulują się tak różne energie, frustracje i niemożności, każdy potrzebuje odskoczni, żeby się gdzieś schować, zamknąć, pójść pobiegać. Dzięki temu jesteśmy w stanie zachować równowagę. Mój film był żartem na ten temat, ale niniejszym chciałem złożyć hołd wszystkim rodzicom, którzy dzielnie przez tę kwarantannę przechodzą przy bardzo ograniczonej pomocy dziadków, opiekunek, szkół i przedszkoli.

Czego pan sobie życzy z okazji urodzin?

Życzę sobie, żeby ten czas kwarantanny pozostał dobrą i owocną lekcją na całe życie. Nawet gdy świat wróci do poprzedniej prędkości – a widzimy, że nawet przy galopującej pandemii ludzie wychodzą z siebie, żeby do tego szaleństwa jak najszybciej wrócić – życzyłbym sobie, żeby to była dla nas pożyteczna lekcja. I żebyśmy robili sobie takie „kwarantanny” dla samych siebie, bez zdrowotnych problemów w tle. Nauczyli się wyciszać się, wylogowywać, wyłączać sprzęty elektroniczne, by poszukać samego siebie i swojej rodziny. To jest chyba najważniejsze życzenie.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Maciej Stuhr
fot. Szymon Szcześniak

Maciej Stuhr: „Chcę wychować dzieci tak, żeby luksus nie był dla nich normalką”

Jedni go kochają, innych wkurza politycznie, gdy mówi o zakusach władzy na wolność i łamaniu prawa. Nam Maciej Stuhr opowiada o patchworkowej rodzinie i 5 zasadach, które chciałby przekazać dzieciom.
Magdalena Felis
12.06.2020

Chociaż bliżej mu już do 50-tki, niż do 40-tki, wciąż lubimy go nazywać „młodym Stuhrem”. On sam mówi, ten tytuł musi już oddać synowi, a na to, żeby stać się „starym, porządnym Stuhrem” jeszcze nie zasłużył. Między innymi właśnie o takich relacjach między pokoleniowych Maciej Stuhr opowiedział w wydanej w zeszłym roku książce „StuhrMówka. A imię jego czterdzieści i cztery”. Wrócił w niej do zapisywania rodzinnej historii. Tym razem najnowszej, w której ponownie się ożenił i znów został ojcem. Twierdzi, że po narodzinach syna zwolnił tempo, ale w tym roku mogliśmy go już oglądać w „Sali samobójców. Hejterze” Jana Komasy i w „Szadzi”. W nowym serialu kryminalnym w reżyserii Igora Breidyganta Maciej Stuhr gra religioznawcę Piotra Wolnickiego, pozornie wzorowego ojca i męża. W rolę jego żony, Moniki wcieliła się Anna Cieślak . Pierwszy sezon serialu „Szadź” obejrzysz na platformie VOD Player. Magdalena Felis: Podobno nie można już o panu mówić „młody Stuhr”? Maciej Stuhr:  Wszystko wskazuje na to, że muszę oddać ten zaszczytny tytuł Tadzikowi, mojemu trzyletniemu obecnie synowi.  Ale średni Stuhr brzmi średnio... Trzeba przejść przez czyściec, żeby móc się kiedyś stać starym, porządnym Stuhrem. Czuje pan tę zmianę pokoleniową?   Na pewno. Po pierwsze jest genetyka, od której się nie ucieknie. Nagle nasz trzylatek idzie po pokoju i zakłada sobie ręce do tylu, identycznie jak dziadek czy pradziadek – no jak to jest możliwe?! Druga rzecz to wychowanie i dobrze znajome rzeczy, które w tym maluchu zaczynają kiełkować, jak poczucie humoru czy skłonność do popisów. Syn Jerzego...

Czytaj dalej
Maciej Stuhr
arek markowicz/pap

Maciej Stuhr: „Nie chcę się nikomu podobać”

„Ojciec nauczył mnie odporności na to, co nazywamy sukcesem.”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

„Przestałem być chłopcem, który stara się wszystkim przypodobać. A nawet zacząłem się uśmiechać do myśli, że… nie chcę się podobać nikomu” – mówi Maciej Stuhr w rozmowie z Magdaleną Żakowską. Oglądając film „Ekscentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy” Janusza Majewskiego, myślałam sobie: Stuhr senior będzie z juniora zadowolony. Też tak myślę. Chociaż najbardziej zadowolony byłby nieżyjący już dziadek Tadeusz, ojciec taty. Ten, który nie lubił wyjeżdżać z Krakowa, był strasznie uparty, a krew miał pierwszy raz pobieraną po osiemdziesiątce? Ten właśnie. Akcja „Ekscentryków...” rozgrywa się pod koniec lat 50. – to był jego czas. Miał wtedy tyle lat, co ja teraz. Dużo o nim myślałem, pracując nad tym filmem. Takie spodnie z kantem, które tam mam, mój dziadek nosił do końca życia. Kiedy rozmawialiśmy z Januszem Majewskim o mojej roli, zapytał, czy wiem, co w tamtych czasach znaczyło, że ktoś był chętny. Nie wiedziałem. To był ktoś, kto lubił zabłysnąć, kogo było za dużo, kto chciał za dobrze, potrafił być nachalny, nietaktowny, nadgorliwy. I zakładał, że wszędzie go chcą. „Nasz bohater nie może być chętny” – powiedział mi wtedy Majewski i to też było bardzo a propos dziadka. On był dokładnie na drugim biegunie słowa chętny. Zamknięty w sobie, skierowany do wewnątrz. Nigdy w życiu nie był za granicą, ale potrafiłby narysować plan niejednego europejskiego miasta, bo znał je z literatury. Cały jego świat był w środku. Janusz Majewski jest zresztą podobny… Ty też. Twoja siostra Marianna mówi w „Stuhrmówce”, że „Maciek jest niezwykle zamknięty w sobie. Wielu ludziom wydaje się, że go zna, a nie ma nic bardziej mylnego”. Mam problemy z komunikacją, to pewne. Nauczyłem...

Czytaj dalej
Agnieszka Grochowska jako Laura Goldsztajn w serialu Netflixa „W głębi lasu” / Fot. materiały promocyjne

Agnieszka Grochowska opowiada o serialu „W głębi lasu” i Harlanie Cobenie

O pracy w serialu Netflixa „W głębi lasu”, niezwykłym spotkaniu z Harlanem Cobenem i nieustającym dążeniu w życiu do wolności – wywiad z Agnieszką Grochowską.
Anna Zaleska
10.06.2020

Serial „W głębi lasu” to kolejna produkcja Netflixa rozgrywająca się w Polsce, a zarazem trzeci wspólny projekt z Harlanem Cobenem. Sześcioodcinkowy serial kryminalny zapowiada się na hit. Ciekawie zapętlona akcja, bogate psychologicznie postaci, mroczny klimat, spora doza nostalgii, polskie realia, a do tego świetna obsada, między innymi Agnieszka Grochowska, Grzegorz Damięcki, Jacek Koman, Ewa Skibińska i Arkadiusz Jakubik. Za kamerami też znakomite nazwiska – za reżyserię odpowiadają Leszek Dawid i Bartosz Konopka, za zdjęcia Paweł Flis. Z odtwórczynią głównej roli kobiecej Agnieszką Grochowską rozmawiam dwa dni przed premierą, zapowiadaną na 12 czerwca. Agnieszka gra Laurę Goldsztajn, wykładowczynię uniwersytecką. Wątek jej i prokuratora Kopińskiego (Grzegorz Damięcki) rozgrywa się we współczesnej Polsce. Ich nastoletnie odpowiedniki zagrali Wiktoria Filus i Hubert Miłkowski. Agnieszka wielokrotnie pracowała w międzynarodowych produkcjach, ale po raz pierwszy wystąpiła w serialu Netflixa. Opowiada mi o nietypowym spotkaniu z Harlanem Cobenem, kulisach pracy dla streamingowego giganta i o tym, jak pod wpływem „W głębi lasu” zaczęła wspominać własną młodość i zastanawiać się, czym jest dla niej wolność. Anna Zaleska: Po obejrzeniu pierwszych odcinków „W głębi lasu” jestem pod wrażeniem. Naprawdę świetny serial! Agnieszka Grochowska: Mnie też tak się wydaje. Dobre jest to, że powstał na podstawie konkretnej rzeczy – powieści Harlana Cobena pod tym samym tytułem. A to pisarz, który świetnie zaplata akcję, ciekawie buduje postaci, pogłębia je psychologicznie. Mając taki scenariusz, tak silną bazę, można zawędrować w ciekawe rejony. Polski serial na Netfliksie wg książki Harlana Cobena Dla polskiej ekipy to chyba ekscytujące zagrać w serialu według...

Czytaj dalej
pazura
HBO Jacek Piątek

Ja jestem Cezary Pazura...

„Moja żona Edytka spytała, czy jestem przygotowany do zdjęć. Odpowiedziałem: Nie, kochanie. Ja nie jestem przygotowany. Ja jestem przygotowany perfekcyjnie” – mówi w rozmowie z nami Cezary Pazura.
Magdalena Żakowska
18.06.2020

Można go lubić albo nie, ale każdy przyzna: Cezary Pazura to jeden z największych aktorów w historii polskiej komedii. Można narzekać, że nie zagrał wielkiej dramatycznej roli,  że za bardzo marnuje talent na estradowe występy, ale to, co zrobił w „Killerze” i tak przejdzie do historii. A Adaś Miauczyński u Koterskiego? Nowy w „Psach”, czy niedawno Mariusz w serialu „Ślepnąc od świateł”? Kilka dni temu obchodził 58 urodziny. Życzymy mu z tej okazji jeszcze wielu fantastycznych ról! I zachowania tego daru, który ma do rozbawiania ludzi. Jego przyjaciel, słynny malarz i plakacista Rafał Olbiński powiedział mu: „Ty jesteś, chłopcze, w takim wieku, że nie możesz już robić rzeczy nieistotnych. Skup się tylko na tym, co ważne”. „To była najlepsza rada, jaką w życiu dostałem” , mówi Cezary Pazura. Magdalena Żakowska: Ogląda pan programy Kuby Wojewódzkiego? Cezary Pazura: Oglądam, znam go osobiście i bardzo podziwiam jego profesjonalizm. Byłem u niego w programie już chyba ze sześć razy. A dlaczego pani pyta? Bo jest uderzające podobieństwo między Wojewódzkim a granym przez pana celebrytą Mariuszem w serialu „Ślepnąc od świateł” – w gestach, sposobie mówienia, słownictwie. Spotkałem wtedy Kubę. Rozmawialiśmy trochę. Zapytał, co robię. Mówię, że gram Mariusza w „Ślepnąc od świateł”. A on: „Ha! Taką postać, o której, jak się ukazała książka, mówili, że to ja!”. „A to ty?” – zapytałem. „Nie, no co ty?!” Także wszelkie podobieństwa są przypadkowe. Wiem, że zdobył pan tę rolę w drodze castingu. Tak, już chyba nie ma aktorów branych w ciemno ze względu na nazwisko. Teraz wszyscy muszą walczyć o rolę. Pamiętam, jak w 1994 roku zadzwoniła do...

Czytaj dalej