Ludzie i wilki: o naszym stosunku do dzikich zwierząt mówi Lars Berge, autor książki „Dobry wilk”
Unsplash

Ludzie i wilki: o naszym stosunku do dzikich zwierząt mówi Lars Berge, autor książki „Dobry wilk”

„Wilk to wilk. To nie jest nasz kumpel. On nie jest ani dobry, ani zły”, mówi Lars Berge, autor książki o wypadku w szwedzkim zoo, w którym osiem wilków zagryzło swoją opiekunkę.
Anna Maziuk
05.07.2020

Ogrody zoologiczne coraz częściej nie są już parkami rozrywki, ale ostoją dla dzikich zwierząt, które z różnych powodów nie poradziłyby sobie na wolności. Jednak to wciąż nie jest reguła. Tymczasem traktowanie zwierząt jako źródła rozrywki może skończyć się i dla nas, i dla nich tragicznie, czego przykładem jest historia, jaka zdarzyła się w szwedzkim Kolmården, największym zoo w Skandynawii, w którym nie dość, że próbowano dzikość oswajać, to jeszcze na niej dobrze zarobić. Turyści mogli wchodzić do wilczej zagrody i „bawić się” z drapieżnikami. Tak było do momentu, kiedy w 2012 roku jedna z pracownic zoo, 30-letnia Karolina, została zagryziona przez wilki, które wykarmiła od szczeniaka. 

Szwedzki dziennikarz Lars Berge postanowił sprawdzić, jak w czasach, kiedy dysponujemy dużą wiedzą o zachowaniach zwierząt i niemal nieograniczonymi możliwościami technologicznymi, doszło do takiej tragedii. Polska premiera książki napisanej po jego dziennikarskim śledztwie niemalże zbiegła się w czasie z akcją ratowania tygrysów w poznańskim zoo i dyskusją o roli tego typu instytucji w Polsce.

Anna Maziuk: Dlaczego zająłeś się sprawą ataku wilków z ogrodu zoologicznego na opiekunkę?
Lars Berge:
W dniu wypadku mówili o tym we wszystkich szwedzkich wiadomościach. Słuchałem radia i usłyszałem, jak dyrektor działu handlowego zoo wyraził smutek i szok w związku z tragedią, ale niemal natychmiast dodał zdanie o konsekwencjach tego zdarzenia dla „marki” wilka, tak jakbyśmy mieli do czynienia z produktem. Uderzyło mnie to. Produktem może być napój gazowany czy płatki śniadaniowe – ale nie zwierzę. Pomyślałem też, że skoro wilk ma swoją markę, to ma też historię założycielską, która uzasadnia jego istnienie, tłumaczy, dlaczego uczyni nasze życie lepszym. Zacząłem zgłębiać historię wilków w Szwecji. 

Czego się dowiedziałeś?
Że w społecznościach wiejskich i rolniczych wilk był zawsze dużym problemem. I to jest zrozumiałe: jeśli twoje przetrwanie zależy od tego, czy twoja krowa albo owca są bezpieczne, to jest oczywiste, że drapieżnik będzie twoim wrogiem. Poza tym przez wieki do podtrzymywania negatywnego wizerunku wilka swoje trzy grosze dorzucał też Kościół. Przedstawiał go jako pomocnika diabła, jego przedstawiciela na ziemi. 

W XX wieku dawne postrzeganie wilków zmieniło się o 180 stopni. Demonizowane, znienawidzone i tępione drapieżniki nagle zmieniły się w przyjazne zwierzęta. Najpierw w 1966 roku zmieniono prawo – wilki zostały objęte ochroną. W tamtym momencie mieliśmy już tylko jednego wilka żyjącego na wolności! Rozpoczęto prowilczą kampanię. 

Poskutkowała?
Po I wojnie światowej, w okresie tak zwanego szwedzkiego państwa dobrobytu, Szwedzi chcieli być nowocześni i postępowi. Chodziło o odcięcie się od czasów, kiedy Szwecja była jednym z najbiedniejszych krajów Europy i kiedy nienawidziliśmy wilków. Opowiedzenie o nich innej historii było więc częścią nowej historii całej Szwecji. Stwierdzenie, że zależy ci na ochronie wilków, było równoznaczne z tym, że masz nowoczesne, proekologiczne poglądy. Kampania odniosła sukces. 

Jaki związek z kampanią miało zoo w Kolmården?
Na początku lat 80. personel zoo wykarmił pierwsze wilcze szczenięta z butelki. Zaczęło się od tego, że 18-letnia uczennica Annika zakradła się z koleżanką do zagrody i nakarmiła dorosłego wilka pasztetem – zwierzak zlizał go z jej ręki. Niedługo później telewizja wyemitowała program pokazujący, że młoda dziewczyna może przewodzić stadu wilków. Potem, pod koniec lat 90., zoo zostało sprzedane prywatnym inwestorom szukającym nowego produktu, na którym mogliby zarobić. Tak się złożyło, że w tym samym czasie jakiś wilk zaczął się pojawiać blisko domostw. Ludzie się go bali. Nowi menedżerowie Kolmården Wildlife Park zaproponowali, że przeprowadzą własną kampanię na rzecz wilków, która miała polegać na zapraszaniu odwiedzających do wilczych zagród. Twierdzili, że ich wilki są zsocjalizowane i przyzwyczajone do człowieka. Przez kolejne lata ta atrakcja, znana jako „Bliski kontakt z wilkiem”, była dostępna dla zwiedzających.

Aż do tragicznego wypadku sprzed ośmiu lat, w którym 30-letnia opiekunka zwierząt, Karolina, straciła życie. Co zawiodło? 
Według założeń właścicieli zoo Karolina miała być kimś w rodzaju wilczej mamy, ale też przywódczyni watahy. Wykarmiła szczeniaki z butelki. Menedżerowie mieli dziwny pomysł, aby pracownicy Kolmården nauczyli się wilczego języka. Karolina słyszała od przełożonych, że powinna zawsze patrzeć wilkowi w oczy, żeby go zdominować, a jeśli to konieczne, ma przycisnąć go do ziemi, żeby pokazać, kto tu rządzi. Po wypadku, w którym zginęła, nikt w Szwecji w ogóle o tych praktykach nie wspominał. Wszyscy powtarzali tylko, że doszło do strasznej tragedii, porównywali ją do niespodziewanego uderzenia pioruna. Mówili, że nikt przecież nie mógł tego przewidzieć. Czekałem, aż jakiś ekspert od przyrody napisze książkę albo chociaż przeprowadzi dziennikarskie śledztwo, które pokaże, jak doszło do śmierci Karoliny. Ale czas płynął i nikt tego nie robił.

Wilk w zoo
Getty Images

To cię przekonało, żeby zrobić to samemu? 
Zadecydowała o tym moja rozmowa z ekspertem prowadzącym wilczy rezerwat Lobo Park w Andaluzji. Pokazałem mu zdjęcia celebrytów fotografujących się z drapieżnikami. Nie mógł uwierzyć, że wpuszczano turystów do trzyletnich, czyli dorosłych wilków. Skomentował to mniej więcej tak: „To jedna z bardziej absurdalnych rzeczy, jakie kiedykolwiek słyszałem”. Wytłumaczył mi, że rzeczywiście do drugiego roku życia wilki trochę przypominają psy, ale po tym czasie albo szukają swojego miejsca w watasze, albo próbują się oddzielać, żeby znaleźć własne terytorium. To bardzo burzliwy czas w wilczym życiu, ekspert porównał go do okresu dojrzewania u ludzi. „Kolejność dziobania” w grupie zmienia się niemal codziennie, trudno powiedzieć, który wilk przewodzi, bo ten nisko postawiony w hierarchii stale próbuje zawalczyć o lepszą pozycję. 
Poza tym w dziczy nigdy nie spotkalibyśmy wilczej rodziny składającej się z ośmiu samców – a tak było w Kolmården. Pamiętajmy też, że poziom agresji zwierząt żyjących w niewoli, na małych przestrzeniach, jest o wiele wyższy niż u tych żyjących dziko. W przyrodzie, jeśli robi się niebezpiecznie, wilki mogą po prostu odejść. 
Dowiedziałem się również, że Karolina w dniu swojej śmierci nie czuła się najlepiej. To znaczy, że wilki miały szansę zająć jej miejsce w hierarchii – więc zrobiły to, co robią z innymi wilkami: zaatakowały. I to jest przecież oczywiste, że samotna kobieta nie była w stanie się obronić przed ośmioma dorosłymi wilkami. Wcześniej czy później to musiało się stać. Nie była to jakaś wilcza konspiracja.

Władze parku chyba przedstawiały to inaczej?
Do postawienia zarzutów menedżerom Kolmården doszło dopiero cztery lata po wypadku. Kiedy zyskałem dostęp do wszystkich materiałów policji – a było tego ponad dwa tysiące stron – byłem w szoku, jak wiele sygnałów ostrzegawczych zignorowano. W ciągu roku przed śmiercią Karoliny doszło do około 20 ataków wilków na odwiedzających, niektórzy mieli tylko drobne zadrapania na rękach, inni poważne pogryzienia. 

Pracownicy Kolmården próbowali naśladować przyrodę, tyle że robili to dość nieudolnie. Stosowali przestarzałe metody oparte na dominacji i karach. 
To, co się tam działo, opierało się na pseudonauce. Opiekunowie próbowali być jak wilki, postępowali tak, a nie inaczej, bo ktoś im powiedział, żeby tak robić, ale nikt tego nie sprawdził, nie ocenił. Jeśli trafiasz do nowego miejsca pracy, w dodatku przy wilkach – co jest postrzegane jako absolutnie cool, bardziej nawet niż opieka nad delfinami – i jeśli ktoś, kto jest dla ciebie autorytetem, każe ci stosować jakieś metody, to nie kwestionujesz tego. 

Twoją książkę można odebrać jako krytykę ogrodów zoologicznych. Wytykasz im arogancję i to, że kosztem zwierząt robią potężny biznes.
Program „Bliski kontakt z wilkiem” był znaczącym źródłem dochodów zoo. To były łatwe pieniądze, wystarczyło mieć wilki i wpuszczać do nich ludzi. W roku, w którym zginęła Karolina, Kolmården odwiedziło osiem tysięcy osób. Mieli tam wtedy dwie wilcze zagrody, co znaczy, że 15-, 20-osobowe grupy odwiedzały wilki dwa albo trzy razy w ciągu dnia! Uczciwie byłoby, gdyby nazwali to cyrkiem albo parkiem rozrywki, ale oni lansowali to jako kampanię informacyjną na temat wilków, przedstawiali jako działanie związane z nauką. Podczas gdy to, co tam robili, nie miało z nią nic wspólnego, bo nie jesteś w stanie prowadzić żadnych wiarygodnych badań nad zwierzętami, które codziennie odwiedza kilkadziesiąt osób. 

Czyli nie miało to nic wspólnego z poprawą wizerunku wilków?
Dla zarządzających to był po prostu biznes. Ale osoby pracujące z wilkami na pewno nie były cyniczne. Ci ludzie czuli, że to, co robią, jest ważne, że ich praca wpływa pozytywnie na postrzeganie wilków. Ponieważ przyświecał im wyższy cel, ignorowali niebezpieczeństwa. Mieli naprawdę osobisty stosunek do wilków. Mówili o nich jak o swoich przyjaciołach. Jeśli któryś z nich był smutny albo miał zły dzień, szedł do wilków, a one zlizywały mu łzy z twarzy. Wyobrażam sobie, że to było niezwykłe, silne doświadczenie. 

Dlaczego nadal chcemy oglądać zwierzęta w zoo?
Kolmården jest takim szwedzkim Disneylandem. Większość Szwedów odwiedziła go chociaż raz w życiu. 
To coś, co robisz z całą rodziną. Zatrzymujesz się w jednym z tamtejszych hoteli, bierzesz udział we wszystkich rozrywkach: jeździsz rollercoasterami, oglądasz musicale z udziałem delfinów i przy okazji oglądasz inne dzikie zwierzęta. To takie wakacje od codziennego życia. Miejsce, do którego możesz uciec i chociaż przez chwilę udawać, że jesteś w innym świecie. Podobnie czujemy się m.in. w centrach handlowych – a współczesne ogrody zoologiczne przypominają centra handlowe o wiele bardziej niż cokolwiek związanego z ochroną przyrody. W Kolmården zacierała się granica między naturą a cywilizacją, przecież ludzie tam „potrafili mówić językiem wilków”. Do tego dochodzi aspekt życia eko. Myślimy, że jak kupimy drogi bilet do zoo, pomożemy wszystkim tym zagrożonym zwierzętom.

Czy ten wypadek znowu pogorszył opinię Szwedów na temat wilków?
Myślę, że tak, szczególnie, że Kolmården pozbyło się swojej atrakcji, jaką było doświadczanie bliskiego kontaktu z wilkami. A po kilku latach wydali oświadczenie, że nie będą już mieli wilków. I wszystkie uśpili. Wilcza zagroda mogłaby przypominać ludziom o tym, co tam zaszło, a to nie przyniosłoby parkowi popularności. 
Debata na temat wilków jest zdominowana przez dwa środowiska, które nie są w stanie się porozumieć. Z jednej strony mamy mieszkających w miastach wegan, którzy blokują polowania, z drugiej – myśliwych z terenów wiejskich, raczej konserwatywnych. Co pewien czas któraś stacja telewizyjna zaprasza eko-
aktywistę i myśliwego, którzy ze sobą walczą. I mamy kolejne show, z którego nic nie wynika. Jestem za tym, żebyśmy dyskusję o wilkach, dzikiej naturze zostawili naukowcom i nie wyobrażali sobie, że wilki są naszymi kumplami. Wilk to wilk. Nie jest ani dobry, ani zły.

mat. prasowe

Książka „Dobry wilk” Larsa Berga rozpoczęła dyskusję na temat naszego stosunku do dzikich zwierząt i przyszłości ogrodów zoologicznych.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Andrzej Kruszewicz
archiwum prywatne

Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo o sekretnym życiu zwierząt

Chociaż Andrzej Kruszewicz jest dyrektorem warszawskiego zoo już od ponad 10 lat, nadal nie nudzi go obserwowanie mieszkających tutaj zwierząt. Z tych obserwacji powstała książka „Sekretne życie zwierząt” – piękny przewodnik po świecie zwierzęcych uczuć i podręcznik dla tych, którzy chcą nie tylko oglądać małpy, słonie i pingwiny, ale też naprawdę je poznać.
Marta Strzelecka
07.06.2020

Miłość jest sprytniejszym sposobem działania od agresji, choćby dlatego, że nie przysparza wrogów. Proste prawda? Jesteśmy ssakami, jednak nie potrafimy przyjąć tej zasady za coś pewnego, tak jak goryle„ – mówi Andrzej G. Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo. Właśnie ukazała się jego książka „Sekretne życie zwierząt”. Marta Strzelecka: To prawda, że zwierzęta w zoo przyglądają się panu ostatnio bardzo uważnie?  Andrzej G. Kruszewicz: Kiedy nie było zwiedzających, były mną zainteresowane bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Może zobaczyły mnie zupełnie na nowo? Ja też miałem więcej czasu, żeby im się przyjrzeć. Więcej też byłó słychać, śpiew ptaków głośniej brzmi.  I co pan dostrzegł?  Małpy na przykład nudzą się bez ludzi, nie mają się z kogo śmiać. Zwykle kręcą się przy ogrodzeniu, przedrzeźniają zwiedzających. A teraz nie widują nikogo poza opiekunami, pracownikami zoo. Dlatego, żeby umilić im życie, chowamy na ich wybiegach różnego rodzaju frykasy, a one szukają. Dostają też od nas plastikowe butelki z kompotem, które zamiast wyrzucać po wypiciu napoju, przynoszą do opiekunów, żeby dostać za to daktyle. Ale wydry na przykład, które bardzo lubią publiczność, nie zmieniły się. Dla nich na pierwszym miejscu zawsze była zabawa i wciąż tak jest. Oglądamy szczęśliwe grupy bawiących się samotnych matek z małymi, bo panowie wydry raczej nie interesują się ani potomstwem, ani ukochanymi. U gibonów zawsze jest ruch, niezależnie od tego, czy ktoś je obserwuje. A ja uwielbiam na nie patrzeć, nie przestaje mnie zadziwiać, jakie są sprawne, jakie potrafią robić wygibasy. Wszystkie zwierzęta w zoo korzystają teraz ze swoich przestrzeni w większym stopniu niż kiedyś. Mieliśmy niedawno kilka porodów, gepardzica urodziła na...

Czytaj dalej
Katarzyna Tubylewicz „Bardzo zimna wiosna”
mat. prasowe

Katarzyna Tubylewicz: „Ofiary przemocy nie są słabe i bezwolne”

Kryminał Katarzyny Tubylewicz, „Bardzo zimna wiosna” pokazuje, że ani teraz Szwecja nie jest rajem, ani nigdy nie była.
Sylwia Niemczyk
21.06.2020

Po świetnie przyjętych „Moralistach. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie” Katarzyna Tubylewicz – polska pisarka i tłumaczka, żyjąca w Szwecji – napisała pierwszy kryminał. „Bardzo zimna wiosna” to historia, w której nie zawsze wiadomo, kto tak naprawdę jest ofiarą, a kto sprawcą przemocy. Bite kobiety i  bezdomni uchodźcy nie zasługują na to, by patrzeć na nich z pobłażliwą wyższością, mówi pisarka – ich siła zasługuje raczej na podziw.  Sylwia Niemczyk: W „Bardzo zimnej wiośnie” opisuje pani mechanizm stawania się ofiarą. Katarzyna Tubylewicz: Ale także proces wychodzenia z tej roli. Chciałam pokazać, że ofiara nie musi być słaba, bezwolna, głupia. W mojej książce Ewa długo wytrzymuje rolę ofiary przemocy domowej właśnie dlatego, że jest silna i jest w stanie znieść bardzo dużo. Poza tym nawet – a może przede wszystkim – silne osoby wstydzą się bycia ofiarą, więc nieraz ukrywają to bardzo długo, nawet przed sobą. Często w naszym patrzeniu na ofiarę kryje się jakaś upokarzająca pobłażliwość wobec niej, poczucie wyższości, przekonanie, że nam nie mogłoby się coś podobnego przytrafić. To samo poczucie wyższości zawiera się w naszym stosunku do uchodźców, o tym też pani pisze. Zależało mi, żeby pokazać, że nie ma czegoś takiego jak jednorodna grupa: „ofiary przemocy” albo właśnie „uchodźcy”, czyli „ofiary historii”. Bardzo brakuje nam uważnego przyjrzenia się konkretnemu człowiekowi, zobaczenia, kim on jest poza tym, że jest uchodźcą czy bitą kobietą. Temat uchodźców znam dobrze, bo zajmowałam się nim, pisząc reportaże i poznałam bardzo różne losy i postawy życiowe uchodźców, różne charaktery. Jak to u ludzi zwykle bywa. W Szwecji tak otwartej i humanitarnej jest...

Czytaj dalej
Andrzej Kruszewicz, Zoo
mat. prasowe

Dyrektor warszawskiego Zoo: „Wszyscy możemy uczyć się od zwierząt szczerości i radości”

Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego Zoo i Ptasiego Azylu namawia nas wszystkich, abyśmy przyglądali się zwierzętom i brali z nich przykład.
Sylwia Niemczyk
11.09.2020

W ich świecie nie ma pozerstwa, histerii, nie ma niczego na pokaz, no, chyba że w okresie tokowania. Za to są: radość, zachwyt, szczere uczucia. Obserwacja zwierząt dała mi bardzo dużo”, mówi dr Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo. Sylwia Niemczyk: Czy to prawda, że pana pierwszą miłością były wróble? Andrzej Kruszewicz: O wróblach napisałem doktorat, ale tak naprawdę moją pierwszą ptasią miłością był kanarek rodziców. Kiedy chcieli mieć mnie z głowy, to stawiali jego klatkę przed moim łóżeczkiem – podobno wlepiałem się w nią jak zahipnotyzowany. Poza kanarkiem pamiętam jeszcze z dzieciństwa makatkę nad łóżkiem: las z ptakami, też mogłem na nią patrzeć godzinami. Jak podrosłem, podglądałem wrony, szpaki, kawki, oczywiście wróble jak najbardziej też, szczególnie że one są bardzo przyjemne do obserwacji: zawsze dużo się u nich dzieje, jest mnóstwo zamieszania, trudno się nudzić. Człowiek nie rozumie, co te wróble właściwie robią, czemu np. samiczki biją samców, ale nawet jak nie rozumiemy, to i tak nie możemy od nich oderwać oczu.  Pamiętam też fascynację pszczołami, trzmielami. Albo wyprawy na obrzeża Białegostoku, gdzie mieszkałem, w poszukiwaniu glinianek z żabami. Jednak ptaki interesowały mnie zawsze najbardziej. W piątej czy szóstej klasie dostałem pierwszą lornetkę – wojskową, używaną, ale wciąż dobrą – i już wtedy wiedziałem, że obserwowanie zwierząt to jest to, co chcę robić w życiu. Poza kanarkiem były jeszcze jakieś inne zwierzaki w domu? Pies, kot? Rybki. Psa i kota nie było, mieszkaliśmy w bardzo małym mieszkanku, rodzice i trójka dzieci. Za to rybki były aż w dwóch akwariach, bo już w drugiej klasie podstawówki wywalczyłem u ojca, że będę miał swoje własne....

Czytaj dalej
Karolina Kuszlewicz , adwokatka zaangażowana w sprawę karpi
Aleksandra Kuszlewicz

Karolina Kuszlewicz: „Gdyby karpie miały głos, ludzie nie skazywaliby na takie męczarnie”

Wreszcie usłyszałam wyrok po mojej myśli i piękne etycznie uzasadnienie sędzi, że nie możemy kwestionować prawa karpi do odczuwania bólu, że ich naturalnym środowiskiem jest woda i poza nią nie wolno ich trzymać. Stałam w todze i płynęły mi łzy...
Aleksandra Pezda
03.12.2020

Same nie mogły się bronić. Nie mają głosu. Niektórzy uważali, że nic nie czuły, nie cierpiały, gdy żywe były pakowane w torby foliowe, bez wody. Mecenas Karolina Kuszlewicz przez sześć lat walczyła o prawo karpi do oddechu. Wygrała. Teraz została rzecznikiem praw wszystkich zwierząt. Długo czekały na kogoś, kto upomni się o ich prawo do życia bez łańcucha, klatki, o prawo do godnej egzystencji. Karolina Kuszlewicz w obronie zwierząt Aleksandra Pezda: Jak zarabia na życie adwokatka zwierząt? Psy i koty nie zapłacą za obronę przed sądem. Karolina Kuszlewicz: Dlatego prowadzę również inne sprawy, klasycznie adwokackie, głównie z  zakresu spraw gospodarczych. A  w  imieniu zwierząt zwracają się do mnie o pomoc organizacje pozarządowe, aktywiści oraz ludzie, których po prostu obchodzi szczególnie los zwierząt. Już w  dzieciństwie byłam na to wrażliwa. Pamiętam wydarzenie, które mi to uświadomiło. Wychowywałam się w Sieradzu, kiedy dzieci jeszcze swobodnie bawiły się na podwórkach, całe dnie spędzaliśmy w  kontakcie z przyrodą. Ale nie podobało mi się, kiedy koleżanki i koledzy zbierali ślimaki, wkładali je do słoików i zabierali do domów. Oczywiście te zwierzęta się męczyły. Mnie to bolało. Na tamtym etapie rozumiałam tyle, że człowiek nie powinien zabierać słabszego zwierzaka z jego środowiska tylko po to, żeby się nim bawić. Kto panią w tym wspierał? Rodzice i babcia, która mnie wychowywała. Dzisiaj babcia ma 78 lat, od zawsze była wegetarianką, co w jej roczniku nie było wcale częste. A przejęła to po swoim ojcu. Też był wegetarianinem, co jeszcze mniej oczywiste, ponieważ był rolnikiem. Rodzinna legenda głosi, że któregoś dnia oświadczył, że nigdy więcej nie zje kurczaków, które hoduje, bo mu...

Czytaj dalej