Ks. Adam Boniecki swoim życiem pokazuje, w jakiego Boga nie wierzy
Fot. Grażyna Makara

Ks. Adam Boniecki swoim życiem pokazuje, w jakiego Boga nie wierzy

Wymyślano o nim niestworzone rzeczy. Że jest agentem CIA, szpiegiem papieża, że wdał się w romans. Teraz ks. Adam Boniecki – wielki polski duchowny, doczekał się o sobie filmu.
Agnieszka Dajbor
26.06.2020

Dokument o księdzu Adamie Bonieckim „xABo: Ksiądz Boniecki” wejdzie do kin w pełnię lata, 24 lipca. Podobno ks. Boniecki, który nie lubi zamętu wokół siebie, modlił się, by reżyserka Aleksandra Potoczek odstąpiła od realizacji. Na szczęście Pan Bóg miał inne plany, bo powstał dokument piękny i chwytający za serce. Kamera towarzyszy księdzu w trakcie jego podróży, w chwilach skupienia, modlitwy. Podczas rozmów w redakcji „Tygodnika Powszechnego”, do którego przyszedł w 1964 roku z polecenia wtedy jeszcze biskupa Karola Wojtyły.

Ksiądz Boniecki mówi w tym filmie wiele rzeczy ważnych. O wierze wbrew zwątpieniu. O bagażu życiowych dramatów, niespełnień, żalów, który niesiemy ze sobą, jak ciężką walizkę. O przemijaniu. Opowiada o tym prosto, w bardzo ludzki sposób, jak wtedy, kiedy rzuca uwagę: „Kiedyś dawałem śluby dzieciom, które chrzciłem. Teraz po latach już tych ochrzczonych nie zobaczę”. Tłumaczy, w jakiego Boga nie wierzy, układając tę wypowiedź w osobistą litanię: „Nie wierzę w Boga, który zapala czerwone światło, gdy człowiek się cieszy. Nie wierzę w Boga, który mówi: „zapłacisz mi za to”. Nie wierzę w Boga, który wymaga, aby człowiek wierzący przestał być ludzki”…

Najbardziej poruszają spotkania księdza z ludźmi. A jest ich mnóstwo. Często zupełnie przypadkowe, jak z mężczyzną na dworcu kolejowym, który zagaduje „A ksiądz do Krakowa?”. I po chwili już opowiada o śmierci matki: że nie może sobie z tym poradzić. Albo dziewczyna z galerii handlowej, która zwraca się do księdza Bonieckiego per pan, ale biegnie za nim, by spytać, dlaczego nie zawsze jest tak dobra, jakby chciała.

Są też dziesiątki spotkań autorskich, na które każdy przychodzi ze swoją opowieścią, historią, sprawą. Prosić o wsparcie, spytać o zbawienie, opowiedzieć o śmierci żony. „Pamięta ksiądz, jak u nas był…” Boniecki dla każdego znajduje chociaż jedno zdanie, prawdziwe, z głębi serca. Nie zbywa ludzi, nie mówi obiegowych formułek. Czasami żartuje. Gdy ktoś prosi o przesłanie, wpisuje: „Lepiej zjeść i zwymiotować niż wyrzucić i zmarnować”. W filmie „xABo…” podchodzi do niego młoda kobieta: „Chciałam podziękować, jako młoda lekarka, młoda Polka, za głos księdza”.

Ks. Adam Boniecki – ksiądz, którego ludzie pytają o wszystko

Dobrze, że taki film powstał! 86-letni ks. Adam Boniecki, przyjaciel i wieloletni współpracownik Jana Pawła II, jest nie tylko wielką postacią polskiego Kościoła. Jest też jednym z ostatnich przedstawicieli przedwojennych generacji, z których wyrosły takie osobowości, jak Miłosz, Edelman, Turowicz, Bartoszewski.

Należy go tzw. Kościoła otwartego. Nastawionego na dialog, rozmowę z ludzi niezależnie od tego, skąd przychodzą, jakie mają poglądy i życiowe drogi. Ktoś słusznie napisał, że ks. Boniecki zasypywany jest najtrudniejszymi pytaniami o wszystko. O pedofilię, o celibat, o śmierć samobójcy. Często są to sprawy krańcowe, fundamentalne. W znakomitej książce „Boniecki. Rozmowy o życiu” dziennikarka „Tygodnika Powszechnego” Anna Goc odwołuje się już na początku książki do dramatycznej sytuacji:

Znam małżeństwo, które przez lata modliło się o dziecko, a potem straciło je po kilku dniach życia. Tuż po pogrzebie zaczął padać deszcz. Matka chciała wrócić na cmentarz, by osłonić trumnę przed zimnem. Co można powiedzieć rodzicom, którzy znaleźli się w takiej sytuacji?


„Jeśli pytają, mogę powiedzieć prawdę, że nie wiem", odpowiada ksiądz. „Mogę powiedzieć to, co mówi mi moja wiara: że Bóg z pewnością wie. Jeśli nie pytają, wolę nic nie mówić. Jedyne, co na pewno można wtedy ofiarować, to bliskość.

Kiedy umiera ktoś bliski, wierzący pytają: „Dlaczego Bóg nam go zabrał?”.

„Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione!” – to Księga Hioba. Wracamy do niej, gdy dzieje się coś złego w naszym życiu i nie potrafimy tego przyjąć. W krańcowych sytuacjach, kiedy człowiek jest uderzony, łatwo o zwątpienie. Bóg to z pewnością rozumie. Wiara to nie jest coś załatwionego raz na zawsze. Podobnie jak miłość".

Panie Jezu, nie patrz…

Ksiądz Boniecki przypomina przyjaciela, czy powiernika, nawet jeśli nie zna się go osobiście. Co nie znaczy, że jest przez wszystkich lubiany. Wręcz przeciwnie. Jego wypowiedzi, głównie te o polskim Kościele wywołują często oburzenie. Kiedy przez Polskę przetaczała się fala dyskusji o krzyżu w Sejmie mówił : „Nie wierzę, że obwieszenie kraju krzyżami powstrzyma laicyzację. Nic to nie znaczy, że krzyż tam wisi – że Sejm jest teraz taki chrześcijański? Stuknijcie się w głowę. Czasem by się chciało go zasłonić i powiedzieć: Panie Jezu, nie patrz”.

Podkreśla, że on sam nie jest żołnierzem Kościoła, tylko członkiem wspólnoty. A Kościół nie jest muzeum figur woskowych, tylko żywym organizmem. I że jego nauka zmienia się w miarę poznawania człowieka.

Ks. Jacek Prusak cieszy się, że dzięki Bonieckiemu w polskim Kościele jest mniej cementu, a więcej fermentu”. Ale dla wielu jest postacią więcej niż kontrowersyjną.

Kara za Nergala

Od ponad 60 lat służy w zakonie Ojców Marianów. Od 9 lat ma przez nich nałożoną karę – nakaz milczenia, co w praktyce oznacza, że nie może wypowiadać się w mediach (poza jego macierzystym „Tygodnikiem Powszechnym").

Skąd wziął się ten nakaz? Oficjalnych powodów nie podano. Ale wiadomo, że pretekstem była sprawa Nergala, czyli Adama Darskiego, wokalisty grupy Behemot. Nergal, wówczas juror jednego z telewizyjnych show, na koncercie „darł Biblię i rzucał nią w tłum”. Sprawa wywołała oburzenie, powszechnie domagano się potępienia satanisty. Ksiądz Boniecki skrytykował podarcie Biblii, ale zlekceważył satanistyczne występy Nergala, nazywając go szatanem jasełkowym. Przestrzegał też, by Kościół nie zaczął egzorcyzmować show-biznesu. Oliwy do ognia dolało wspólne zdjęcie „dwóch Adamów”. Domagano się, by Bonieckiego ekskomunikować (to pomysł Wojciecha Cejrowskiego). A biskup Piotr Mering nazwał go „wilkiem w owczarni, który szerzy zamęt w umysłach wiernych”. I polecił, by ks. Boniecki udał się do okulisty, skoro nie widzi zagrożenia.

Kim jest ksiądz, który uchodzi za takiego buntownika, że podlega karze nawet w wieku 86 lat?

boniecki 3
Fot. Grażyna Makara

Cudowne dzieciństwo, straszne czasy

Adam Boniecki, a właściwie Fredro-Boniecki urodził się w 1934 roku w majątku w Potworowie (na Mazowszu) w znakomitej rodzinie herbu Bończa. Rodzinie skoligaconej z wielkimi polskimi rodami Tyszkiewiczów, Wielowieyskich, Morstinów, Łosiów. Jego ojciec, Michał Fredro-Boniecki z okazji urodzin pierworodnego posadził las. Rodzice ofiarowali go również Matce Boskiej Częstochowskiej. „To mógł być jakiś napisany akt, msza święta przed cudownym obrazem w mojej intencji. Ja – na znak ofiarowania – nosiłem do siódmego roku życia ubrania w kolorach Matki Bożej: białym i niebieskim. Na siódme urodziny dostałem czerwone”.

W tamtych, przedwojennych czasach dzieci z dobrych domów nie mieszkały w jednym mieszkaniu z rodzicami. Miały swoją opiekunkę, swoje pokoje, swój rozkład dnia. Gdy podrosły zasiadały do stołu z dorosłymi, ale musiały być cicho, bo „dzieci i ryby głosu nie mają, a „przy stole jak w kościele”. Jeździło się konno, grało w krykieta, czwórka małych Bonieckich dostawała luksusowe zabawki, na przykład ruchomą kolejkę na Kasprowy.

To spokojne uporządkowane dzieciństwo przerywa wojna. Ona też po raz pierwszy wpisuje w życie Adama Bonieckiego silne doświadczenie utraty.

Jest rok 1944, gdy do majątku w Potworowie wpadają Niemcy. Dzieci siedzą w pokoju rodziców, ale wiedzą, o co chodzi. Gestapowcy zabierają ich ojca. Podobno ktoś doniósł, że współpracuje z AK. Michał Fredro-Boniecki wychodząc, mówi: „ Do widzenia, dzieci, módlcie się za mnie”.

Dziesięcioletni Adam czuje, że nigdy już nie zobaczy ojca. „Nie potrafię wyjaśnić, skąd miałem taką pewność, ale to było bardzo silne”, wspomina. „Tamtego wieczoru my, dzieci i domownicy, zaczęliśmy odmawiać nowennę w intencji jego uwolnienia. Dziewięć razy dziennie przez dziewięć dni. Ostatniego dnia dostaliśmy wiadomość, że został rozstrzelany”. Zginął w masowej egzekucji, która była odwetem za zamach na szefa SS Franza Kutscherę. Grobu nigdy nie odnaleziono. Straszna to musiała być trauma, skoro potem dziecku długo śni się, że to ono zostało rozstrzelane…

Ksiądz Boniecki czule wspomina ojca, rekonstruuje ze wspomnień jego obraz. Nigdy jednak nie obwinia za tę niesprawiedliwą śmierć Boga. Tłumaczy z charakterystyczną dla siebie powściągliwością: „Nie On zabił mego ojca, tylko Niemcy. Jeśli gestapo kogoś zabierało, rzadko się zdarzało, by wracał. Wiedzieliśmy o tym”.

Był pałac, nie ma pałacu

Wojna zabrała mu nie tylko ojca. Zmiotła też rzeczywistość, w której był zakorzeniony. Świat polskich ziemian z ich pałacami, dworami, stylem i kulturą życia. Ich losy podzielili Fredro-Bonieccy. Pałac w Potworowie został spalony, rodowy pałac w Świdnie przejęła z czasem Gromadzka Rada Narodowa, kamienica w Warszawie (na Nowym Świecie róg Wareckiej, co za adres!) została zburzona. Rodzina przeszła tułaczkę, by osiedlić się na dłużej w podwarszawskich Chylicach. W PRL-u tzw. bezeci (byli ziemianie) stają się obywatelami drugiej kategorii, czy jakby się dzisiaj powiedziało „gorszego sortu”. Władza ludowa z satysfakcją odbiera im dobra i przywileje.

Ks. Boniecki wraca do miejsc dzieciństwa z sentymentem, ale nie przesadnym. Domy bez bliskich są umarłe. Pewnie to w tamtych czasach rodzi się w nim przekonanie, że nie warto przywiązywać się do dóbr materialnych. A dom, jako miejsce nie musi być przystanią. „Tam, gdzie rozbiję swój namiot, jestem w domu. Kiedy się przeprowadzę, znów będę w domu. Te doświadczenia uważam za dobrodziejstwo. Wolność od złudzenia stałego domu na tym świecie. Na szczęście moja rodzina nigdy nie robiła dramatu z powodu utraty czegokolwiek. Mieliśmy zawsze duży dystans do rzeczy materialnych. I chyba warto się tego uczyć. W końcu umieramy i zostawiamy to wszystko. Trzeba mieć duszę koczownika. Rozstawiam namiot, jutro go zwijam, idę dalej...”

Nie zbiera i nie przechowuje pamiątek. Poza jedną. Małym medalem, z wyrzeźbioną Głową Chrystusa w cierniowej koronie, kopią Guida Reniego. „Wiem, że był dla mamy ważny. Zawsze trzymała go na szafce przy łóżku. Podarowała mi go na święcenia kapłańskie (…) Chciałbym, żeby to pudełeczko włożono mi do trumny. Tylko to”.

„Nie róbmy wielkich spraw z małych rzeczy”

Pytany, od kogo uczył się, co w życiu ważne, odpowiada, że właśnie od mamy. Wiedział, że po śmierci męża „cierpiała straszliwie, ale nigdy nie straciła wiary”. To ona wzięła na siebie utrzymanie i stworzenie domu czwórce dzieci. Przez kilka lat pracowała, robiąc lalki, a dzieci jej w tym pomagały. Robili jedynie korpusy, ręce i nogi. Mama je wycinała z materiału, a potem wszyscy nabijali je trocinami i zszywali. Często cała rodzina pracowała do później nocy, choć dzieciom chciało się spać. „Do dzisiaj nie znoszę zapachu trocin”, wspomina Boniecki. Z pewnością Grażyna Fredro-Boniecka, hrabianka z domu Łoś nie była wychowywana do takich trudów życia. Ale znosiła je bez użalania się nad sobą, „a jeśli ona nie narzekała, to dzieci też nie”.

Po latach ksiądz Boniecki powie, że od mamy nauczył się, nie tylko dzielności, ale też „że bierze się pracę jaka jest i wykonuje najlepiej, jak to możliwe”. Nauczyła go też, żeby z małych rzeczy nie należy robić wielkich spraw. Będzie to powtarzał wiele razy, m.in. wtedy, gdy dostanie nakaz milczenia. „Nie róbmy wielkich spraw z małych przykrości” (choć w filmie komentując nałożoną na siebie karę, powie: „żenujące”)

Do tej pory ma obrączkę mamy. Czasem ściska ją w dłoni.

boniecki 1
Fot. Grażyna Makara

Na wieki wieków Marianin

W wieku 18 lat wstępuje do zakonu Marianów. Nie jest to oczywiście łatwa decyzja dla rodzinny, odbywają się więc jakieś wielkie narady z udziałem wielu krewnych., Ale ostatecznie decyzja jest na tak. Duży wpływ ma na nią podziwiany przez Bonieckiego ksiądz Bronisław Bozowski. Imponował mu nie tylko charyzmą i dobrocią, ale otwarciem się na ludzi. Kiedyś snobistyczny i wytworny, z czasem absolutnie oddał się wiernym. „U niego zawsze się czuło, że się jest oczekiwanym. Wystarczyło rzucić kamykiem w okno jego dziupli i usłyszeć życzliwe w tonacji: „Co za pokraka?”.

Z Marianami Boniecki przeżywa kolejną tułaczkę. Na początku lat 50. komuniści wyrzucają zakonników z ich warszawskiej siedziby na Bielanach. Sprowadzeni robotnicy ładują na samochody cały dobytek – Marianie nie chcą wyjechać dobrowolnie. Podstawione autobusy mają napis „wycieczka”. Zakonnicy nie wiedzą, gdzie jadą i jaki będzie finał tej podróży. Śpiewają „Pod Twoją obronę”. Ostatecznie lądują w Gierzwałdzie. Kościół nie ma wówczas łatwego życia, w zakonie jest obawa o przetrwanie wspólnoty, strach przez prowokatorami. Przed pomówieniami, plotkami.

Boniecki idzie na studia (nauki społeczne) na Katolicki Uniwersytet Lubelski. Dzięki poznanym tak ludziom wyjeżdża do Krakowa, gdzie spędzi prawie całe życie. To wtedy właśnie Karol Wojtyła poleca go do pracy w „Tygodniku Powszechnym” – piśmie katolickim, ale i wolnościowym, popularyzującym idee posoborowego, nowoczesnego Kościoła. Boniecki zaczyna tam od odpisywania na listy czytelników, z biegiem czasu staje się jednym z najbardziej znaczących redaktorów. Od 1999 r. prowadzi pismo, po legendarnym naczelnym Jerzym Turowiczu. W „Tygodniku” jest do dzisiaj jako redaktor senior.

Wojtyła ośmielał i onieśmielał

Ale wtedy, gdy dopiero zaczyna swoją pracę, nie ma nawet własnego kąta. W końcu wynajmuje pokój u Anny i Jerzego Turowiczów. Kraków w drugiej połowie lat 60. musiał być fascynujący. Złoty czas przeżywa Teatr Stary, gdzie reżyseruje już Swinarski, rozkwita „Piwnica pod Baranami”, silne jest środowisko literackie. U Turowiczów kwitnie życie rodzinne i towarzyskie. Ale Boniecki ma też swoich gości: przede wszystkim studentów, przychodzą też hipisi z Korą na czele. Czasem pogadać, a czasem po prostu chcą posiedzieć do nocy. Boniecki pada ze zmęczenia, ale czuje, że został posłany i do hipisów.

Duszpasterstwo akademickie, które prowadził to musiało być coś! Wędrowne obozy, ogniska, rozmowy o najważniejszych sprawach, do których dołączał często ks. prof. Józef Tischner. O Wojtyle ks. Boniecki mówi, że ośmielał i onieśmielał, budził respekt. Zawsze cenił pracę z młodzieżą, umiał do niej mówić, sprawić by młodzi ludzie „poczuli się jego znajomymi”. Kiedyś ks. Boniecki wybrał się do arcybiskupa zmartwiony, że na kolejny obóz nie ma pieniędzy, a studenci są za biedni, by płacić. Wojtyła podszedł do sekretarzyka, wyjął schowane tam koperty z pieniędzmi za posługi kapłańskie i „tak wyrzucał je przed mną na stół, mówiąc: >>Bierz. Tylko nie mów o tym kurii!<<” Z czasem połączyła ich przyjaźń, nie zawsze łatwa, ale na całe życie. Jan Paweł II powiedział kiedyś mamie ks. Adama: „Dziękuję pani za księdza Bonieckiego".

Kościół, jakiego pragnę

Zawsze chodził trochę własnymi drogami, otoczony ludźmi wydaje się trochę samotnikiem. Na pytanie Anny Goc: Jak zaakceptować człowieka, który jest obok? odpowiada: „To się udaje chyba wtedy, gdy jest miłość. Kiedy towarzyszem wędrówki przez życie jest ktoś, kogo wybrałem i przez kogo zostałem wybrany. Przyjmuję go – i on mnie – do swojej strefy bezpieczeństwa( …). Budując materialny dom, inwestuje się w niego. Podobnie jest z domem budowanym na relacjach, na podtrzymywaniu więzi”.

„Zastanawiałeś się kiedyś, czy potrafiłbyś z kimś dzielić życie?


Mogłoby być trudno. Chyba zbyt długo jestem nastawiony na niedzielenie go z nikim”.

Pytany jakiego Kościoła pragnąłby Adam Boniecki, odpowiada, że to Kościół, który jest przedłużeniem obecności Chrystusa na ziemi: „Jezus jadał z grzesznikami. Od ludzi Kościoła – czy duchownych, czy świeckich – oczekuje się miłości. Najbardziej bolesne w dzisiejszym Kościele jest to, że nie odpowiadamy na tę potrzebę. Nie tylko nie jadamy z grzesznikami, ale też ich osądzamy. A ludzie wciąż przychodzą, chcą być wysłuchani, zrozumiani”.

Film „xABo” pokazuje jak bardzo potrzeba nam dzisiaj tak myślących księży.

***

Pisząc tekst, korzystałam z książki Anny Goc „Boniecki. Rozmowy o życiu” (pochodzi z niej większość cytatów), wyd. Znak, 2018.

Film dokumentalny „xABO: ksiądz Boniecki”, reżyseria Aleksandra Potoczek, dystrybucja Gutek film (tytuł filmu pochodzi od inicjałów, jakich ksiądz Boniecki używa w „Tygodniku Powszechnym” ).

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
dobre rady Miller
fot. iStock

Od nudnej pracy po zdradę. Ludzie piszą: Pani Kasiu, co robić gdy…. Katarzyna Miller odpowiada.

Co robić, gdy mąż ogląda porno, dzieci nawzajem sobie dokuczają, a w pracy jest toksycznie - Katarzyna Miller wnikliwie odpowiada na pytania ludzi, którzy szukają pomocy w mniej lub bardziej codziennych sprawach.
Agnieszka Dajbor
26.11.2020

W swojej nowej książce „Droga Kasiu,jak żyć lepiej?” Katarzyny Miller zaczyna się od wspomnienia jej najważniejszego listu w życiu. „Był to mój list do siebie samej, w którym zgodziłam się na siebie. Napisałam go w momencie, gdy odkryłam, jak potrzebne jest to, by stawać się coraz bardziej dorosłą i odpowiedzialną za siebie samą” – tłumaczy Katarzyna Miller. Do niej samej ludzie piszą zwykle o tym, co ich boli, z czym nie potrafią sobie poradzić. Historie są różne, ale nasze lęki, smutki i potrzeby podobne. Można się więc tymi listowną terapią inspirować. Zdrada w związku Mnóstwo tu tematów i wątków. Pierwszy z brzegu, zdrada. „Tydzień temu dowiedziałam się, że mąż mnie zdradza. Zawalił mi się świat –  pisze jedna z kobiet. I jak wiele z nas, które tego doświadczyłyśmy dodaje: Nie jem, nie śpię, nie mogę zajmować się córką. Poprosiłam o pomoc mamę, bo nie daję rady. W przypływie furii spakowałam jego rzeczy i poczułam, że wcale nie chcę , by się wyprowadzał. On najpierw próbował się wszystkiego wyprzeć, potem to umniejszał, twierdząc, że to nic nie znaczy (ale jak to może nic nie znaczyć?!), a potem wykrzyczał w nerwach, że to wszystko przeze mnie, i wyszedł z domu. Mama mi tego nie ułatwia. Jest załamana. Nie lubiła go nigdy, twierdzi, że powinien się wynieść z domu, abym mogła tę sytuację przemyśleć. Jestem jej mimo wszystko wdzięczna, że zajmuje się Julką. Wczoraj nie spałam całą noc. Pomyślałam, że go już nie chcę, że nie wyobrażam sobie, bym kiedykolwiek miała z nim pójść do łóżka, brzydzi mnie wszystko, co się z nim wiąże. Boję się o córkę. Ma tylko siedem lat, widzi, że dzieje się coś złego, martwi się. Wczoraj popłakała się bez powodu. Nie mogłam jej...

Czytaj dalej
hollis
Fot. iStock

Work-life balance? Nie istnieje, równowaga między pracą a życiem prywatnym to mit. I to szkodliwy

Praca i dom zawsze będą konkurencyjne.Będą kradły dla siebie nasz czas. Mówienie, że można harmonijnie łączyć wszystkie życiowe obowiązki wpędza nas tylko w poczucie winy.
redakcja „Uroda Życia”
17.10.2020

Domyślam się, że kwestia równowagi między domem a pracą spędza sen z powiek każdej pracującej mamie. Ktoś kiedyś wspomniał o istnieniu takiej możliwości – wyrażając w ten sposób swoją opinię – a media ochoczo podchwyciły temat. Gdy ktoś z trudem łączy różne życiowe obowiązki i stale ma poczucie braku równowagi, automatycznie zakładamy, że nie poradził sobie z właściwym wyważeniem składowych swojego życia. Lista macierzyńskich niepowodzeń, na której mamy już „niezbyt udaną fryzurę do szkoły” i nie ten jogurt, co trzeba, wydłuża się tym samym o kolejny punkt... Ech... Szczerze nie cierpię wszystkiego, od czego kobiety czują się gorzej i utwierdzają się w przekonaniu, że sobie z czymś nie radzą – mówi Rachel Hollis, pisarka, blogerka i mówca motywacyjny. Jej książki m.in. „Dziewczyno ogarnij się”, pisane zawsze z bardzo osobistej perspektywy trafiały na listę bestsellerów „New York Timesa”. W nowej książce „Dziewczyno, przestań ciągle przepraszać!” namawia kobiety, by nie przeglądały się stale w oczach partnerów, matek, dzieci, znajomych. Tylko realizowały siebie i swoje życiowe cele. Cóż to jest ta równowaga między życiem zawodowym a osobistym? Już sama nazwa sugeruje, że mamy do czynienia z dwoma harmonijnymi elementami, które da się równo rozłożyć na szalach życia - tłumaczy Racchel Hollis. Tymczasem moja praca i moje życie rodzinne nigdy, przenigdy nie znajdowały się w stanie równowagi, nawet gdy jako siedemnastolatka robiłam kanapki w Sub Station w moim rodzinnym mieście. Nawet wtedy zdarzało się bowiem, że z powodu jakiegoś ważnego projektu do szkoły musiałam ograniczyć liczbę godzin przeznaczonych na pracę. Zdarzało się też, że rezygnowałam ze spotkania z przyjaciółmi,...

Czytaj dalej
bliskość nowe
Fot. iStock

Myśliwy, księżniczka, murarz - czy jesteś jedną z tych postaci w związku

Czasem nie zdajemy sobie sprawy, że nasze złe relacje w związku wynikają z lęku przed bliskością. Taki lęk jest głęboko ukryty, lubi się kamuflować i przywdziewa różne maski. Jak go rozpoznać?
redakcja „Uroda Życia”
26.11.2020

Lęk przed związkiem (inaczej przed bliskością) bierze się zazwyczaj z naszego dzieciństwa i relacji z matką. Długo może pozostać w ukryciu i daje o sobie znać dopiero wtedy, gdy wchodzimy w relacje oparte na miłości, przyjaźni. Utrudnia je, a czasem prowadzi do ich rozpadu. Znana psycholożka i terapeutka Stephanie Stahl w swojej nowej książce „Jak nie bać się bliskości” (wyd. „Otwarte”, Kraków, 2021) nazywa ów lęk demonem, który tkwi w naszej psychice i sprawia, że nie może powstać prawdziwa bliskość. Opisuje też 3 rodzaje relacji, które mają taki lęk u podstaw i nadaje im etykiety myśliwego, księżniczki i murarza (oczywiście odnoszą się do obu płci).   Myśliwy: muszę cię mieć, dopóki jeszcze cię nie mam! Peter właściwie nie był w typie Sonji. Poznali się na przyjęciu. Dobrze im się rozmawiało.Dwa dni później zadzwonił i zapytał, czy nie miałaby ochoty pójść z nim na otwarcie pubu. Sonja uznała, że zaproszenie brzmi zachęcająco. Peter znów z nią flirtował, ona natomiast delikatnie dawała mu do zrozumienia, że na jego zainteresowanie może odpowiedzieć tylko znajomością na stopie przyjacielskiej. Peter wcale nie wydawał się tym zirytowany, był niezmiennie w świetnym humorze i nadal ją podrywał. W kolejnych dniach kontaktował się z Sonją częściej, by się z nią umawiać, proponując przy tym zawsze ciekawe aktywności. Koniec końców pewnego wieczora Sonja przestała się opierać. W jej mieszkaniu Sonja i Peter wypili po kieliszku wina i spędzili razem noc. Po jakimś czasie spędzili wspólnie weekend, to był cudowny wyjazd, po którym Sonja pozbyła się reszty wątpliwości. Stało się dla niej jasne, że naprawdę zakochała się w Peterze i potrafi wyobrazić sobie dłuższy związek z nim. Teraz również Sonja zaczęła inicjować...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Kłótnia w związku – lepsza niż małe,codzienne sprzeczki

Kłótnia czasem pomaga lepiej się poznać. Zaakceptować nie tylko zalety, ale i wady partnera. Lepiej się nawykłócać, nagadać, niż tonąć w codziennym rozdrażnieniu.
redakcja „Uroda Życia”
13.07.2020

Kiedy się poznajemy wszystko jest cudowne. Ale po jakimś czasie bycia razem zaczynamy dostrzegać słabości i wady partnera, to co kiedyś wzruszało, drażni. Monika Janiszewska i Katarzyna Kucewicz w swojej nowej książce „Pięknie podzieleni. Jak uwolnić związek od codziennych sprzeczek i nieporozumień” piszą, że kobiety, kiedy przychodzą po poradę często wyznają, że marzy im się, by partner był taki „jak na początku”. A to przecież niemożliwe, bo pierwszy etap miłości ma swoje prawa i już do takiego stanu zauroczenia sobą nie wrócimy. Musimy w pewnym momencie zobaczyć naszego realnego partnera, a nie nasze wyobrażenie o nim. Poza tym wszyscy się zmieniamy. W pewnym sensie trzeba nauczyć się siebie od nowa czy też nauczyć się bycia ze sobą. Zaakceptować, że nasz partner to nie jest rycerz na koniu ani jakiś święty mikołaj, któremu podstawimy pod nos listę życzeń. Tylko nasz (nie)zwykły Wojtek, Grzesiek czy Błażej. Ze wszystkimi swoimi zaletami, ale i słabostkami - tłumaczą Monika Janiszewska i Katarzyna Kucewicz. Kłótnia w związku: nauczyć się bycia ze sobą Tracimy immunitet wyjątkowości. W głowie pojawiają się myśli: co się z nim dzieje?, co z nami jest nie tak? Partner już się nie stara. A po co? Wszak odbył już taniec godowy. Już ją zdobył. Zaklepał. Już jest jego na zawsze. Co się będzie dalej wydurniał i piórka stroszył. Ona z kolei staje się coraz bardziej roszczeniowa i zrzędliwa, bo to, na co zupełnie nie zwracała uwagi na etapie zauroczenia, najwyraźniej zaczyna ją mierzić - tłumaczą Monika Janiszewska i Katarzyna Kucewicz. Teraz trzeba usiąść, nagadać się, czasem nawykłócać, czasem pomilczeć. Spraw do przegadania będzie mnóstwo. Kto robi zakupy? Kto zajmuje się domowymi zwierzakami? Kto jest od sprawdzania szkolnych zeszytów, a kto zawozi dzieci na...

Czytaj dalej