„Jak wpadał w szał, to bił gdzie i kogo popadnie”. Jola odeszła od męża, gdy miała 69 lat i zaczęła nowe życie 
Jola, główna bohaterka filmu dokumentalnego „Lekcja miłości”. Fot. materiały prasowe

„Jak wpadał w szał, to bił gdzie i kogo popadnie”. Jola odeszła od męża, gdy miała 69 lat i zaczęła nowe życie 

W wieku 69 lat porzuciła męża alkoholika, który latami się nad nią znęcał, i zaczęła nowe życie. Poznajcie Jolę, główną bohaterkę filmu dokumentalnego „Lekcja miłości”. Już na HBO i HBO GO!
Magdalena Żakowska
07.10.2020

Ta cząstka życia należy do mnie!” – mówi Jola, ekscentryczna, kolorowa kobieta tuż przed siedemdziesiątką. Po blisko pięćdziesięciu latach życia z mężem alkoholikiem, który bił, poniżał i prześladował ją i dzieci, zdobywa się na odwagę i zaczyna wszystko od nowa. Wreszcie żyje tak, jak zawsze marzyła: wróciła do przyjaźni z dzieciństwa, tańczy, śpiewa, pisze wiersze i piosenki. Jej teksty opowiadają o miłości, której sama nigdy nie doświadczyła. I pewnego dnia poznaje bratnią duszę.

Wszystkie przyjaciółki Joli, a także szóstka jej dzieci, namawiają ją do rozwodu z mężem. Tylko ksiądz stara się ją od tego odwieść. Jola się waha. Zmierzyć się z trudnym rozwodem i wyjść znowu za mąż? A może po prostu żyć chwilą i nie wracać do przeszłości? Czy odważy się żyć swoim życiem? I czy wreszcie zrobi to, czego sama pragnie, a nie, czego oczekują od niej inni? O tym opowiada piękny, inspirujący film dokumentalny „Lekcja miłości” Kasi Matei i Małgorzaty Goliszewskiej. 

Magdalena Żakowska: Jak to się stało, że zostałaś bohaterką dokumentu „Lekcja miłości”?

Jola: To był przypadek. Reżyserkę Gosię Goliszewską spotkałam w kawiarni. Szukała akurat bohaterki do filmu. Zgodziłam się. Ale powinnam może zacząć wcześniej – bardzo ciężko zachorowałam, przyjechałam na operację do Polski [Jola mieszkała do niedawna we Włoszech] i czułam się tu strasznie samotna. Mąż nie interesował się moim zdrowiem, dzieci były daleko. Przyjechała do mnie koleżanka z Holandii i kiedy wyszłam ze szpitala zabrała mnie do kawiarni Uśmiech, gdzie odbywają się prywatki z tańcami. Pierwszy raz byłam w tego typu kawiarni, bo bardzo wcześnie wyszłam za mąż. Na początku nie wiedziałam, jak się zachować. Każdy, kto mnie poprosił do tańca, od razu wyznawał mi miłość, opowiadał jaka jestem piękna, jak się wyróżniam w tłumie itd. Dostawałam numery telefonów, propozycje randek. Ale w głowie cały czas kołatała mi się jedna myśl: „Na dobre i na złe”.


Jak długo żyłaś z mężem?

45 lat. Na dobre i na złe. W zasadzie to było 45 lat złego. I cały czas zadawałam sobie pytanie, gdzie jest to dobre, o którym ksiądz mówił w kościele. Mój mąż przez wiele lat był ministrantem, dlaczego nie potrafił być dla mnie dobry?

Długo z nim wytrzymałaś.

Bo w pewnym sensie byłam szczęśliwa – rodziłam i wychowywałam dzieci. To było moje szczęście. Mam sześcioro. 

Sześcioro?!

Zawsze powtarzam, że gdybym miała dobrego męża, to bym miała z dwudziestkę dzieci. Niektóre kobiety boją się porodów, po pierwszym mówią, że już nigdy więcej, albo tylko cesarskie cięcie w znieczuleniu. Dla mnie poród był pięknym przeżyciem. Wyczekiwanym. Jak jeździłam na poród do naszego powiatowego szpitala, bo z mężem zamieszkaliśmy w jego rodzinnych stronach, pod Kielcami, to chodziłam na oddział noworodków pomagać w przewijaniu. Wszystkie bym do domu zabrała. U nas na wsi, gdzie dużo było patologicznych rodzin, zawsze zabierałam do siebie dzieci sąsiadów, które były zaniedbane – kąpałam, przebierałam, utuliłam. W tym się spełniałam. 

Lekcja miłości
Jola i jej narzeczony Wojtek. Fot. materiały prasowe

Ty wychowywałaś dzieci, a twój mąż pracował?

Ale nigdy nie zobaczyłam grosza z jego wypłaty. Większość przepijał. Mieszkaliśmy w domu bez bieżącej wody i ogrzewania. Paliłam w piecu. Zimą, jak woda w studni zamarzała, nie wiedziałam co robić. W tamtych czasach zimą było nawet minus 40 stopni. Byłam krawcową, szyłam po nocach, jak dzieci spały, do zakładów łódzkich i dla sąsiadów, od których dostawałam w zamian jedzenie. 

Mój mąż był brygadzistą na budowie, to on postawił hotel Marriott w Warszawie. Spałam w tym hotelu po premierze naszego filmu. Gdyby się o tym dowiedział, to chyba by tam bombę podłożył!

Był taki czas, kiedy go kochałaś?

Na początku bardzo. Po raz pierwszy uderzył mnie jeszcze przed ślubem, ale byłam tak zakochana, że wmówiłam sobie, że to moja wina, że on uderzył z zazdrości, bo tak bardzo mnie kocha. Po ślubie ta agresja stała się już normą, wtedy powtarzałam sobie, że jest młody, że na pewno się poprawi, że jak będą dzieci, to się opamięta. Ale bił mnie nawet wtedy, kiedy byłam w ciąży.  Byliśmy bardzo biedni, bo wszystko przepijał. Cudem zdobywałam jedzenie, a on przychodził do domu pijany, siadał do stołu i już po chwili wrzeszczał na mnie, że nie potrafię gotować. Jeśli śmietana zważyła mu się w zupie, talerz lądował na ścianie. Ta kampania społeczna „Bo zupa była za słona”, to było moje życie. Jak wytrzeźwiał, to na początku jeszcze klękał, całował mnie po rękach, obiecywał, że już nigdy nie podniesie na mnie ręki.  Jego rodzina nawet przyjeżdżała do mnie, żeby go tłumaczyć, żeby mnie przebłagać. 

Wzywałaś policję?

Oczywiście. Mój mąż był w młodości sportowcem, miał jakieś puchary z zawodów, żartowali, że lepiej by się sprawdził w boksie. Przychodzili, prosili, żeby się uspokoił, spisywali protokół i wychodzili. A ja z nim zostawałam i wszystko zaczynało się od nowa. Później, jak przychodzili, to radzili mi tylko, żebym odeszła od niego. Ale jak? Gdzie? Tego nie mówili. Mój mąż nie tylko pił, ale był też obsesyjnie zazdrosny – nawet tych policjantów podejrzewał o to, że ze mną flirtują. Kiedyś dostałam łańcuszek świętego Antoniego – „przepisz ten list i wyślij do dziesięciu znajomych” – w tytule było „Antoni. Łańcuszek”. Za tego Antoniego też dostałam. I w końcu wybił mi z głowy miłość – tymi awanturami, krzykiem, biciem, poniżaniem. Ksiądz powtarzał, że mimo wszystko powinnam być z mężem na dobre i na złe, słuchałam go, ale modliłam się, żeby Bóg zabrał mojego męża do siebie. 

Dzieci też bił?

Tak, jak wpadał w szał bił, gdzie i kogo popadnie. Chowałam je przed nim, czasem nawet w tapczanie. Brałam to na siebie. Raz, zdesperowana i rozgoryczona, wyszłam zimą z domu z dziećmi i postanowiłam dotrzeć do rodziny w Szczecinie, chociaż nie miałam grosza. Pamiętam, że były wtedy wybory prezydenckie. Próbowałam złapać stopa, jakiś kierowca się zatrzymał i powiedział: „Jak będzie pani głosowała na Wałęsę, to was podwiozę”. Potem szliśmy jeszcze piechotą kilka dni i kilka nocy. Bałam się, że mi dzieci zamarzną, nocą kazałam im się ganiać z latarni do latarni. Jak były głodne, to opowiadałam im historie ludzi, którzy nie jedli nawet tydzień. Przed samym Szczecinem zatrzymała się ciężarówka chłodnia, która woziła ryby, chociaż miała tylko jedno miejsce dla pasażera z przodu, udało mi się ubłagać kierowcę, żeby nas zabrał. Dzieci schowały się w nogach, żeby nas policja nie zatrzymała. Po drodze kierowca zatrzymał się w McDonald'sie i kupił moim dzieciom po zestawie Happy Meal. Jakie ona były wtedy szczęśliwe! A potem dotarliśmy do mojej rodziny. Drzwi otworzył mój ojczym i powiedział: „Bardzo mi przykro, ale pani miejsce jest przy mężu”.

I wróciłaś do męża?

Nie. Pożyczyłam od dorosłej już córki pieniądze i kupiłam małą działkę rekreacyjną  koło mojego rodzinnego domu. Była tam malutka chatka, ale cudowna. Nie było wody i światła, ale wszyscy się zmieścili – ja, dzieci, psy i koty. Wieczorem zapalałam świeczki, po wodę chodziłam do sąsiadów, mnóstwo ludzi mi wtedy pomagało. Tylko żadna szkoła dzieci nie chciała dzieci przyjąć, bo mieszkaliśmy na działkach, nie mieliśmy meldunku. W końcu sam prezydent miasta pomógł. Po czterech latach takiego życia postanowiłam zabrać dzieci i wyjechać do pracy do Włoch, gdzie mieszkała już wówczas moja najstarsza córka. 

Tam było już łatwiej?

Na pewno cieplej! Ale na początku pracowałam dzień i noc. W nocy pilnowałam schorowanego starszego pana, rano wsiadałam na rower i jechałam do drugiej pracy – sprzątałam klatki schodowe. Potem rowerem wracałam do miejscowości, w której wynajmowałam mieszkanie, gotowałam dzieciom obiad, kolację, przebierałam się i wracałam na noc do pracy przy pilnowaniu chorego. Czasem udawało mi się tam zdrzemnąć kilka godzin. Po kilku latach odłożyłam tyle, że stać mnie było na kupno mieszkania z wkładem własnym.

Odetchnęłaś?

Wtedy okazało się, że jeśli mój mąż nie podpisze odpowiednich dokumentów, to moje dzieci będą musiały wrócić do Polski. Przyjechał, dostał pracę przy remoncie jakiegoś budynku i został. Wszystkie kłopoty zaczęły się od nowa. 

I wtedy zachorowałaś?

Tak. Na szczęście dzieci były już prawie dorosłe. Wyjechałam do Polski na leczenie. Przeszłam dwie operacje. Musiałam podjąć dramatyczne decyzje związane z usunięciem narządów. Myślałam, że nie wyjdę już z tej choroby. Ale ponieważ lekarze zostawili mi serce i struny głosowe, to postanowiłam, że spełnię swoje marzenie i będę śpiewać. Zaczęłam już w szpitalu. Mam głos podobny do Ordonki, zaczęłam od jej repertuaru, a teraz piszę już własne piosenki i chcę je wydać na płycie.

I zdecydowałaś się zostawić męża?

Nie miałam już nic do stracenia. Dzieci były dorosłe, swoją decyzją nie odebrałam im tatusia. Moi rodzice się rozwiedli, kiedy byłam mała. Nigdy nie zapomnę płaczu mojej 5-letniej siostry, jak poszłyśmy po raz pierwszy odwiedzić naszego tatę, który miał już wówczas nową żonę. Krzyczała „Ty złodziejko, oddaj mi tatę”. Wtedy przyrzekłam sobie, że nigdy się nie rozwiodę, żeby nie wiem jaki ten mój mąż był. Bo dzieci muszą mieć ojca. 

Lekcja miłości
„Lekcję miłości” od 4 października można oglądać w HBO i HBOGO. Fot. materiały prasowe
Ale są tacy ojcowie, którzy nie zasługują na dzieci.

Z mojej szóstki tylko jedna córka się nad nim zlitowała. Opiekuje się nim do dziś. Ma za dobre serce. Ale nawet ona namawiała mnie do tego, żebym go zostawiła, żebym wróciła do Polski i zaczęła myśleć o sobie.

Nie uważasz, że twojemu mężowi należy się kara za to, co robił?

Dla mnie wystarczającą karą jest fakt, że od niego odeszłam. Jest smutnym człowiekiem. Żal mi go.

Ciężko jest chyba kochać samą siebie, kiedy druga osoba przez lata wmawia ci, że jesteś nikim.

Ja już siebie pokochać chyba nie potrafię. Jest taka piosenka, którą śpiewam w filmie „Lekcja miłości”, o tym, że trzeba kochać siebie. Nigdy mi do końca nie wyszła.

Jakie piosenki śpiewasz?

Ordonki i swoje własne, o miłości, której nigdy nie zaznałam. [Jola śpiewa: „Szukanie swej miłości, to nie stracony czas / Może powróci, mam tę nadzieję / Połączy znowu nas”].

Po kim masz głos?

Po mamie. Moja mama była jedną z najlepszych pielęgniarek w Szczecinie. Pracowała na oddziale pediatrycznym, poświęcała się chorym w stu procentach i bardzo przeżywała wszystkie dziecięce choroby. Non stop chodziła zapłakana. Aż w końcu jedna z pacjentek ją przywróciła do pionu, powiedziała jej, że łzy nie są chorym do niczego potrzebne, dużo bardziej by pomogła, gdyby śpiewała. I od tego czasu mama miała w szpitalu swój repertuar – od „O Sole Mio”, po „Jarzębina czerwona”. Ja też zamiast płakać wolę śpiewać. 

Jesteś niebywale elegancka – sukienki, kapelusze, rękawiczki. Zawsze uczesana, pełen makijaż. Zawsze tak było?

Mam to po mamie. Wyglądała jak z niemieckich filmów z lat 60-tych, zawsze zapięta na ostatni guzik. U krawcowej szyła białe kołnierzyki, do tego piękne broszki pod szyją w kształcie owadów, białe rękawiczki. Zawsze chodziła w garsonce. Ale to były ciężkie czasy, więc najpierw to była biała garsonka, potem farbowała ją na kolor kremowy, później zielony, na końcu czarny. Wyglądało, jakby tych garsonek miała kilka. Jak wychodziła z domu, zawsze mówiła „Jola, zobacz czy mam szewki w rajstopach równo”. Miała przepiękne włosy. Nigdy, nawet zimą, nie nosiła czapek. Dla nas, dzieci, była postacią z pogranicza rzeczywistości i baśni. Było nas pięcioro, ale w sumie siedmioro, bo mama przygarnęła jeszcze dwie sieroty. Wyczekiwaliśmy jej wszyscy w oknie, a jak pojawiała się na ulicy – od razu było ją widać, taka była elegancka. Rzucaliśmy się wtedy do sprzątania, bo nie chcieliśmy jej rozgniewać. Tym bardziej, że zawsze miała dla nas jakiś prezent. Pomarańczę, albo czekoladę, które dostawała od pacjentów w podziękowaniu za opiekę. Pamiętam, jak nie było u nas co jeść, i mama postanowiła, że wymieni w sklepie taką czekoladę na chleb. Wpadliśmy w rozpacz, błagaliśmy ją, żeby tego nie robiła, że zjemy tę czekoladę na spółkę i nie będziemy głodni. W końcu nam uległa. Kiedy ją odpakowywaliśmy okazało się, że pod papierek wsunięte były pieniądze. Co to było za święto!

Co byś powiedziała sobie młodej? Jaką radę byś sobie dała?

Że ze ślubem nie ma co się spieszyć. I to jest też rada dla wszystkich młodych kobiet dzisiaj. Polska wciąż nie jest krajem dla bitych żon. Alkoholik musi sam zgodzić się na leczenie, Niebieska Karta w żaden sposób nie chroni rodziny alkoholika przed przemocą, a policja wciąż, tak jak mnie kiedyś, udziela bitym żonom rad, żeby się z dziećmi wyprowadziły z domu. Nie on, bijący alkoholik, tylko matka z dziećmi.

Jesteś tuż przed siedemdziesiątką, ale dopiero teraz zaczynasz szczęśliwe życie. I jesteś zakochana! Jak poznałaś swojego narzeczonego?

W kawiarni Uśmiech właśnie. Chodziłyśmy tam z Lodzią, moją przyjaciółką, na tańce. Z reguły przed mężczyznami udawałam Włoszkę, żeby nie wdawać się w niepotrzebne rozmowy. Nie szukałam partnera. I kiedyś trafił mi się w tańcu Szwed. Ja po włosku, on po szwedzku. Później okazało się, że on też udawał. Tak jak ja wyjechał do pracy, tyle że do Szwecji. Pewnie nie spotkałabym się z nim więcej, gdyby nie złamał ręki. Pomyślałam, że obolały, z tym wielkim gipsem, nie będzie w stanie zrobić mi krzywdy. 

Mężczyźni kojarzą ci się z przemocą. 

Nie miałam innego mężczyzny niż mój mąż. Byłam mu wierna, nawet wtedy, kiedy nie byliśmy już razem. Jak to mówił ksiądz, na dobre i na złe.

„Lekcję miłości” od 4 października można oglądać w HBO i HBOGO

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Vedrana Rudan
Vedrana Rudan. Fot. Kamil Szkopik

Vedrana Rudan: Podziwiam Polki, jestem z wami, wspieram Strajk Kobiet!

Nikt nie pisze o piekle kobiet tak bezkompromisowo i sugestywnie, jak ona. Zna je na wylot, bo sama przez nie przeszła. „Podziwiam Polki. Kiedy mężczyźni was wkurzą, wychodzicie na ulice” – mówi pisarka Vedrana Rudan.
Magdalena Żakowska
27.10.2020

Chorwacka pisarka Vedrana Rudan mówi o sobie, że wychowała się w typowej chorwackiej rodzinie.  Pierwszy raz pobiła mężczyznę, kiedy miała 12 lat. Chciał ją zgwałcić i chociaż był od niej wyższy o głowę, to i tak dosyć długo leżał później w szpitalu. 10 lat później próbowała zabić ojca , a później przez lata żyła w przemoc owym związku ze swoim pierwszym mężem. Na szczycie listy jej wrogów znajdują się mężczyźni, a zaraz za nimi politycy i kler. Nie oszczędza nikogo, ale najbardziej okrutna jest wobec samej siebie. Vedrana Rudan tnie językiem jak brzytwą.   Magdalena Żakowska: Pani kolejne książki to różne rozdziały pani życia. Zaczęło się od „Ucho, gardło, nóż”, gdzie opisała pani okropieństwa wojny na Bałkanach i dramatyczną sytuację kobiet w powojennej rzeczywistości. Vedrana Rudan: Ta wojna zmieniła wszystko. Także dla mnie. Zanim wybuchła byłam dziennikarką radiową. Z dnia na dzień straciłam pracę, bo mój drugi mąż jest Serbem. Potem większość oszczędności straciłam na to, aby uchronić syna przed poborem do armii. Z dnia na dzień zostaliśmy bez środków do życia. Po wojnie długo ciągnęła się za mną ta „zła Chorwatka”, która wyszła za Serba. Nie mogłam znaleźć pracy, nie mogłam pisać w gazetach, a bez pisania nie potrafiłam żyć. Napisałam więc książkę pełną gniewu na świat. Bicie kobiet to nasz sport narodowy Narratorką „Ucha…” jest 50-letnia kobieta, która w radykalnym, nabitym wulgaryzmami monologu rysuje gorzki obraz otaczającego ją świata. W Polsce pani powieść wystawiła w Teatrze Polonia Krystyna Janda. Jej monodram nie schodził z afisza przez dwa sezony.  W Chorwacji publikacja tej książki wywołała skandal. Wojna to u nas nadal...

Czytaj dalej
Krystyna Kofta, feminizm
fot. M. Mutor/Ag. Gazeta

Krystyna Kofta: pisarka, żona, feministka

„Szczęśliwym w małżeństwie się bywa”, mówi Krystyna Kofta i opowiada o tym, czym jest prawdziwa miłość, kiedy zaczyna się zdrada i dlaczego seks bez uczuć uważa za przereklamowany.
Magdalena Żakowska
15.06.2020

Jest jedną z najbardziej popularnych polskich pisarek, plastyczką i działaczką społeczną. Od wielu lat współpracuje z organizacjami zajmującymi się profilaktyką raka piersi, na którego sama chorowała. W zeszłym roku po czternastu latach Krystyna Kofta  zdecydowała się wznowić jedną ze swoich książek. Nie bez przyczyny. Dopisała do niej kilka ważnych rozdziałów. Rozdziałów w książce i w historii współczesnej. Tak powstała publikacja „Gdyby zamilkły kobiet. #Nigdy”.  Mimo formalnego  równouprawnienia  my, kobiety wciąż musimy o siebie walczyć. O równą płacę, za równą pracę, o prawo do decydowania o sobie i o swoim ciele. Jeszcze nigdy głos kobiet , głos nas wszystkich nie był tak ważny. Nie dajmy go sobie odebrać.  Magdalena Żakowska: Wznowiłaś książkę sprzed kilkunastu lat. Dlaczego teraz? Krystyna Kofta: Bo jest dziś potrzebna i wciąż aktualna. Książka „Gdyby zamilkły kobiety. #Nigdy” była w pierwotnej wersji o tym, dlaczego nie jesteśmy słuchane, mimo że nasz głos jest ważny. W nowym wydaniu uzupełniłam ją o kilka nowych rozdziałów, m.in. dotyczących konwencji antyprzemocowej, Czarnego Poniedziałku i akcji #MeToo. Kobiety nie zamilkną nigdy, a czasem muszą krzyczeć. I to jest właśnie ten moment. Krystyna Kofta o #MeToo Świat kobiet bardzo się zmienił przez te kilkanaście lat od pierwszego wydania? Na pewno pod względem obyczajowym. Kobiety bez problemu się dziś rozwodzą, nie piętnuje się singielek ani kobiet, które nie chcą mieć dzieci. Zawdzięczamy to w dużej mierze temu, że należymy do Europy. W nowej wersji książki znajduje się też moje #MeToo, które zdarzyło się lata temu i dziś już chyba nie mieści się w głowie.  Czy poczujesz się urażona, jeśli powiem, że...

Czytaj dalej
Danuta Wałęsa
Magdalena Łuniewska/Buku Team

Danuta Wałęsa: „Zostałam sama z ośmiorgiem dzieci”

Rok temu skończyła 70 lat, niedawno razem z byłym prezydentem Polski obchodzili 50. rocznicę ślubu. – Ale małżeństwem z Wałęsą byliśmy tak naprawdę tylko 11 lat – mówi Danuta Wałęsa, Pierwsza Dama wolnej Polski. – Polityka okazała się naszym przekleństwem.
Magdalena Żakowska
31.08.2020

„Czasem zastanawiam się, jak dałam radę. Przecież ja co dwa lata rodziłam dziecko! Byłam wiecznie zmęczona. Długo walczyłam o małżeństwo. Prosiłam, tłumaczyłam, krzyczałam, płakałam. Ale nie udało się. Polityka wciągnęła mojego męża jak narkotyk. Dziś już tylko ze mną mieszka” – mówi I Prezydentowa II RP.  Magdalena Żakowska: Jak pani zapamiętała 1989 rok? Danuta Wałęsa: Nie chcę o nim pamiętać. Nigdy nie lubiłam polityki, chociaż byłam do niej na siłę wciągana. Z dzisiejszej perspektywy Czerwiec '89 to dla mnie gorzkie wspomnienie. Mąż poświęcił się wtedy polityce, moje dzieci nie miały ojca, ja nie miałam męża i mam poczucie, że ta ofiara była po nic. W książce pisała pani, że marzy pani o tym, żeby mąż i ojciec do was wrócił. Spełniło się? Nie. Teoretycznie 8 listopada będziemy obchodzili z mężem 50. rocznicę ślubu, ale tak naprawdę małżeństwem byliśmy tylko 11 lat. Bo od Sierpnia ’80 jego w zasadzie interesowała już tylko polityka. W jakimś sensie ojciec opuścił nasze dzieci i odszedł wtedy od rodziny. Trochę stał się w naszym domu gościem. A jak już był, to nie lubił słuchać o problemach.  Marzyłam o tym, żeby wrócił nie tylko dla siebie, także dla dzieci – żeby poczuły wreszcie, że mają ojca. Ale mąż nie potrafi odciąć się od polityki. Ma swój świat, który wciągnął go jak narkotyk. Moja książka nosi tytuł „Marzenia i tajemnice”. Marzenie się nie spełniło, a tajemnicą pozostaje dla mnie, dlaczego on nie chciał w jakiś sposób podzielić się z nami swoim czasem. Dziś już tylko ze mną mieszka. A przez te 11 lat, zanim polityka wkroczyła w wasze życie, byliście szczęśliwą rodziną? Choć męża co chwilę wyrzucali z pracy, a ja byłam albo w ciąży, albo właśnie urodziłam...

Czytaj dalej
Kamila Rowińska, Kobieta Niezależna
Maciej Zienkiewicz

Kamila Rowińska, autorka bestselleru „Kobieta niezależna” o swojej misji i drodze na szczyt

Negocjowałam z Bogiem, że jeśli da mi czas – zrealizuję marzenia…
Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia”
26.03.2019

Tak. Czuję się kobietą sukcesu. Ale nie pochodzę z rodziny, która zapewniła mi superstart. Część życia spędziłam w domu dziecka. Wiedziałam, że albo sama się o siebie zatroszczę, albo zostanę pociągnięta dalej w dół. Zrozumiałam, że moim zadaniem jest przede wszystkim nie zmarnować życia” – mówi  w rozmowie z Anną Maruszeczko Kamila Rowińska, autorka szkoleń „Kobieta Niezależna” i bestsellerowej książki pod tym samym tytułem. Sukces to pieniądze? Nie tylko. Sukces to realizowanie wszystkich swoich wartości w sposób zrównoważony, na takim poziomie, który nas satysfakcjonuje. Wartości, które są dla mnie kluczowe, to rodzina, rozwój biznesowy, zdrowie, niezależność. Ta równowaga jest pani udziałem czy to jest cel? I jedno, i drugie. Czuję się kobietą sukcesu. Jestem mamą dwójki dzieci, żoną, mam wspaniałych przyjaciół, odnoszę sukcesy biznesowe, a jednocześnie znajduję czas na swoje potrzeby. Nie jest łatwo połączyć tyle życiowych ról, dlatego odbieram to jako sukces.   Długo trzeba było pracować nad tą równowagą życiową? Na początku po 10, 12 godzin. To był stan przejściowy, niezbędny, gdy chce się wejść na kolejny poziom w biznesie. Jednak później, jeśli zachowa się dyscyplinę finansową i zacznie inwestować, można budować karierę w taki sposób, aby nie być jej niewolnikiem. W swoich książkach i na szkoleniach dużo i swobodnie mówi pani o pieniądzach. Wiele kobiet spina się, denerwuje przy temacie pieniędzy, jakby to była wstydliwa rzecz. Przyznawanie się do tego, że pieniądze są dla nas ważne, że lubimy zarabiać, cały czas jest źle odbierane. Można usłyszeć: „Jesteś materialistką”, tak jakby te pieniądze były czymś złym, a przecież są dobre. Po to napisałam...

Czytaj dalej