Łukasz Garlicki zapewnia, że skończył z nałogiem i wytrzeźwiał na dobre
Daniel Duniak, Grzegorz Korzeniowski
#czytajdlaprzyjemności

Łukasz Garlicki zapewnia, że skończył z nałogiem i wytrzeźwiał na dobre

„Alkohol dodaje fałszywej odwagi. Teraz stałem się chyba bardziej uważny.”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

Ma swoje mroczne strony, słabości i lęki. Przede wszystkim jest mężczyzną, utalentowanym artystą, który zbliża się do 40-tki. W rozmowie z Magdaleną Żakowską mówi, że dojrzał i pragnie spokoju.

Łukasz Garlicki (ur. 1977) – aktor, reżyser, muzyk. Zagrał m.in. w „Warszawie” Gajewskiego, „1920. Bitwie Warszawskiej” Hoffmana i „Dzień dobry, kocham cię” Zatorskiego.

 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Znamy się ponad 20 lat…

…tańczyliśmy w pierwszej parze na mojej studniówce!

 

Świetnie jeździłeś na deskorolce, znałeś na pamięć wiersze Leśmiana, a w weekendy chodziliśmy do Iluzjonu. Pamiętasz siebie z tamtych czasów

No jasne. I nadal pamiętam sporo Leśmiana.

 

Jakbym ci wtedy powiedziała, że za 20 lat będziesz tańczył w szesnastej edycji „Tańca z gwiazdami”, tobyś mnie wyśmiał. Sama bym w to nie uwierzyła.

Wyobrażałem sobie, że skończę Akademię Teatralną i będę grał samych Hamletów. Film już niekoniecznie. Może się zgodzę, jak mi rolę zaproponuje ktoś taki jak Jarmusch albo Antonioni. Do czego zmierzasz? Że byłem głupi?

 

Zmierzam do tego, że w twoim zawodzie od marzeń i rozbudzanych aspiracji do rzeczywistości jest cholernie daleko.

Tak. Kiedy studiowałem, obowiązywał taki romantyczny mit aktora, który gra tylko w teatrze Szekspira, Becketta, Gombrowicza itd. I to najlepiej wtedy, kiedy ktoś z jego bliskich umiera właśnie w szpitalu. Wpajano nam taki maksymalizm, aktorstwo jako misję niemal religijną, ważniejszą niż wszystko inne w życiu… Ktoś, kto nie daj Boże, przyjmował rolę w telenoweli, był postrzegany jak trędowaty. Potem – na naszych oczach – to się zaczęło zmieniać. Dziś z kolei media kształtują świadomość młodych ludzi i rozbudzają aspiracje do pseudohollywoodzkiego stylu życia. Aktor musi jeździć SUV-em, pić świeżo wyciskane soki, spędzać urlop, uprawiając triatlon, i generalnie być jak spod igły. Oba te mity są równie śmieszne. Po prostu mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Ale w sumie niezależnie od tego, jak się komu droga w tym zawodzie potoczyła, pewien rodzaj rozczarowania musiał przejść. Nawet ci, którym się wiedzie najlepiej.

 

Bo „wiedzie się najlepiej” też oznacza kompromisy…

…i to pewnie większe niż dla tych, którym się nie wiedzie. Ja w każdym razie z chęcią przyjąłbym więcej propozycji kompromisów!

 

„Taniec z gwiazdami” był takim kompromisem?

Na pewno, skoro przyjąłem tę propozycję dopiero za szóstym czy siódmym razem. Stwierdziłem, że trzeba cenić okazje, które nam się w życiu zdarzają. I nie żałuję ani sekundy spędzonej w tym programie. Nic mi to nie odjęło, a zyskałem nowe doświadczenia. Darmowe lekcje tańca z profesjonalistami – czego tu żałować! Od strony kondycyjnej i towarzyskiej to była bardzo fajna sytuacja. I uczciwa, ciężka robota. Siedem dni w tygodniu po 6–8 godzin treningów dziennie. Poza tym z czegoś trzeba żyć. To była po prostu praca. Gdyby chodziło tylko o naukę tańca, to pewnie zapisałbym się na lekcje.

 

To może trochę ulga, że odpadłeś?

Kiedy jeszcze uczestniczyłem w programie, nie chciałem o tym czytać w internecie, śledzić na bieżąco tej całej otoczki, żeby się nie stresować, nie denerwować i skoncentrować się tylko na tańcu. A gdy odpadłem, jak emocje opadły – to poczytałem, pooglądałem. I zobaczyłem, że świat telewizyjnego show to nie jest taki obszar, w którym czułbym się jak ryba w wodzie. Nie jestem przebojowy w taki sposób, żeby się poruszać w takiej formie rozrywki zupełnie swobodnie. Wszedłem na nieznane terytorium, było sympatycznie, ale wystarczy.

 

Uważasz, że można tak łatwo wejść i wyjść?

Myślę, że w moim przypadku tak. Myślę, że ludzie znają mnie na tyle, żeby wiedzieć, że to nie jest tak, że postanowiłem rzucić nagle wszystkie inne zajęcia i zostać celebrytą.

 

I nie zobaczymy cię w drugiej edycji „Celebrity Splash”?

Nie sądzę. Chyba że będę przymierał głodem (śmiech). Wtedy pewnie jakoś sobie decyzję udziału w tym programie zracjonalizuję. Zawsze lubiłem pływać… (śmiech). Zresztą – skoro jurorką jest tam Danuta Stenka, to wszystko może się wydarzyć. Bardzo ją cenię – słucham teraz w radiowej Dwójce, jak czyta „Noce i dnie”. Jest absolutnie wspaniała.

 

Stence obecność w „Celebrity Splash” się upiecze?

Oczywiście. Ona reprezentuje sobą taki poziom, że może sobie pozwolić na wszystko. Zagra zaraz jakąś kolejną wybitną rolę w teatrze. Nie jestem Danutą Stenką, nie mogę sobie na wszystko pozwolić, ale dzięki temu, że ludzie jakoś kojarzą moje role filmowe i teatralne, znają Projekt Warszawiak, że kojarzę się z działaniami alternatywnymi, to też się nie boję, że będę kojarzony głównie z „Tańcem z gwiazdami”. Zresztą świat strasznie teraz pędzi. Mam wrażenie, że ciężko jest w nim przetrwać, jeżeli nie jest się wielozadaniowcem. A ja wielozadaniowcem jestem. Mam spory wachlarz zainteresowań – robię muzykę i śpiewam, miałem niedawno wystawę polaroidów „Dummy”, gram w teatrze i filmie, wyreżyserowałem monodram „Jednocześnie” w Teatrze Studio oraz klipy dla Projektu Warszawiak i Tomka Makowieckiego. Założyłem niedawno nowy zespół – Soulteeth. Gramy muzykę, która towarzyszy mi od zawsze, a ostatnio słucham jej najchętniej – to folk, blues, bossa nova – takie tradycyjne klimaty. Napisałem sam teksty po angielsku, a muzykę skomponowałem wspólnie z Markiem Kempą, gitarzystą Projektu Warszawiak.

 

Jesteś autorem muzyki, tekstów i wykonawcą?

Tak. Niedługo wchodzimy do studia i nagrywamy płytę. Czuję ciężar odpowiedzialności, ale to olbrzymia frajda. Euforia!

 

Projekt Warszawiak to był wielki sukces. Piosenka „Nie ma cwaniaka” ma dziś blisko 5 mln odsłon na YouTube. Nie myślałeś o tym, żeby rzucić aktorstwo i zająć się muzyką na sto procent?

Myślałem, ale szybko się zorientowałem, że muzyka to równie niewdzięczny kawałek chleba jak każdy inny związany z kulturą wysoką w naszym kraju. W Polsce kultury nadal się nie szanuje ani nie docenia. Z muzyki albo jakiejkolwiek działalności kulturotwórczej, która nie jest czystą rozrywką, ciężko się żyje. Twórca jest często traktowany jak śmieć. I dopóki ktoś nie uzna, że może na tym śmieciu zarobić, to nawet się o niego nie potknie. Na twórcach się w Polsce zarabia. Do tego służą. Tradycja postrzegania kultury jako wartości samej w sobie gdzieś nam się zagubiła.

 

To są spostrzeżenia, które dotyczą cię także jako aktora?

Tak. Mimo sporej filmografii ostatnio czuję się aktorsko niewykorzystany. Kompletnie. A mam talent i mam na to dowody w postaci zagranych ról. I uważam, że sobie nie zasłużyłem na to, żeby nie grać. Nie chcę się nad sobą użalać, ale po prostu ostatnio takie mam poczucie. Może wciąż czekam na swój czas? Mówią o mnie „ładny chłopiec”, a ja mam 38 lat! Może moje warunki zewnętrzne nie dojrzały do mojego wnętrza? (Śmiech).

 

Czujesz się dojrzalszy niż role, które grasz?

Tak. Przecież stałem się specjalistą od ról inicjacyjnych, jak je nazywam. Uganiam się za jakimiś dziewczętami i generalnie wszystko zdarza mi się po raz pierwszy w życiu. A ostatnio wsadzono mnie do szufladki: „niby miły, ale łobuz”.

 

Taki trefny narzeczony.

W tym roku zagrałem takich trefnych narzeczonych w dwóch filmach – „Facet niepotrzebny od zaraz” i „Dzień dobry, kocham cię!”.

 

Ale trochę żeś też sobie nagrabił – choćby wystąpieniem na konferencji w Dublinie po pokazie filmu „1920. Bitwa warszawska”. Byłeś podpity, a na jedno z pytań z sali odpowiedziałeś, mówiąc delikatnie, niegrzecznie…

Tak… Nagrabiłem sobie. Chociaż moje słowa cytowano bez kontekstu, w jakim padły. Trochę to wszystko podkręcono, żeby mieć sensacyjkę.

 

Przestraszyłeś się, że po tym incydencie nikt nie zaproponuje ci już roli w poważnym filmie?

Przestraszyłem się, że ludzie zaczną mnie postrzegać jako kogoś, kim nie jestem. I oczywiście żałuję tego wystąpienia. Ale jestem teraz na innym życiowym etapie niż wtedy.

 

To znaczy na jakim?

Skończyłem z imprezowaniem, piciem, używkami. Z używek zostały mi już tylko papierosy.

 

Kiedy skończyłeś?

W październiku zeszłego roku. Jak już wcześniej zauważyliśmy – uprawianie zawodu aktora często się wiąże z frustracją, a to zbliża do kieliszka. A do tego żyjemy w kraju, w którym się pije, prawda? Każda okazja jest dobra. Więc i ja piłem. Jak to mówią na Wschodzie: swoją cysternę wypiłem. Od pewnego czasu przyjaciele radzili mi, żebym trochę przystopował z takim trybem życia, ale jestem jak dziecko – można mi mówić, że czajnik jest gorący, a ja muszę się sparzyć, żeby się o tym przekonać.

 

Sparzyłeś się?

Tak. Poczułem, że przeginam, że moje imprezowanie zaczyna wpływać na to, jak jestem postrzegany zawodowo, że ludzie z branży przestają mi ufać.

 

Długo żyłeś w stanie takiej wiecznej imprezy?

Ciężko powiedzieć, jak długo, bo z tym już tak jest, że łatwo jest powiedzieć, kiedy się skończyło, a ciężko, kiedy się naprawdę zaczęło. Początki zawsze wydają się niewinne. Granica początku jest płynna, granica końca wyraźna. W pewnym momencie po prostu poczułem się tym wszystkim potwornie zmęczony. I mniej kreatywny niż dawniej. A wierzę, że jeśli zmarnuję w życiu szansę na wykorzystanie swojego talentu, to spotka mnie za to kara. I postanowiłem się opamiętać.

 

Można tak z dnia na dzień zmienić życie?

Można. Okazało się to łatwiejsze, niż mi się wydawało. Myślałem, że bardzo ciężko będzie mi zrezygnować z tej wiecznej imprezy, z nocnych wypadów na plac Zbawiciela…

 

…mieszkasz blisko. Jest pokusa.

Dla człowieka, który jest uzależniony, każdy pretekst jest dobry. Znam to. Zresztą teraz też tam wpadam – z tą różnicą, że na herbatę.

 

Sam sobie poradziłeś z nałogiem?

Sam. Nie wierzę, że w takiej sytuacji ktoś może pomóc.

 

Rodzina? Przyjaciele?

Oczywiście, mogą być wsparciem, ale dopiero kiedy się samemu stanie oko w oko z problemem. Trzeba chcieć tej pomocy, a ja jej długo nie chciałem. Bagatelizowałem uwagi przyjaciół. Uciekałem od tego tematu w rozmowach. Prawda jest taka, że nawet jeśli ktoś cię przykuje do kaloryfera – żebyś nie wyszedł na imprezę i się nie schlał – to jeśli chcesz się napić, zawsze znajdziesz na to sposób.

 

Czego się o sobie dowiedziałeś, kiedy wytrzeźwiałeś na dobre?

Że mam w sobie siłę, żeby się zmienić. I to mi dało dodatkową siłę, energię do działania. Kompletnie przestałem się bać przyszłości. Kiedy pijesz, jakiś wyimaginowany lęk towarzyszy ci non stop i nakręca frustrację. Frustracja nakręca chęć zapomnienia, ucieczki w alkohol, a on nakręca lęk. Błędne koło. Jeszcze do niedawna frustrowałem się tym, że nie jestem brytyjskim aktorem – nie gram w londyńskim teatrze i świetnych serialach produkcji BBC. Ogólnie miałem dużo pretensji do świata. Już tego nie mam. Kiedy przestałem się bać, zdałem sobie sprawę, że dużo więcej, niż mi się wydawało, jest w moich własnych rękach. Skoro potrafiłem się zmienić, to uda mi się też w innych sprawach. Dziś nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Wystarczy wyznaczyć sobie cel i cierpliwie do niego dążyć. Teraz tym celem jest dla mnie nowy zespół i płyta.

 

Powiedziałeś mi niedawno, że stałeś się bardziej nieśmiały.

Tak. Alkohol dodaje fałszywej odwagi. Teraz stałem się chyba bardziej uważny. Składniej myślę, także o konsekwencjach własnych działań. To ma dobre i złe strony. Kiedy nie myślisz o konsekwencjach, to stać cię na więcej, ale z drugiej strony – taką odwagę łatwo pomylić z brawurą. No więc stałem się mniej odważny, ale bardziej uważny. I mam wrażenie, że stałem się też bardziej znośny dla innych – bardziej otwarty, serdeczny, pozytywny. To wszystko płynie z tego, że poczułem w sobie tę wewnętrzną siłę. Stąd pewnie też decyzja wzięcia udziału w „Tańcu z gwiazdami”. Pomyślałem sobie „czemu nie”? Nawet łatka, która może do mnie na chwilę przylgnąć, nie jest w stanie na obecnym etapie zrobić mi krzywdy. Zacząłem doceniać swoją wartość.

 

A jakie były reakcje na to, że zatańczysz?

Nawet rodzice byli zdziwieni. A jeden kolega z zawodu spojrzał na mnie z wyraźną wyższością oraz pogardą i powiedział „To przynajmniej będziesz miał kondycję”. Jeszcze półtora roku temu taka uwaga by mnie mocno dotknęła. Teraz już nie.

 

I jak teraz żyjesz?

Spokojniej na zewnątrz, ale dużo intensywniej wewnętrznie. Dużo czytam, słucham muzyki, rysuję, fotografuję, pracuję z zespołem, przygotowuję się do wystawy swoich zdjęć. Gotuję – więcej niż kiedyś. Zresztą sama widzisz – dzisiaj risotto ze szparagami. Sprawia mi to frajdę.

 

Przyjaciół jest mniej, odkąd nie chodzisz na imprezy?

Liczba przyjaciół jest niezmienna. Stali za mną także wtedy, kiedy było mi ciężko. Jest mniej przypadkowych znajomości i sytuacji. Nie brakuje mi tego.

 

Masz poczucie, że zmarnowałeś tym imprezowaniem czas?

Nie. To wszystko mi coś dało. Jest elementem mojej drogi. Takie graniczne doświadczenia dają bagaż doświadczeń.

 

Jest taka opinia, że „dobry aktor musi swoje wypić”.

Ja bym raczej powiedział „przeżyć”. Aktor, artysta w ogóle, musi mieć doświadczenia, z których może czerpać.

 

Stałeś się neofitą?

Nie. Nie jestem w sekcie, nie stosuję cudownych diet ani nie przylepiam japońskich plastrów na stopy. To takie samo kłamstwo jak życie w nałogu. Nadal uważam, że życie to potykanie się i podnoszenie. Że czasem trzeba wskoczyć z zamkniętymi oczami do basenu i sprawdzić na własnej skórze, czy jest w nim woda. W tym sensie raczej się nie zmienię.

 
Rozmowa z Łukaszem Garlickim ukazała się w „Urodzie Życia" 6/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Janusz Józefowicz, Viva! 1/2019
Marta Wojtal

Janusz Józefowicz przyznaje, że nie był gotowy na dzieci 

„Ukradłem to dla mojej córeczki, a ona oszalała ze szczęścia”.
Opracowanie: Marzena Rogalska
04.09.2018

Żeby najstarszej córce wynagrodzić, że wciąż go nie ma, w sklepie z zabawkami w Szwecji ukradł dla niej różową walizeczkę. Był koniec lat 80. O swoim dorastaniu do bycia ojcem dla Kamy, Kuby i Kaliny Janusz Józefowicz opowiedział w rozmowie z Marzeną Rogalską.    Kiedy urodziła się moja pierwsza córka, Kamila, byłem studentem pierwszego roku Szkoły Teatralnej w Warszawie. Przed jej narodzinami przeżywałem trudne chwile, byłem wtedy związany z Teatrem Muzycznym w Chorzowie, wystawialiśmy rewie, musicale... Nagle, w 1981 r., cała idea tego teatru runęła. Razem z Danką, wtedy moją dziewczyną, kompletnie nie wiedzieliśmy, co ze sobą robić. Poczuliśmy się rozczarowani, oszukani. Wszystko rozsypało się jak domek z kart. Dokładnie w takim momencie okazało się, że Danka jest w ciąży. Postanowiliśmy się pobrać, zadzwoniłem szybko do moich rodziców, żeby przyjechali, bo ślub będzie za tydzień. Przez pierwszy rok Danka mieszkała z Kamą w Chorzowie, starałem się jeździć do nich na weekendy, ale różnie to wyglądało. Wybuchł stan wojenny, trzeba było załatwiać zezwolenia na przejazd. A ja w szkole harowałem od rana do nocy. Masakra. Byłem u progu kariery, szukałem swojego miejsca w świecie, a tu rodzina, obowiązki. Kochałem Dankę i Kamilkę, ale bardzo rzadko dawałem im to, czego oczekiwały. Kiedy byliśmy razem, byliśmy szczęśliwi, ale mnie wciąż nie było. A Kamilka rosła tak szybko... Może się usprawiedliwiam, ale pierwsze dziecko to dla wszystkich wyzwanie i przy nim robi się najwięcej błędów. Tak czy owak, wyrzuty sumienia stale kołatały mi się z tyłu głowy. Danka przyjechała z Kamilą do Warszawy. Pracowała w Teatrze Syrena, pomagali nam dziadkowie, rzadkie wakacje spędzaliśmy razem. Gdy Kama miała dziewięć, dziesięć lat, zacząłem wyjeżdżać z nią sam, zabierałem ją na koniec...

Czytaj dalej
Maciej Stuhr
arek markowicz/pap

Maciej Stuhr: „Nie chcę się nikomu podobać”

„Ojciec nauczył mnie odporności na to, co nazywamy sukcesem.”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

„Przestałem być chłopcem, który stara się wszystkim przypodobać. A nawet zacząłem się uśmiechać do myśli, że… nie chcę się podobać nikomu” – mówi Maciej Stuhr w rozmowie z Magdaleną Żakowską. Oglądając film „Ekscentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy” Janusza Majewskiego, myślałam sobie: Stuhr senior będzie z juniora zadowolony. Też tak myślę. Chociaż najbardziej zadowolony byłby nieżyjący już dziadek Tadeusz, ojciec taty. Ten, który nie lubił wyjeżdżać z Krakowa, był strasznie uparty, a krew miał pierwszy raz pobieraną po osiemdziesiątce? Ten właśnie. Akcja „Ekscentryków...” rozgrywa się pod koniec lat 50. – to był jego czas. Miał wtedy tyle lat, co ja teraz. Dużo o nim myślałem, pracując nad tym filmem. Takie spodnie z kantem, które tam mam, mój dziadek nosił do końca życia. Kiedy rozmawialiśmy z Januszem Majewskim o mojej roli, zapytał, czy wiem, co w tamtych czasach znaczyło, że ktoś był chętny. Nie wiedziałem. To był ktoś, kto lubił zabłysnąć, kogo było za dużo, kto chciał za dobrze, potrafił być nachalny, nietaktowny, nadgorliwy. I zakładał, że wszędzie go chcą. „Nasz bohater nie może być chętny” – powiedział mi wtedy Majewski i to też było bardzo a propos dziadka. On był dokładnie na drugim biegunie słowa chętny. Zamknięty w sobie, skierowany do wewnątrz. Nigdy w życiu nie był za granicą, ale potrafiłby narysować plan niejednego europejskiego miasta, bo znał je z literatury. Cały jego świat był w środku. Janusz Majewski jest zresztą podobny… Ty też. Twoja siostra Marianna mówi w „Stuhrmówce”, że „Maciek jest niezwykle zamknięty w sobie. Wielu ludziom wydaje się, że go zna, a nie ma nic bardziej mylnego”. Mam problemy z komunikacją, to pewne. Nauczyłem...

Czytaj dalej
Małgorzata Kożuchowska
Marlena Bielińska

Małgorzata Kożuchowska: „Nie staram się desperacko wszystkich zadowolić. Nie mam w sobie takiej potrzeby"

„W życiu można przegapić wiele rzeczy, ale tych najważniejszych, tych kamieni milowych udało mi się nie przegapić” – mówi Małgorzata Kożuchowska.
Magdalena Felis
29.07.2020

Wydaje się, że tych ważnych wyborów rzeczywiście nie przegapiła. Małgorzata Kożuchowska podkreśla, że w dobrym momencie życia udało jej się założyć rodzinę, urodzić syna. Dzisiaj jest dumną mamą 6-letniego Jana Franciszka Wróblewskiego. Jako aktorka zadebiutowała (i to jak!!!) w kasowej komedii Juliusza Machulskiego „Kiler”. Ale potrafiła też rezygnować, na przykład z roli Hanki Mostowiak w serialu „M jak miłość”, który uczynił ją jedną z najpopularniejszych polskich aktorek. Fani teatru znają ją z ról u Warlikowskiego, Jarockiego, Adamka. Niedługo zobaczymy ją w kolejnym wcieleniu. Właśnie ruszyły zdjęcia do filmu o Edwardzie Gierku – I sekretarzu PZPR, który w latach 70. unowocześnił, ale i niesamowicie zadłużył Polskę. Kożuchowska gra jego żonę – Stanisławę Gierek. W rozmowie z nami Małgorzata Kożuchowska opowiada o swoich życiowych wyborach i o tym, dlaczego dobrze jest wierzyć. Magdalena Felis: Wiesz, co o tobie mówią? Małgorzata Kożuchowska: Mam pewne wyobrażenie. (śmiech) Że jesteś kawalarzem! O! Zgadza się! Lubię się śmiać! Naprawdę? Małgorzata Kożuchowska się wygłupia? Lubię podgrywać, prowokować, podpuszczać, wkręcać ludzi! I potem patrzeć, czy działa, czy się śmieją, czy im dobrze. Od razu lepiej się pracuje! To jest wielka sztuka rozśmieszać ludzi. I spora frajda. Może to też mój sposób na odreagowanie? W końcu uczyłam się tego od mistrzów! Plan filmowy to takie dziwne miejsce, gdzie siedzisz z ekipą, czasem po 13–15 godzin dziennie, odcięta od świata, jak na arce Noego. Grasz scenę, udajesz, że ich wszystkich nie ma, choć stoją 15 centymetrów od twojego nosa. Jak się na to patrzy z boku, to to jest niezły Woody Allen. I niezły klaustrofobiczny thriller psychologiczny!...

Czytaj dalej
Andrzej Nejman
Iza Grzybowska

Andrzej Nejman: „Mam w sobie coś z kowboja – biorę na klatę to, czego boją się inni”

Jak się zmieniło jego życie po „Złotopolskich”?
Magdalena Felis
24.02.2020

Andrzej Nejman był tłumaczem Robina Williamsa i jednym z głównych bohaterów popularnego serialu. Teraz sprawdza się w roli dyrektora warszawskiego Teatru Kwadrat. Magdalena Felis „Uroda Życia”: Myślę sobie, że pan mógłby być kowbojem. Andrzej Nejman: Czemu nie? Jeżdżę konno, bardzo lubię strzelać. Bliski jest mi świat prostych męskich wartości. Mam też taki kowbojski odruch, że biorę na siebie zadania, których inni nie chcą się podjąć, ale ktoś musi. Biorę na klatę i realizuję. Nie umiem gotować i nie dbam o ubranie – to chyba też w stylu kowbojów? Przynajmniej tych z westernów. A do kogo pan strzela? Do tarczy! Nie jestem myśliwym, nawet ryb nie łowię.  A jakie to zadania bierze pan na klatę? Kiedy 10 lat temu Teatr Kwadrat, w  którym pracowałem od 1998 roku, stracił swoją siedzibę i trzeba było przeprowadzić zespół przez to wyzwanie, przyjąłem propozycję zostania dyrektorem. Ryzykując oczywiście całkowitą porażkę. To była sytuacja, kiedy czułem, że nie mogę się od tego zadania wymigać, że ludzie na mnie liczą, że nie spałbym spokojnie, gdybym się stamtąd zabrał i poszukał innej pracy.  Dziś Teatr Kwadrat ma wspaniałą siedzibę i gra przy pełnej sali. Ale to musiało być kontrowersyjne, kiedy pan, 35-latek, stanął na czele kolegów – czasem starszych i z większym dorobkiem.   Na taki przypadek jest nawet odrębny dział nauki o zarządzaniu: co się dzieje, kiedy kierownikiem staje się ktoś, kto był wcześniej szeregowym członkiem zespołu. Ja praktycznie improwizowałem w tej roli, ale ostatecznie ogromna większość zespołu odnalazła się w tym znakomicie. Od lewej: Bartosz Opania, Andrzej Nejman i Michał Lewandowski w „Sztuce” Yasminy Rezy w Teatrze Kwadrat (reżyseria: Marcin Sławiński). A...

Czytaj dalej