„Jak wpadał w szał, to bił gdzie i kogo popadnie”. Jola odeszła od męża, gdy miała 69 lat i zaczęła nowe życie 
Jola, główna bohaterka filmu dokumentalnego „Lekcja miłości”. Fot. materiały prasowe

„Jak wpadał w szał, to bił gdzie i kogo popadnie”. Jola odeszła od męża, gdy miała 69 lat i zaczęła nowe życie 

W wieku 69 lat porzuciła męża alkoholika, który latami się nad nią znęcał, i zaczęła nowe życie. Poznajcie Jolę, główną bohaterkę filmu dokumentalnego „Lekcja miłości”. Już na HBO i HBO GO!
Magdalena Żakowska
07.10.2020

Ta cząstka życia należy do mnie!” – mówi Jola, ekscentryczna, kolorowa kobieta tuż przed siedemdziesiątką. Po blisko pięćdziesięciu latach życia z mężem alkoholikiem, który bił, poniżał i prześladował ją i dzieci, zdobywa się na odwagę i zaczyna wszystko od nowa. Wreszcie żyje tak, jak zawsze marzyła: wróciła do przyjaźni z dzieciństwa, tańczy, śpiewa, pisze wiersze i piosenki. Jej teksty opowiadają o miłości, której sama nigdy nie doświadczyła. I pewnego dnia poznaje bratnią duszę.

Wszystkie przyjaciółki Joli, a także szóstka jej dzieci, namawiają ją do rozwodu z mężem. Tylko ksiądz stara się ją od tego odwieść. Jola się waha. Zmierzyć się z trudnym rozwodem i wyjść znowu za mąż? A może po prostu żyć chwilą i nie wracać do przeszłości? Czy odważy się żyć swoim życiem? I czy wreszcie zrobi to, czego sama pragnie, a nie, czego oczekują od niej inni? O tym opowiada piękny, inspirujący film dokumentalny „Lekcja miłości” Kasi Matei i Małgorzaty Goliszewskiej. 

Magdalena Żakowska: Jak to się stało, że zostałaś bohaterką dokumentu „Lekcja miłości”?

Jola: To był przypadek. Reżyserkę Gosię Goliszewską spotkałam w kawiarni. Szukała akurat bohaterki do filmu. Zgodziłam się. Ale powinnam może zacząć wcześniej – bardzo ciężko zachorowałam, przyjechałam na operację do Polski [Jola mieszkała do niedawna we Włoszech] i czułam się tu strasznie samotna. Mąż nie interesował się moim zdrowiem, dzieci były daleko. Przyjechała do mnie koleżanka z Holandii i kiedy wyszłam ze szpitala zabrała mnie do kawiarni Uśmiech, gdzie odbywają się prywatki z tańcami. Pierwszy raz byłam w tego typu kawiarni, bo bardzo wcześnie wyszłam za mąż. Na początku nie wiedziałam, jak się zachować. Każdy, kto mnie poprosił do tańca, od razu wyznawał mi miłość, opowiadał jaka jestem piękna, jak się wyróżniam w tłumie itd. Dostawałam numery telefonów, propozycje randek. Ale w głowie cały czas kołatała mi się jedna myśl: „Na dobre i na złe”.


Jak długo żyłaś z mężem?

45 lat. Na dobre i na złe. W zasadzie to było 45 lat złego. I cały czas zadawałam sobie pytanie, gdzie jest to dobre, o którym ksiądz mówił w kościele. Mój mąż przez wiele lat był ministrantem, dlaczego nie potrafił być dla mnie dobry?

Długo z nim wytrzymałaś.

Bo w pewnym sensie byłam szczęśliwa – rodziłam i wychowywałam dzieci. To było moje szczęście. Mam sześcioro. 

Sześcioro?!

Zawsze powtarzam, że gdybym miała dobrego męża, to bym miała z dwudziestkę dzieci. Niektóre kobiety boją się porodów, po pierwszym mówią, że już nigdy więcej, albo tylko cesarskie cięcie w znieczuleniu. Dla mnie poród był pięknym przeżyciem. Wyczekiwanym. Jak jeździłam na poród do naszego powiatowego szpitala, bo z mężem zamieszkaliśmy w jego rodzinnych stronach, pod Kielcami, to chodziłam na oddział noworodków pomagać w przewijaniu. Wszystkie bym do domu zabrała. U nas na wsi, gdzie dużo było patologicznych rodzin, zawsze zabierałam do siebie dzieci sąsiadów, które były zaniedbane – kąpałam, przebierałam, utuliłam. W tym się spełniałam. 

Lekcja miłości
Jola i jej narzeczony Wojtek. Fot. materiały prasowe

Ty wychowywałaś dzieci, a twój mąż pracował?

Ale nigdy nie zobaczyłam grosza z jego wypłaty. Większość przepijał. Mieszkaliśmy w domu bez bieżącej wody i ogrzewania. Paliłam w piecu. Zimą, jak woda w studni zamarzała, nie wiedziałam co robić. W tamtych czasach zimą było nawet minus 40 stopni. Byłam krawcową, szyłam po nocach, jak dzieci spały, do zakładów łódzkich i dla sąsiadów, od których dostawałam w zamian jedzenie. 

Mój mąż był brygadzistą na budowie, to on postawił hotel Marriott w Warszawie. Spałam w tym hotelu po premierze naszego filmu. Gdyby się o tym dowiedział, to chyba by tam bombę podłożył!

Był taki czas, kiedy go kochałaś?

Na początku bardzo. Po raz pierwszy uderzył mnie jeszcze przed ślubem, ale byłam tak zakochana, że wmówiłam sobie, że to moja wina, że on uderzył z zazdrości, bo tak bardzo mnie kocha. Po ślubie ta agresja stała się już normą, wtedy powtarzałam sobie, że jest młody, że na pewno się poprawi, że jak będą dzieci, to się opamięta. Ale bił mnie nawet wtedy, kiedy byłam w ciąży.  Byliśmy bardzo biedni, bo wszystko przepijał. Cudem zdobywałam jedzenie, a on przychodził do domu pijany, siadał do stołu i już po chwili wrzeszczał na mnie, że nie potrafię gotować. Jeśli śmietana zważyła mu się w zupie, talerz lądował na ścianie. Ta kampania społeczna „Bo zupa była za słona”, to było moje życie. Jak wytrzeźwiał, to na początku jeszcze klękał, całował mnie po rękach, obiecywał, że już nigdy nie podniesie na mnie ręki.  Jego rodzina nawet przyjeżdżała do mnie, żeby go tłumaczyć, żeby mnie przebłagać. 

Wzywałaś policję?

Oczywiście. Mój mąż był w młodości sportowcem, miał jakieś puchary z zawodów, żartowali, że lepiej by się sprawdził w boksie. Przychodzili, prosili, żeby się uspokoił, spisywali protokół i wychodzili. A ja z nim zostawałam i wszystko zaczynało się od nowa. Później, jak przychodzili, to radzili mi tylko, żebym odeszła od niego. Ale jak? Gdzie? Tego nie mówili. Mój mąż nie tylko pił, ale był też obsesyjnie zazdrosny – nawet tych policjantów podejrzewał o to, że ze mną flirtują. Kiedyś dostałam łańcuszek świętego Antoniego – „przepisz ten list i wyślij do dziesięciu znajomych” – w tytule było „Antoni. Łańcuszek”. Za tego Antoniego też dostałam. I w końcu wybił mi z głowy miłość – tymi awanturami, krzykiem, biciem, poniżaniem. Ksiądz powtarzał, że mimo wszystko powinnam być z mężem na dobre i na złe, słuchałam go, ale modliłam się, żeby Bóg zabrał mojego męża do siebie. 

Dzieci też bił?

Tak, jak wpadał w szał bił, gdzie i kogo popadnie. Chowałam je przed nim, czasem nawet w tapczanie. Brałam to na siebie. Raz, zdesperowana i rozgoryczona, wyszłam zimą z domu z dziećmi i postanowiłam dotrzeć do rodziny w Szczecinie, chociaż nie miałam grosza. Pamiętam, że były wtedy wybory prezydenckie. Próbowałam złapać stopa, jakiś kierowca się zatrzymał i powiedział: „Jak będzie pani głosowała na Wałęsę, to was podwiozę”. Potem szliśmy jeszcze piechotą kilka dni i kilka nocy. Bałam się, że mi dzieci zamarzną, nocą kazałam im się ganiać z latarni do latarni. Jak były głodne, to opowiadałam im historie ludzi, którzy nie jedli nawet tydzień. Przed samym Szczecinem zatrzymała się ciężarówka chłodnia, która woziła ryby, chociaż miała tylko jedno miejsce dla pasażera z przodu, udało mi się ubłagać kierowcę, żeby nas zabrał. Dzieci schowały się w nogach, żeby nas policja nie zatrzymała. Po drodze kierowca zatrzymał się w McDonald'sie i kupił moim dzieciom po zestawie Happy Meal. Jakie ona były wtedy szczęśliwe! A potem dotarliśmy do mojej rodziny. Drzwi otworzył mój ojczym i powiedział: „Bardzo mi przykro, ale pani miejsce jest przy mężu”.

I wróciłaś do męża?

Nie. Pożyczyłam od dorosłej już córki pieniądze i kupiłam małą działkę rekreacyjną  koło mojego rodzinnego domu. Była tam malutka chatka, ale cudowna. Nie było wody i światła, ale wszyscy się zmieścili – ja, dzieci, psy i koty. Wieczorem zapalałam świeczki, po wodę chodziłam do sąsiadów, mnóstwo ludzi mi wtedy pomagało. Tylko żadna szkoła dzieci nie chciała dzieci przyjąć, bo mieszkaliśmy na działkach, nie mieliśmy meldunku. W końcu sam prezydent miasta pomógł. Po czterech latach takiego życia postanowiłam zabrać dzieci i wyjechać do pracy do Włoch, gdzie mieszkała już wówczas moja najstarsza córka. 

Tam było już łatwiej?

Na pewno cieplej! Ale na początku pracowałam dzień i noc. W nocy pilnowałam schorowanego starszego pana, rano wsiadałam na rower i jechałam do drugiej pracy – sprzątałam klatki schodowe. Potem rowerem wracałam do miejscowości, w której wynajmowałam mieszkanie, gotowałam dzieciom obiad, kolację, przebierałam się i wracałam na noc do pracy przy pilnowaniu chorego. Czasem udawało mi się tam zdrzemnąć kilka godzin. Po kilku latach odłożyłam tyle, że stać mnie było na kupno mieszkania z wkładem własnym.

Odetchnęłaś?

Wtedy okazało się, że jeśli mój mąż nie podpisze odpowiednich dokumentów, to moje dzieci będą musiały wrócić do Polski. Przyjechał, dostał pracę przy remoncie jakiegoś budynku i został. Wszystkie kłopoty zaczęły się od nowa. 

I wtedy zachorowałaś?

Tak. Na szczęście dzieci były już prawie dorosłe. Wyjechałam do Polski na leczenie. Przeszłam dwie operacje. Musiałam podjąć dramatyczne decyzje związane z usunięciem narządów. Myślałam, że nie wyjdę już z tej choroby. Ale ponieważ lekarze zostawili mi serce i struny głosowe, to postanowiłam, że spełnię swoje marzenie i będę śpiewać. Zaczęłam już w szpitalu. Mam głos podobny do Ordonki, zaczęłam od jej repertuaru, a teraz piszę już własne piosenki i chcę je wydać na płycie.

I zdecydowałaś się zostawić męża?

Nie miałam już nic do stracenia. Dzieci były dorosłe, swoją decyzją nie odebrałam im tatusia. Moi rodzice się rozwiedli, kiedy byłam mała. Nigdy nie zapomnę płaczu mojej 5-letniej siostry, jak poszłyśmy po raz pierwszy odwiedzić naszego tatę, który miał już wówczas nową żonę. Krzyczała „Ty złodziejko, oddaj mi tatę”. Wtedy przyrzekłam sobie, że nigdy się nie rozwiodę, żeby nie wiem jaki ten mój mąż był. Bo dzieci muszą mieć ojca. 

Lekcja miłości
„Lekcję miłości” od 4 października można oglądać w HBO i HBOGO. Fot. materiały prasowe
Ale są tacy ojcowie, którzy nie zasługują na dzieci.

Z mojej szóstki tylko jedna córka się nad nim zlitowała. Opiekuje się nim do dziś. Ma za dobre serce. Ale nawet ona namawiała mnie do tego, żebym go zostawiła, żebym wróciła do Polski i zaczęła myśleć o sobie.

Nie uważasz, że twojemu mężowi należy się kara za to, co robił?

Dla mnie wystarczającą karą jest fakt, że od niego odeszłam. Jest smutnym człowiekiem. Żal mi go.

Ciężko jest chyba kochać samą siebie, kiedy druga osoba przez lata wmawia ci, że jesteś nikim.

Ja już siebie pokochać chyba nie potrafię. Jest taka piosenka, którą śpiewam w filmie „Lekcja miłości”, o tym, że trzeba kochać siebie. Nigdy mi do końca nie wyszła.

Jakie piosenki śpiewasz?

Ordonki i swoje własne, o miłości, której nigdy nie zaznałam. [Jola śpiewa: „Szukanie swej miłości, to nie stracony czas / Może powróci, mam tę nadzieję / Połączy znowu nas”].

Po kim masz głos?

Po mamie. Moja mama była jedną z najlepszych pielęgniarek w Szczecinie. Pracowała na oddziale pediatrycznym, poświęcała się chorym w stu procentach i bardzo przeżywała wszystkie dziecięce choroby. Non stop chodziła zapłakana. Aż w końcu jedna z pacjentek ją przywróciła do pionu, powiedziała jej, że łzy nie są chorym do niczego potrzebne, dużo bardziej by pomogła, gdyby śpiewała. I od tego czasu mama miała w szpitalu swój repertuar – od „O Sole Mio”, po „Jarzębina czerwona”. Ja też zamiast płakać wolę śpiewać. 

Jesteś niebywale elegancka – sukienki, kapelusze, rękawiczki. Zawsze uczesana, pełen makijaż. Zawsze tak było?

Mam to po mamie. Wyglądała jak z niemieckich filmów z lat 60-tych, zawsze zapięta na ostatni guzik. U krawcowej szyła białe kołnierzyki, do tego piękne broszki pod szyją w kształcie owadów, białe rękawiczki. Zawsze chodziła w garsonce. Ale to były ciężkie czasy, więc najpierw to była biała garsonka, potem farbowała ją na kolor kremowy, później zielony, na końcu czarny. Wyglądało, jakby tych garsonek miała kilka. Jak wychodziła z domu, zawsze mówiła „Jola, zobacz czy mam szewki w rajstopach równo”. Miała przepiękne włosy. Nigdy, nawet zimą, nie nosiła czapek. Dla nas, dzieci, była postacią z pogranicza rzeczywistości i baśni. Było nas pięcioro, ale w sumie siedmioro, bo mama przygarnęła jeszcze dwie sieroty. Wyczekiwaliśmy jej wszyscy w oknie, a jak pojawiała się na ulicy – od razu było ją widać, taka była elegancka. Rzucaliśmy się wtedy do sprzątania, bo nie chcieliśmy jej rozgniewać. Tym bardziej, że zawsze miała dla nas jakiś prezent. Pomarańczę, albo czekoladę, które dostawała od pacjentów w podziękowaniu za opiekę. Pamiętam, jak nie było u nas co jeść, i mama postanowiła, że wymieni w sklepie taką czekoladę na chleb. Wpadliśmy w rozpacz, błagaliśmy ją, żeby tego nie robiła, że zjemy tę czekoladę na spółkę i nie będziemy głodni. W końcu nam uległa. Kiedy ją odpakowywaliśmy okazało się, że pod papierek wsunięte były pieniądze. Co to było za święto!

Co byś powiedziała sobie młodej? Jaką radę byś sobie dała?

Że ze ślubem nie ma co się spieszyć. I to jest też rada dla wszystkich młodych kobiet dzisiaj. Polska wciąż nie jest krajem dla bitych żon. Alkoholik musi sam zgodzić się na leczenie, Niebieska Karta w żaden sposób nie chroni rodziny alkoholika przed przemocą, a policja wciąż, tak jak mnie kiedyś, udziela bitym żonom rad, żeby się z dziećmi wyprowadziły z domu. Nie on, bijący alkoholik, tylko matka z dziećmi.

Jesteś tuż przed siedemdziesiątką, ale dopiero teraz zaczynasz szczęśliwe życie. I jesteś zakochana! Jak poznałaś swojego narzeczonego?

W kawiarni Uśmiech właśnie. Chodziłyśmy tam z Lodzią, moją przyjaciółką, na tańce. Z reguły przed mężczyznami udawałam Włoszkę, żeby nie wdawać się w niepotrzebne rozmowy. Nie szukałam partnera. I kiedyś trafił mi się w tańcu Szwed. Ja po włosku, on po szwedzku. Później okazało się, że on też udawał. Tak jak ja wyjechał do pracy, tyle że do Szwecji. Pewnie nie spotkałabym się z nim więcej, gdyby nie złamał ręki. Pomyślałam, że obolały, z tym wielkim gipsem, nie będzie w stanie zrobić mi krzywdy. 

Mężczyźni kojarzą ci się z przemocą. 

Nie miałam innego mężczyzny niż mój mąż. Byłam mu wierna, nawet wtedy, kiedy nie byliśmy już razem. Jak to mówił ksiądz, na dobre i na złe.

„Lekcję miłości” od 4 października można oglądać w HBO i HBOGO

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
gonitwa myśli
iStock

Jak myśleć… mniej? Przestań rozstrząsać, planować, rozmyślać – uspokój umysł

Gonitwa myśli nie pozwala zasnąć ani skutecznie działać. Jak zacząć myśleć mniej i odzyskać spokój?
Iza Janiszewska
02.10.2020

Są ludzie marzący o odkryciu guzika, który wyłączy ich pędzący umysł. Zmęczeni planowaniem, analizowaniem i zamartwianiem się o wszystko chcieliby powstrzymać natłok myśli. Jak wyhamować? Jak zrobić głowie post? Myślenie wielokrotnie uczyniło mnie smutną. Działanie – nigdy” – wyznała angielska pisarka Elizabeth Gaskell. Okazuje się, że wałkowanie tych samych tematów i nieustanne roztrząsanie problemów sprawia wprawdzie, że umysł pracuje na wysokich obrotach, ale za to czujemy się przytłoczeni. Oczywiście przydarza się to każdemu. Natłokowi myśli sprzyjają sytuacje stresu, kryzysy czy życiowe wyzwania. Gdy stoimy przed poważnymi decyzjami, gdy mamy dużo obowiązków i długie listy spraw do załatwienia, ilość myśli i pytań, jakie sobie zadajemy, narasta lawinowo.  Nie bez znaczenia jest wpływ portali społecznościowych, które jak uważa Joanna Gieldarska, psycholożka i terapeutka z Akademii Energii, „nakręcają nas, trzymają w stanie ciągłego pobudzenia i wystawiają na ogromną ilość bodźców. Częste przewijanie treści powoduje, że nasza uwaga się rozprasza, narastają w nas lęki i pragnienia, a przez to myśli mnożą się w szalonym tempie. Nauczyliśmy się przeceniać rolę myśli i informacji. Mylnie pojmujemy, że jeśli o czymś dużo się mówi, to jest to ważne i powinno nas zajmować”.  Nadwydajni mentalnie Poza osobami przeżywającymi taki natłok myśli tylko od czasu do czasu istnieje grupa, którą Christel Petitcollin, autorka książki „Jak mniej myśleć”, nazywa „nadwydajnymi mentalnie”. od 17 lat Christel pomaga ludziom, którzy za dużo myślą, jak zrozumieć samych siebie i zaakceptować niezwykłość swojej psychiki. Nadwydajność według niej ma podłoże neurologiczne i jest dziedziczna, dotyka około 30 procent z nas. Osoby te...

Czytaj dalej
Okładka płyty „Carla Bruni”

Najpiękniejsze płyty tej jesieni: Carla Bruni, Diana Krall, Melody Gardot i inni

Najbardziej nastrojowe, pełne melancholii i tęsknoty płyty na jesień. Ale też takie, które dodadzą energii, chęci do życia albo podziałają jak balsam dla duszy.
Anna Zaleska
28.09.2020

Płyty nastrojowe i pełne melancholii najlepiej brzmią o tej właśnie porze roku, gdy o szyby deszcz dzwoni jesienny. Ale czasem jak już robi się zbyt smutno, może lepiej zaserwować sobie coś pogodnego? Matt Dusk w duecie ze Zbigniewem Wodeckim czy Melody Gardot ze Stingiem to coś, co w jednej chwili poprawia nastrój. John Legend działa jak balsam dla duszy. John Lennon proponuje: „Imagine…” Carla Bruni, „Carla Bruni”, Universal Spokój, nostalgia, prostota i delikatność. Gitara, fortepian, trochę rytmu, subtelne melodie – to wszystko można znaleźć na nowej płycie Carli Bruni. Tytuł – po prostu „Carla Bruni” – ma podkreślać, jak bardzo osobiste są utwory, które żona byłego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego napisała na ten album. Większość piosenek śpiewa po francusku, ale jest też utwór po włosku zaśpiewany z siostrą, aktorką Valerią Bruni-Tedeschi. Gdy rozpoczął się lockdown, Carla Bruni miała gotowe prawie pół płyty. Na południe Francji, gdzie rodzina Sarkozych miała mieszkać przez kilka tygodni w odosobnieniu, zabrała ze sobą mikrofon, komputer i gitarę. Przy poprzednich płytach, by pobudzić kreatywność, szła na spacer i przyglądała się ludziom. Teraz to nie było możliwe. Rano ćwiczyła, potem spędzała dużo czasu z dziećmi, gotowała, a potem siadała do pisania piosenek. Może dlatego ta płyta wydaje się jeszcze bardziej intymna niż poprzednie? Melody Gardot „Sunset in the Blue”, Decca Records Kto słuchał w Trójce „Markomani” Marka Niedźwieckiego, na pewno świetnie zna Melody Gardot. Ta amerykańska piosenkarka jazzowa sama pisze swoje piosenki, jest też pianistką i gitarzystką. Jej nowy, długo wyczekiwany album „Sunset in the Blue” zapowiedział singiel „Little Something”, na którym Melody Gardot...

Czytaj dalej
Demi Moore
Getty Images

Demi Moore straciła wszystko: miłość, uczucia córek, karierę – i właśnie znów jest na szczycie

Co za come back! Amerykańska gwiazda kina lat 90. Demi Moore, była żona Bruce’a Willisa i Ashtona Kutchera, wraca w naprawdę dobrej formie. Nie rolą filmową, ale jako autorka książki „Demi Moore. Intymnie”. 
Agnieszka Dajbor
27.09.2020

Demi Moore zaczęła pisać biografię w poczuciu, że straciła wszystko: miłość, uczucia córek, karierę. „Jak się tu znalazłam, w takim miejscu?”, pytała. Opowiadając o swoim życiu, porządkowała je, odbudowywała. I wyszła z tej próby wzmocniona, znowu wspaniała. W USA autobiografia Demi znalazła się na pierwszym miejscu bestsellerów „New York Timesa” i została uznana za najlepszą książkę roku w kategorii non fiction. Każdy, kto ją przeczyta, uzna, że nie są to bezpodstawne zaszczyty. „Intymnie” to spowiedź życia, poruszająca i szczera. Trzeba powiedzieć, że Demi miała w tej pracy bardzo dobrą partnerkę. Pisała z pomocą cenionej amerykańskiej dziennikarki „New Yorkera” i feministycznej aktywistki Ariel Levy. Wydawało się, że są z dosyć odległych światów, bo Levy nigdy nie zajmowała się gwiazdami. Ale zbliżyło je kobiece doświadczenie – obie miały za sobą poronienie. Nikt nie miał wątpliwości, że spowiedź należy do Demi, nawet sama Levy podkreślała: „To jej historia i jej język. Ja byłam tylko położną”.  Co ciekawe, Demi mówi w książce więcej o swoich upadkach i niepowodzeniach niż o sukcesach, choć tych ostatnich przecież nie brakowało. W latach 90. znalazła się w panteonie gwiazd – obok Julii Roberts, Meg Rayan, Winony Rider. Filmy „Uwierz w ducha”, „Ludzie honoru”, „Niemoralna propozycja” czy „W sieci” stały się wielkimi hitami i weszły do klasyki kina.  Demi Moore nie była może wielką aktorką na miarę Meryl Streep, ale miała ciepło dziewczyny z sąsiedztwa, urodę, zmysłowość i rodzaj magnetyzmu, który czynił z niej gwiazdę. Za „Striptiz” (1996) dostała 12,5 miliona dolarów i stała się najlepiej zarabiającą aktorką na świecie. Wiele gwiazd, m.in. Gwyneth Paltrow,...

Czytaj dalej