Poeta Jarosław Mikołajewski nie wyobraża sobie świata bez książek i rozmowy
getty images

Poeta Jarosław Mikołajewski nie wyobraża sobie świata bez książek i rozmowy

„Tajemnica wchodzenia w lekturę całym sobą często polega właśnie na tym: mamy wrażenie, że czytając, dowiadujemy się po raz pierwszy o czymś, co już w nas jest, tylko nienazwane”.
Marta Strzelecka
29.12.2020

Przetłumaczył na polski Dantego, Petrarkę, Pasoliniego. Nasze dzieci czytają „Pinokia” w jego przekładzie. Wybitny poeta i tłumacz, Jarosław Mikołajewski opowiada o swoich książkowych odkryciach i literackich przygodach, zdradza, co mu daje czytanie i dlaczego książka pomaga nam rozumieć siebie.

Marta Strzelecka: Czy warto dziś zajmować się zawodowo literaturą?

Jarosław Mikołajewski: Trudno mi sobie wyobrazić życie pozbawione pisania. Ale o tym, że moja przyszłość związana będzie z literaturą, coś zadecydowało bardzo wcześnie. Zawdzięczam to jednej książce, tak myślę. Jej autorem jest Cesare Pavese, włoski poeta i prozaik, książka nosi tytuł „Rzemiosło życia” i jest dziennikiem. Po raz pierwszy przeczytałem ją, mając 14 lat, w 1974 roku. Dzięki temu doświadczeniu poszedłem do nowo utworzonej klasy z językiem włoskim w warszawskim liceum Batorego. I w ten sposób moje życie zostało określone, bo potem poszedłem na italianistykę, zostałem italianistą. I tak już całe życie spędzam między poezją własną, moim pisaniem a tłumaczeniami, nauczaniem włoskiego. Zaglądam do książki Pavesego co jakiś czas, kilka lat temu przetłumaczyłem jego wiersze.

Czytaj także: Agnieszka Osiecka – najpiękniejsze cytaty o życiu, miłości i przemijaniu

Co pan odnalazł w „Rzemiośle życia”?

To jest dzieło, które mówi o życiu człowieka już dorosłego, dojrzałego, lecz jakoś zaskoczonego, że nie jest już dzieckiem. Pavese miał 42 lata, kiedy w  1952 roku popełnił samobójstwo. W swoim dzienniku porusza tematy ważne dla kogoś, kto wchodzi w dorosłość: samotność, miłość, rozpacz, mierzenie się z nieuchronnością śmierci. I mówiąc o tym, poprowadził mnie, czytelnika, za  rękę, choć nie od razu wszystko zrozumiałem. Zresztą zawsze byłem zafascynowany, kiedy kogoś nie rozumiałem, ale nie miałem przy tym poczucia, że słyszę bełkot, tylko jakąś tajemnicę, w którą warto wejść.

Jakbym urodził się z obietnicą, że są pewne istotne sprawy, które trzeba poznać, tylko nikt mi o nich nie mówi. A  potem nagle czytam powieść albo wiersz i myślę: „Boże drogi, podejrzewałem, że istnieją w ten sposób opisane miłość, śmierć, samotność, ale nikt nigdy nie stawiał przede mną tych tematów w sposób tak mi bliski”. I nagle pojawia się coś, dzięki czemu świat staje się rozpoznany. Książka. Myślę, że tajemnica wchodzenia w  lekturę całym sobą często polega właśnie na tym – mamy wrażenie, że czytając, dowiadujemy się po raz pierwszy o czymś, co już w nas jest, nienazwane.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Ukochany wiersz Szymborskiej

Ale czy nie jest dziś trudno dowiedzieć się o czymś po raz pierwszy? O wszystkim przecież już napisano, a media wciąż objaśniają świat.

Tematów nowych do opisania rzeczywiście nie ma zbyt wielu, wystarczy palców jednej ręki, żeby policzyć te najważniejsze. Chodzi jednak o to, jak się je opisuje. Kiedy po raz pierwszy przeczytałem „Sto lat samotności”, w liceum, miałem wrażenie wielkiego odkrycia. „Gdzie ja dotąd byłem – myślałem – że nie słyszałem jeszcze takiej opowieści o rodzinie?”.

Wszyscy przecież od stuleci opowiadają o wielopokoleniowości. Kobieta, która trzyma nici losów najbliższych, jest w  co drugiej rodzinie. A tu nagle ktoś opowiada o tym w taki sposób, że sprawy zwyczajne stają się najistotniejsze. Czasem nawet trudno powiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Rozmawiałem kiedyś na ten temat z Wisławą Szymborską. Pytam ją, jaki jest twój ukochany wiersz, taki najbardziej ukochany? „Słuchaj, taki wiersz, w którym poeta, nie pamiętam nazwiska, chyba niepolski, pisze: byłem, ale mnie nie było... nie było mnie, ale byłem... Coś takiego”. Była zachwycona, zadumana na samo wspomnienie tego wiersza, chociaż nie potrafiła zacytować. Bo bardziej pamiętamy smak lektury niż słowa. Stan szczęścia, że nami coś owładnęło, że jakaś fascynująca rzeczywistość stanęła przed nami i  możemy wejść do niej, może być naszym udziałem.

Czytaj też: Wisława Szymborska o miłości, książkach i życiu – najpiękniejsze cytaty poetki-Noblistki

Pamięta pan coś podobnego?

Czytałem jako dziecko książkę o ludziach pierwotnych, jej bohater nazywał się Mamucik, miał w zwyczaju żuć paski mięsa. Prosiłem więc mamę, żeby smażyła mi takie paski mięsa, które mógłbym żuć. To zupełnie błahe, ale o  takich książkach pamiętamy – siedzieliśmy w środku i chcieliśmy, żeby świat zostawił nas w spokoju, żeby nigdy nie wyjść na zewnątrz. Dla mnie przypisane jest to dawnym czasom, już nie mam takich lektur. Utraciłem dawną zdolność takiego skupienia.

Doświadczonego czytelnika niewiele porusza?

Niewiele. Ale wczoraj w pociągu przeczytałem książkę, która zaniepokoiła mnie, wywołała głęboką zadumę. A to też rzadkie. Młody poeta dał mi w prezencie książkę swojego przyjaciela – serię wierszy o różnych epizodach z Auschwitz. Z jednej strony zdumiały mnie konkretne historie, niektóre obserwacje autora wydały mi się ciekawe, ale przede wszystkim z podziwem przyjąłem, że ktoś tak bardzo przeżywa wciąż tamte wydarzenia, które dla wielu z nas są zamrożone w przeszłości. Po prostu przywraca do świadomości czytelników pamięć o ofiarach w sposób głęboko empatyczny. Przejmująca lektura.

Pan, pisząc, też szuka obrazów, które byłyby poruszające, a jednocześnie poetyckie. Zbudowana jest z nich książka „Wielki przypływ” o uchodźcach na Lampedusie.

Kiedy tam pojechałem z zamiarem napisania reportażu, szukałem ludzi, którzy po prostu opowiedzą mi prawdę o tym, co przeżywają. A potem szukałem języka, który będzie trzymał się faktów, ale jednocześnie sugestywnie, łagodnie, właśnie poprzez poetyckie obrazy, wwierci się w świadomość czytelników. Żeby odczuli moje przejęcie sprawami, o których piszę, żeby i oni je głęboko przeżyli. Nie dość mi tego było, więc napisałem też książkę dla dzieci na ten temat, „Wędrówkę Nabu”, potem „Kolędę dla tęczowego Boga”, potem jeszcze opowiadanie „Dziwna rodzina”...

W ten sposób przez czytanie rozpowszechnia się empatia, jest jej coraz więcej?

Tak myślę. Jest taka wspaniała artystka wizualna, Anna Konik, która po lekturze mojego „Wielkiego przypływu” zaprosiła mnie na wernisaż swojej wystawy. W  Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie przedstawiła zdumiewające działanie artystyczne, które pokazuje, jak słowa potrafią w nas żyć, zmieniać nas, co potrafią z nami robić. Nagrała rozmowy z różnymi kobietami, które były uchodźczyniami w bogatych dużych miastach europejskich. Opowiadały o życiu, od którego uciekły. Zaprosiła potem rdzenne mieszkanki bogatej Europy, żeby odczytały te relacje jeden do jednego, słowo po słowie. Wypełniały się w ten sposób doświadczeniami innych kobiet w sposób bardzo konkretny –  czytając ich słowa. Stały się tak jakby naczyniami dla cudzych przeżyć. I nie potrafiły czytać bez wzruszenia czy bólu, bo dotykały rzeczywistości, której wcześniej nie wyobrażały sobie dla siebie. Płakały. Empatia potrafi być bolesna, tak jak przy lekturze książek, ale potrzebujemy jej. Czasem również po to wchodzimy głęboko w lekturę, żeby przypomnieć sobie, że inni przeżywają to samo, co my. Że doświadczenia najbardziej dojmujące, na przykład utrata dziecka czy wygnanie, dla każdego z nas są tak samo trudne, bolesne, wymagające. Lektura pomaga przeżyć to, co wydawało nam się mgliste albo tylko cudze. Porządkuje myśli, uczucia.

Dedykacja od córki Konopnickiej

Ale czytamy też po prostu dla rozrywki, prawda?

Oczywiście, literatura to jest wielka radocha. Po latach, stuleciach wręcz, korzystania z edukacyjnych funkcji literatury powiedzmy sobie, że czytanie jest wielką radochą. Wiedzieliśmy to przecież kiedyś na przykład o takim Mickiewiczu. Słyszałem ostatnio krytykę „Pana Tadeusza” – że w tym dziele jest tak mało, że ten materiał nie jest głęboki. Dzieło zostało uznane za ważne, więc oczekujemy od niego wielce skomplikowanych treści. A przecież w kontakcie z  książkami chodzi też o radość, a trudno o większą niż czytanie „Pana Tadeusza”. Tylko musimy się pogodzić, że to jest to i niewiele więcej.

A ma pan książkę, którą lubi pan po prostu jako przedmiot?

Kiedyś kupiłem w antykwariacie taką książeczkę bez okładki, która jest sobie osobno, oderwana. Maleńkie wydanie „Boskiej komedii” z 1890 roku z wpisem: „Ta książka należała do matki mojej Marii Konopnickiej z Konopnickich, Laura Pytlińska, 1910”. W różnych innych ważnych tomach mam osobiste dedykacje autorów, których znałem, z  którymi się przyjaźniłem – autografy Wisławy Szymborskiej, Czesława Miłosza, Zbigniewa Herberta – ale ta ze słowami córki Konopnickiej wzrusza mnie bardziej. Może tym, że poetka czytała ważny dla mnie poemat, który zresztą właśnie tłumaczę, że książeczka jest tak mała, że mogła być noszona w kieszeni. I tym, że trafiła do mnie przypadkiem, to nie jest kolekcjonerskie wydanie. Kupiłem za trzy złote, znalazłem pomiędzy innymi książkami, w dodatku strony z wpisem były sklejone, odkryłem je dopiero w  domu. Doceniam to wszystko, cały ten zbiór myśli na temat tej konkretnej „Boskiej komedii”.

Podobno jest pan fanem Szekspira.

Kocham go czytać. Wolę lekturę Szekspira niż oglądanie jego sztuki w teatrze, bo wiem, że otworzę książkę i przeżyję pewien szczególny rodzaj zastanowienia. Żywy podziw, który płynie z rozumnego zdania, oddania sprawiedliwości wszystkiemu, co jest ważne na świecie. Trudno to inaczej opisać, bo rzeczywiście w  jednym stwierdzeniu tego autora potrafi tkwić tajemnica świata. Szekspir ma moje pełne zaufanie. Tak bardzo korzystał ze swojej empatycznej wyobraźni, że wiedział, co czują ludzie, którzy przeżyli to, czego on nigdy osobiście nie przeżył. Poza tym myślę, że lepiej zrozumiałem mojego ojca, kiedy czytałem „KrólaLeara”. Mam wrażenie, że dosłownie.

Dlaczego?

Dzięki tej sztuce naprawdę zrozumiałem, jak ważnym momentem w  życiu starego człowieka jest narastanie poczucia bezsilności. Również Pavese napisał o  tym wiersz „Ulisses”. Syn Ulissesa ma w tej opowieści taki sposób wychodzenia z domu, że ojciec, który w  nim zostaje, czuje, że nie ma już nic do powiedzenia. Tak opisał zupełną utratę poczucia mocy, sprawczości – nie można już nic znaczącego powiedzieć, zrobić, w  dodatku pozostaje się z tym uczuciem w samotności. Słowa o tym, tak jak „Król Lear”, sprawiają, że myślę o moim ojcu, jakby dzięki tym obrazom udało mi się zrozumieć, co mógł czuć. Książki także do tego służą – nagle krótkie zdanie, na które inni być może nie zwrócą uwagi, zatrzymuje nasze emocje, zmienia je.

Dla mnie odejście ojca wiąże się z  wyrzutami sumienia. Zbyt mało, mimo jego wielkiej popularności, doceniamy wiersz księdza Twardowskiego z wersem „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Wydaje nam się, że skoro jest taki sławny, tak często cytowany, to nie może być ważny, traci przez to znaczenie. Ale kiedy zostajemy z poczuciem winy po czyimś odejściu, przekonujemy się, że właśnie te słowa, nie inne, trafiają w punkt. Mój ojciec był w obozie pracy podczas wojny, nie rozmawialiśmy o tym, nie opowiedział mi o swoich najtrudniejszych przeżyciach, nie dopytałem, on nie chciał mówić, a ja odpuściłem. I mam poczucie, że chciałbym rozmawiać z nim więcej, bardziej go docenić, zrozumieć. Tak jakbym kończył te niedokończone rozmowy, czytając coś, co oddaje moje emocje, albo pisząc.

Czytaj też: Alina Margolis-Edelman, czyli Ala z kultowego elementarza

Pisał pan wiersze dla swoich córek, teraz już dorosłych?

Nawet razem z nimi. Pamiętam, jak siedzieliśmy z najmłodszą córką, która dziś ma 18 lat, w Morzu Tyrreńskim, w  Toskanii i ona powiedziała: „Idzie fala”. Dopowiedziałem: „wielka fala, taka fala, co wywala. Trzymaj się od niej z dala, bo gdy idzie taka fala, taka fala, co wywala, będziesz leżał jak ta lala. Albo patrz – jak ciocia Hala…”. Poddawaliśmy się razem takiemu dziecięcemu transowi.

Przywołałem żart, ale lubię też pisać dla dzieci o rzeczach poważnych. Zawsze chciałem mówić z dziećmi o śmierci, również w książkach. Nie wiedziałem jak, czekałem na obraz, który zauważę w  codzienności. Miałem takiego przyjaciela we Włoszech, miał ponad 80 lat, prof. Girolamo Arnaldi, wielki historyk średniowiecza. I któregoś dnia zobaczyłem go całego w plastrach. Pytam: „Co się stało?”, a on: „Wiesz, w nocy spadłem z łóżka, zakleiłem drobne rany plastrami, wyglądam jak szmaciana lalka”. Wykorzystałem ten obraz, bo wydał mi się nośny, pisząc książkę „Kiedy kiedyś” o starszym panu, który opowiada dziewczynce o śmierci. Tak też rozmawiam z dziećmi, do dziś zresztą. Wciąż piszę dla dzieci… Ale o córkach piszę także wiersze poważne, „dorosłe”.

Co by pan zrobił bez książek?

Nie potrafię sobie wyobrazić świata bez książek, ale jeszcze bardziej świata bez drzew. I mam zły stosunek do informacji, że spada czytelnictwo, nie wierzę w badania, które prowadzą do takich wniosków. Rozumiem argumenty, że to niemożliwe, bo przecież tylu ludzi czyta w  metrze, w tramwajach. Wciąż ukazują się nowe książki. Dla mnie, mówiąc szczerze, rzeczą gorszą od upadku czytelnictwa, jest upadek rozmowy. Rozmawiamy mniej niż kiedyś, uznaję to za prawdziwy problem. Mickiewicz wspominał, że do jego rodzinnego domu przychodził taki dziad, żebrak, którego nazywano Homerem, bo dużo gadał, opowiadał dziwne historie; to były pierwsze lektury Mickiewicza – książki mówione. Sądzę, że mając dobrych, mądrych rozmówców, dałbym sobie radę bez książek. Ale to pewnie złudzenie, bo ludzie mogą się znudzić, a dobra książka nie tak bardzo. A jeśli, to można ją odłożyć. W pociągu zagaduję często ludzi, szukam pretekstu, szczegółu w wyglądzie, który wydaje mi się obietnicą ciekawej opowieści. Ostatnio na przykład spotkałem pana, który tłumaczy poezję na język Braille’a.

Innym razem rozmawiałem z  Czechem, który kochał Polskę – wszystko: księdza Popiełuszkę, Beskidy, Gdańsk, naszą gościnność, rzeczy, których wartość sami podważamy. I ta jego opowieść była dla mnie fascynująca. Jest taki wiersz Włodzimierza Szymanowicza, dawniej popularny dzięki piosence: „Zaproście mnie do stołu, zróbcie mi miejsce między wami (…), może znajdzie się między wami wojażer, opowie zadziwiająco o barwnych egzotycznych kra-jach. (…) Zaśpiewamy wspólnie stare bliskie pieśni”. O takie właśnie rozmowy powinniśmy dbać. Bo przecież na to, jacy jesteśmy, składają się historie, które sobie nawzajem opowiadamy. Również w  książkach: my, czytelnicy, i my, pisarze.

Rozmowa z Jarosławem Mikołajewskim ukazała się w „Urodzie Życia" 7/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Elżbieta Starostecka i Włodzimierz Korcz
MIECZYSLAW WLODARSKI/REPORTER

Elżbieta Starostecka i Włodzimierz Korcz: „Zdecydowaliśmy, że będziemy razem do końca życia, mając 21 lat”

Od ponad 50 lat uchodzą za małżeństwo doskonałe. Kiedy jedno z nich stawiało na karierę, drugie czekało wiernie w domu.
Sylwia Arlak
23.12.2020

Poznali się na studiach. Uczyli się w jednym budynku łódzkiej filmówki. Ona chodziła na zajęcia na parterze, na wydziale aktorskim, on — do konserwatorium na pierwszym piętrze. Na trzecim roku studiów Włodzimierz Korcz wziął udział w przesłuchaniu. Szukali pianisty do kabaretu. To tam pierwszy raz zobaczył Elżbietę Starostecką. „Poszedłem na próbę, popatrzyłem na Elżbietę i pomyślałem, że rzeczywiście ładna. Nie było rażenia piorunem” — wspominał po latach Korcz. „Miłość od pierwszego wejrzenia? Chyba nie. To, że jesteśmy dla siebie stworzeni, stało się oczywiste dopiero po paru dniach” — mówiła ona. Czytaj też:   Agnieszka Fitkau-Perepeczko i Marek Perepeczko: „To była nie tylko miłość, ale także niezwykła przyjaźń” Czekał godzinę pod jej drzwiami Później znajomy Korcza założył kabaret piosenki przedwojennej. Elżbieta w nim śpiewała, Włodzimierz grał. Razem chodzili na próby, po których on po dżentelmeńsku odprowadzał ją do domu i nosił jej siatkę wypchaną ciężkimi książkami. „Potem przyznał się, że nylonowe żyłki wpijały mu się w palce do krwi, ale nie przekładał siatek do drugiej ręki, bo bał się, że nie wezmę go już pod ramię” — mówiła Starostecka w rozmowie z magazynem „Pani”. Nie potrafili się ze sobą rozstać. „Staliśmy w małym korytarzyku pod schodami i o czwartej rano dziwiliśmy się, że coś tak jasno na dworze. A przecież dotarliśmy do domu koło północy. I te rozmowy spowodowały, że wiedzieliśmy, że będziemy ze sobą do końca życia” — wspominał Korcz w magazynie „Viva!” , dodając: „Rozmawialiśmy o wszystkim — o życiu, o sztuce, teatrze, muzyce, o naszych rodzinach, o sobie. Co kochamy, czego nienawidzimy. Wszystko chcieliśmy...

Czytaj dalej
Meryl Streep
Getty Images

Meryl Streep: „Pracuj ciężko, podbijaj świat, ale sama ugotuj zupę – to moje życiowe motto”.

Meryl Streep ma na swoim koncie 21 nominacji do Oscara! Konkurować z nią nie może nawet Jack Nicholson z 12 nominacjami. Kiedy odbierała Oscara za „Żelazną Damę”, powiedziała, że wszystko, co ceni najbardziej, dostała od męża: dzieci, rodzinę, prywatność.
Magdalena Żakowska
10.09.2020

Żyje z dala od Hollywood. Nie musimy ekscytować się plotkami z jej życia, by o niej pamiętać, wystarczą role: od „Kochanicy Francuza” do „Pożegnania z Afryką”, od „Wyboru Zofii” do „Mamma Mia!”. Wszyscy ją kochają i podziwiają. Meryl Streep – co to za fenomen? Ja jestem Pan, Bóg twój, stwórca nieba i ziemi. Stworzyłem ocean i niebo, słońce i gwiazdy. Jedną z tych gwiazd jest Meryl Streep, której pracę podziwiasz od czasu »Łowcy jeleni«. Ale nie wolno ci zapominać, że jej praca (granie w filmach) nie byłaby możliwa bez mojej pracy (stworzenia wszechświata)”. Tak zaczyna się nowy, uaktualniony o pojawienie się na świecie Meryl Streep, dekalog stworzony przez magazyn „New Yorker”. Nawet Pan Bóg zazdrości jej talentu i sławy! I nie można mieć do Boga pretensji, w końcu Meryl Streep to największa aktorka naszych czasów. Nie tylko dlatego, że ma na koncie 21 nominacji do Oscara i trzy zdobyte statuetki, rekordowe 32 nominacje do Złotego Globów i osiem zwycięstw. W ciągu 40 lat filmowej kariery grała u większości najlepszych reżyserów, a partnerowali jej znakomici aktorzy. Ale to, co ją wyróżnia spośród innych gwiazd kina, to jej niezwykły status. W wieku 72 lat wciąż prowadzi aktywne, pełne sukcesów życie zawodowe, ma czwórkę dzieci, a od 40 lat żyje w szczęśliwym małżeństwie. Jest pewna siebie, ale nie zarozumiała, sławna, ale skromna.  Meryl Strep: druga po Grecie Garbo Na firmamencie gwiazd można ją porównać z Catherine Deneuve czy Isabelle Huppert. Ale we Francji wielkie aktorki traktowane są jak skarby narodowe, z szacunkiem i delikatnością. Zarówno Huppert, jak i Deneuve zręcznie poruszają się między dużymi produkcjami i kinem artystycznym, między rolami ważnymi i błahymi, a ich wybory nie są...

Czytaj dalej
Agnieszka Osiecka i Marek Hłasko
east news

To była artystyczna miłość! Historia Agnieszki Osieckiej i Marka Hłaski

Poetkę i pisarza łączyło niebywałe uczucie.
Sylwia Niemczyk
02.02.2019

Poznali się na przełomie 1956 i 1957 r. Agnieszka Osiecka – studentka reżyserii w łódzkiej filmówce, wschodząca gwiazda STS-u. Hłasko – 24-letni pisarz, już wtedy sławny autor zbioru opowiadań „Pierwszy krok w chmurach”. Oboje piękni i niegrzeczni. Ona nieprzeciętnie inteligentna i wyjątkowo jak na tamte czasy wyzwolona. Zawsze flirtowała z kilkoma chłopakami naraz. Panienka z Saskiej Kępy.   Brylowała w towarzystwie o wiele starszych od siebie literatów i filmowców. Miała skłonność do łamania serc i do efektownych puent. I jedne, i drugie kolekcjonowała z równym zapałem. Pod szklanym blatem w biurku zbierała zdjęcia zdobytych mężczyzn. Wojciech Frykowski, Andrzej Jarecki, Daniel Passent, Jeremi Przybora i wielu, wielu innych. „Hłasko był proletariackim księciem, którego mi zazdrościły koleżanki – tak go zaklasyfikowała w swojej kolekcji. – Twarz rozgrymaszonego bachora, figura cowboya, ręce Madonny. Wyższy był od naszego pokolenia o pół głowy”.   On wychowany na Powiślu, edukację zakończył na poziomie podstawówki, od 16. roku życia pracował fizycznie jako robotnik na budowie i szofer. Zbuntowany i gniewny. Łudząco podobny do Jamesa Deana, na którego się zresztą robił. „Pisanie – mówił – jest tak wspaniałe, jak chlanie”. O jego nocnych wybrykach krążyły legendy, które sam podkręcał. W Kameralnej pojawiał się zwykle dopiero po północy – latem w szoferskiej skórze, zimą w swoim słynnym białym kożuchu. Wszyscy cisnęli się wtedy do baru, żeby choć się o niego otrzeć. Bo odezwać się do Hłaski było nie lada odwagą. Kto się odezwał głupio – dostawał w zęby.   Agnieszka Osiecka leczyła rany Marka po wcześniejszym związku Oboje komponowali swoje życie...

Czytaj dalej
Tamara Łempicka
Materiały prasowe wydawnictwa Bosz

Tamara Łempicka była królową art déco. „Robię, co chcę i nienawidzę robić tego, co muszę”, mówiła

Tamara Łempicka była uznawana za kobietę nowoczesną. Część krytyków zachwycała się jej dziełami, inni wskazywali na „cielesność graniczącą z kiczem lub przynajmniej grzechem”. Artystkę można było kochać lub można było się oburzać jej twórczością. Jedno jest pewne – nikt nie mógł przejść obok niej obojętnie.
Kamila Geodecka
09.12.2020

Ciężko jest być kobietą na tym świecie. Żeby przeżyć, trzeba wykorzystywać swe ciało i posługiwać się seksem” – mówiła Tamara Łempicka, malarka uznawana za prawdziwą królową estetyki art déco. Malowała głównie kobiece akty, które w tamtych czasach były uznawane za bardzo odważne. Kolejne plotki dotyczące jej romansów z modelkami jedynie napędzały jej sławę. Sławę, której pragnęła, i którą sobie wywalczyła. Była prawdziwą gwiazdą w paryskim międzywojniu. Uwielbiała głośne bankiety, rozmowy i kokietowanie. Bawiła się ze światem, więc cały świat bawił się także z nią. Udawała, kłamała, a gdy trzeba było, szła nawet do zakonu. W swoich obrazach zawsze była jednak perfekcjonistką. Chociaż artystka zmarła 40 lat temu, jej sława wciąż trwa, a jej obrazy mają w swoich kolekcjach Madonna, Jack Nicholson czy Barbra Streisand. Wciąż jest gwiazdą i podbija salony, a jej prace sprzedawane są za miliony dolarów. Tamara Łempicka – Polka i żona za wszelką cenę Tamara Łempicka urodziła się prawdopodobnie w 1898 roku w Moskwie, choć w jej metryce znajdziemy informację o tym, że przyszła na świat w Warszawie. Historycy sztuki podejrzewają, że artystka w pewnym momencie swojego życia po prostu sfałszowała dokumenty, co w tamtym czasie nie było aż tak skomplikowane. Jako dorosła kobieta zawsze powtarzała jednak, że jest Polką. Artystka wychowywała się w Warszawie wraz z dziadkami od strony swojej matki. Zamożni Deklerowie należeli do elity towarzyskiej i kulturalnej oraz  przyjaźnili się m.in. z Ignacym Paderewskim czy Arturem Rubinsteinem. Gdy mała Tamara była jeszcze dziewczynką, jej ojciec, zamożny rosyjski Żyd, zniknął z jej życia i nigdy nie powrócił. Sama artystka miała mówić, że jej rodzice się rozwiedli, jednak w rzeczywistości ojciec...

Czytaj dalej