Krzysztof Komeda i Zofia Komedowa. Wystawiała mu walizki za drzwi, a potem robiło jej się go żal
Wojciech Plewiński/FORUM

Krzysztof Komeda i Zofia Komedowa. Wystawiała mu walizki za drzwi, a potem robiło jej się go żal

Zofia Komedowa była nazywana „szaloną dziewczyną”, ponieważ to dla niej Krzysztof Komeda skomponował utwór „Crazy Girl”.
Kamila Geodecka
20.01.2021

Gdy się poznali, Krzysztof Komeda był jeszcze lekarzem, który specjalizował się w laryngologii. Niebawem miał wyjechać do Pragi, by tam kontynuować edukację. Ale poznał Zofię, jeszcze Lachową. Tak zaczęła się ich wspólna przygoda. Wzięli ślub, żyli razem i wspólnie podbijali świat jazzu.

„Chłopiec to był” – powiedziała po latach Zofia Komedowa, wspominając pierwsze spotkanie z Krzysztofem Komedą. Było to w Zaduszki, a dokładnie w Zaduszki Jazzowe w Krakowie. Wtedy jeszcze nie był to oficjalny festiwal przyciągających największych. Grono było kameralne. Komeda grał, a Zosia siedziała przy fortepianie i słuchała.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Krzysztof Komeda i Zofia Komeda-Trzcińska – noc, od której się zaczęło

Ich miłość rozpoczęła się jednak rok później. Wtedy Zofia była już prezesem krakowskiego Jazz Klubu. Wszyscy muzycy, którzy zjeżdżali się na Krakowskie Zaduszki Jazzowe, musieli najpierw udać się do niej, by odebrać bony do hotelu i na obiady. Musiał zrobić to również Krzysztof Trzciński, który jeszcze wtedy nie używał swojego pseudonimu.

„O, to pan jest ten słynny Trzciński” – miała powiedzieć Zofia. „A pani jest ta słynna Lachowa” – odpowiedział podobno Krzysztof. Wieczorem spotkali się podczas jam session i… zajęli się rozmową. Żeby w pełni siebie wysłuchać, przesiedli się do stolika obok, gdzie stała niedopita butelka wina. Noc spędzili na Wawelu. Stali oparci o mur i rozmawiali do rana.

„On mi się zwierzył, że chce stworzyć zespół i szuka muzyków, którzy by mogli grać modern jazz. Powiedziałam: »Ja ci pomogę w tym wszystkim«. Od tego czasu wiedzieliśmy, że będziemy razem. To zaskoczyło nas oboje. Był zamknięty w sobie, a wszystko mi opowiedział tej nocy” – mówiła dla „Gazety Wyborczej” Zofia Komedowa.

Pracowała dla niego za darmo, organizowała mu koncerty i szukała finansowania występów. To dzięki niej Krzysztof Komeda zrezygnował z pracy laryngologa oraz porzucił możliwość kształcenia się w Pradze. Gdy powiedział o tym swoim rodzicom, ci podobno odparli, że w takim razie nie jest już ich synem. Matka wystawiła mu przed drzwi pościel i ręczniki. Wziął je i razem ze swoją Zosią pojechali do Krakowa, gdzie zamieszkali wspólnie w kawalerce, która nie miała nawet 20 metrów kwadratowych.

Czytaj także: Adam Pawlikowski i Teresa Tuszyńska: Książę i Tetetka, czyli najsmutniejsza historia miłosna PRL-u

Ślub pod koniec października

Rodzice Krzysztofa nie obrazili się jednak na śmierć, ponieważ można ich zobaczyć na zdjęciach ze ślubu syna. Podobno goście mieli pretensje, bo ceremonia odbywała się pod koniec października. Para wybrała jednak tę datę specjalnie, ponieważ wszyscy muzycy z Polski zjeżdżali się wtedy do Krakowa na Zaduszki Jazzowe.

Ślub brały dwie pary: Komedowie oraz Trzaskowscy. „Przekrój” napisał wtedy, że „Obaj panowie po raz pierwszy, obie panie po raz drugi”. Wesele było jednak wesołe, wypełnione gwarem i muzyką. Zofia miała na sobie piękną suknię z bouclé. Sama ją sobie uszyła. Ukończyła liceum przemysłu odzieżowego, więc wiedziała dokładnie, jak to zrobić.

Czytaj także: Hollywood? Nasi byli tam pierwsi!

Dom Komedów

Zofia Komedowa miała dziecko z poprzedniego małżeństwa – syna Tomasza Lacha. Więcej dzieci już nie chciała. Krzysztof Komeda powiedział, że Tomek stanie się dla niego prawdziwym synem. Mieli swoje sekrety, dużo rozmawiali. Gdy Tomek chciał zacząć malować,  Komeda od razu kupił mu najlepsze farby. Muzyk ściągnął nawet specjalnie dla niego płytę Beatlesów z Zachodu, mimo że sam nie lubił takiej muzyki. Tomasz  nazywał go „Krzysiem”, a wszyscy jego koledzy zazdrościli mu tak dobrej i kumpelskiej relacji z ojczymem.

Chociaż Komeda mógł załatwić wszystko dla Tomka, w tym domu to Zofia tak naprawdę rządziła. Szyła dniami i nocami, by zarobić na dom. Wtedy jeszcze Krzysztof Komeda prawie nie dostawał wynagrodzeń. „Zaczął zarabiać dopiero przed śmiercią. Właściwie jak zaczął zarabiać, to umarł. A przedtem to ja utrzymywałam dom” – mówiła w jednym z wywiadów.

Wódka, zdrady, kłótnie

Małżeństwo chodziło na imprezy, piło wódkę i bawiło się do rana. Do Komedy zalecały się także dziewczyny, podobno mu to imponowało. Dochodziło także do zdrad, które Komedowa bardzo przeżywała. Raz podobno, po epizodzie z pewną aktorką, wystawiła mu nawet walizkę za drzwi. Zdarzały się też awantury.

„Nie kłóciliśmy się. To ja na niego krzyczałam, potrafiłam mu walizkę wystawić, wypchnąć go i zamknąć drzwi. Ale jak się wykrzyczałam tak ze 40 minut, to mi się go żal robiło i myślałam, gdzie on poszedł. Otwieram drzwi, walizka stoi i on – twarzą do drzwi. Bez słowa. To ja walizkę z powrotem i mówię: »Chodź tutaj. Już mi przeszło«” – wspominała Zofia Komedowa na łamach „Gazety Wyborczej”.

Hollywood i szybkie samochody

W styczniu 1968 Krzysztof Komeda wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie pracował nad muzyką do filmu Romana Polańskiego „Dziecko Rosemary”. Komeda zachwycał się Hollywood. Trudno się dziwić, stał się prawdziwą gwiazdą z kontraktem z wytwórnią Paramount. Wynajmował piękny dom i jeździł żółtym mustangiem. W Los Angeles poznał się także z Markiem Hłasko, z którym bardzo się zaprzyjaźnił.

Zofii Komedowej Hollywood jednak wcale nie odpowiadało. Chciała zamieszkać z mężem i synem w Europie. Nawet jeśli nie w Polsce, to chociaż w Londynie lub Rzymie. Nigdy tak się nie stało.

Czytaj także: Marek Hłasko został gwiazdą. „U nas wszystkie gwiazdy spadają” – mówiła jego matka, Maria Hłasko

Wypadek

W grudniu 1968 roku Krzysztof Komeda ukończył muzykę do kolejnego filmu i razem z kilkoma innymi osobami postanowił świętować ten sukces. Spotkali się więc, pili, rozmawiali i palili. Była już późna noc, gdy Komeda i Hłasko wyszli z domu na spacer po Beverly Hills. Szli pijackim krokiem i przedrzeźniali się, a może i sprzeczali o coś. W pewnym momencie Marek Hłasko popchnął Komedę. Mężczyzna spadł z kilkumetrowej skarpy. Przerażony Hłasko starał się pomóc przyjacielowi, wziął go na plecy i starał się go wynieść. Udało się, chociaż po drodze razem upadli.

Początkowo badania nie wykazały żadnych wewnętrznych obrażeń. Kilka tygodni później muzyk zemdlał. Diagnoza była jasna: krwiak mózgu. O tym, że Krzysztof leży nieprzytomny, Zofia Komedowa dowiedziała się dopiero po dwóch tygodniach. Podobno to Wojciech Frykowski zabronił mówić o stanie Komedy. W szpitalu podawał się za kuzyna muzyka, jeździł jego mustangiem, korzystał z jego książeczki czekowej.

„Jak przyjechałam do Ameryki, to na mnie reagował. Jedną stronę miał sparaliżowaną, a drugą rękę trzymał w mojej dłoni i kciukiem mnie głaskał. Ja opowiadałam, on słuchał. Myślę, że słyszał” – mówiła Zofia Komedowa.

W kwietniu 1969 roku Krzysztof Komeda został przetransportowany do Polski. Żył jeszcze 5 dni. Pogrzeb odbył się na warszawskich Powązkach. W maju zmarł Marek Hłasko. Zofia Komedowa miała być pewna, że poeta popełnił samobójstwo – podobno mawiał, że jeśli umrze Komeda, to on razem z nim.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Marek Grechuta z żoną Danutą
Jakub Guca / Newspix.pl

To dla niej Marek Grechuta śpiewał: „I ty, tylko ty, będziesz moją panią”. Historia miłości Marka i Danuty Grechutów

W piosenkach pisanych dla żony był liryczny i romantyczny, ale na co dzień Marek Grechuta nie nadużywał wielkich słów. Proponując ślub, przekonywał ją: „To jest sprawa szybciutko do realizacji i zakontraktowania”.
Anna Zaleska
07.09.2020

To o swojej żonie, Danucie, Marek Grechuta śpiewał: „Cicha jak sen / dobra jak ten / promyk jej ciepłych oczu / Wierna jak cień / w pogodny dzień / w twoim życiowym roztoczu...”. Ona z kolei mówiła o nim: „Marek jest jak chmurka”. Był wrażliwy, delikatny, życiowo nieporadny. Ale też jak nikt umiał ją rozśmieszyć, wzruszyć i zachwycić. Właśnie od zachwytu ich historia się zaczęła. Pani pachnie jak tuberozy… Na Sylwestra 1967 roku – byli wtedy studentami – oboje przyszli z innymi partnerami. I z tymi innymi też jeszcze nad ranem wyszli. Marek odprowadził już towarzyszącą mu dziewczynę i wracał do swojego akademika, gdy na ścieżce natknął się na blondynkę, która się do niego uśmiechnęła. Potem mówił, że to właśnie jej uśmiech go zaciekawił. Zagadnął: „To ty tu mieszkasz?”. Próbował od razu dopytać o numer pokoju, ale dobrze wychowana panienka odpowiedziała: „A tego nie mogę ci powiedzieć”. Przyszły ferie, Marek wyjechał z Krakowa, ale zaraz po powrocie rozpoczął poszukiwania dziewczyny. I pewnego dnia zapukał do drzwi jej pokoju. Jeśli chciał zrobić wrażenie, nie mógł wybrać lepszego momentu – akurat w radiu akademickim puszczali jego „Serce”, o artyście z wydziału architektury zaczynało być głośno. Dana nie odmówiła, gdy zaprosił ją na występ kabaretu Anawa, który założył z kolegami z wydziału. Wieczorem w klubie Bambuko po raz pierwszy usłyszała: „Pani pachnie jak tuberozy / to nastraja i to podnieca…”. Marek śpiewał, patrząc tylko na nią, ona czuła się tak, jakby dla niej. Ale nie byli jeszcze parą, uczucie rodziło się powoli. Przychodził po nią, wyciągał na spacery po Krakowie, dużo rozmawiali. Któregoś dnia znów wyjechał do domu, a wkrótce potem przyszedł list. Dana...

Czytaj dalej
rubinsteiny
Fot. Getty Images

Nela i Artur Rubinstein – ona zawsze chciała być u jego boku. Z miłości i z zazdrości

Byli ze sobą pół wieku. Ona zawsze w jego cieniu. On, król życia, w wieku 90 lat zostawił ją dla dużo młodszej kochanki.
Patrycja Pustkowiak
05.11.2020

Mówiono, że doskonale grał mazurki Chopina dzięki mazurkom, które piekła mu żona. Genialny muzyk Artur Rubinstein i jego żona Nela przeżyli razem niemal 50 lat. Tyle że ona poświęciła dla niego wszystko, a on tylko brał. Jemu wszystko przychodziło bez trudu, ona zapłaciła wielką cenę za życie u boku kochanego przez cały świat artysty, który stawiał siebie ponad wszystko inne. Pewnego dnia dzieci zapytały ją, dlaczego wszystko mu oddała i nigdy się nie przeciwstawiła. Odpowiedziała: „Zawsze wiedziałam, że to będzie trudne, ale kochałam go i przysięgłam sobie, że zrobię wszystko, by pomóc mu w karierze . Wiem, że jest wierny – to jedyna rzecz, jaka liczy się naprawdę”. On w rozmowach z przyjaciółmi przyznawał, że nigdy nie był żonie wierny nawet przez tydzień. Jak mogli przeżyć razem pół wieku? Los zetknął ich po raz pierwszy jesiennego poranka 1926 roku w Warszawie. Z drzew spadały żółte liście, było chłodno. Ona – Aniela Młynarska, zwana Nelą, 18-latka, córka dyrygenta i dyrektora Opery Warszawskiej, Emila Młynarskiego, śliczna, niewinna, kulturalna dziewczyna marząca o karierze tancerki – szła Traktem Królewskim. On – 38-latek, sławny już pianista oklaskiwany przez cały świat – jechał taksówką na Stare Miasto. Minęli się, nie wiedząc o tym. Los był uparty. Wieczorem przyszła do filharmonii na jego koncert. I wpadła po uszy. Nie mogła oderwać od niego wzroku. Wielki Rubinstein, który wyglądał, jakby mocował się z fortepianem. W przerwie pobiegła do garderoby – był tam. Spojrzał na nią i też nie mógł oderwać wzroku. Dygnęła, zawstydzona. Zaprosił ją na obiad do Europejskiego, niemal od razu zaproponował małżeństwo i... wyjechał do Paryża. „Jeśli usłyszy pan kiedyś, że się ożeniłem, będzie pan wiedział, że...

Czytaj dalej
Agnieszka Fitkau-Perepeczko i Marek Perepeczko
East News

Agnieszka Fitkau-Perepeczko i Marek Perepeczko: „To była nie tylko miłość, ale także niezwykła przyjaźń”

„Byliśmy sobie oddani jak mało kto, bo przez całe życie każde z nas widziało w drugim nie tylko atrakcyjną kobietę czy mężczyznę, ale ukochanego człowieka” – mówiła o swoim nietypowym małżeństwie Agnieszka Fitkau-Perepeczko.
Kamila Geodecka
26.11.2020

Początek miłości Agnieszki Fitkau i Marka Perepeczki może przypominać klasyczną historię romantyczną. Są piękni i młodzi, poznają się przypadkiem w kolejce do dziekanatu szkoły teatralnej i zakochują się od pierwszego wejrzenia. Kupidyn strzela strzałą. Potem los rozdziela ich na chwilę, by następnie znów połączyć. Ale to tylko początek ich miłości, która przez kolejne 40 lat nie będzie miała nic wspólnego z klasyczną opowieścią o szczęśliwej parze.  Ich narzeczeństwo i małżeństwo pełne było rozstań i powrotów, zadziorności i kłótni, emigracji i tęsknoty, szczerości i zaufania, ale przede wszystkim oddania i miłości. „Myślę, że byłam mu najbliższa na świecie tak jak on mnie. Na pewno byłam kobietą jego życia i on mężczyzną mojego życia” – mówiła Agnieszka Fitkau-Perepeczko po śmierci męża. W tym szaleństwie musiała więc być metoda. Miłość wystać w kolejce Agnieszka Fitkau od dziecka marzyła o byciu aktorką. Marek Perepeczko początkowo chciał zostać architektem, ale ostatecznie postawił na sztuki teatralne. I pewnie tego wyboru nigdy nie żałował, bo dzięki niemu nie tylko stał się rozpoznawalnym aktorem, ale zyskał także miłość życia, którą spotkał w 1961 roku jako 19-latek. Oboje stali w kolejce, by złożyć dokumenty aplikacyjne na studia. Podobno Marek zapytał wtedy Agnieszki, czy może za nią stanąć. I właśnie wtedy zaczęła się magia. Zrobił na niej piorunujące wrażenie. Podczas krótkiej rozmowy ustalili, że koniecznie muszą się jeszcze kiedyś spotkać, ale zapomnieli ustalić konkretnego miejsca i czasu spotkania. Nie wymienili się też numerami telefonu czy adresami. Być może tutaj ich historia miłosna musiałaby mieć już swój koniec, gdyby młody Marek Perepeczko nie wziął spraw w swoje ręce. Później żartował, że numer...

Czytaj dalej
Agnieszka Osiecka i Marek Hłasko
east news

To była artystyczna miłość! Historia Agnieszki Osieckiej i Marka Hłaski

Poetkę i pisarza łączyło niebywałe uczucie.
Sylwia Niemczyk
02.02.2019

Poznali się na przełomie 1956 i 1957 r. Agnieszka Osiecka – studentka reżyserii w łódzkiej filmówce, wschodząca gwiazda STS-u. Hłasko – 24-letni pisarz, już wtedy sławny autor zbioru opowiadań „Pierwszy krok w chmurach”. Oboje piękni i niegrzeczni. Ona nieprzeciętnie inteligentna i wyjątkowo jak na tamte czasy wyzwolona. Zawsze flirtowała z kilkoma chłopakami naraz. Panienka z Saskiej Kępy.   Brylowała w towarzystwie o wiele starszych od siebie literatów i filmowców. Miała skłonność do łamania serc i do efektownych puent. I jedne, i drugie kolekcjonowała z równym zapałem. Pod szklanym blatem w biurku zbierała zdjęcia zdobytych mężczyzn. Wojciech Frykowski, Andrzej Jarecki, Daniel Passent, Jeremi Przybora i wielu, wielu innych. „Hłasko był proletariackim księciem, którego mi zazdrościły koleżanki – tak go zaklasyfikowała w swojej kolekcji. – Twarz rozgrymaszonego bachora, figura cowboya, ręce Madonny. Wyższy był od naszego pokolenia o pół głowy”.   On wychowany na Powiślu, edukację zakończył na poziomie podstawówki, od 16. roku życia pracował fizycznie jako robotnik na budowie i szofer. Zbuntowany i gniewny. Łudząco podobny do Jamesa Deana, na którego się zresztą robił. „Pisanie – mówił – jest tak wspaniałe, jak chlanie”. O jego nocnych wybrykach krążyły legendy, które sam podkręcał. W Kameralnej pojawiał się zwykle dopiero po północy – latem w szoferskiej skórze, zimą w swoim słynnym białym kożuchu. Wszyscy cisnęli się wtedy do baru, żeby choć się o niego otrzeć. Bo odezwać się do Hłaski było nie lada odwagą. Kto się odezwał głupio – dostawał w zęby.   Agnieszka Osiecka leczyła rany Marka po wcześniejszym związku Oboje komponowali swoje życie...

Czytaj dalej