Agnieszka Smoczyńska: „Im jestem starsza, tym bardziej ufam swojej intuicji”
fot. Zuza Krajewska/ Warsaw Creatives

Agnieszka Smoczyńska: „Im jestem starsza, tym bardziej ufam swojej intuicji”

O swoim pierwszym anglojęzycznym filmie, pracy na planie serialu Netfliksa i o tym, że boi się horrorów, opowiada Agnieszka Smoczyńska, twórczyni m.in. „Córek dancingu” i „Fugi”.
Wika Kwiatkowska
19.05.2020

Agnieszka Smoczyńska nie utożsamia się z tzw. kobiecym kinem, ale podziwia filmy Agnieszki Holland, Jane Campion i Agnès Vardy. Walczy ze szklanym sufitem w branży filmowej, dlatego wzięła udział w milczącym marszu 82 aktorek i reżyserek w Cannes. Zresztą kobiety otaczały ją od dziecka – jej mama ma siedem sióstr. Wierzy w kobiecą intuicję i to, co jej się przyśni...

Wika Kwiatkowska: W „Fudze”, twoim ostatnim filmie, dużą rolę odgrywają senne wspomnienia, wyobrażenia. Sny są dla ciebie ważne?

Agnieszka Smoczyńska: Bardzo, od dziecka. Zawsze je analizowałam. Spisuję je. W domu dużo rozmawiamy o tym, co nam się śni. A w pracy bardzo lubię ten moment, kiedy wchodzę na poziom snu – takiego śnienia filmu. Kiedy ogarniam i buduję film, już nie tylko na poziomie rozumowym, ale też podświadomym. Zwykle to się dzieje tuż przed zdjęciami. Chociaż sam proces uruchamia się we mnie już na etapie researchu do filmu, gdy czytam artykuły, oglądam zdjęcia, określone miejsca. A zamyka się dopiero jakiś rok, dwa po zakończeniu zdjęć. W ogóle różne nieoczywiste, wynikające z naszej podświadomości rzeczy są dla mnie bardzo ważne. 

Myślisz, że łatwiej ci zaufać intuicji, bo jesteś kobietą?

To, co czułam podświadomie, było dla mnie zawsze ważniejsze i bliższe niż to, co wykoncypowałam. Jeżeli nie wiedziałam, błądziłam, pytałam i byłam niepewna, to dlatego, że wiedziałam, że potrzebna jest ta intuicja. Im jestem starsza, tym bardziej jej ufam. I staram się nawiązać z nią głębszy kontakt. Ale jest mnóstwo twórców mężczyzn, którzy ufają intuicji. Mówią o tym, idą za tym, co podświadome. Więc na pewno nie dotyczy to tylko kobiet. Aczkolwiek w moim wypadku intuicja zawsze była bardzo ważna, podążałam za nią. 

Jaki masz stosunek do określenia: kobiece kino?

Nie lubię go, jest bardzo ograniczające, redukcyjne. Bo co to właściwie oznacza? Na przykład tacy reżyserzy jak Antonioni i Bergman – robili kino kobiece czy nie robili? A „Jackie Brown”, z silną bohaterką, jest filmem kobiecym czy nie? Ja osobiście nie utożsamiam się z tym określeniem.

Á propos silnych bohaterek, wyreżyserowałaś ostatnio dwa odcinki serialu Netfliksa „Warrior Nun”, którego bohaterka jest obdarzona supermocami. 

Na fali emancypacji coraz częściej opowiada się nie o mężczyznach, ale o kobietach z supermocami. Myślę, że ta zmiana jest ciekawa. „Warrior Nun”, na podstawie mangi, to trochę science fiction. Akcja dzieje się w walczącym ze złem żeńskim zakonie, który nawiązuje do templariuszy. Plan był w Hiszpanii, to było świetne doświadczenie. Wiele się tam nauczyłam. Miałam szansę pracować z najlepszymi europejskimi fachowcami od efektów specjalnych czy kaskaderskich. Poza tym na planie w Hiszpanii przeżyłam szok: tam 50 procent kobiet pracowało w zawodach, które u nas uważane są za typowo męskie. Takie jak gafer, czyli osoba, która odpowiada za światło i nosi sprzęt oświetleniowy, mikrofoniarz, czyli osoba, która trzyma tyczkę, First AD, czyli właściwie kierownik całego planu. W Hiszpanii parytet działa i świetnie pracuje się w takiej ekipie. Z roku na rok procent kobiet na planie się zmienia, to się czuje i jest to bardzo dobry kierunek.

Kiedy zdawałaś na reżyserię, bałaś się właśnie tego, że nie dostaniesz się ze względu na płeć?

Tak, to była moja jedyna, ale bardzo silna obawa. Wiedziałam, że chcę to robić i że jestem dobrze przygotowana. Ale nie wpisywałam się w typ „męskiej” reżyserki. Miałam dziewczęcą urodę. Chociaż muszę przyznać, że na egzaminach w ogóle nie czułam tego typu uprzedzeń. I w ogóle mój rocznik był pierwszym, w którym było pół na pół kobiet i mężczyzn.

Szklany sufit w kinie 

Ale pewnie w zawodzie zostało potem więcej mężczyzn?

Tak, ale to nie dotyczy tylko reżyserii. Podobnie jest po innych studiach akademickich, takich jak historia sztuki czy kulturoznawstwo, które studiowałam. Pamiętam, jak profesorowie mówili nam: „Takie zdolne studentki, ale potem rezygnują często z tej pasji, bo wciąga je życie, opieka nad dziećmi itp.”. Zresztą gdy kończyłam reżyserię, usłyszałam taką radę od jednego z wykładowców: „Najważniejsze, żebyś nie wyszła za mąż”.

Nie posłuchałaś.

Wtedy już byłam po ślubie! (śmiech) I w ciąży. Starszą córkę karmiłam na planie „Arii Diva”, młodszą na planie „Plebanii”. Jakoś dałam radę. Nie było to łatwe i do tej pory nie jest. Wszystkie moje przyjaciółki, które mają dzieci, muszą jakoś pogodzić macierzyństwo z innymi obowiązkami. Oczywiście w tym zawodzie trudno jest po powrocie do domu po prostu wyłączyć głowę. Ale to dotyczy nie tylko reżyserek. 

Musiałaś udowadniać, że jesteś lepsza niż mężczyźni? Czułaś szklany sufit?

Tak, zwłaszcza na początku, gdy miałam iść do seriali. Słyszałam, że tych trudniejszych czy kryminalnych nie daje się kobietom. I nadal to czuję: wysokobudżetowych projektów kobietom się po prostu nie powierza. Takie są fakty. Oczywiście to się zmienia, ale niestety bardzo powoli. 

Milczący marsz w Cannes

Dwa lata temu w Cannes, przy okazji premiery „Fugi”, brałaś udział w milczącym marszu 82 kobiet aktorek i reżyserek. 

Te 82 osoby symbolizowały liczbę reżyserek obecnych na tym festiwalu filmowym w ciągu 70 lat jego istnienia. W tym samym czasie tego zaszczytu dostąpiło 1866 reżyserów. Porażająca dysproporcja. 

Które filmy, zrobione przez kobiety, są dla ciebie szczególnie ważne?

Na pewno „Kobieta samotna” Agnieszki Holland. Jej „Europa, Europa”, „W ciemności”, w ogóle filmy tej reżyserki. Na nich się wychowałam. Ona jest dla mnie ikoną nie tylko kina polskiego, ale i światowego. „Fortepian” Jane Campion, przepiękny film. I „Stokrotki”, nowofalowy film Věry Chytilovej. Filmy Agnès Vardy. 

Powiedziałaś niedawno, że dopiero teraz, kiedy masz 42 lata, czujesz prawdziwą mądrość płynącą z tego, że jesteś kobietą. Jakiego rodzaju to mądrość?

Już nie mam poczucia winy, nie wstydzę tego, że jestem kobietą, pracując w tak bardzo męskim zawodzie. To się wiąże z akceptacją – siebie, swoich kompleksów, lęków. Ale też swoich zalet. Mam świadomość, że moją mocną stroną jest to, że jestem kobietą. Bo długo uważałam, że w pracy to moja najsłabsza strona. 

W czym widziałaś tę słabość?

Nie lubiłam tego, że byłam postrzegana jako ładna dziewczyna. Jako przedmiot, a nie podmiot. To był dla mnie problem. A teraz nie ma to dla mnie znaczenia.  

Krąg kobiet

Pewność siebie dała ci mama? 

Mama, ale też ojciec. Oni byli kluczowi. Sądzę, że gdybym miała innych rodziców, byłabym bardzo niepewna siebie, co wynika z mojej wrażliwości. A oni dali mi przede wszystkim miłość i akceptację. Mama zawsze uważała, że każdy mój wybór będzie najlepszy. Bo będzie mój. Ojciec uważał, że jestem najmądrzejsza. Czułam ogromne zaufanie z ich strony. Mój brat też to wszystko od nich dostał. 

W dzieciństwie otaczał cię bliski kobiecy krąg: twoja mama miała siedem sióstr.

Tak, sześć rodzonych i siódmą przyrodnią. A one miały swoje córki. Ciotki, kuzynki, ten świat był bardzo nasycony. Te kobiety ciężko pracowały – w knajpach, barach, pensjonatach, na dancingach. Prowadziły własne interesy albo pracowały u siebie nawzajem. Dopiero niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że nie miałam wzorca jednej kobiety, tylko ileś tam wzorców. I zawsze były to kobiety bardzo silne, niezależne finansowo, które się wzajemnie niezwykle wspierały. Ta solidarność między nimi i lojalność wobec siebie były kluczowe. A z drugiej strony miałam ojca i brata, którzy stanowili męską przeciwwagę. Bardzo mnie akceptowali, spędzałam z  nimi mnóstwo czasu przez to, że mama wyjeżdżała do pracy do Szklarskiej Poręby, a my mieszkaliśmy we Wrocławiu. 

Agnieszka Smoczyńska
fot. Zuza Krajewska/ Warsaw Creatives

Zaczęłaś samodzielnie mieszkać w pierwszej klasie liceum, gdy miałaś 15 lat?

Tyle lat ma teraz moja córka i trudno jest mi sobie wyobrazić, że miałaby zamieszkać sama. U nas wynikało to z życiowej sytuacji. Tata zmarł, mama musiała pójść do pracy i została w Szklarskiej. Ja zamieszkałam we Wrocławiu z kuzynką. Wtedy wydawało mi się to normalne, mamie też. Mój mąż również w tym wieku znalazł się w bursie w obcym mieście. Wiele dzieci, które wyjeżdżały z mniejszych miasteczek do większych miast, musiało mieszkać samodzielnie. 

Nie za wcześnie?

Na pewno. Bardzo tęskniłam, ale też musiałam szybko dojrzeć. Zrozumieć, że muszę na sobie polegać, że wszystko zależy ode mnie – co będę robić, w którą stronę pójdę. To był skok na głęboką wodę, ale też bardzo ciekawe doświadczenie.

Odwaga to dla ciebie ważna kategoria?

Bardzo. Rozumiana również jako pokonywanie twórczego i życiowego strachu. Często się czegoś boję, ale staram się robić wszystko, żeby ten strach pokonać. 

„Silent Twins”

Przygotowujesz się do swojego pierwszego anglojęzycznego filmu?

Tak, „Silent Twins” to polsko-brytyjsko-amerykańska produkcja oparta na prawdziwej historii. Jane i Jennifer Gibbons, urodzone w Walii w latach 60. czarnoskóre bliźniaczki, w pewnym momencie przestały się w ogóle komunikować z otoczeniem, stworzyły własny język. Przez to, że były inne – uderzyło mnie to, że były jedynymi niebiałymi dziewczynkami w szkole – zostały odrzucone przez rówieśników. I po to, by nawiązać z nimi i zewnętrznym światem jakiś kontakt, zaczęły pisać opowiadania. 

Ale nie było prostego happy endu, na lata zostały zamknięte w szpitalu psychiatrycznym. Jak trafiłaś na tę niezwykłą historię?

Andrea Seigel, autorka scenariusza, obejrzała w kinie w Stanach moje „Córki dancingu”. I napisała do mnie. Byłam wtedy w trakcie zdjęć do „Fugi”, to było jakieś trzy lata temu. Opowiedziała, o czym jest ta historia. Zafascynowała się nią po przeczytaniu książki Marjorie Wallace, dziennikarki, która świetnie znała June i Jennifer. Gdy tylko dostałam scenariusz, wiedziałam, że bardzo chcę to robić. Od momentu, kiedy zetknęłam się z tą historią, przez cały czas we mnie siedziała. I dziewczyny też. 

Między tymi bliźniaczkami była totalna więź, ale też rywalizacja. June pisała o Jennifer: „Moja siostra. Cień pozbawiający mnie światła słonecznego”. A Jennifer o June: „Jej spostrzeganie było ostrzejsze niż stal, przecinało moje”. 

One się nienawidziły i kochały. Nie mogły żyć bez siebie, ale ze sobą też nie potrafiły. Zdarzają się takie relacje, siostrzane i nie tylko. W ich przypadku było to spotęgowane, jak w soczewce. Autorka książki mówiła mi, że ta więź była naprawdę wyjątkowa. Ale też, że wbrew pozorom to były bardzo normalne dziewczyny, z ogromnym poczuciem humoru i wielką wyobraźnią. 

W naszym filmie siostry zagrają Letitia Wright, znana z „Czarnej Pantery”, i Tamara Lawrence. Bohaterki nie będą identyczne, zależało mi na tym, żeby istotą była ich relacja, a nie to, że jedna jest klonem drugiej.

Znalazłaś już formę dla swojej nowej opowieści?

Mam wiele inspiracji, ale bardzo chcę uniknąć kopiowania. Sama Walia, czyli miejsce akcji, jest dla mnie inspirująca. Wychodzę od określonej atmosfery, krajobrazów, kolorów i chcę zbudować własny, osobny świat. To nie będzie czysty gatunkowo dramat psychologiczny, ale z elementami thrillera i fantasy. Do każdego filmu szukam innej formy, nigdy nie zakładam sobie żadnego zewnętrznego kagańca, jakichś ram. Raczej podążam za bohaterem i historią. Tak było w przypadku „Córek dancingu”, w których bohaterkami były syreny, czyli hybrydy gatunkowe. Przez to, że śpiewały, był to musical. Przez to, że zagryzały ludzi, był to też horror. A w przypadku „Fugi” główna bohaterka cierpiała na fugę dysocjacyjną, czyli zaniki pamięci. Wspomnienia wracały do niej m.in. w snach, co starałam się zwizualizować. I te senne elementy stały się organiczną częścią filmu. Na mój język filmowy wpływają też osoby, z którymi pracuję. Szalenie ważnym partnerem w pracy jest dla mnie Kuba Kijowski, operator. Świetnie się rozumiemy, Kuba ma niesamowitą wrażliwość na obraz, na światło. Jest jeszcze Robert Bolesto – scenarzysta, z którym współpracuję od lat. 

Lubisz bawić się formą horroru?

Bardzo, ale sama nie oglądam horrorów. Ja się ich boję. Na podstawie scenariusza Roberta Bolesto zrobiłam 10-minutowy horror „Kindler and The Virgin”. Jest sekwencją w filmie „The Field Guide to Evil” – „Atlas zła”, do którego stworzenia zaproszono reżyserów z różnych stron świata. Miała powstać antologia grozy na podstawie rodzimych podań ludowych. Nasza sekwencja zrodziła się z mazurskiej legendy o pożeraczu ludzkich serc. Ciekawe było dla mnie to zderzenie z innymi reżyserami, legendami: wyszedł z tego interesujący obraz światowych lęków.

Wyobrażasz sobie, że robisz film, którego bohaterem jest mężczyzna?

Do tej pory wszystkie moje bohaterki – w filmach, etiudach – to były kobiety, które mnie jakoś fascynują. Ale bardzo bym chciała opowiedzieć o mężczyźnie. Tyle że bardziej skomplikowanym niż typowe postrzeganie tego, czym jest męskość. O jakiejś wrażliwej duszy. Mam już coś nawet w głowie. Bo mnie w filmie interesuje wymiar uniwersalny, który może odnosić się do każdej i każdego z nas. Niezależnie od płci.

Twoje bohaterki pytają: kim jestem? Jaka jestem? Czego pragnę? Sama już sobie odpowiedziałaś na te pytania? 

Jeszcze nie. (śmiech) Ciągle je sobie zadaję, ale odpowiedzi jeszcze nie mam. I chyba tak naprawdę nie chcę mieć. Bo wtedy wszystko będzie jasne. Wolę pytać.

W naszej akcji #dziękuję namawiamy do dziękowania innym. Łatwo ci to przychodzi?

Tak. Oczywiście zależy za co. Myślę, że dziękowanie przychodzi mi łatwiej niż przepraszanie. Przyznanie się do winy na pewno jest dla mnie trudniejsze. Być może to wynika z ego. A głębsze dziękowanie jest bardzo ważne, bo to też w pewnym sensie oddanie energii.

Rozmowa z Agnieszką Smoczyńską ukazała się w „Urodzie Życia” 5/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Mat. prasowe Netfliks

Joanna Kulig znów śpiewa i kocha – i znów zachwyca! „The Eddy” już w maju na Netfliksie

Jej głos tak poruszył reżysera Damiena Chazelle'a, że specjalnie dla niej zmienił scenariusz swojego najnowszego dzieła. Joanna Kulig w nowym miniserialu Netfliksa „The Eddy” zachwyca tak samo jak w „Zimnej wojnie”.
Sylwia Arlak
28.04.2020

Po  sukcesie filmu „Whiplash” i „La La Land”, reżyser Damien Chazelle powraca – ale tym razem współtworzone przez niego dzieło trafia na mały ekran. Miniserial „The Eddy” już w maju pojawi się na Netfliksie. W jednej z głównych ról zobaczymy Joannę Kulig.  Akcja „The Eddy” rozgrywa się we współczesnym, wielokulturowym Paryżu.  Eliot Udo (André Holland), kiedyś uznany pianista, dziś jest właścicielem klubu jazzowego The Eddy i menadżerem zespołu prowadzonego przez Polkę, Maję (właśnie w jej roli zobaczymy Joannę Kulig). Reżyser specjalnie dla polskiej aktorki zmienił rolę Mai: pierwotnie bohaterka miała być Amerykanką.  Maja stworzona przez Joannę Kulig może czasami przypominać Zulę z „Zimnej wojny”. Tak samo jest piękna i utalentowana, ale jednocześnie wybuchowa i trudna we współpracy. Mimo talentu zmaga się z depresją i nie widzi sensu życia.  Oprócz pracy Eliota i Maję łączy dawna wielka miłość, dziś jednak ich relacja jest przepełniona głównie złością i żalem. Rozstają się i na nowo schodzą, jak dźwięki w jam session. Najpiękniejsze chwile przeżywają podczas wspólnego tworzenia: muzyka jest ich całym światem i kojącą ucieczką od problemów. A te ostatnie są niemałe – klub jest na skraju bankructwa, poza tym  Eliot odkrywa, że jego wspólnik może być zamieszany w gangsterskie interesy w klubie. Jakby tego było mało, z niespodziewaną wizytą przyjeżdża jego nastoletnia córka, Julie, która także zmaga się ze swoimi tajemnicami, emocjami i problemami. Aby ochronić najbliższych i ocalić klub, Eliot będzie musiał skonfrontować się ze swoją przeszłością. Gwiazdorski zestaw twórców: Chazelle,...

Czytaj dalej
Agnieszka Holland
East News

Holland, Szumowska, Smoczyńska – i wiele więcej! Nasze reżyserki podbijają świat

Są silne, bo musiały się przebić w męskim świecie kina. Dlatego tworzą mocne kino o równie silnych kobietach.
Magdalena Żakowska
29.05.2020

Małgorzata Szumowska to pierwsza polska reżyserka od 15 lat, która zrobiła film w Ameryce. Agnieszka Smoczyńska właśnie kręci w Wielkiej Brytanii.  Agnieszka Holland, chyba najbardziej zapracowana polska reżyserka, która pracowała na wielkich planach filmowych zarówno w Europie, jak i w Ameryce, swój najnowszy film zrobiła w Czechach. Wszystkie trzy mają talent, sławę i wielką siłę przebicia w świecie, ale kobiet w polskim filmie jest dziś znacznie więcej. I nie tylko nareszcie doszły do głosu, ale też – choć statystycznie jest ich mniej niż mężczyzn reżyserów – odnoszą co najmniej równie spektakularne sukcesy, co oni. Polskie reżyserki dzisiaj zabierają głos w kinie: polskim i także tym na światowym poziomie. Agnieszka Holland – królowa polskiego kina dla Apple TV Wiadomo, Agnieszka Holland jest tylko jedna. To królowa polskiego kina i jego największa ambasadorka za granicą. Dorobek Holland jest imponujący, a pracowitość wręcz onieśmiela. Nakręciła ponad 30 filmów i wiele kultowych seriali – od „Prawa ulicy” (ang. „The Wire”), przez „The Killing” i „House of Cards” po „The Affair”. To ona była ostatnim przed Małgorzatą Szumowską polskim reżyserem, który nakręcił film w Ameryce: w 2006 roku premierę miała jej „Kopia mistrza”, biograficzna opowieść o starzejącym się Ludwiku van Beethovenie. W filmach Holland grali najwięksi aktorzy Hollywood: Maggie Smith, Albert Finney, Leonardo DiCaprio, Jennifer Jason Leigh, Jennifer Garner i oczywiście największe gwiazdy polskiego kina. Słynie z tego, że prywatnie jest niezwykle łagodną i ciepłą osobą, ale na planie potrafi zamienić się w potwora. Krzyczy, przeklina, rządzi niepodzielnie. Aktorzy się jej boją, ale zagrać u Holland...

Czytaj dalej
Kamila Rowińska, Kobieta Niezależna
Maciej Zienkiewicz

Kamila Rowińska, autorka bestselleru „Kobieta niezależna” o swojej misji i drodze na szczyt

Negocjowałam z Bogiem, że jeśli da mi czas – zrealizuję marzenia…
Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia”
26.03.2019

Tak. Czuję się kobietą sukcesu. Ale nie pochodzę z rodziny, która zapewniła mi superstart. Część życia spędziłam w domu dziecka. Wiedziałam, że albo sama się o siebie zatroszczę, albo zostanę pociągnięta dalej w dół. Zrozumiałam, że moim zadaniem jest przede wszystkim nie zmarnować życia” – mówi  w rozmowie z Anną Maruszeczko Kamila Rowińska, autorka szkoleń „Kobieta Niezależna” i bestsellerowej książki pod tym samym tytułem. Sukces to pieniądze? Nie tylko. Sukces to realizowanie wszystkich swoich wartości w sposób zrównoważony, na takim poziomie, który nas satysfakcjonuje. Wartości, które są dla mnie kluczowe, to rodzina, rozwój biznesowy, zdrowie, niezależność. Ta równowaga jest pani udziałem czy to jest cel? I jedno, i drugie. Czuję się kobietą sukcesu. Jestem mamą dwójki dzieci, żoną, mam wspaniałych przyjaciół, odnoszę sukcesy biznesowe, a jednocześnie znajduję czas na swoje potrzeby. Nie jest łatwo połączyć tyle życiowych ról, dlatego odbieram to jako sukces.   Długo trzeba było pracować nad tą równowagą życiową? Na początku po 10, 12 godzin. To był stan przejściowy, niezbędny, gdy chce się wejść na kolejny poziom w biznesie. Jednak później, jeśli zachowa się dyscyplinę finansową i zacznie inwestować, można budować karierę w taki sposób, aby nie być jej niewolnikiem. W swoich książkach i na szkoleniach dużo i swobodnie mówi pani o pieniądzach. Wiele kobiet spina się, denerwuje przy temacie pieniędzy, jakby to była wstydliwa rzecz. Przyznawanie się do tego, że pieniądze są dla nas ważne, że lubimy zarabiać, cały czas jest źle odbierane. Można usłyszeć: „Jesteś materialistką”, tak jakby te pieniądze były czymś złym, a przecież są dobre. Po to napisałam...

Czytaj dalej
Jennifer Croft z Olgą Tokarczuk, Uroda Życia
east news

Jennifer Croft, tłumaczka Olgi Tokarczuk, szczerze o książkach noblistki

„Pierwszy raz spotkałyśmy się 10 lat temu w Krakowie, na piwie”.
Sylwia Niemczyk
21.10.2019

Kim ona jest? – zastanawiali się wszyscy, kiedy z Olgą Tokarczuk odbierała literacką nagrodę Bookera, jedną z najważniejszych na świecie. Jennifer Croft przyciągała uwagę nie mniej niż pisarka – w końcu tłumacząc „Biegunów”, stworzyła ich międzynarodowy sukces. „Chodziło mi o to, żeby czytelnicy poznali charakter Olgi, jej otwartość, ciekawość ludzi, empatię” – mówi Marcie Strzeleckiej w „Urodzie Życia”. Marta Strzelecka „Uroda Życia”: Język polski pojawił się w pani życiu przez przypadek? Jennifer Croft:  Zaczęłam uczyć się polskiego na studiach lingwistycznych, rzeczywiście nie planując tego wcześniej. Chodziłam na lekcje rosyjskiego i ktoś podpowiedział mi, żebym zajęła się jeszcze jednym językiem słowiańskim, wybrałam więc polski. Niczego wtedy nie wiedziałam o Polsce, co tylko podsyciło mój zapał. Miałam świetną nauczycielkę. A kiedy zaczęłam czytać w tym języku, z pasją poznawałam wiersze Szymborskiej, teksty Krall, książki Olgi Tokarczuk.  Co zachwyciło panią tak bardzo, że postanowiła tłumaczyć z polskiego? Emocje, które odnajdowałam w tym języku, sposób opisywania rzeczywistości – bardzo mi bliski, ale jednocześnie świeży. Miał w sobie humor, ironię, ciekawość świata. Trzy pierwsze autorki, które poznawałam po polsku, są przecież bardzo różne, a jednak odczytałam z ich tekstów wspólny ton, jakiś rodzaj zachwytu nad światem, czułość, wymieszaną z błyskotliwym humorem, czasem ironią. Ale tak naprawdę jeden wiersz sprawił, że zostałam tłumaczką – „Urodziny” Wisławy Szymborskiej. Poznałam go najpierw w amerykańskim przekładzie, potem przeczytałam tekst o tym, jak powstawała angielskojęzyczna wersja, i uznałam, że to rodzaj magii, żeby w dwóch językach tak...

Czytaj dalej