Leonard Cohen i Marianne Ihlen. Muza od pierwszego wejrzenia
Fot. Aviva Layton

Leonard Cohen i Marianne Ihlen. Muza od pierwszego wejrzenia

Był niewierny i miał obsesję na punkcie kobiet. Ale o miłości do niej nigdy nie zapomniał – kim była Marianne Ihlen, tajemnicza muza Leonarda Cohena, twórcy słynnego „Hallelujah”
Magdalena Żakowska
13.10.2020

Jeśli miłość poznaje się po tym, jak się kończy, to Leonard Cohen i Marianne Ihlen doświadczyli uczucia z najwyższej półki. Krótko przed śmiercią chora na białaczkę Marianne poprosiła ich wspólnego przyjaciela, żeby przekazał Cohenowi, że ona umiera. Chociaż niezmiennie przysyłał jej zaproszenia na wszystkie swoje koncerty, nie widzieli się i nie kontaktowali od wielu lat, nie wiedziała więc, że Cohen też jest śmiertelnie chory.

Jego odpowiedź przyszła natychmiast:

„Najdroższa Marianne, jestem tuż za tobą, dość blisko, by wziąć cię za rękę. Nigdy nie zapomniałem twojej miłości i urody, ale przecież o tym wiesz. Nic więcej nie muszę mówić. Bezpiecznej drogi, stara przyjaciółko. Zobaczymy się nieco dalej. Z wyrazami bezkresnej miłości i wdzięczności – twój Leonard”.

Oboje zmarli wkrótce później, daty ich śmierci dzielą trzy miesiące. Marianne była muzą Cohena w czasach gdy stawał się wielkim bardem. To dla niej napisał m.in. słynną piosenkę „So long Marianne”.

Leonard Cohen: Byłem przejazdem, zostałem na 7 lat

Mówi się, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu. Jeśli tak, to artysta ze swoją muzą dobrze wychodzi tylko w piosenkach, listach i wspomnieniach. Tak było przynajmniej w tym przypadku. Przez większość ich wspólnego życia Marianne była głęboko nieszczęśliwa i samotna. Ale czy muza może być w ogóle szczęśliwa? I właściwie jakie warunki musi spełniać kobieta, żeby zostać muzą artysty? Nie oszukujmy się, musi być piękna. Fajnie, jeśli jest do tego inteligentna. Artyści przez wieki doceniali też w muzach otwartość seksualną, ale nie była ona nigdy obowiązkowa. Zawsze ważne były natomiast opiekuńczość, bezgraniczne oddanie i życiowa mądrość, która w praktyce sprowadzała się do zaradności. Umiejętność utrzymania domu w porządku i zdolności kulinarne są tej zaradności nierozłączną częścią składową.

Co do własnych ambicji i zawodowej kariery – historia pokazała, że jest to rzadko tolerowane. Muza powinna głównie inspirować, zachęcać artystę do pracy, wspierać go w chwilach zwątpienia, depresji i niemocy twórczej.

W przypadku Leonarda Cohena chodziło głównie o kaca i zejścia po narkotykach. Bo trzeba to powiedzieć wprost: Cohen był równie wielkim poetą i pieśniarzem, co skończonym dupkiem w relacjach z kobietami. A szczególnie w relacji z Marianne Ihlen.

Poznali się w 1960 roku na greckiej wyspie Hydra. „Pewnego dnia dostałem wysoką nagrodę za jedną z książek, które napisałem. Niewiele myśląc, spakowałem się i poleciałem do Grecji. Tam wsiadłem na jacht i kilka godzin później zobaczyłem przepiękną wyspę. Wpłynąłem do portu, poznałem dziewczynę i zostałem” – opowiadał Cohen.

Hydra: mekka artystów i hipissów

Piękna, dziewicza wyspa pozbawiona dostępu do cywilizacji. Nie było tam prądu, kanalizacji, turystów. Przybysze bez skrępowania eksperymentowali z LSD, psychotropami i wolną miłością. Sercem bohemy byli państwo Johnstonowie, którzy przyjmowali pod dach swojego domu nowicjuszy, otaczali ich opieką, wprowadzali w artystyczne życie. „Byli starsi od większości z nas i robili to, o czym wszyscy marzyliśmy: zarabiali na życie, pisząc. Pomogli mi się tam zadomowić” – wspominał Cohen.

Kiedy w życiu Marianne pojawił się Leonard Cohen, była jeszcze mężatką. Jej pierwszy mąż, pisarz Axel Jensen, należał podobno do wybuchowych i agresywnych. Leonard obserwował na Hydrze rozpad ich związku. W pewnym sensie uratował jej życie, wyciągnął z depresji po rozwodzie, pomagał w opiece nad jej dwuletnim wówczas synem Axelem Juniorem. Przez kolejne lata był dla Axela ojcem. Marianne tak opisywała pierwsze spotkanie z Cohenem: „Pojechałam na Hydrę dlatego, że uciekałam, nie radziłam sobie z życiem. Leonard też poszukiwał czegoś innego. Pierwszy raz zobaczyłam go, gdy stałam w kolejce w sklepie. Pojawił się w drzwiach podświetlony słońcem, widziałam tylko jego sylwetkę. Powiedział: »Może do nas dołączysz? Siedzimy na zewnątrz«. Pamiętam, że nasze oczy się spotkały. Poczułam to całym ciałem. Naprawdę niesłychane doznanie”.

Ja chuda, bez biustu, on piękny

To, co miało być kilkutygodniową przygodą, przerodziło się w stały związek. Leonard Cohen zamieszkał z Marianne na Hydrze i przez pierwsze kilka lat byli tam naprawdę szczęśliwi. On ćpał, pił i pisał swoją ostatnią powieść „Piękni przegrani”. Ona wzorowo wypełniała rolę muzy. „Pierwsze lata na Hydrze były naprawdę wspaniałe. Siadywaliśmy, leżeliśmy i spacerowaliśmy w promieniach słońca. Słuchaliśmy muzyki, kąpaliśmy się. Graliśmy, piliśmy, dyskutowaliśmy. Kochaliśmy się – wspominała. – Leonard bez przerwy pisał, a ja biegałam, robiłam zakupy i przynosiłam mu jedzenie. Byłam jego grecką muzą, siedziałam mu u stóp, a on był twórcą”.

Dopóki nie spotkała Cohena, nie czuła się atrakcyjną kobietą. „Nie uwierzyłam mu, kiedy nazwał mnie najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widział – mówiła. – Zawsze myślałam, że mam zbyt okrągłą twarz, więc chodziłam ze spuszczoną głową. Uroku dodawało mi pewnie to, że słońce rozjaśniło moje włosy. W Grecji byłam bardzo jasną blondynką. Chudą, prawie bez biustu. Ku mej rozpaczy. A Leonard był piękny”.

Swoją urodą zaczęła się cieszyć dopiero wtedy, kiedy zobaczyła się jego oczami. To on „uczynił” z niej piękną, pewną siebie, świadomą własnej urody kobietę. I nauczył ją kochać życie. „Zanim go poznałam, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Uważałam, że jestem fatalna pod każdym względem. Jako jedyna wśród znajomych artystów nie malowałam, nie pisałam, nie rzeźbiłam. A on sprawił, że czułam się potrzebna”.

To nie literatura, to słowna masturbacja

Chociaż życie na wyspie było bardzo tanie, oszczędności Cohena podzielone na ich trójkę znikały. Szybko stało się jasne, że musi znaleźć nowe źródło dochodu. Zdecydował, że napisze powieść. „Dni upływały nam bardzo zwyczajnie. Wcześnie wstawaliśmy, jedliśmy śniadanie i brałem się do pracy – wspominał. – Marianne przynosiła mi kanapki, chociaż brałem wtedy amfę i kwasy i niewiele jadłem. Tak mijały nam dni. Wyznaczyłem sobie cel: będę pisał trzy strony dziennie”.

„Pięknych przegranych” ukończył w 1966 roku, a chwilę potem powieść ukazała się w jego rodzinnej Kanadzie. Okazała się kompletną klapą. Jeden z krytyków podsumował ją dwomasłowami: „słowna masturbacja”. „Nie zrozumiałam tej książki – mówiła polatach Marianne. – Chyba nikt jej nie zrozumiał. A Leonard kompletnie się wtedy załamał”.

Chociaż nigdy nie powiedział tego głośno, za kryzys twórczy obwiniał także Marianne. Uważał, że na wyspie brakuje mu inspiracji i natchnienia, a słońce zwyczajnie go rozleniwia. Postanowił, że na zawsze rzuci pisanie i zajmie się muzyką. Śpiewał i grał na gitarze od dzieciństwa, zachęcała go do tego matka Masha Cohen, rosyjska Żydówka, która w kręgach montrealskiej wyższej klasy średniej miała opinię ekscentrycznej piękności o anielskim głosie. „Pewnego dnia Leonard oznajmił mi, że część roku będzie od teraz spędzał w Montrealu, by zbliżyć się do prawdziwego życia i znaleźć natchnienie. Nie pytał, czy z nim pojadę, więc zostałam” – wspominała Marianne.

Pierwszą piosenką, którą nagrał w Montrealu, była „Suzanne”. Z dnia na dzień z pisarza grafomana stał się genialnym poetą i pieśniarzem. Kilka tygodni później podpisał kontrakt z Columbią, najpotężniejszą wytwórnią muzyczną tamtych czasów. Kolejne piosenki przyniosły mu sławę, porównania z Bobem Dylanem i uwielbienie pożądających go fanek. Korzystał z tego bez skrupułów. Był poetą kobiet w quasi-depresji. Nosił czarny garnitur, miał poważną minę i śpiewał smutne piosenki o samotności i rozpaczy. Każda upatrywała w nim swojego wybawienia i widziała w sobie wybawienie dla niego. „Miałem obsesję na punkcie kobiet,zdobywania ich. W stopniu znacznie przekraczającym granice rozsądku.

Stało się to dla mnie najważniejsze w życiu. Doprowadziło mnie do szalonych zachowań – wyznał wiele lat później Cohen. – Sam siebie wepchnąłem w rolę z jakiegoś świńskiego filmu. A jak wiemy, świńskie filmy nigdy nie są romantyczne”.

Na Hydrę wracał coraz rzadziej. W zasadzie przeprowadził się na stałe do Montrealu, a Marianne i Axel czekali.„Nasze szczęście skończyło się, kiedy Leonard zaczął śpiewać” – mówiła później Marianne, a do Judy Collins, pierwszej producentki Cohena, wygłosiła podobno wymowne zdanie: „Zrujnowałaś mi życie”.

Chociaż Marianne nie miała złudzeń co do Cohena, wciąż liczyła, że on opamięta się i wróci. Miała zresztą po temu powody. Co kilka tygodni przysyłał jejna Hydrę wzruszający telegram za-adresowany do „Marianne Cohen”, zupełnie jakby byli małżeństwem. I doczekała się. W połowie lat 60., napisał: „Mam dom. Potrzebuję już tylko mojej kobiety i jej syna”. Wsiadła w pierwszy samolot.

Chciałam go zamknąć w klatce

Znajomi Cohena twierdzą, że pożałował tego telegramu już w momencie, w którym go wysyłał. Był zakochany w wyobrażeniu siebie kochającego kobietę, która wiernie na niego czekała, ale to wrażenie działało tylko na odległość. Lata spędzone wspólnie w Montrealu oboje wspominali jako nieszczęśliwe.

„Chciałam go wsadzić do klatki, zamknąć na klucz i go połknąć – wspominała Marianne. – Zresztą wszyscy chcieli go mieć tylko dla siebie. Szalały za nim wszystkie dziewczyny. Strasznie mnie to raniło, zniszczyło. Doprowadziło niemal do samobójstwa. Chciałam umrzeć. Tak to już jest, jak wiążesz się ze zdolnym, przystojnym brunetem…”. Cohen coraz rzadziej zabierał ją ze sobą w trasy koncertowe, znowu czekała, ale tym razem w Montrealu, gdzie nie miała przyjaciół. Czuła się samotna i odtrącona. Wciąż jednak była jego muzą.

Piosenka „So Long, Marianne” oryginalnie nosiła tytuł „Come on, Marianne” i chociaż w założeniu nie miała być piosenką pożegnalną, to okazała się przepowiednią końca. Cohen tak wspominał moment, kiedy zaśpiewał ją Marianne po raz pierwszy: „Powiedziała: »Bardzo się cieszę, że to nie dla mnie napisałeś tę piosenkę«. »Serio?« – zapytałem. A ona: »Moje imię wymawia się Marian-ne, zapomniałeś, że jestem Norweżką«”.

Dużo bardziej czuła się związana z piosenką „Bird on a Wire”, bo uczestniczyła w jej powstawaniu. Na kilka miesięcy wrócili wówczas na Hydrę, gdzie pojawił się właśnie prąd. „Dałam mu gitarę, usiedliśmy przy oknie i zobaczyliśmy ptaki siedzące na drutach wysokiego napięcia – to o nich jest ta piosenka – opowiadała. – W tym samym czasie musiałam podjąć bardzo trudną decyzję. Zdecydowałam, że nie będę miała z Leonardem dziecka”. Ciąże usuwała nie raz. Wiedziała, że Leonard nie chce mieć dzieci, a mogła być przy nim jedynie na jego warunkach. To kolejna cecha muzy, którą spełniała: żyła tak, jak chciał tego on, nie licząc się z własnymi pragnieniami.

Po powrocie do Montrealu ich relacje były już na tyle trudne, że Marianne zdecydowała się usunąć z życia Cohena i w 1968 roku wyjechała do Londynu. Zdecydowała się wtedy na ruch dramatyczny, popełniła być może największy błąd swojego życia: oddała dziewięcioletniego syna do szkoły z internatem. Trudno dziś oceniać jej decyzję, to były inne czasy, a świat w którym się obracała, w niczym nie przypominał dzisiejszego. Faktem jest, że mały Axel nigdy się już po tej traumie nie podniósł. Marianne zamieszkała w squacie, zaangażowała się w ruchy kontestacyjne końca lat 60. – protestowała przeciwko wojnie w Wietnamie, występowała w obronie kobiet i homoseksualistów, związała się z młodą lewicą.

Nawiązała kontakt z dawną znajomą z Hydry, poetką July Felix i… została jej muzą. „To Marianne namówiła mnie do tego, żebym zaczęła pisać teksty i śpiewać. To ona przeprowadziła mnie przez ten trudny moment, kiedy stałam się artystką, w zasadzie wspólnie stworzyłyśmy mój przebój »Windy Morning«. Miała w sobie kobiecą moc i ciepło, była niezwykłą opiekunką i towarzyszką” – wspomina July Felix.

Marianne, jesteś tu?!

Cohen w końcu zatęsknił i napisał kolejny telegram. Przeprowadził się do Nowego Jorku i chciał zacząć wszystko od nowa. Razem z Marianne. Kiedy do niego dołączyła, szybko okazało się, że mieszkał z nią, ale też w hotelu Chelsea, gdzie w tym samym czasie przeżywał intensywny romans z Janis Joplin (o tym jest z kolei piosenka „Chelsea Hotel”). Nawet nie próbował tego ukrywać. Pewnego dnia zabrał Marianne na koncert Janis, ale po koncercie zostawił ją samą i zniknął za sceną. To był początek końca. „Nie miałam już tam co robić. Zdecydowałam się wrócić na Hydrę” – wspominała.

Kiedy wyjechała, Cohen nadal przesyłał jej pieniądze i telegramy. Marianne brała tę chęć podtrzymania relacji za dobrą monetę, traktowała jako kontynuację związku. Ale w tym czasie Cohen miał już inną, Suzanne, która urodziła mu syna Adama. W rzeczywistości utrzymywał dwie rodziny. „Większą część życia spędziłem, uciekając. Choćby nawet wszystko było dobrze, ja uciekałem. Żyłem samolubnie, ale tylko takie życie wydawało mi się wtedy ciekawe. Na pewno sprawiłem tym wiele cierpienia. Przede wszystkim dzieciom. Odchodziłem albo myślałem o tym, żeby odejść” – wyznał później Leonard.

Kiedy się już ostatecznie rozstali, zamroczony narkotykami Cohen wielokrotnie przywoływał Marianne ze sceny. „Napisałem tę piosenkę dla Marianne, mam nadzieję, że tu jest. Marianne, jesteś tu? Mam nadzieję, że jesteś… Marianne?” – mówił ze sceny do tysięcy fanów podczas koncertu na Isle of Wight Festival w 1970 roku. Wysyłał jej telegramy i bilety na wszystkie swoje koncerty, ale przestała na nie reagować. Zrozumiała, że podoba mu się mit o legendarnej muzie, którą przywołuje ze sceny, że świadomie go kreuje, ale nie ma to już związku z nią samą. Suzanne nigdy nie została jego muzą, była za to znacznie bardziej asertywna i zdeterminowana.

Marianne tak wspomina moment,kiedy zrozumiała, że jej związek z Cohenem zakończył się definitywnie: „Pewnego dnia w drzwiach naszego domu na Hydrze stanęli Suzanne i mały Adam. Chłopiec miał tyle lat, ile miał mój syn, kiedy przyjechaliśmy na Hydrę. Suzanne zapytała, kiedy się wyprowadzę, żeby mogła tu zamieszkać. Pamiętam, że widząc ją, poczułam się jakoś troszkę wyższa, troszkę silniejsza, troszkę starsza i troszkę mądrzejsza. Spokojnie spakowałam rzeczy swoje i Axela i odpłynęłam pierwszym statkiem” – opowiadała Marianne.

„Prawda, że Grecja to dobre miejsce / do patrzenia w księżyc? / Można czytać przy jego świetle / Można czytać na tarasie / Można ujrzeć twarz / którą widziałeś w młodości / Wtedy było dobre światło / lampy oliwne i świece / i te małe płomyki na korkach / migoczące na powierzchni oliwy / Nie zapomniałem tego / co kochałem w moim dawnym życiu / To żyje głęboko we mnie / Marianne i dziecko / Dni czułości / To wypełnia mój kręgosłup / i objawia się łzami / Modlę się o serdeczną pamięć / także dla nich / tych bezcennych których odrzuciłem / dla światowej ogłady” – tę piosenkę zatytułowaną „Days of Kindness” napisał na Hydrze w 1985 roku (przekład: Maciej Karpiński).

Marianne wróciła do Oslo, podjęła pracę sekretarki i poznała drugiego męża. Wiodła zwyczajne życie. Tylko co jakiś czas wybierała się na Hydrę odwiedzić przyjaciół.

Tych było zresztą coraz mniej. Większość wróciła z wyspy poraniona i nie podniosła się z tej przygody już nigdy. Niewiele związków przetrwało. W 1968 roku, po dziewięciu latach, Hydrę opuścili Johnstonowie. Rozstali się zaraz po powrocie do rodzinnego kraju. Pan Johnston umarł na gruźlicę. Pani Johnston kilka lat później popełniła samobójstwo, podobnie dwójka z trójki jej dzieci. Trudno się dziwić. Na Hydrze dorastało się szybko. Dzieci były zostawione same sobie. Rodzice zmieniali kochanków, eksperymentowali z narkotykami, a dzieci były tego świadkami. Mały Axel, syn Marianne, przestał mówić w wieku ośmiu lat. Po latach tułaczki po świecie, kilkuletnim pobycie w Kanadzie, szkole z internatem w Anglii i kilku miesiącach w Nowym Jorku trafił do zakładu psychiatrycznego w Oslo, w którym spędził większość swojego dorosłego życia.

Czy Marianne miała świadomość ceny, jaką syn zapłacił za jej styl życia? Czy żałowała swoich wyborów? Nie mówiła o tym nigdy. Przez lata odmawiała wywiadów, chociaż zainteresowanie mediów jej związkiem z Cohenem nie malało, do końca podsycane informacjami o tym, że artysta wciąż wysyła jej bilety na koncerty. Zaproszenie przyjęła tylko raz, kiedy Leonard koncertował w Oslo w 1993 roku. Siedziała w pierwszym rzędzie, nuciła pod nosem jego piosenki i uśmiechała się tajemniczo. Ale nie zjawiła się na after party. Skontaktowała się z Cohenem dopiero na łożu śmierci w lipcu 2016 roku. A wtedy zdarzyło się coś, co sprawiło, że smutna historia ich romansu zmieniła się w legendę, która na zawsze zapisała się na kartach historii. Leonard Cohen, stary chory mężczyzna, przesłał Marianne Ihlen, swojej starej chorej kochance, wiadomość, którą zawsze pragnęła usłyszeć.
 

W tekście wykorzystane zostały wypowiedzi bohaterów filmu „Marianne i Leonard: Słowa miłości”.

***

Materiał ukazał się w „Urodzie Życia” 3/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
benigni
Fot. east news

Roberto Benigni: Życie naprawdę jest piękne – wywiad 

Słynny aktor Roberto Benigni opowiada nam o swojej włoskiej rodzinie, zachwycie nad życiem i o tym dlaczego jest przekonany, że pieniądze szczęścia nie dają.
Artur Zaborski
08.10.2020

Najsłynniejszy Włoch w Hollywood, z którym pracować chcieli Francis Ford Coppola i Elizabeth Taylor. Ale laureat Oscara Roberto Benigni zamiast biegać za rolami, wybrał karierę na własnych warunkach. Pracuje wtedy, gdy scenariusz ma do zaoferowania przejmującą historię albo wartościowy przekaz. Uznał, że nowa ekranizacja słynnej baśni „Pinokio” ma jedno i drugie. Benigni zagrał w nim Geppetta, ojca, dla którego syn jest sensem życia. Jak się okazuje, ma z tą postacią znacznie więcej wspólnego! Artur Zaborski: Czy człowiek tak ekspresyjny jak pan potrafi chociaż przez 10 minut się nie ruszać? Roberto Benigni: Żaden Włoch by tyle nie wytrzymał! (śmiech) Wiele osób uważa, że jestem wręcz szalony, bo cały czas wymachuję rękami, przestępuję z nogi na nogę, drapię się, zakasuję rękawy albo podskakuję. Mam problem, żeby ustać w miejscu, bo roznosi mnie energia. Ale spokojnie, to nie jest oznaka szaleństwa, tylko żywiołowości. A jak powiedział kiedyś poeta, żywiołowość jest pięknem. Inny poeta twierdził, że piękno to jednak święty spokój. U mnie ruch, dynamika biorą się z entuzjazmu wobec życia. Kocham swoje życie i chcę z niego czerpać jak najwięcej. Stąd moja potrzeba nieustannego przemieszczania się, pośpiechu, reakcji. Nie potrafię biernie stać i patrzeć na to, co dookoła mnie. Jak opanować taki żywioł jak pan? Matteo Garrone, reżyser „Pinokia”, nie miał z tym najmniejszego problemu. Kiedy zaproponował mi rolę Geppetta, wyobraziłem sobie bohatera jako osobę żartobliwą, która reaguje uśmiechem, czasami nawet ironią na to, co ją spotyka. Matteo nie chciał iść w tę stronę. Zależało mu na odmalowaniu bohatera jako ojca, który jest przepełniony miłością do dziecka wyrzeźbionego z kłody drewna. W jego wyobraźni tragizm Geppetta zawierał się w bezbrzeżnej...

Czytaj dalej
Pexels.com

Związek z narcyzem zostawia rany – zobacz, co to zespół stresu ponarcystycznego

Broń się albo uciekaj. Szkodliwe działania narcyza mogą odbijać się na naszym zdrowiu jeszcze długo po zakończonej relacji.
Sylwia Arlak
01.10.2020

Życie z narcyzem łatwo może przerodzić się w codzienny koszmar. Kontroluje ofiarę, wmawia jej, że to ona jest winna, że do niczego się nie nadaje i że ma tylko jego. Zrobi wszystko, żeby osiągnąć swój cel. Nic dziwnego, że tak często znajomość z nim kończy się PNSD (Post Narcissist Stress Disorder), czyli zespołem stresu ponarcystycznego. Co to jest zespół stresu narcystycznego? Związek z osobą narcystyczną nie jest obojętny dla psychiki drugiej osoby. O PNSD mówimy, gdy już po rozstaniu, czujesz się bezradna, masz napady złości, lęku, a nawet możesz cierpieć na depresję. Obolała po związku z narcyzem kobieta ma duże problemy z poczuciem własnej wartości, przez co może unikać innych ludzi, może mieć problemy z zasypianiem. Staje się nieufna i może mieć duże problemy ze znalezieniem nowego partnera. Po zakończeniu związku może być jej bardzo trudno wrócić do normalnego życia. Kiedy poczuje na ulicy zapach perfum byłego partnera, albo usłyszy w radio jego ulubioną piosenkę, może natychmiast wrócić do trudnych wspomnień. Przez długi czas może nie być w stanie myśleć o niczym innym. Może też podświadomie unikać miejsc, ludzi i rzeczy związanych z narcyzem, a nawet emocji. I wreszcie — może czuć się winny, że jego związek się skończył. Podobny stres odczuwają np. ofiary wypadków bądź innych traumatycznych wydarzeń. Czytaj też:  Związek z narcyzem jest jak tango: namiętny, ale wyczerpuje siły Czy da się żyć z narcyzem? Jeśli nie potrafisz opuścić narcyza, naucz się z nim żyć. Przede wszystkim poczytaj o jego zachowaniach i mechanizmach działania. Dowiedz się więcej o cyklu przemocy narcystycznej, który obejmuje cztery fazy: poczucie zagrożenia, znęcanie się nad innymi, stawanie się ofiarą i poczucie wzmocnienia. Tylko w ten sposób zyskasz spokój. Będziesz...

Czytaj dalej
Demi Moore
Getty Images

Demi Moore straciła wszystko: miłość, uczucia córek, karierę – i właśnie znów jest na szczycie

Co za come back! Amerykańska gwiazda kina lat 90. Demi Moore, była żona Bruce’a Willisa i Ashtona Kutchera, wraca w naprawdę dobrej formie. Nie rolą filmową, ale jako autorka książki „Demi Moore. Intymnie”. 
Agnieszka Dajbor
27.09.2020

Demi Moore zaczęła pisać biografię w poczuciu, że straciła wszystko: miłość, uczucia córek, karierę. „Jak się tu znalazłam, w takim miejscu?”, pytała. Opowiadając o swoim życiu, porządkowała je, odbudowywała. I wyszła z tej próby wzmocniona, znowu wspaniała. W USA autobiografia Demi znalazła się na pierwszym miejscu bestsellerów „New York Timesa” i została uznana za najlepszą książkę roku w kategorii non fiction. Każdy, kto ją przeczyta, uzna, że nie są to bezpodstawne zaszczyty. „Intymnie” to spowiedź życia, poruszająca i szczera. Trzeba powiedzieć, że Demi miała w tej pracy bardzo dobrą partnerkę. Pisała z pomocą cenionej amerykańskiej dziennikarki „New Yorkera” i feministycznej aktywistki Ariel Levy. Wydawało się, że są z dosyć odległych światów, bo Levy nigdy nie zajmowała się gwiazdami. Ale zbliżyło je kobiece doświadczenie – obie miały za sobą poronienie. Nikt nie miał wątpliwości, że spowiedź należy do Demi, nawet sama Levy podkreślała: „To jej historia i jej język. Ja byłam tylko położną”.  Co ciekawe, Demi mówi w książce więcej o swoich upadkach i niepowodzeniach niż o sukcesach, choć tych ostatnich przecież nie brakowało. W latach 90. znalazła się w panteonie gwiazd – obok Julii Roberts, Meg Rayan, Winony Rider. Filmy „Uwierz w ducha”, „Ludzie honoru”, „Niemoralna propozycja” czy „W sieci” stały się wielkimi hitami i weszły do klasyki kina.  Demi Moore nie była może wielką aktorką na miarę Meryl Streep, ale miała ciepło dziewczyny z sąsiedztwa, urodę, zmysłowość i rodzaj magnetyzmu, który czynił z niej gwiazdę. Za „Striptiz” (1996) dostała 12,5 miliona dolarów i stała się najlepiej zarabiającą aktorką na świecie. Wiele gwiazd, m.in. Gwyneth Paltrow,...

Czytaj dalej