Łukasz Garlicki zapewnia, że skończył z nałogiem i wytrzeźwiał na dobre
Daniel Duniak, Grzegorz Korzeniowski
#czytajdlaprzyjemności

Łukasz Garlicki zapewnia, że skończył z nałogiem i wytrzeźwiał na dobre

„Alkohol dodaje fałszywej odwagi. Teraz stałem się chyba bardziej uważny.”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

Ma swoje mroczne strony, słabości i lęki. Przede wszystkim jest mężczyzną, utalentowanym artystą, który zbliża się do 40-tki. W rozmowie z Magdaleną Żakowską mówi, że dojrzał i pragnie spokoju.

Łukasz Garlicki (ur. 1977) – aktor, reżyser, muzyk. Zagrał m.in. w „Warszawie” Gajewskiego, „1920. Bitwie Warszawskiej” Hoffmana i „Dzień dobry, kocham cię” Zatorskiego.

 

Test wiedzy na Dzień Matki! Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Znamy się ponad 20 lat…

…tańczyliśmy w pierwszej parze na mojej studniówce!

 

Świetnie jeździłeś na deskorolce, znałeś na pamięć wiersze Leśmiana, a w weekendy chodziliśmy do Iluzjonu. Pamiętasz siebie z tamtych czasów

No jasne. I nadal pamiętam sporo Leśmiana.

 

Jakbym ci wtedy powiedziała, że za 20 lat będziesz tańczył w szesnastej edycji „Tańca z gwiazdami”, tobyś mnie wyśmiał. Sama bym w to nie uwierzyła.

Wyobrażałem sobie, że skończę Akademię Teatralną i będę grał samych Hamletów. Film już niekoniecznie. Może się zgodzę, jak mi rolę zaproponuje ktoś taki jak Jarmusch albo Antonioni. Do czego zmierzasz? Że byłem głupi?

 

Zmierzam do tego, że w twoim zawodzie od marzeń i rozbudzanych aspiracji do rzeczywistości jest cholernie daleko.

Tak. Kiedy studiowałem, obowiązywał taki romantyczny mit aktora, który gra tylko w teatrze Szekspira, Becketta, Gombrowicza itd. I to najlepiej wtedy, kiedy ktoś z jego bliskich umiera właśnie w szpitalu. Wpajano nam taki maksymalizm, aktorstwo jako misję niemal religijną, ważniejszą niż wszystko inne w życiu… Ktoś, kto nie daj Boże, przyjmował rolę w telenoweli, był postrzegany jak trędowaty. Potem – na naszych oczach – to się zaczęło zmieniać. Dziś z kolei media kształtują świadomość młodych ludzi i rozbudzają aspiracje do pseudohollywoodzkiego stylu życia. Aktor musi jeździć SUV-em, pić świeżo wyciskane soki, spędzać urlop, uprawiając triatlon, i generalnie być jak spod igły. Oba te mity są równie śmieszne. Po prostu mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Ale w sumie niezależnie od tego, jak się komu droga w tym zawodzie potoczyła, pewien rodzaj rozczarowania musiał przejść. Nawet ci, którym się wiedzie najlepiej.

 

Bo „wiedzie się najlepiej” też oznacza kompromisy…

…i to pewnie większe niż dla tych, którym się nie wiedzie. Ja w każdym razie z chęcią przyjąłbym więcej propozycji kompromisów!

 

„Taniec z gwiazdami” był takim kompromisem?

Na pewno, skoro przyjąłem tę propozycję dopiero za szóstym czy siódmym razem. Stwierdziłem, że trzeba cenić okazje, które nam się w życiu zdarzają. I nie żałuję ani sekundy spędzonej w tym programie. Nic mi to nie odjęło, a zyskałem nowe doświadczenia. Darmowe lekcje tańca z profesjonalistami – czego tu żałować! Od strony kondycyjnej i towarzyskiej to była bardzo fajna sytuacja. I uczciwa, ciężka robota. Siedem dni w tygodniu po 6–8 godzin treningów dziennie. Poza tym z czegoś trzeba żyć. To była po prostu praca. Gdyby chodziło tylko o naukę tańca, to pewnie zapisałbym się na lekcje.

 

To może trochę ulga, że odpadłeś?

Kiedy jeszcze uczestniczyłem w programie, nie chciałem o tym czytać w internecie, śledzić na bieżąco tej całej otoczki, żeby się nie stresować, nie denerwować i skoncentrować się tylko na tańcu. A gdy odpadłem, jak emocje opadły – to poczytałem, pooglądałem. I zobaczyłem, że świat telewizyjnego show to nie jest taki obszar, w którym czułbym się jak ryba w wodzie. Nie jestem przebojowy w taki sposób, żeby się poruszać w takiej formie rozrywki zupełnie swobodnie. Wszedłem na nieznane terytorium, było sympatycznie, ale wystarczy.

 

Uważasz, że można tak łatwo wejść i wyjść?

Myślę, że w moim przypadku tak. Myślę, że ludzie znają mnie na tyle, żeby wiedzieć, że to nie jest tak, że postanowiłem rzucić nagle wszystkie inne zajęcia i zostać celebrytą.

 

I nie zobaczymy cię w drugiej edycji „Celebrity Splash”?

Nie sądzę. Chyba że będę przymierał głodem (śmiech). Wtedy pewnie jakoś sobie decyzję udziału w tym programie zracjonalizuję. Zawsze lubiłem pływać… (śmiech). Zresztą – skoro jurorką jest tam Danuta Stenka, to wszystko może się wydarzyć. Bardzo ją cenię – słucham teraz w radiowej Dwójce, jak czyta „Noce i dnie”. Jest absolutnie wspaniała.

 

Stence obecność w „Celebrity Splash” się upiecze?

Oczywiście. Ona reprezentuje sobą taki poziom, że może sobie pozwolić na wszystko. Zagra zaraz jakąś kolejną wybitną rolę w teatrze. Nie jestem Danutą Stenką, nie mogę sobie na wszystko pozwolić, ale dzięki temu, że ludzie jakoś kojarzą moje role filmowe i teatralne, znają Projekt Warszawiak, że kojarzę się z działaniami alternatywnymi, to też się nie boję, że będę kojarzony głównie z „Tańcem z gwiazdami”. Zresztą świat strasznie teraz pędzi. Mam wrażenie, że ciężko jest w nim przetrwać, jeżeli nie jest się wielozadaniowcem. A ja wielozadaniowcem jestem. Mam spory wachlarz zainteresowań – robię muzykę i śpiewam, miałem niedawno wystawę polaroidów „Dummy”, gram w teatrze i filmie, wyreżyserowałem monodram „Jednocześnie” w Teatrze Studio oraz klipy dla Projektu Warszawiak i Tomka Makowieckiego. Założyłem niedawno nowy zespół – Soulteeth. Gramy muzykę, która towarzyszy mi od zawsze, a ostatnio słucham jej najchętniej – to folk, blues, bossa nova – takie tradycyjne klimaty. Napisałem sam teksty po angielsku, a muzykę skomponowałem wspólnie z Markiem Kempą, gitarzystą Projektu Warszawiak.

 

Jesteś autorem muzyki, tekstów i wykonawcą?

Tak. Niedługo wchodzimy do studia i nagrywamy płytę. Czuję ciężar odpowiedzialności, ale to olbrzymia frajda. Euforia!

 

Projekt Warszawiak to był wielki sukces. Piosenka „Nie ma cwaniaka” ma dziś blisko 5 mln odsłon na YouTube. Nie myślałeś o tym, żeby rzucić aktorstwo i zająć się muzyką na sto procent?

Myślałem, ale szybko się zorientowałem, że muzyka to równie niewdzięczny kawałek chleba jak każdy inny związany z kulturą wysoką w naszym kraju. W Polsce kultury nadal się nie szanuje ani nie docenia. Z muzyki albo jakiejkolwiek działalności kulturotwórczej, która nie jest czystą rozrywką, ciężko się żyje. Twórca jest często traktowany jak śmieć. I dopóki ktoś nie uzna, że może na tym śmieciu zarobić, to nawet się o niego nie potknie. Na twórcach się w Polsce zarabia. Do tego służą. Tradycja postrzegania kultury jako wartości samej w sobie gdzieś nam się zagubiła.

 

To są spostrzeżenia, które dotyczą cię także jako aktora?

Tak. Mimo sporej filmografii ostatnio czuję się aktorsko niewykorzystany. Kompletnie. A mam talent i mam na to dowody w postaci zagranych ról. I uważam, że sobie nie zasłużyłem na to, żeby nie grać. Nie chcę się nad sobą użalać, ale po prostu ostatnio takie mam poczucie. Może wciąż czekam na swój czas? Mówią o mnie „ładny chłopiec”, a ja mam 38 lat! Może moje warunki zewnętrzne nie dojrzały do mojego wnętrza? (Śmiech).

 

Czujesz się dojrzalszy niż role, które grasz?

Tak. Przecież stałem się specjalistą od ról inicjacyjnych, jak je nazywam. Uganiam się za jakimiś dziewczętami i generalnie wszystko zdarza mi się po raz pierwszy w życiu. A ostatnio wsadzono mnie do szufladki: „niby miły, ale łobuz”.

 

Taki trefny narzeczony.

W tym roku zagrałem takich trefnych narzeczonych w dwóch filmach – „Facet niepotrzebny od zaraz” i „Dzień dobry, kocham cię!”.

 

Ale trochę żeś też sobie nagrabił – choćby wystąpieniem na konferencji w Dublinie po pokazie filmu „1920. Bitwa warszawska”. Byłeś podpity, a na jedno z pytań z sali odpowiedziałeś, mówiąc delikatnie, niegrzecznie…

Tak… Nagrabiłem sobie. Chociaż moje słowa cytowano bez kontekstu, w jakim padły. Trochę to wszystko podkręcono, żeby mieć sensacyjkę.

 

Przestraszyłeś się, że po tym incydencie nikt nie zaproponuje ci już roli w poważnym filmie?

Przestraszyłem się, że ludzie zaczną mnie postrzegać jako kogoś, kim nie jestem. I oczywiście żałuję tego wystąpienia. Ale jestem teraz na innym życiowym etapie niż wtedy.

 

To znaczy na jakim?

Skończyłem z imprezowaniem, piciem, używkami. Z używek zostały mi już tylko papierosy.

 

Kiedy skończyłeś?

W październiku zeszłego roku. Jak już wcześniej zauważyliśmy – uprawianie zawodu aktora często się wiąże z frustracją, a to zbliża do kieliszka. A do tego żyjemy w kraju, w którym się pije, prawda? Każda okazja jest dobra. Więc i ja piłem. Jak to mówią na Wschodzie: swoją cysternę wypiłem. Od pewnego czasu przyjaciele radzili mi, żebym trochę przystopował z takim trybem życia, ale jestem jak dziecko – można mi mówić, że czajnik jest gorący, a ja muszę się sparzyć, żeby się o tym przekonać.

 

Sparzyłeś się?

Tak. Poczułem, że przeginam, że moje imprezowanie zaczyna wpływać na to, jak jestem postrzegany zawodowo, że ludzie z branży przestają mi ufać.

 

Długo żyłeś w stanie takiej wiecznej imprezy?

Ciężko powiedzieć, jak długo, bo z tym już tak jest, że łatwo jest powiedzieć, kiedy się skończyło, a ciężko, kiedy się naprawdę zaczęło. Początki zawsze wydają się niewinne. Granica początku jest płynna, granica końca wyraźna. W pewnym momencie po prostu poczułem się tym wszystkim potwornie zmęczony. I mniej kreatywny niż dawniej. A wierzę, że jeśli zmarnuję w życiu szansę na wykorzystanie swojego talentu, to spotka mnie za to kara. I postanowiłem się opamiętać.

 

Można tak z dnia na dzień zmienić życie?

Można. Okazało się to łatwiejsze, niż mi się wydawało. Myślałem, że bardzo ciężko będzie mi zrezygnować z tej wiecznej imprezy, z nocnych wypadów na plac Zbawiciela…

 

…mieszkasz blisko. Jest pokusa.

Dla człowieka, który jest uzależniony, każdy pretekst jest dobry. Znam to. Zresztą teraz też tam wpadam – z tą różnicą, że na herbatę.

 

Sam sobie poradziłeś z nałogiem?

Sam. Nie wierzę, że w takiej sytuacji ktoś może pomóc.

 

Rodzina? Przyjaciele?

Oczywiście, mogą być wsparciem, ale dopiero kiedy się samemu stanie oko w oko z problemem. Trzeba chcieć tej pomocy, a ja jej długo nie chciałem. Bagatelizowałem uwagi przyjaciół. Uciekałem od tego tematu w rozmowach. Prawda jest taka, że nawet jeśli ktoś cię przykuje do kaloryfera – żebyś nie wyszedł na imprezę i się nie schlał – to jeśli chcesz się napić, zawsze znajdziesz na to sposób.

 

Czego się o sobie dowiedziałeś, kiedy wytrzeźwiałeś na dobre?

Że mam w sobie siłę, żeby się zmienić. I to mi dało dodatkową siłę, energię do działania. Kompletnie przestałem się bać przyszłości. Kiedy pijesz, jakiś wyimaginowany lęk towarzyszy ci non stop i nakręca frustrację. Frustracja nakręca chęć zapomnienia, ucieczki w alkohol, a on nakręca lęk. Błędne koło. Jeszcze do niedawna frustrowałem się tym, że nie jestem brytyjskim aktorem – nie gram w londyńskim teatrze i świetnych serialach produkcji BBC. Ogólnie miałem dużo pretensji do świata. Już tego nie mam. Kiedy przestałem się bać, zdałem sobie sprawę, że dużo więcej, niż mi się wydawało, jest w moich własnych rękach. Skoro potrafiłem się zmienić, to uda mi się też w innych sprawach. Dziś nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Wystarczy wyznaczyć sobie cel i cierpliwie do niego dążyć. Teraz tym celem jest dla mnie nowy zespół i płyta.

 

Powiedziałeś mi niedawno, że stałeś się bardziej nieśmiały.

Tak. Alkohol dodaje fałszywej odwagi. Teraz stałem się chyba bardziej uważny. Składniej myślę, także o konsekwencjach własnych działań. To ma dobre i złe strony. Kiedy nie myślisz o konsekwencjach, to stać cię na więcej, ale z drugiej strony – taką odwagę łatwo pomylić z brawurą. No więc stałem się mniej odważny, ale bardziej uważny. I mam wrażenie, że stałem się też bardziej znośny dla innych – bardziej otwarty, serdeczny, pozytywny. To wszystko płynie z tego, że poczułem w sobie tę wewnętrzną siłę. Stąd pewnie też decyzja wzięcia udziału w „Tańcu z gwiazdami”. Pomyślałem sobie „czemu nie”? Nawet łatka, która może do mnie na chwilę przylgnąć, nie jest w stanie na obecnym etapie zrobić mi krzywdy. Zacząłem doceniać swoją wartość.

 

A jakie były reakcje na to, że zatańczysz?

Nawet rodzice byli zdziwieni. A jeden kolega z zawodu spojrzał na mnie z wyraźną wyższością oraz pogardą i powiedział „To przynajmniej będziesz miał kondycję”. Jeszcze półtora roku temu taka uwaga by mnie mocno dotknęła. Teraz już nie.

 

I jak teraz żyjesz?

Spokojniej na zewnątrz, ale dużo intensywniej wewnętrznie. Dużo czytam, słucham muzyki, rysuję, fotografuję, pracuję z zespołem, przygotowuję się do wystawy swoich zdjęć. Gotuję – więcej niż kiedyś. Zresztą sama widzisz – dzisiaj risotto ze szparagami. Sprawia mi to frajdę.

 

Przyjaciół jest mniej, odkąd nie chodzisz na imprezy?

Liczba przyjaciół jest niezmienna. Stali za mną także wtedy, kiedy było mi ciężko. Jest mniej przypadkowych znajomości i sytuacji. Nie brakuje mi tego.

 

Masz poczucie, że zmarnowałeś tym imprezowaniem czas?

Nie. To wszystko mi coś dało. Jest elementem mojej drogi. Takie graniczne doświadczenia dają bagaż doświadczeń.

 

Jest taka opinia, że „dobry aktor musi swoje wypić”.

Ja bym raczej powiedział „przeżyć”. Aktor, artysta w ogóle, musi mieć doświadczenia, z których może czerpać.

 

Stałeś się neofitą?

Nie. Nie jestem w sekcie, nie stosuję cudownych diet ani nie przylepiam japońskich plastrów na stopy. To takie samo kłamstwo jak życie w nałogu. Nadal uważam, że życie to potykanie się i podnoszenie. Że czasem trzeba wskoczyć z zamkniętymi oczami do basenu i sprawdzić na własnej skórze, czy jest w nim woda. W tym sensie raczej się nie zmienię.

 
Rozmowa z Łukaszem Garlickim ukazała się w „Urodzie Życia" 6/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG