Leonard Cohen i Marianne Ihlen. Muza od pierwszego wejrzenia
Fot. Aviva Layton

Leonard Cohen i Marianne Ihlen. Muza od pierwszego wejrzenia

Był niewierny i miał obsesję na punkcie kobiet. Ale o miłości do niej nigdy nie zapomniał – kim była Marianne Ihlen, tajemnicza muza Leonarda Cohena, twórcy słynnego „Hallelujah”
Magdalena Żakowska
13.10.2020

Jeśli miłość poznaje się po tym, jak się kończy, to Leonard Cohen i Marianne Ihlen doświadczyli uczucia z najwyższej półki. Krótko przed śmiercią chora na białaczkę Marianne poprosiła ich wspólnego przyjaciela, żeby przekazał Cohenowi, że ona umiera. Chociaż niezmiennie przysyłał jej zaproszenia na wszystkie swoje koncerty, nie widzieli się i nie kontaktowali od wielu lat, nie wiedziała więc, że Cohen też jest śmiertelnie chory.

Jego odpowiedź przyszła natychmiast:

„Najdroższa Marianne, jestem tuż za tobą, dość blisko, by wziąć cię za rękę. Nigdy nie zapomniałem twojej miłości i urody, ale przecież o tym wiesz. Nic więcej nie muszę mówić. Bezpiecznej drogi, stara przyjaciółko. Zobaczymy się nieco dalej. Z wyrazami bezkresnej miłości i wdzięczności – twój Leonard”.

Oboje zmarli wkrótce później, daty ich śmierci dzielą trzy miesiące. Marianne była muzą Cohena w czasach gdy stawał się wielkim bardem. To dla niej napisał m.in. słynną piosenkę „So long Marianne”.

Leonard Cohen: Byłem przejazdem, zostałem na 7 lat

Mówi się, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu. Jeśli tak, to artysta ze swoją muzą dobrze wychodzi tylko w piosenkach, listach i wspomnieniach. Tak było przynajmniej w tym przypadku. Przez większość ich wspólnego życia Marianne była głęboko nieszczęśliwa i samotna. Ale czy muza może być w ogóle szczęśliwa? I właściwie jakie warunki musi spełniać kobieta, żeby zostać muzą artysty? Nie oszukujmy się, musi być piękna. Fajnie, jeśli jest do tego inteligentna. Artyści przez wieki doceniali też w muzach otwartość seksualną, ale nie była ona nigdy obowiązkowa. Zawsze ważne były natomiast opiekuńczość, bezgraniczne oddanie i życiowa mądrość, która w praktyce sprowadzała się do zaradności. Umiejętność utrzymania domu w porządku i zdolności kulinarne są tej zaradności nierozłączną częścią składową.

Co do własnych ambicji i zawodowej kariery – historia pokazała, że jest to rzadko tolerowane. Muza powinna głównie inspirować, zachęcać artystę do pracy, wspierać go w chwilach zwątpienia, depresji i niemocy twórczej.

W przypadku Leonarda Cohena chodziło głównie o kaca i zejścia po narkotykach. Bo trzeba to powiedzieć wprost: Cohen był równie wielkim poetą i pieśniarzem, co skończonym dupkiem w relacjach z kobietami. A szczególnie w relacji z Marianne Ihlen.

Poznali się w 1960 roku na greckiej wyspie Hydra. „Pewnego dnia dostałem wysoką nagrodę za jedną z książek, które napisałem. Niewiele myśląc, spakowałem się i poleciałem do Grecji. Tam wsiadłem na jacht i kilka godzin później zobaczyłem przepiękną wyspę. Wpłynąłem do portu, poznałem dziewczynę i zostałem” – opowiadał Cohen.

Hydra: mekka artystów i hipissów

Piękna, dziewicza wyspa pozbawiona dostępu do cywilizacji. Nie było tam prądu, kanalizacji, turystów. Przybysze bez skrępowania eksperymentowali z LSD, psychotropami i wolną miłością. Sercem bohemy byli państwo Johnstonowie, którzy przyjmowali pod dach swojego domu nowicjuszy, otaczali ich opieką, wprowadzali w artystyczne życie. „Byli starsi od większości z nas i robili to, o czym wszyscy marzyliśmy: zarabiali na życie, pisząc. Pomogli mi się tam zadomowić” – wspominał Cohen.

Kiedy w życiu Marianne pojawił się Leonard Cohen, była jeszcze mężatką. Jej pierwszy mąż, pisarz Axel Jensen, należał podobno do wybuchowych i agresywnych. Leonard obserwował na Hydrze rozpad ich związku. W pewnym sensie uratował jej życie, wyciągnął z depresji po rozwodzie, pomagał w opiece nad jej dwuletnim wówczas synem Axelem Juniorem. Przez kolejne lata był dla Axela ojcem. Marianne tak opisywała pierwsze spotkanie z Cohenem: „Pojechałam na Hydrę dlatego, że uciekałam, nie radziłam sobie z życiem. Leonard też poszukiwał czegoś innego. Pierwszy raz zobaczyłam go, gdy stałam w kolejce w sklepie. Pojawił się w drzwiach podświetlony słońcem, widziałam tylko jego sylwetkę. Powiedział: »Może do nas dołączysz? Siedzimy na zewnątrz«. Pamiętam, że nasze oczy się spotkały. Poczułam to całym ciałem. Naprawdę niesłychane doznanie”.

Ja chuda, bez biustu, on piękny

To, co miało być kilkutygodniową przygodą, przerodziło się w stały związek. Leonard Cohen zamieszkał z Marianne na Hydrze i przez pierwsze kilka lat byli tam naprawdę szczęśliwi. On ćpał, pił i pisał swoją ostatnią powieść „Piękni przegrani”. Ona wzorowo wypełniała rolę muzy. „Pierwsze lata na Hydrze były naprawdę wspaniałe. Siadywaliśmy, leżeliśmy i spacerowaliśmy w promieniach słońca. Słuchaliśmy muzyki, kąpaliśmy się. Graliśmy, piliśmy, dyskutowaliśmy. Kochaliśmy się – wspominała. – Leonard bez przerwy pisał, a ja biegałam, robiłam zakupy i przynosiłam mu jedzenie. Byłam jego grecką muzą, siedziałam mu u stóp, a on był twórcą”.

Dopóki nie spotkała Cohena, nie czuła się atrakcyjną kobietą. „Nie uwierzyłam mu, kiedy nazwał mnie najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widział – mówiła. – Zawsze myślałam, że mam zbyt okrągłą twarz, więc chodziłam ze spuszczoną głową. Uroku dodawało mi pewnie to, że słońce rozjaśniło moje włosy. W Grecji byłam bardzo jasną blondynką. Chudą, prawie bez biustu. Ku mej rozpaczy. A Leonard był piękny”.

Swoją urodą zaczęła się cieszyć dopiero wtedy, kiedy zobaczyła się jego oczami. To on „uczynił” z niej piękną, pewną siebie, świadomą własnej urody kobietę. I nauczył ją kochać życie. „Zanim go poznałam, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Uważałam, że jestem fatalna pod każdym względem. Jako jedyna wśród znajomych artystów nie malowałam, nie pisałam, nie rzeźbiłam. A on sprawił, że czułam się potrzebna”.

To nie literatura, to słowna masturbacja

Chociaż życie na wyspie było bardzo tanie, oszczędności Cohena podzielone na ich trójkę znikały. Szybko stało się jasne, że musi znaleźć nowe źródło dochodu. Zdecydował, że napisze powieść. „Dni upływały nam bardzo zwyczajnie. Wcześnie wstawaliśmy, jedliśmy śniadanie i brałem się do pracy – wspominał. – Marianne przynosiła mi kanapki, chociaż brałem wtedy amfę i kwasy i niewiele jadłem. Tak mijały nam dni. Wyznaczyłem sobie cel: będę pisał trzy strony dziennie”.

„Pięknych przegranych” ukończył w 1966 roku, a chwilę potem powieść ukazała się w jego rodzinnej Kanadzie. Okazała się kompletną klapą. Jeden z krytyków podsumował ją dwomasłowami: „słowna masturbacja”. „Nie zrozumiałam tej książki – mówiła polatach Marianne. – Chyba nikt jej nie zrozumiał. A Leonard kompletnie się wtedy załamał”.

Chociaż nigdy nie powiedział tego głośno, za kryzys twórczy obwiniał także Marianne. Uważał, że na wyspie brakuje mu inspiracji i natchnienia, a słońce zwyczajnie go rozleniwia. Postanowił, że na zawsze rzuci pisanie i zajmie się muzyką. Śpiewał i grał na gitarze od dzieciństwa, zachęcała go do tego matka Masha Cohen, rosyjska Żydówka, która w kręgach montrealskiej wyższej klasy średniej miała opinię ekscentrycznej piękności o anielskim głosie. „Pewnego dnia Leonard oznajmił mi, że część roku będzie od teraz spędzał w Montrealu, by zbliżyć się do prawdziwego życia i znaleźć natchnienie. Nie pytał, czy z nim pojadę, więc zostałam” – wspominała Marianne.

Pierwszą piosenką, którą nagrał w Montrealu, była „Suzanne”. Z dnia na dzień z pisarza grafomana stał się genialnym poetą i pieśniarzem. Kilka tygodni później podpisał kontrakt z Columbią, najpotężniejszą wytwórnią muzyczną tamtych czasów. Kolejne piosenki przyniosły mu sławę, porównania z Bobem Dylanem i uwielbienie pożądających go fanek. Korzystał z tego bez skrupułów. Był poetą kobiet w quasi-depresji. Nosił czarny garnitur, miał poważną minę i śpiewał smutne piosenki o samotności i rozpaczy. Każda upatrywała w nim swojego wybawienia i widziała w sobie wybawienie dla niego. „Miałem obsesję na punkcie kobiet,zdobywania ich. W stopniu znacznie przekraczającym granice rozsądku.

Stało się to dla mnie najważniejsze w życiu. Doprowadziło mnie do szalonych zachowań – wyznał wiele lat później Cohen. – Sam siebie wepchnąłem w rolę z jakiegoś świńskiego filmu. A jak wiemy, świńskie filmy nigdy nie są romantyczne”.

Na Hydrę wracał coraz rzadziej. W zasadzie przeprowadził się na stałe do Montrealu, a Marianne i Axel czekali.„Nasze szczęście skończyło się, kiedy Leonard zaczął śpiewać” – mówiła później Marianne, a do Judy Collins, pierwszej producentki Cohena, wygłosiła podobno wymowne zdanie: „Zrujnowałaś mi życie”.

Chociaż Marianne nie miała złudzeń co do Cohena, wciąż liczyła, że on opamięta się i wróci. Miała zresztą po temu powody. Co kilka tygodni przysyłał jejna Hydrę wzruszający telegram za-adresowany do „Marianne Cohen”, zupełnie jakby byli małżeństwem. I doczekała się. W połowie lat 60., napisał: „Mam dom. Potrzebuję już tylko mojej kobiety i jej syna”. Wsiadła w pierwszy samolot.

Chciałam go zamknąć w klatce

Znajomi Cohena twierdzą, że pożałował tego telegramu już w momencie, w którym go wysyłał. Był zakochany w wyobrażeniu siebie kochającego kobietę, która wiernie na niego czekała, ale to wrażenie działało tylko na odległość. Lata spędzone wspólnie w Montrealu oboje wspominali jako nieszczęśliwe.

„Chciałam go wsadzić do klatki, zamknąć na klucz i go połknąć – wspominała Marianne. – Zresztą wszyscy chcieli go mieć tylko dla siebie. Szalały za nim wszystkie dziewczyny. Strasznie mnie to raniło, zniszczyło. Doprowadziło niemal do samobójstwa. Chciałam umrzeć. Tak to już jest, jak wiążesz się ze zdolnym, przystojnym brunetem…”. Cohen coraz rzadziej zabierał ją ze sobą w trasy koncertowe, znowu czekała, ale tym razem w Montrealu, gdzie nie miała przyjaciół. Czuła się samotna i odtrącona. Wciąż jednak była jego muzą.

Piosenka „So Long, Marianne” oryginalnie nosiła tytuł „Come on, Marianne” i chociaż w założeniu nie miała być piosenką pożegnalną, to okazała się przepowiednią końca. Cohen tak wspominał moment, kiedy zaśpiewał ją Marianne po raz pierwszy: „Powiedziała: »Bardzo się cieszę, że to nie dla mnie napisałeś tę piosenkę«. »Serio?« – zapytałem. A ona: »Moje imię wymawia się Marian-ne, zapomniałeś, że jestem Norweżką«”.

Dużo bardziej czuła się związana z piosenką „Bird on a Wire”, bo uczestniczyła w jej powstawaniu. Na kilka miesięcy wrócili wówczas na Hydrę, gdzie pojawił się właśnie prąd. „Dałam mu gitarę, usiedliśmy przy oknie i zobaczyliśmy ptaki siedzące na drutach wysokiego napięcia – to o nich jest ta piosenka – opowiadała. – W tym samym czasie musiałam podjąć bardzo trudną decyzję. Zdecydowałam, że nie będę miała z Leonardem dziecka”. Ciąże usuwała nie raz. Wiedziała, że Leonard nie chce mieć dzieci, a mogła być przy nim jedynie na jego warunkach. To kolejna cecha muzy, którą spełniała: żyła tak, jak chciał tego on, nie licząc się z własnymi pragnieniami.

Po powrocie do Montrealu ich relacje były już na tyle trudne, że Marianne zdecydowała się usunąć z życia Cohena i w 1968 roku wyjechała do Londynu. Zdecydowała się wtedy na ruch dramatyczny, popełniła być może największy błąd swojego życia: oddała dziewięcioletniego syna do szkoły z internatem. Trudno dziś oceniać jej decyzję, to były inne czasy, a świat w którym się obracała, w niczym nie przypominał dzisiejszego. Faktem jest, że mały Axel nigdy się już po tej traumie nie podniósł. Marianne zamieszkała w squacie, zaangażowała się w ruchy kontestacyjne końca lat 60. – protestowała przeciwko wojnie w Wietnamie, występowała w obronie kobiet i homoseksualistów, związała się z młodą lewicą.

Nawiązała kontakt z dawną znajomą z Hydry, poetką July Felix i… została jej muzą. „To Marianne namówiła mnie do tego, żebym zaczęła pisać teksty i śpiewać. To ona przeprowadziła mnie przez ten trudny moment, kiedy stałam się artystką, w zasadzie wspólnie stworzyłyśmy mój przebój »Windy Morning«. Miała w sobie kobiecą moc i ciepło, była niezwykłą opiekunką i towarzyszką” – wspomina July Felix.

Marianne, jesteś tu?!

Cohen w końcu zatęsknił i napisał kolejny telegram. Przeprowadził się do Nowego Jorku i chciał zacząć wszystko od nowa. Razem z Marianne. Kiedy do niego dołączyła, szybko okazało się, że mieszkał z nią, ale też w hotelu Chelsea, gdzie w tym samym czasie przeżywał intensywny romans z Janis Joplin (o tym jest z kolei piosenka „Chelsea Hotel”). Nawet nie próbował tego ukrywać. Pewnego dnia zabrał Marianne na koncert Janis, ale po koncercie zostawił ją samą i zniknął za sceną. To był początek końca. „Nie miałam już tam co robić. Zdecydowałam się wrócić na Hydrę” – wspominała.

Kiedy wyjechała, Cohen nadal przesyłał jej pieniądze i telegramy. Marianne brała tę chęć podtrzymania relacji za dobrą monetę, traktowała jako kontynuację związku. Ale w tym czasie Cohen miał już inną, Suzanne, która urodziła mu syna Adama. W rzeczywistości utrzymywał dwie rodziny. „Większą część życia spędziłem, uciekając. Choćby nawet wszystko było dobrze, ja uciekałem. Żyłem samolubnie, ale tylko takie życie wydawało mi się wtedy ciekawe. Na pewno sprawiłem tym wiele cierpienia. Przede wszystkim dzieciom. Odchodziłem albo myślałem o tym, żeby odejść” – wyznał później Leonard.

Kiedy się już ostatecznie rozstali, zamroczony narkotykami Cohen wielokrotnie przywoływał Marianne ze sceny. „Napisałem tę piosenkę dla Marianne, mam nadzieję, że tu jest. Marianne, jesteś tu? Mam nadzieję, że jesteś… Marianne?” – mówił ze sceny do tysięcy fanów podczas koncertu na Isle of Wight Festival w 1970 roku. Wysyłał jej telegramy i bilety na wszystkie swoje koncerty, ale przestała na nie reagować. Zrozumiała, że podoba mu się mit o legendarnej muzie, którą przywołuje ze sceny, że świadomie go kreuje, ale nie ma to już związku z nią samą. Suzanne nigdy nie została jego muzą, była za to znacznie bardziej asertywna i zdeterminowana.

Marianne tak wspomina moment,kiedy zrozumiała, że jej związek z Cohenem zakończył się definitywnie: „Pewnego dnia w drzwiach naszego domu na Hydrze stanęli Suzanne i mały Adam. Chłopiec miał tyle lat, ile miał mój syn, kiedy przyjechaliśmy na Hydrę. Suzanne zapytała, kiedy się wyprowadzę, żeby mogła tu zamieszkać. Pamiętam, że widząc ją, poczułam się jakoś troszkę wyższa, troszkę silniejsza, troszkę starsza i troszkę mądrzejsza. Spokojnie spakowałam rzeczy swoje i Axela i odpłynęłam pierwszym statkiem” – opowiadała Marianne.

„Prawda, że Grecja to dobre miejsce / do patrzenia w księżyc? / Można czytać przy jego świetle / Można czytać na tarasie / Można ujrzeć twarz / którą widziałeś w młodości / Wtedy było dobre światło / lampy oliwne i świece / i te małe płomyki na korkach / migoczące na powierzchni oliwy / Nie zapomniałem tego / co kochałem w moim dawnym życiu / To żyje głęboko we mnie / Marianne i dziecko / Dni czułości / To wypełnia mój kręgosłup / i objawia się łzami / Modlę się o serdeczną pamięć / także dla nich / tych bezcennych których odrzuciłem / dla światowej ogłady” – tę piosenkę zatytułowaną „Days of Kindness” napisał na Hydrze w 1985 roku (przekład: Maciej Karpiński).

Marianne wróciła do Oslo, podjęła pracę sekretarki i poznała drugiego męża. Wiodła zwyczajne życie. Tylko co jakiś czas wybierała się na Hydrę odwiedzić przyjaciół.

Tych było zresztą coraz mniej. Większość wróciła z wyspy poraniona i nie podniosła się z tej przygody już nigdy. Niewiele związków przetrwało. W 1968 roku, po dziewięciu latach, Hydrę opuścili Johnstonowie. Rozstali się zaraz po powrocie do rodzinnego kraju. Pan Johnston umarł na gruźlicę. Pani Johnston kilka lat później popełniła samobójstwo, podobnie dwójka z trójki jej dzieci. Trudno się dziwić. Na Hydrze dorastało się szybko. Dzieci były zostawione same sobie. Rodzice zmieniali kochanków, eksperymentowali z narkotykami, a dzieci były tego świadkami. Mały Axel, syn Marianne, przestał mówić w wieku ośmiu lat. Po latach tułaczki po świecie, kilkuletnim pobycie w Kanadzie, szkole z internatem w Anglii i kilku miesiącach w Nowym Jorku trafił do zakładu psychiatrycznego w Oslo, w którym spędził większość swojego dorosłego życia.

Czy Marianne miała świadomość ceny, jaką syn zapłacił za jej styl życia? Czy żałowała swoich wyborów? Nie mówiła o tym nigdy. Przez lata odmawiała wywiadów, chociaż zainteresowanie mediów jej związkiem z Cohenem nie malało, do końca podsycane informacjami o tym, że artysta wciąż wysyła jej bilety na koncerty. Zaproszenie przyjęła tylko raz, kiedy Leonard koncertował w Oslo w 1993 roku. Siedziała w pierwszym rzędzie, nuciła pod nosem jego piosenki i uśmiechała się tajemniczo. Ale nie zjawiła się na after party. Skontaktowała się z Cohenem dopiero na łożu śmierci w lipcu 2016 roku. A wtedy zdarzyło się coś, co sprawiło, że smutna historia ich romansu zmieniła się w legendę, która na zawsze zapisała się na kartach historii. Leonard Cohen, stary chory mężczyzna, przesłał Marianne Ihlen, swojej starej chorej kochance, wiadomość, którą zawsze pragnęła usłyszeć.
 

W tekście wykorzystane zostały wypowiedzi bohaterów filmu „Marianne i Leonard: Słowa miłości”.

***

Materiał ukazał się w „Urodzie Życia” 3/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
East News

Mentor i jego muza: Pedro Alomodovar i Penelope Cruz. Nie istnieliby bez siebie

O swojej relacji mówią, że jest jak związek, tylko bez seksu. On, jeden z najwybitniejszych reżyserów na świecie jest gejem, ona, najpopularniejsza hiszpańska aktorka — szczęśliwą mężatką. A jednak Penelope Cruz i Pedro Almodovar to duet idealny.
Sylwia Arlak
01.07.2020

Ktoś zapytał mnie kiedyś: »Czy ona jest dla ciebie muzą?« — mówił Pedro Almodovar o Penelope Cruzpodczas jednego z wywiadów. – No tak. Jest dla mnie muzą, bo czyni mnie lepszym, niż jestem w rzeczywistości. Myślę, że jestem lepszym reżyserem, bo wierzy, w to, że jestem lepszy. Ta ślepa wiara daje mi dużo siły” — dodał. „Nie, nie” — odpowiedziała siedząca obok niego Cruz, kręcąc głową i uśmiechając się spokojnie. „Wiem dokładnie, jak dobry jesteś”. Czułość, jaką sobie okazują, mogłaby sugerować, że 70-letni Almodovar i 46-letnia Cruz są w sobie zakochani. Tymczasem on nigdy nie ukrywał, że jest gejem, a ona od lat pozostaje w szczęśliwym związku małżeńskim z aktorem Javierem Bardemem. Ich czuła relacja rozpoczęła się, gdy Cruz miała zaledwie 17 lat. Wówczas po raz pierwszy spotkała uznanego już reżysera. Starała się o rolę 35-letniej kobiety w komedii „Kika” (film ujrzał światło dzienne w 1993 roku), ale Almodovar odrzucił jej kandydaturę. Powiedział jej jednak, że zadzwoni za kilka lat. Reżyser, który stworzył Penelope Cruz Zanim Penelope Cruz ujrzała Almodovara na żywo, obejrzała wszystkie filmy, które nakręcił. Dzisiaj śmieje się, że miała na jego punkcie obsesję. Kiedy dowiedziała się, gdzie mieszka, przez jakiś czas wystawała nawet pod jego domem.  To dzięki niemu już w wieku 14 lat wiedziała, że chce zostać aktorką – w jej rodzinie nikt nigdy nic nie miał do czynienia ze sztuką. „Wyszłam z seansu filmu »Zwiąż mnie« i coś mnie tknęło. Zrobiłam sobie długi spacer, pomyślałam, że muszę przynajmniej spróbować zostać aktorką. Chciałam poznać Pedra i podziękować mu za ten film. A także pracować z nim” — wspominała po latach w wywiadzie dla...

Czytaj dalej
East News

Jennifer Lawrence: Buntowniczka, ulubienica Hollywood i dziewczyna z sąsiedztwa

Z jej urodą, milionami i pasmem sukcesów na koncie łatwo mogłaby stać się obiektem drwin i zazdrości. Tymczasem Jennifer Lawrence kibicuje cały świat.
Sylwia Arlak
05.11.2020

Kiedy Jennifer Lawrence odbierała Oscara za rolę w filmie „Poradnik pozytywnego myślenia”, nie mogła uwierzyć we własne szczęście. „Jak to możliwe, że dziewczyna z Kentucky znalazła się w tak zacnym gronie?” — dziwiła się później w jednym z wywiadów. Ale nie obyło się bez wpadki. Unosząc swą bladoróżową kreację od Diora, wchodząc na ostatnie stopnie sceny w Dolby Theatre w Hollywood, gwiazda zaliczyła upadek. „Teraz wstajecie, bo wam głupio, że upadłam. To bardzo zawstydzające” — zwróciła się do uczestników wydarzenia, wywołując salwę śmiechu. I znowu wygrała. Najpierw nauka, potem kariera Nic nie zapowiadało tak wielkiej kariery. Jennifer urodziła się 15 sierpnia 1990 roku, jako jedna z trójki rodzeństwa, w prostej, ale kochającej się rodzinie w Louisville w stanie Kentucky. Matka – Karen, która prowadziła półkolonie, i ojciec – Gary, właściciel firmy budowlanej, nie mieli pojęcia o hollywoodzkim świecie. Ale dziewczynkę od najmłodszych lat ciągnęło na scenę. Grała w przedstawieniach kościelnych i szkolnych musicalach. Jedna z jej najbardziej pamiętnych ról była oparta na opowieściach biblijnych. Wcielając się w prostytutkę z Niniwy, miała zaledwie dziewięć lat. „Inne dziewczyny, które grały w przedstawieniu, w zasadzie stały w miejscu. Ale Jennifer machała tyłkiem i dumnie kroczyła po scenie” — wspominała jej mama w magazynie „The Rolling Stones”, dodając: „Nasi przyjaciele powiedzieli: » Nie wiemy, czy powinniśmy ci pogratulować, czy nie, bo twoje dziecko jest wspaniałą prostytutką « ”. W wieku 14 lat Jennifer przekonała rodziców, żeby zebrali ją do Nowego Jorku na przesłuchania do agencji talentów. Mieli jeden warunek — zanim zacznie grać, najpierw...

Czytaj dalej
Ingmar Bergman z żoną
eastnews

Liv Ullmann i Ingmar Bergman – historia filmowej miłości wielkiego reżysera i jego aktorki

„On jest potworem! Zazdrośnikiem! Tyranem!”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

Gdy tylko Ingmar Bergman ją zobaczył, z miejsca zaproponował jej rolę. Sam nie wiedział jeszcze wtedy, w jakim filmie. Chodziło tylko o to, żeby być bliżej niej. Bergman miał wówczas 46 lat, Ullman 25. To historia 50 lat wspólnego życia. Miłości, rozstania i przyjaźni. Wielki reżyser Ingmar Bergman i jego muza Liv Ullmann – złączeni na zawsze wspólną legendą. Jacob? Tu Liv, jestem w ciąży. – W słuchawce zaległa cisza. – Nie wiem, co robić. – Wróć do domu, będę ojcem dla tego dziecka. Wróciła. Był luty 1966 roku. Z Jacobem byli małżeństwem od pięciu lat. Kochała go, kochała też jego matkę, ciotki, braci. To była jej prawdziwa rodzina – własnego ojca nie pamiętała, umarł, gdy była dzieckiem, z mamą układało się różnie. Jacob czuł, że coś się święci. Liv pracowała przecież ze słynnym Ingmarem Bergmanem, każda jego kolejna aktorka stawała się jego kochanką, wszyscy o tym wiedzieli. Najbliższa przyjaciółka Liv, Bibi Andersson miała z nim romans podczas kręcenia „Siódmej pieczęci” (1957) i „Tam, gdzie rosną poziomki” (1957). Teraz obie grały w jego filmie „Persona” (1966). Na potrzeby zdjęć Bergman wynajął wyspę Farö. Jacob wiedział, jak podekscytowana była Liv, gdy pakowała walizkę. To źle wróżyło. Nie widział jej ponad pół roku, nawet przez sekundę nie pomyślał, że to może być jego dziecko. Kiedy wróciła, pojechali razem do jego matki i Jacob powiedział: „Liv jest w ciąży”. Matka zalała się łzami. Miała czterech synów, traktowała ją jak córkę, marzyła o wnukach. Nie pytała, jak to możliwe, skoro nie widzieli się tyle miesięcy. Nie chciała nic wiedzieć. Była taka szczęśliwa. Liv odetchnęła z ulgą. I właśnie wtedy, gdy wszystko zaczęło się tak dobrze...

Czytaj dalej
East News

Nicole Kidman i Keith Urban: „Spotkanie jej i małżeństwo nie zmieniło mojego życia. Było jego początkiem”

Kiedy się poznali, oboje czuli się bardzo samotni. „Weszliśmy do swojego życia w najlepszym czasie, gdy mogliśmy się na siebie otworzyć” — mówiła Nicole Kidman o relacji ze swoim mężem, Keithem Urbanem.
Sylwia Arlak
25.11.2020

Poznali się w styczniu 2005 roku podczas gali honorującej osiągnięcia australijskich artystów w USA. „Po raz pierwszy spotkaliśmy się na przyjęciu w Los Angeles. Pamiętam, że pomyślałem: »O rany, naprawdę chciałbym ją poznać. Oboje pochodzimy z Australii i jestem pewien, że przeszliśmy podobną drogę«. Kiedy weszła do pokoju, w którym stałem z przyjaciółmi, byłem pod wrażeniem. Przysięgam, że sunęła po pokoju, unosiła się. Nie wiem, jak to zrobiła. To było nie z tego świata. Pomyślałem: »Po prostu idź do niej i przywitaj się« — wspominał słynny muzyk country Keith Urban, dodając: „Zebrałem się na odwagę, by iść i to zrobić. Byłem bardzo zdenerwowany, a ona bardzo miła. Powiedziałem »Miło cię poznać« i odszedłem. Dopiero potem pomyślałem: »Może powinienem powiedzieć coś więcej?«. Wróciłem, przeprosiłem i zaczęliśmy rozmawiać. Zaiskrzyło”. Nicole Kidman w wywiadzie dla Ellen DeGeneres w 2017 roku wspominała: „Podkochiwałam się w nim, a on nie był mną zainteresowany. Tak mi się wtedy wydawało. Po naszym spotkaniu nie dzwonił do mnie przez cztery miesiące”. Kidman i Cruise. To miała być miłość na całe życie Nie dzwonił ze strachu. „Ktoś dał mi kartkę z jej numerem i przez jakiś czas trzymałem ją w kieszeni. Patrzyłem na nią i myślałem: »Jeśli zadzwonię pod ten numer, ona odbierze. Nie wiem, co mam jej powiedzieć« — wspominał w australijskim talk-show Interview w 2018 roku. „Nie byłem w najlepszym miejscu w swoim życiu. Nigdy bym nie pomyślał, że Nicole zobaczy coś w takim facecie, jak ja. Ale w końcu się odważyłem. Zadzwoniłem i zaczęliśmy rozmawiać. Rozmawialiśmy i rozmawialiśmy, i rozmawialiśmy, i rozmawialiśmy. Szło nam świetnie” — dodał. Oboje czuli się bardzo samotni....

Czytaj dalej