Poeta Jarosław Mikołajewski nie wyobraża sobie świata bez książek i rozmowy
getty images

Poeta Jarosław Mikołajewski nie wyobraża sobie świata bez książek i rozmowy

„Tajemnica wchodzenia w lekturę całym sobą często polega właśnie na tym: mamy wrażenie, że czytając, dowiadujemy się po raz pierwszy o czymś, co już w nas jest, tylko nienazwane”.
Marta Strzelecka
29.12.2020

Przetłumaczył na polski Dantego, Petrarkę, Pasoliniego. Nasze dzieci czytają „Pinokia” w jego przekładzie. Wybitny poeta i tłumacz, Jarosław Mikołajewski opowiada o swoich książkowych odkryciach i literackich przygodach, zdradza, co mu daje czytanie i dlaczego książka pomaga nam rozumieć siebie.

Marta Strzelecka: Czy warto dziś zajmować się zawodowo literaturą?

Jarosław Mikołajewski: Trudno mi sobie wyobrazić życie pozbawione pisania. Ale o tym, że moja przyszłość związana będzie z literaturą, coś zadecydowało bardzo wcześnie. Zawdzięczam to jednej książce, tak myślę. Jej autorem jest Cesare Pavese, włoski poeta i prozaik, książka nosi tytuł „Rzemiosło życia” i jest dziennikiem. Po raz pierwszy przeczytałem ją, mając 14 lat, w 1974 roku. Dzięki temu doświadczeniu poszedłem do nowo utworzonej klasy z językiem włoskim w warszawskim liceum Batorego. I w ten sposób moje życie zostało określone, bo potem poszedłem na italianistykę, zostałem italianistą. I tak już całe życie spędzam między poezją własną, moim pisaniem a tłumaczeniami, nauczaniem włoskiego. Zaglądam do książki Pavesego co jakiś czas, kilka lat temu przetłumaczyłem jego wiersze.

Czytaj także: Agnieszka Osiecka – najpiękniejsze cytaty o życiu, miłości i przemijaniu

Co pan odnalazł w „Rzemiośle życia”?

To jest dzieło, które mówi o życiu człowieka już dorosłego, dojrzałego, lecz jakoś zaskoczonego, że nie jest już dzieckiem. Pavese miał 42 lata, kiedy w  1952 roku popełnił samobójstwo. W swoim dzienniku porusza tematy ważne dla kogoś, kto wchodzi w dorosłość: samotność, miłość, rozpacz, mierzenie się z nieuchronnością śmierci. I mówiąc o tym, poprowadził mnie, czytelnika, za  rękę, choć nie od razu wszystko zrozumiałem. Zresztą zawsze byłem zafascynowany, kiedy kogoś nie rozumiałem, ale nie miałem przy tym poczucia, że słyszę bełkot, tylko jakąś tajemnicę, w którą warto wejść.

Jakbym urodził się z obietnicą, że są pewne istotne sprawy, które trzeba poznać, tylko nikt mi o nich nie mówi. A  potem nagle czytam powieść albo wiersz i myślę: „Boże drogi, podejrzewałem, że istnieją w ten sposób opisane miłość, śmierć, samotność, ale nikt nigdy nie stawiał przede mną tych tematów w sposób tak mi bliski”. I nagle pojawia się coś, dzięki czemu świat staje się rozpoznany. Książka. Myślę, że tajemnica wchodzenia w  lekturę całym sobą często polega właśnie na tym – mamy wrażenie, że czytając, dowiadujemy się po raz pierwszy o czymś, co już w nas jest, nienazwane.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Ukochany wiersz Szymborskiej

Ale czy nie jest dziś trudno dowiedzieć się o czymś po raz pierwszy? O wszystkim przecież już napisano, a media wciąż objaśniają świat.

Tematów nowych do opisania rzeczywiście nie ma zbyt wielu, wystarczy palców jednej ręki, żeby policzyć te najważniejsze. Chodzi jednak o to, jak się je opisuje. Kiedy po raz pierwszy przeczytałem „Sto lat samotności”, w liceum, miałem wrażenie wielkiego odkrycia. „Gdzie ja dotąd byłem – myślałem – że nie słyszałem jeszcze takiej opowieści o rodzinie?”.

Wszyscy przecież od stuleci opowiadają o wielopokoleniowości. Kobieta, która trzyma nici losów najbliższych, jest w  co drugiej rodzinie. A tu nagle ktoś opowiada o tym w taki sposób, że sprawy zwyczajne stają się najistotniejsze. Czasem nawet trudno powiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Rozmawiałem kiedyś na ten temat z Wisławą Szymborską. Pytam ją, jaki jest twój ukochany wiersz, taki najbardziej ukochany? „Słuchaj, taki wiersz, w którym poeta, nie pamiętam nazwiska, chyba niepolski, pisze: byłem, ale mnie nie było... nie było mnie, ale byłem... Coś takiego”. Była zachwycona, zadumana na samo wspomnienie tego wiersza, chociaż nie potrafiła zacytować. Bo bardziej pamiętamy smak lektury niż słowa. Stan szczęścia, że nami coś owładnęło, że jakaś fascynująca rzeczywistość stanęła przed nami i  możemy wejść do niej, może być naszym udziałem.

Czytaj też: Wisława Szymborska o miłości, książkach i życiu – najpiękniejsze cytaty poetki-Noblistki

Pamięta pan coś podobnego?

Czytałem jako dziecko książkę o ludziach pierwotnych, jej bohater nazywał się Mamucik, miał w zwyczaju żuć paski mięsa. Prosiłem więc mamę, żeby smażyła mi takie paski mięsa, które mógłbym żuć. To zupełnie błahe, ale o  takich książkach pamiętamy – siedzieliśmy w środku i chcieliśmy, żeby świat zostawił nas w spokoju, żeby nigdy nie wyjść na zewnątrz. Dla mnie przypisane jest to dawnym czasom, już nie mam takich lektur. Utraciłem dawną zdolność takiego skupienia.

Doświadczonego czytelnika niewiele porusza?

Niewiele. Ale wczoraj w pociągu przeczytałem książkę, która zaniepokoiła mnie, wywołała głęboką zadumę. A to też rzadkie. Młody poeta dał mi w prezencie książkę swojego przyjaciela – serię wierszy o różnych epizodach z Auschwitz. Z jednej strony zdumiały mnie konkretne historie, niektóre obserwacje autora wydały mi się ciekawe, ale przede wszystkim z podziwem przyjąłem, że ktoś tak bardzo przeżywa wciąż tamte wydarzenia, które dla wielu z nas są zamrożone w przeszłości. Po prostu przywraca do świadomości czytelników pamięć o ofiarach w sposób głęboko empatyczny. Przejmująca lektura.

Pan, pisząc, też szuka obrazów, które byłyby poruszające, a jednocześnie poetyckie. Zbudowana jest z nich książka „Wielki przypływ” o uchodźcach na Lampedusie.

Kiedy tam pojechałem z zamiarem napisania reportażu, szukałem ludzi, którzy po prostu opowiedzą mi prawdę o tym, co przeżywają. A potem szukałem języka, który będzie trzymał się faktów, ale jednocześnie sugestywnie, łagodnie, właśnie poprzez poetyckie obrazy, wwierci się w świadomość czytelników. Żeby odczuli moje przejęcie sprawami, o których piszę, żeby i oni je głęboko przeżyli. Nie dość mi tego było, więc napisałem też książkę dla dzieci na ten temat, „Wędrówkę Nabu”, potem „Kolędę dla tęczowego Boga”, potem jeszcze opowiadanie „Dziwna rodzina”...

W ten sposób przez czytanie rozpowszechnia się empatia, jest jej coraz więcej?

Tak myślę. Jest taka wspaniała artystka wizualna, Anna Konik, która po lekturze mojego „Wielkiego przypływu” zaprosiła mnie na wernisaż swojej wystawy. W  Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie przedstawiła zdumiewające działanie artystyczne, które pokazuje, jak słowa potrafią w nas żyć, zmieniać nas, co potrafią z nami robić. Nagrała rozmowy z różnymi kobietami, które były uchodźczyniami w bogatych dużych miastach europejskich. Opowiadały o życiu, od którego uciekły. Zaprosiła potem rdzenne mieszkanki bogatej Europy, żeby odczytały te relacje jeden do jednego, słowo po słowie. Wypełniały się w ten sposób doświadczeniami innych kobiet w sposób bardzo konkretny –  czytając ich słowa. Stały się tak jakby naczyniami dla cudzych przeżyć. I nie potrafiły czytać bez wzruszenia czy bólu, bo dotykały rzeczywistości, której wcześniej nie wyobrażały sobie dla siebie. Płakały. Empatia potrafi być bolesna, tak jak przy lekturze książek, ale potrzebujemy jej. Czasem również po to wchodzimy głęboko w lekturę, żeby przypomnieć sobie, że inni przeżywają to samo, co my. Że doświadczenia najbardziej dojmujące, na przykład utrata dziecka czy wygnanie, dla każdego z nas są tak samo trudne, bolesne, wymagające. Lektura pomaga przeżyć to, co wydawało nam się mgliste albo tylko cudze. Porządkuje myśli, uczucia.

Dedykacja od córki Konopnickiej

Ale czytamy też po prostu dla rozrywki, prawda?

Oczywiście, literatura to jest wielka radocha. Po latach, stuleciach wręcz, korzystania z edukacyjnych funkcji literatury powiedzmy sobie, że czytanie jest wielką radochą. Wiedzieliśmy to przecież kiedyś na przykład o takim Mickiewiczu. Słyszałem ostatnio krytykę „Pana Tadeusza” – że w tym dziele jest tak mało, że ten materiał nie jest głęboki. Dzieło zostało uznane za ważne, więc oczekujemy od niego wielce skomplikowanych treści. A przecież w kontakcie z  książkami chodzi też o radość, a trudno o większą niż czytanie „Pana Tadeusza”. Tylko musimy się pogodzić, że to jest to i niewiele więcej.

A ma pan książkę, którą lubi pan po prostu jako przedmiot?

Kiedyś kupiłem w antykwariacie taką książeczkę bez okładki, która jest sobie osobno, oderwana. Maleńkie wydanie „Boskiej komedii” z 1890 roku z wpisem: „Ta książka należała do matki mojej Marii Konopnickiej z Konopnickich, Laura Pytlińska, 1910”. W różnych innych ważnych tomach mam osobiste dedykacje autorów, których znałem, z  którymi się przyjaźniłem – autografy Wisławy Szymborskiej, Czesława Miłosza, Zbigniewa Herberta – ale ta ze słowami córki Konopnickiej wzrusza mnie bardziej. Może tym, że poetka czytała ważny dla mnie poemat, który zresztą właśnie tłumaczę, że książeczka jest tak mała, że mogła być noszona w kieszeni. I tym, że trafiła do mnie przypadkiem, to nie jest kolekcjonerskie wydanie. Kupiłem za trzy złote, znalazłem pomiędzy innymi książkami, w dodatku strony z wpisem były sklejone, odkryłem je dopiero w  domu. Doceniam to wszystko, cały ten zbiór myśli na temat tej konkretnej „Boskiej komedii”.

Podobno jest pan fanem Szekspira.

Kocham go czytać. Wolę lekturę Szekspira niż oglądanie jego sztuki w teatrze, bo wiem, że otworzę książkę i przeżyję pewien szczególny rodzaj zastanowienia. Żywy podziw, który płynie z rozumnego zdania, oddania sprawiedliwości wszystkiemu, co jest ważne na świecie. Trudno to inaczej opisać, bo rzeczywiście w  jednym stwierdzeniu tego autora potrafi tkwić tajemnica świata. Szekspir ma moje pełne zaufanie. Tak bardzo korzystał ze swojej empatycznej wyobraźni, że wiedział, co czują ludzie, którzy przeżyli to, czego on nigdy osobiście nie przeżył. Poza tym myślę, że lepiej zrozumiałem mojego ojca, kiedy czytałem „KrólaLeara”. Mam wrażenie, że dosłownie.

Dlaczego?

Dzięki tej sztuce naprawdę zrozumiałem, jak ważnym momentem w  życiu starego człowieka jest narastanie poczucia bezsilności. Również Pavese napisał o  tym wiersz „Ulisses”. Syn Ulissesa ma w tej opowieści taki sposób wychodzenia z domu, że ojciec, który w  nim zostaje, czuje, że nie ma już nic do powiedzenia. Tak opisał zupełną utratę poczucia mocy, sprawczości – nie można już nic znaczącego powiedzieć, zrobić, w  dodatku pozostaje się z tym uczuciem w samotności. Słowa o tym, tak jak „Król Lear”, sprawiają, że myślę o moim ojcu, jakby dzięki tym obrazom udało mi się zrozumieć, co mógł czuć. Książki także do tego służą – nagle krótkie zdanie, na które inni być może nie zwrócą uwagi, zatrzymuje nasze emocje, zmienia je.

Dla mnie odejście ojca wiąże się z  wyrzutami sumienia. Zbyt mało, mimo jego wielkiej popularności, doceniamy wiersz księdza Twardowskiego z wersem „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Wydaje nam się, że skoro jest taki sławny, tak często cytowany, to nie może być ważny, traci przez to znaczenie. Ale kiedy zostajemy z poczuciem winy po czyimś odejściu, przekonujemy się, że właśnie te słowa, nie inne, trafiają w punkt. Mój ojciec był w obozie pracy podczas wojny, nie rozmawialiśmy o tym, nie opowiedział mi o swoich najtrudniejszych przeżyciach, nie dopytałem, on nie chciał mówić, a ja odpuściłem. I mam poczucie, że chciałbym rozmawiać z nim więcej, bardziej go docenić, zrozumieć. Tak jakbym kończył te niedokończone rozmowy, czytając coś, co oddaje moje emocje, albo pisząc.

Czytaj też: Alina Margolis-Edelman, czyli Ala z kultowego elementarza

Pisał pan wiersze dla swoich córek, teraz już dorosłych?

Nawet razem z nimi. Pamiętam, jak siedzieliśmy z najmłodszą córką, która dziś ma 18 lat, w Morzu Tyrreńskim, w  Toskanii i ona powiedziała: „Idzie fala”. Dopowiedziałem: „wielka fala, taka fala, co wywala. Trzymaj się od niej z dala, bo gdy idzie taka fala, taka fala, co wywala, będziesz leżał jak ta lala. Albo patrz – jak ciocia Hala…”. Poddawaliśmy się razem takiemu dziecięcemu transowi.

Przywołałem żart, ale lubię też pisać dla dzieci o rzeczach poważnych. Zawsze chciałem mówić z dziećmi o śmierci, również w książkach. Nie wiedziałem jak, czekałem na obraz, który zauważę w  codzienności. Miałem takiego przyjaciela we Włoszech, miał ponad 80 lat, prof. Girolamo Arnaldi, wielki historyk średniowiecza. I któregoś dnia zobaczyłem go całego w plastrach. Pytam: „Co się stało?”, a on: „Wiesz, w nocy spadłem z łóżka, zakleiłem drobne rany plastrami, wyglądam jak szmaciana lalka”. Wykorzystałem ten obraz, bo wydał mi się nośny, pisząc książkę „Kiedy kiedyś” o starszym panu, który opowiada dziewczynce o śmierci. Tak też rozmawiam z dziećmi, do dziś zresztą. Wciąż piszę dla dzieci… Ale o córkach piszę także wiersze poważne, „dorosłe”.

Co by pan zrobił bez książek?

Nie potrafię sobie wyobrazić świata bez książek, ale jeszcze bardziej świata bez drzew. I mam zły stosunek do informacji, że spada czytelnictwo, nie wierzę w badania, które prowadzą do takich wniosków. Rozumiem argumenty, że to niemożliwe, bo przecież tylu ludzi czyta w  metrze, w tramwajach. Wciąż ukazują się nowe książki. Dla mnie, mówiąc szczerze, rzeczą gorszą od upadku czytelnictwa, jest upadek rozmowy. Rozmawiamy mniej niż kiedyś, uznaję to za prawdziwy problem. Mickiewicz wspominał, że do jego rodzinnego domu przychodził taki dziad, żebrak, którego nazywano Homerem, bo dużo gadał, opowiadał dziwne historie; to były pierwsze lektury Mickiewicza – książki mówione. Sądzę, że mając dobrych, mądrych rozmówców, dałbym sobie radę bez książek. Ale to pewnie złudzenie, bo ludzie mogą się znudzić, a dobra książka nie tak bardzo. A jeśli, to można ją odłożyć. W pociągu zagaduję często ludzi, szukam pretekstu, szczegółu w wyglądzie, który wydaje mi się obietnicą ciekawej opowieści. Ostatnio na przykład spotkałem pana, który tłumaczy poezję na język Braille’a.

Innym razem rozmawiałem z  Czechem, który kochał Polskę – wszystko: księdza Popiełuszkę, Beskidy, Gdańsk, naszą gościnność, rzeczy, których wartość sami podważamy. I ta jego opowieść była dla mnie fascynująca. Jest taki wiersz Włodzimierza Szymanowicza, dawniej popularny dzięki piosence: „Zaproście mnie do stołu, zróbcie mi miejsce między wami (…), może znajdzie się między wami wojażer, opowie zadziwiająco o barwnych egzotycznych kra-jach. (…) Zaśpiewamy wspólnie stare bliskie pieśni”. O takie właśnie rozmowy powinniśmy dbać. Bo przecież na to, jacy jesteśmy, składają się historie, które sobie nawzajem opowiadamy. Również w  książkach: my, czytelnicy, i my, pisarze.

Rozmowa z Jarosławem Mikołajewskim ukazała się w „Urodzie Życia" 7/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Anna Król i Paulina Wilk, Big Book Festival
mat. prasowe

Anna Król i Paulina Wilk, twórczynie Big Book Festival mówią: „Składamy się z liter” 

O książkach, czytaniu i festiwalu, który… miał się nie udać, opowiadają Anna Król i Paulina Wilk, pomysłodawczynie Big Book Festival, który już od 8 lat gości na kulturalnej mapie Warszawy.
Sylwia Niemczyk
11.05.2020

Rozmawiamy przez Skype’a w samym środku kwarantanny. Od kilku tygodni żadna z nas trzech nie wyszła z domu dalej niż na spacer z psem. W takim zamknięciu jeszcze wyraźniej widać, ile dają nam książki: są przyjaciółmi, bliskimi, czasem nawet najbliższymi, towarzyszami. Właśnie takie myślenie o książkach i czytaniu doprowadziło do powstania Big Book Festival, największego warszawskiego festiwalu książkowego – i jednej z najlepszych imprez roku! Pamiętacie pierwszą edycję Big Book Festivalu? Ania: To był 2013 rok, w lutym dowiedziałyśmy się, że dostałyśmy miejską dotację, a to był ostatni moment, bo już powoli traciłyśmy nadzieję, że uda się kogokolwiek przekonać do naszego marzenia. Wcześniej przez dwa lata chodziłyśmy po urzędach i sponsorach.  Paulina: Wiedziałyśmy, że teraz albo nigdy. Jak o tym dziś myślę, to widzę, że porwałyśmy się z motyką na słońce, to absolutnie nie miało prawa się udać. Sto procent brawury, ale okazało się, że ta nasza motyka miała odrzutową siłę.  Ania: Udało się i tamten pierwszy Big Book Festival przyniósł nam wiele radości, ale nie chciałabym przechodzić drugi raz przez tamten czas. Te cztery miesiące, podczas których musiałyśmy postawić festiwal od zupełnego zera, to była bardzo ciężka praca, dużo nerwów, cały czas nie zgadzał nam się budżet, zresztą nie zgodził się do końca i pamiętam, że mniej więcej 20 proc. kosztów pokryłam z moich oszczędności, ostatnich, jakie miałam w życiu! To było działanie na pograniczu partyzantki. Ale jednocześnie tamtemu festiwalowi towarzyszył ogromny entuzjazm, poczucie wspólnoty i przekonanie, że zaczynamy coś wielkiego. Zastanawiacie się, jak to się stało, że jednak wam się udało?  Ania: Ja z tamtego czasu najbardziej pamiętam to, że robiłyśmy wszystko:...

Czytaj dalej
pilch
Mieszko Stanisławski/REPORTER

Jerzy Pilch: „Wszystko dalej potoczy się bez nas”. Pisarz zmarł w wieku 67 lat

Jeden z najważniejszych polskich pisarzy, Jerzy Pilch nie żyje. Gdy z nim rozmawialiśmy, był jeszcze pełen nadziei, choć już bardzo ciężko chory.
Marta Strzelecka
29.05.2020

Zmarł Jerzy Pilch. Jeden z największych współczesnych polskich pisarzy, autor takich książek, jak ‚Spis cudzołożnic”, „Pod Mocnym Aniołem”, „Moje pierwsze samobójstwo”, „Marsz Polonia”. W końcu 1999 roku, na przełomie  wieku w „Tygodniku Powszechnym" opublikował listę 10 słów „mojego życia, a raczej moich słów". Te najważniejsze słowa dla Jerzego Pilcha to: dom, nałóg, dotyk, pismo, dzwon, trawa, światło, matka, skrzydła, koniec.   Kilkanaście lat później w rozmowie z „Urodą Życia” mówił o relacjach i uczuciach: „Przekonanie, że dla miłości zrobiłoby się absolutnie wszystko, może być złudne, jednak warto dostać szansę, żeby to sprawdzić. Warto zaryzykować”. W ostatnich latach niechętnie udzielał wywiadów. Niechętnie nazywał swoją chorobę. Ale mówił i pisał o przebytej operacji mózgu, o tym, że pod obojczykiem ma wszczepioną baterię, że utracił na jakiś czas mowę, miał problemy z pisaniem i typowe objawy choroby Parkinsona. Podkreślał, że ta nazwa medyczna brzmi dla niego zbyt złowrogo. Bohater jego książki „Zuza albo czas oddalenia” (Wydawnictwo Literackie, 2015) choruje na Parkinsona, żyje sam i tęskni za miłością. Zakochuje się w młodej prostytutce, wspomina swoje poprzednie związki, ale dopiero ten wydaje mu się największą szansą na spełnienie i szczęście. Marta Strzelecka: Dlaczego w pana opowieści o zakochaniu jest tak dużo tęsknoty? Jerzy Pilch: Wydaje mi się, że za mało. Gdyby dopisywały mi siły i zdrowie, napisałbym nie sto, lecz kilkaset stron lodowatego monologu miłosnego pełnego tęsknoty. Niewystarczająco dużo jest tych emocji w zachwycie dojrzałego, chorego mężczyzny nad młodą, wolną, piękną kobietą? Aż nadto. Zastanawiam...

Czytaj dalej
ilustracje Emilii Dziubak
ilustracje Emilii Dziubak

Baśniowe ilustracje Emilii Dziubak to ćwiczenie dla naszej wyobraźni

Emilia Dziubak jest autorką ilustracji do ponad 40 książek wydawanych na całym świecie. lustrowała książki m.in. Grzegorza Kasdepke, Mary Norton czy Martina Widmarka.
Bartosz Janiszewski
11.06.2020

Rysunki Emilii Dziubak są malarskie, nastrojowe, z wyrazistymi bohaterami, często niepokojące. „Chcielibyśmy odciąć nasze dzieci od trudnych emocji, ale świat, w którym żyjemy, nie jest tylko miły i kolorowy”, mówi. Bartosz Janiszewski: Wydają pani książki w Stanach, Francji, Szwecji, Niemczech, Norwegii, Chinach. Nawet w Australii dzieci przed snem oglądają pani ilustracje.  Emilia Dziubak: Szczerze mówiąc, nie wiedziałam nawet, że moja książka jest w Australii. Nie chodzi o to, że to dla mnie nieistotne. Bardzo się z tego cieszę, ale w mojej głowie jest więcej miejsca na ilustracje, nad którymi pracuję, niż na umowy wydawnicze.  Zawsze marzyła pani o ilustrowaniu książek?  Nie, w dzieciństwie chciałam zostać malarką. Spędzałam godziny, wpatrując się w albumy z reprodukcjami. Na Akademię Sztuk Pięknych wybrałam się z myślą o malarstwie. Przez całe studia pilnie chodziłam na wszystkie możliwe wystawy. Z czasem zaczęłam zauważać, że prac tam wystawionych prawie nikt nie ogląda. Do galerii przychodziło oprócz mnie kilka osób, z których większość okazywała się studentami. Typowy obrazek, jaki zapamiętałam z tamtych czasów, wygląda tak: stoją trzy osoby przed obrazem w ciszy, oglądają go kilka minut, a potem, bez słowa przechodzą do kolejnego obrazu. To ludzie, którzy przez całe studia uczą się, mają wiedzę, ale nawet oni nie potrafią rozmawiać o tym, co widzą. Pamięta pan grę karcianą flirt towarzyski?  Jasne. Zbawienie dla chłopaków, którzy wstydzili się zagadać do dziewczyny. Zamiast tego można było posłać kartę z dwuznacznym tekstem.  Moja koleżanka zrobiła kiedyś projekt artystyczny inspirowany tą grą – „Flirt wernisażowy” – dla ludzi, którzy nie wiedzą, jak i o czym...

Czytaj dalej
Maria Sadowska
Bartek Wieczorek

Maria Sadowska szczerze o solidarności wśród kobiet i o tym, co będzie, jeśli nie będziemy razem działać

„Jak się wychylasz, to czasem musisz dostać po głowie. Ale co tam!”
Magdalena Żakowska
29.07.2019

Maria Sadowska od lat łączy kulturę wysoką i rozrywkową – choć sama przyznaje, że nie cierpi tego rozgraniczenia: „Mam szacunek zarówno dla sztuki popularnej i masowej, jak i tej trudnej, elitarnej, „wysokiej” czy „alternatywnej”. (…) Przez długi czas siedziałam w podziemiu, w muzyce klubowej, jazzowej. Teraz wypłynęłam po prostu na szersze wody i dzięki temu mam większą szansę mówić o rzeczach dla mnie ważnych. Mam szansę być usłyszana” – mówi w wywiadzie dla URODY ŻYCIA. Pytamy ją nie tylko o film i muzykę, ale przede wszystkim o ulubione książki.  Magdalena Żakowska, „Uroda Życia” Co teraz czytasz? Maria Sadowska: „Nieistotne wizerunki”, opowiadania Paola Sorrentina. Krótkie formy czytam zupełnie inaczej niż powieści, lubię je sobie dawkować. A w przerwach słucham audiobooków. Sama zamierzam wkrótce wyreżyserować słuchowisko, którego podstawą będzie tekst Łukasza Orbitowskiego – współczesna wersja „Przeminęło z wiatrem”. A w planach mam także adaptację na słuchowisko monodramu „Wanda” Wiesławy Sujkowskiej o Wandzie Rutkiewicz, który dla teatru wyreżyserowałam wspólnie z Joanną Grabowiecką. A powieści? Przeczytałam niedawno „Vox” Christiny Dalcher. To taka feministyczna dystopia o świecie rządzonym przez mężczyzn, w którym kobiety mogą wypowiedzieć tylko sto słów dziennie. Świetny pomysł, świetna fabuła, ale najbardziej dała mi w tej książce do myślenia postać głównej bohaterki, kobiety, która nigdy w życiu nie interesowała się polityką, nie głosowała i nagle obudziła się w takim świecie. W dużej mierze właśnie ta książka uruchomiła mnie do tego, że trzeba działać. Może dlatego w kwietniu postanowiłam wyrazić swoją niezgodę...

Czytaj dalej