Krystyna Mirek: Nie odkładam życia na później
Krystyna Mirek / Fot. Radosław Kaźmierczak

Krystyna Mirek: Nie odkładam życia na później

„Gdybym napisała książkę o swojej historii, mało kto by uwierzył, że to naprawdę się wydarzyło. Nauczycielka z małej miejscowości rzuca pracę i spełnia marzenie, zostaje pisarką? Niemożliwe! A jednak” – mówi Krystyna Mirek, pisarka, autorka 24 bestsellerów.
Anna Zaleska
05.06.2020

Krystyna Mirek to polska pisarka, autorka książek obyczajowych, mama czwórki dzieci (trzech dorastających córek i jednego chłopca). Na koncie ma ponad 20 powieści obyczajowych, w których porusza współczesne problemy, ale które zawsze niosą pozytywne przesłanie – że warto walczyć o miłość, rodzinę i marzenia. Najnowsza „Inni mają lepiej” (Wydawnictwo Edipresse) to opowieść o trzech kobietach. Zuza samotnie wychowuje córeczkę i opiekuje się chorym ojcem. Jagoda jest trenerką rozwoju osobistego, ma szczęśliwy dom, męża, z którym łączy ją prawdziwa bliskość, i wspaniałych synów. Natalia cierpi, bo w jej małżeństwie coraz mniej jest uczucia. Każda z nich patrzy na przyjaciółki i jest przekonana, że są szczęśliwsze iż ona. Okazuje się jednak, że pozory mylą. Krystyna Mirek jak zawsze napisała książkę, w której wiele czytelniczek może odnaleźć fragmenty własnych historii.

Anna Zaleska: Czy to przypadek, że pierwszą książkę napisała pani w wieku czterdziestu lat, czy plan na życie?

Krystyna Mirek: To nie przypadek. Czterdziestka to był dla mnie ważny moment. Z jakiegoś powodu wystraszyłam się, że jeśli nie zdążę zostać pisarką do tego momentu, to już nigdy się nie uda. Dziś wiem już, że po czterdziestce też jest życie. Ten impuls dał mi jednak siłę. Długo marzyłam, by zmienić zawód, ale brakowało mi odwagi, czasu, możliwości. Byłam wtedy mamą trójki dzieci, uczyłam w szkole na pełny etat, żyłam w sporym pośpiechu i zmęczeniu. Tak jak żyje wiele kobiet. Rano – wieczór, rano – wieczór, poniedziałek – piątek, poniedziałek – piątek, Boże Narodzenie – Wielkanoc, Boże Narodzenie – Wielkanoc.

Lata szybko mijały wśród licznych obowiązków i wyzwań. Dużym szokiem było uświadomienie sobie, że niedługo skończę czterdzieści lat. Przez te lata ciągle czekałam na tzw. lepszy moment, by wreszcie zrealizować marzenia, a nagle dotarło do mnie, że dobiegam do półmetka, a ten „idealny czas” nie następuje. Uświadomiłam sobie, że być może nigdy nie nadejdzie. Trzeba działać w tych warunkach, jakie są. Czekanie nie ma sensu.

Powiedziała więc pani: stop?

Tak, nagle się zatrzymałam i powiedziałam: stop, tak dłużej nie będzie. W jednym momencie radykalnie przeorganizowałam życie. Złożyłam sobie wtedy trzy postanowienia. Pierwsze – że zmienię zawód i zostanę pisarką. A to niełatwe zadanie. Byłam nauczycielką w małym gimnazjum pod Krakowem, nikt mnie nie znał, nikt w naszej rodzinie nigdy nie był pisarzem. Komukolwiek powiedziałam o swoich planach, raczej mi odradzali.

Co mówili?

Że to bardzo zły pomysł, bo Polacy nie czytają, bo z tego nie da się żyć, bo na rynku wydawniczym nie sposób się przebić bez znajomości, bo trzeba mieć układy, bo wydawcy nie czytają tekstów debiutantów, bo w szkole mam pewną pracę i tak dalej. Nikt mi nie powiedział „spróbuj”. Oprócz mojego męża, on od początku był dobrym duchem tej historii, i dzieci, które zawsze mi kibicowały, do tej pory tak jest. Ale też niewiele osób wiedziało, że mam takie marzenie, a internet dopiero się rozwijał, jeszcze nie był taką kopalnią wiedzy. Dostęp do informacji miałam trudniejszy niż teraz.

Dwa kolejne postanowienia jak brzmiały?

Urodzić jeszcze jedno dziecko. To też było odważne marzenie. Mieliśmy trzy córki, które szczęśliwie odchowaliśmy, wreszcie zaczęliśmy spać po nocach, życie się poukładało, a my chcieliśmy zacząć rodzicielską przygodę jeszcze raz. Cieszę się, że się zdobyłam na tę odwagę, choć mój licznik nieprzespanych nocy znacznie się wzbogacił.

Krystyna Mirek / Fot. Radosław Kaźmierczak

Trzecie postanowienie było zaś takie, że przestanę się nieustająco śpieszyć. Na wszystko, co ważne, będzie w moim życiu czas. Gdy wtedy rozglądałam się wokół siebie, nie widziałam zbyt wielu osób, które by powiedziały, że mają czas. Zresztą teraz też takich często nie spotykam. W naszej kulturze nawet nie wypada tak mówić. Wielu się wydaje, że być zabieganym, ciągle zajętym to szlachetna rzecz. Nieważne, czy z tego zabiegania cokolwiek sensownego wynika, czy ono czemukolwiek służy. Grunt, żeby gnać przed siebie. Nie chciałam tak żyć. Marzyłam, żeby wprowadzić do mojego życia więcej wolnego czasu, odpoczynku, pasji i przyjemności. Chwil dla rodziny, przyjaciół i dla siebie.

Ile czasu dała sobie pani na spełnienie tych marzeń?

Trzy lata. W 2011 roku, kiedy podjęłam te wszystkie postanowienia, debiutowałam, a w 2014 roku, kiedy obchodziłam czterdzieste urodziny, na świecie pojawił się nasz synek Adaś, zdrowe, kochane dziecko, które daje nam mnóstwo radości. Po urlopie macierzyńskim już nie wróciłam do pracy, mogłam się utrzymać wyłącznie z pisania i spełniło się trzecie marzenie – miałam więcej czasu. Ten czas pojawiał się powoli, rok po roku, w miarę jak synek dorastał, a ja coraz więcej wiedziałam o zarządzaniu własnym życiem. To całkiem spory kawałek wiedzy, ale warto jej szukać, bardzo pomaga w codzienności, zwłaszcza kobiecej. Mogłam zająć się spokojnie dzieckiem, wypić kawę na tarasie, pisać, pracować, czytać, jeździć na spotkania z czytelnikami. W ciągu dziewięciu lat wydałam 24 powieści.

Skąd pani tyle wie o kobietach?

Sama jestem kobietą. Jestem w tym świecie mam, przyjaciółek, sióstr, szefowych, singielek, studentek, babć i wnuczek całkowicie zanurzona. Fascynuje mnie i ciekawi. Mam czwórkę dzieci w różnym wieku, przyjaźnię się z innymi mamami, pracowałam też przez wiele lat jako nauczycielka. Mam przyjaciółki z różnych środowisk, o różnych poglądach i życiowych sytuacjach. Zawsze żyłam wśród ludzi i zawsze ci ludzie bardzo mnie ciekawili. Debiutując w wieku czterdziestu lat, miałam już spory bagaż doświadczeń.

Dużo jeździ pani po Polsce, rozmawia z czytelniczkami. Czego kobiety szukają w pani książkach?

Przede wszystkim prawdziwego życia, dobrych emocji, pociechy, odprężenia, siły. Z recenzji wynika, że cenią życiowe obserwacje, a także lekkość pisania. Czytelniczkom pomaga świadomość, że jeśli mają jakiś problem, to nie są z tym same. Inne kobiety też przez to przeszły, a co najważniejsze, poradziły sobie z tym. Można to zrobić.

Nie muszę sama popełniać błędów, mogę się uczyć na cudzych?

Tak, można tak powiedzieć. A jeżeli popełniłaś jakiś błąd, jesteś załamana, to zobacz, da się z tego wyjść. Poradzić sobie. W mojej książce nikt nigdy nie dostał spadku po cioci z Ameryki, nikt nigdy nie spotkał księcia na białym koniu, nie zdarzają się magiczne zrządzenia losu. Bohaterki dają sobie radę samodzielnie lub z pomocą przyjaciół, bliskich osób, powszechnie dostępnymi sposobami. Między innymi odwołując się do życiowej mądrości.

Wiem, że pani sama lubi czytać biografie i z nich pobierać życiowe lekcje. Czyje losy panią inspirowały?

Rzeczywiście przeczytałam masę biografii. To jest część tej ciekawości ludzkim życiem, którą mam w sobie. Jestem też otwarta na ludzi, których spotykam na co dzień, a oni często opowiadają mi o swoim życiu. Czasem zdarza się, że siadam w autobusie, nawet nie zdążę się odezwać, a ktoś zaczyna mi opowiadać swoją historię.

Co pani ma takiego w sobie, że ludzie się przed panią tak chętnie otwierają?

Nie wiem, sama się nad tym czasem zastanawiam. Ale rzeczywiście tak jest. Był taki czas, że mieszkaliśmy w Niemczech. Nie znałam jednego słowa po niemiecku, a pewnego dnia obok mnie w autobusie usiadła starsza pani i przez siedem przystanków mi o sobie opowiadała. Nic nie rozumiałam, tylko kiwałam głową i uśmiechałam się. Jej to wystarczyło. Może to dlatego, że ja naprawdę jestem ciekawa ludzkich historii? Nie oceniam, słucham z życzliwością i z zainteresowaniem, naprawdę rozumiem, że nasze losy bywają pokręcone, że każdy niesie jakiś bagaż i stara się na miarę swoich możliwości jak najlepiej żyć i podejmować jak najlepsze decyzje. Wiem, jak to boli, kiedy coś nie wychodzi i jak cieszy każdy nawet mały sukces. Może ludzie to czują, że naprawdę jestem im życzliwa.

Piękne! Ale wróćmy do tych biografii…

Najpierw czytałam biografie pisarzy, bo po pierwsze studiowałam polonistykę, a po drugie uczyłam się z tych książek, jak zostać pisarzem. Polonistyka daje ogromną wiedzę z historii i teorii literatury, ale nie uczy w pełni, jak napisać powieść czy wejść na rynek wydawniczy. A to niełatwa sztuka. W biografiach pisarzy próbowałam też odnaleźć tego Świętego Graala naszej branży, czyli przepis na bestseller, poszukiwany od najdawniejszych czasów. Potem czytałam historie ludzi, którym udało się zrealizować marzenia: zbudować wielką firmę, stworzyć fantastyczną rodzinę, podróżować, realizować swoje pasje.

Zaczynałam na przykład od Beaty Pawlikowskiej, która jako jedna z pierwszych dawno temu opowiadała, że życiem można kierować. Ostatnio natomiast czytałam „Becoming” Michelle Obamy. Uczyłam się od Agathy Christie, Andrzeja Sapkowskiego, Joanny Chmielewskiej, J.R.R. Tolkiena, Terry'ego Pratcheta, Małgorzaty Musierowicz, Agnieszki Maciąg, Diane Setterfield, a także Kamili Rowińskiej, Briana Tracy'ego czy Mateusza Grzesiaka. Tych książek, nauczycieli oraz mentorów było i jest wielu. Czasem opowieść jest ciekawa, bywa też, że się z nią nie zgadzam. Ale jestem otwarta. Próbuję znaleźć punkty styczne, dowiedzieć się, jak ci ludzie osiągali swoje cele i co ja muszę zmienić w sobie, czego się nauczyć, żebym też mogła to zrobić.

Pani nowa książka „Inni mają lepiej” jest reklamowana jako propozycja dla tych, którym wydaje się, że życie sąsiadów czy znajomych jest bardziej kolorowe. Więc chyba w zasadzie dla wszystkich, bo każdy miewa takie myśli.

Sądzę, że to się często zdarza, mnie również. Czasem wydaje mi się, że mnie jest ciężko, ciągle muszę się starać, a komuś tak lekko wszystko przychodzi. Gdy jednak tego kogoś się poznaje, wchodzi w jego świat, wtedy można zobaczyć, że on też z czymś się zmaga. Każdy jest w jakiejś drodze. Ale książka opowiada przede wszystkim o trzech przyjaciółkach. Różnią się od siebie sytuacją życiową, poglądami, przeszłością i początkowo nieufnie podchodzą do zwierzeń. Każdej się wydaje, że ta druga ma lepiej. Jednak z czasem ich relacja okaże się bardzo cenna.

To też historia o tym, by doceniać to, co mamy, cieszyć się. Dużo ludzi żyje na zasadzie: na razie się nie cieszę, ponieważ jeszcze mam pewne cele do zrealizowania, będę się cieszyć, jak już coś osiągnę: dostanę awans, zarobię ileś tam pieniędzy, wybuduję dom, urodzę dziecko. Cele są różne, ale zasada ta sama – odkładanie radości z życia aż to „coś” nastąpi. To pułapka, bowiem cele nigdy się nie kończą, zawsze pojawiają się nowe, a życie mija. I o tym też mówią bohaterki „Inni mają lepiej”. Żeby się skupić na swoim życiu, nie patrzeć za płot, na tę trawę bardziej zieloną, tylko cieszyć się z tego, co mamy.

Pani wierzy, że szczęście to jest kwestia wyboru, a nie przypadku?

Trochę tak. Wierzę, że szczęście sprzyja przygotowanym. Kiedy zdarzają się tzw. szczęśliwe zbiegi okoliczności, wielu ludzi przechodzi obok, nawet ich nie zauważając. Albo nie potrafią ich wykorzystać, bo nie mają odpowiednich kompetencji. Ci, którzy są przygotowani, inaczej na te szczęśliwe zbiegi okoliczności reagują.

A później działa biblijna zasada: kto ma, temu będzie dane. Im lepiej układa ci się zawodowo, tym więcej dostajesz propozycji. Im bardziej szczęśliwa jesteś w małżeństwie, tym więcej fajnych rzeczy cię w tym małżeństwie spotyka. Potem masz więcej energii w pracy i nie stresujesz się, więc jesteś zdrowszy i tak dalej. To jest koło, które się napędza, i tych dobrych rzeczy pojawia się coraz więcej. Jeżeli natomiast koło się toczy w odwrotnym kierunku, to coraz więcej złych rzeczy nas spotyka. Wierzę, że szczęście to jest coś, o co trzeba dbać. Tak jak o miłość.

W „Inni mają lepiej” ważna jest też przyjaźń między kobietami.

W każdej mojej książce jest ważna, tak jak w moim życiu. Mam stałe przyjaciółki od czasów studiów, ale pojawiają się też nowe osoby, dbam o te relacje. Bardzo je cenię. Myślę, że taka kobieca przyjaźń zastępuje nam dzisiaj dawne życie w wielopokoleniowych rodzinach. Kiedyś młoda kobieta, młoda matka miała obok siebie mamę, babcię, ciotki, szwagierki… Nawet gdy z kimś się nie zgadzała, zawsze były dwie, trzy osoby, z którymi mogła się przyjaźnić, zapytać o radę.

Teraz młode kobiety często są same, mieszkają z dala od rodziny. I potrzebują kobiecej wspólnoty. Taką rolę spełniają magazyny dla kobiet, książki dla kobiet, portale dla kobiet, ale przede wszystkim kobiece przyjaźnie, spotkania przy kawie. Często traktuje się je z przymrużeniem oka jako „babskie pogaduszki”, a one są ważne i niezwykle potrzebne. Żeby się wygadać, usłyszeć, że ktoś też tak ma, że rozumie.

Krystyna Mirek / Fot. Radosław Kaźmierczak

Ten przepis na bestseller – czy pani go już odkryła?

Jednym z przepisów na bestseller jest napisać książkę o tym, jak napisać bestseller (śmiech). Ja tej odpowiedzi wciąż szukam. To, co już znalazłam, sprawia, że moje powieści osiągają status bestsellera. Ale to jest droga, ciągle się uczę. Myślę, że dla każdego pisarza ten przepis jest nieco inny. Ja przede wszystkim szukam sposobów na to, by czytelnik po lekturze poczuł się lepiej, odpoczął, czegoś się nauczył, zrelaksował, rozbawił, wzruszył, odnalazł własne życie. Marzę, by od pierwszego do ostatniego zdania nie mógł się oderwać od książki.

Mam specjalny folder w komputerze, w którym są setki listów o przypalonych naleśnikach, przejechanych przystankach, uciekających autobusach, spóźnieniach do pracy, nieprzespanych nocach, parówkach na obiad – z tego powodu, że ktoś się zaczytał w mojej książce. To jest dla mnie najcudowniejsza nagroda za pracę. Podobnie jak każda życzliwa recenzja, dobre słowo i spotkania autorskie. Czytelnicy to najwspanialszy element tej pracy. Moi są wyjątkowi.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Postanowienia noworoczne: jak się rozwijać?
Unsplash.com

Najlepsze postanowienia noworoczne: jak się rozwijać?

Postanowienia noworoczne są dla wielu z nas jak senny koszmar. Mamy w głowie dziesiątki tych z przeszłości – żadnego nie udało się dotrzymać! Na szczęście można to zmienić.
Karolina Morelowska-Siluk
21.12.2020

Co roku to samo – kolejne postanowienia noworoczne , a potem poczucie klęski, rozczarowanie samą sobą. Jesteśmy przekonane, że to wynik naszego braku konsekwencji, motywacji, a to oznacza, że jesteśmy do niczego…  Próbowałyśmy już wszystkiego z tym samym marnym efektem. Jak osiągnąć wyznaczony cel? Postanowienia noworoczne: SMARTcel Przez długi czas naukowcy przekonywali, że świetną metodą, by osiągnąć cel, jest coś, co nazwano SMART. Skrót ten odnosi się do sposobu wyznaczania celów właśnie. Koncepcja polega na określaniu celów jako: S – simple, czyli prostych, jasno określonych, M – measurable, czyli mierzalnych, A – ambitious, czyli ambitnych, R – realistic, czyli realnych, oraz T – timed, czyli określonych w czasie. Ten schemat miał gwarantować sukces, jednak najnowsze badania dotyczące  efektywności człowieka wskazują, że ten sposób wyznaczania celów wcale nie jest tak dobrym pomysłem. Wszelkie badania wyraźnie dowodzą bowiem, że nakreślenie dużego, ambitnego celu przynosi jednocześnie dwa efekty: z jednej strony wywołuje w nas niepokój, prawdopodobnie związany z presją,  a z drugiej wyzwala w nas kreatywność, przyczynia się do efektywności. Świetnie obrazuje to badanie przeprowadzone w firmie Motorola. Kiedy zaplanowano wielkie cele, pracownicy potrzebowali dziesięć razy mniej czasu na wynalezienie nowych produktów niż wtedy, kiedy poprzeczka nie była postawiona tak wysoko. Ambitny cel wyzwala siłę i energię, ale ponieważ równocześnie przytłacza swoim ciężarem, należy go sensownie podzielić na kawałki, etapy. Najbardziej skuteczni są ci, którzy dzielą „olbrzyma” na małe odcinki i koncentrują się na bieżąco na każdym z nich, nie zapominając o tym, co jest metą, czyli tym zasadniczym celem. To on motywuje nas do działania, to...

Czytaj dalej
Kasia Nosowska
Marlena Bielińska

Kasia Nosowska: „Musiałam przystąpić do naprawy siebie”

„Dotarło do mnie, że chcę żyć jak dorosła osoba”.
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Piosenki Kasi Nosowskiej dla wielu są drogowskazami, jednak ona sama przyznaje, że w jej życiu nieraz takich drogowskazów brakuje, a rok, który poprzedzał nagranie płyty „Błysk”, był dla niej wyczerpujący. Przyniósł jej jednak samoświadomość i nowe postanowienia.      – Jestem dosyć przytomna: wiem, jak minęło moje dzieciństwo, co było dalej, i wiem, że już jestem dorosła i chcę być dorosła. I kiedy skończyłam 40 lat, pomyślałam, że nie mogę chodzić w tych starych sandałkach i myśleć, że może to one mnie tak poobcierały, że jestem teraz aż taka niedoskonała – mówi Katarzyna Nosowska w rozmowie z Magdaleną Felis.   Pierwszy taki rok/ Gdy samotność znużyła mnie/ To pierwszy taki rok/ Gdy do normy wrócił mi puls” – śpiewasz w piosence „2015” z nowej płyty „Błysk”. Czy to znaczy, że miałaś dobry rok? Okropny!     Jak to? Coś z tym rokiem było nie tak. Jakby takie dziwne coś przelazło przez naszą planetę. To rok pożegnań. Wiele moich relacji rozpłynęło się, jakby ich termin przydatności do spożycia minął. Inne nabrały większej masy, ustabilizowały się. Pół na pół. Rok wyczerpujący, bo musiałam ostro przystąpić do naprawy siebie. Narysowałam mapę swoich „odcisków” i postanowiłam po raz pierwszy w życiu wyraźnie i głośno, ale grzecznie poinformować, że tutaj proszę mnie nie naciskać, bo boli. Strasznie dużo czytałam tych nieszczęsnych książek, które mają sprzyjać rozwojowi duchowemu.   Czytasz takie książki?! Owszem! To ja kupuję te wszystkie poradniki! Już tak mam, że wchodzę do sklepu, gdzie wisi milion czarnych rzeczy i coś mnie woła, nie wiem co. Wyciągam jedną, nie mierzę, kupuję, wychodzę. I mam kolejną plandekę, w której...

Czytaj dalej
Samin Nosrat
©Smeeta Mahanti

Kuchenna rewolucja Samin Nosrat

Jak nikomu nieznana pasjonatka gotowania stała się autorką kulinarnego bestsellera i globalną gwiazdą.
Magdalena Żakowska
16.04.2020

Jeśli jeszcze jej nie znacie, to albo nie korzystacie z platformy Netflix, albo nie lubicie gotować. Obok Samin Nosrat trudno przejść obojętnie – jest tak pozytywna, zabawna i pełna  entuzjazmu.  Jej prosta, ale rewolucyjna metoda gotowania inspiruje nowe pokolenie kucharzy i zmienia sposób myślenia o jedzeniu. Ale przebicie się z tym pomysłem zajęło Samin ponad 20 lat. Nie było łatwo, bo startowała z najniższego poziomu – biednej córki emigrantów z najbardziej znienawidzonego w Ameryce kraju, Iranu. Samin odkryła, że gotowanie jest jej przeznaczeniem dość późno, bo dopiero na studiach. Podczas wielu lat praktyki w dobrych restauracjach i kulinarnych podróży do Włoch, Japonii i Meksyku, stworzyła własną koncepcję tego, na czym polega dobra kuchnia – według niej to właściwe posługiwanie się temperaturą, solą, tłuszczem i kwasem.  Cztery składniki sukcesu W pierwszej książce „Salt Fat Acid Heat” (po polsku ukazała się pod tytułem „Cztery składniki”) w prosty i zabawny sposób wykłada fundamentalne zasady gotowania oparte o tę koncepcję. Chociaż konkurencja na rynku publikacji kulinarnych jest dziś ogromna, książka Samin w ciągu kilku tygodni trafiła na listę bestsellerów „The New York Times”, a tygodnik „New Yorker” umieścił ją wśród dziesięciu najważniejszych książek kulinarnych XXI wieku. Czytelnicy zakochali się w niej, „The New York Times Magazine” zaoferował Samin swoją kolumnę kulinarną. A Netflix nakręcił z nią czteroodcinkowy dokument w oparciu o książkę. W każdym odcinki zgłębia temat jednego z czterech kuchennych składników: aby pokazać widzom wszystkie właściwości soli podróżuje do Japonii, w Meksyku poznajemy z nią wartość kwaśnych smaków i uczymy się, jak je stosować i łączyć. Temat...

Czytaj dalej
Małgorzata Kidawa-Błońska
Zuza Krajewska

Małgorzata Kidawa-Błońska: „Nie podpisałabym ustawy o zaostrzeniu prawa do aborcji”

Wicemarszałkini Sejmu, Małgorzata Kidawa-Błońska opowiada o rodzinie, sile polskich kobiet i o tym, na czym według niej polega prawdziwy patriotyzm. 
Sylwia Niemczyk Agnieszka Dajbor
03.12.2020

W ostatnich wyborach Małgorzata Kidawa-Błońska była pierwszą kandydatką KO na prezydenta Polski. Mimo wielkiego poparcia wycofała swoją kandydaturę, protestując w ten sposób przeciwko organizacji wyborów w czasie pandemii. Przypominamy naszą rozmowę z nią z marca 2020. Agnieszka Dajbor, Sylwia Niemczyk: Pani marszałek czy marszałkini?  Małgorzata Kidawa-Błońska: Jestem przywiązana do tradycyjnych form, ale wiem, że język się zmienia. Jeszcze kilka lat temu, gdy w sali sejmowej słyszeliśmy „marszałkini”, to coś aż zgrzytało, ale dzisiaj jesteśmy z tym nowym słowem oswojeni. Po tych czterech, nie: już ośmiu latach – bo przecież to Wanda Nowicka zaczęła używać słowa „marszałkini” – niewielu osobom w Sejmie przeszkadzają żeńskie końcówki, choć wciąż żywo się na ten temat dyskutuje. Język będzie się stopniowo nadal zmieniał, tak jak zmieniają się czasy i społeczeństwo. Gdy kilkanaście lat temu wchodziłam do polityki, to stale mnie pytano: „Jak pani sobie radzi w tym męskim świecie? Jak oni panią traktują…”. Biedactwo takie… Niemal każda rozmowa tak się zaczynała, tak protekcjonalnie. Ale minęły lata i dziś już nie zadaje się takich pytań. I to nie tylko w Sejmie przyszła zmiana, ja widzę to wszędzie, w małych miasteczkach, na wsiach. Bardzo dużo jeżdżę po Polsce, rozmawiam z ludźmi i to już się stało regułą, że na spotkania z politykami przychodzi więcej kobiet niż mężczyzn. I są dociekliwe, ciekawe świata, zmian, innych ludzi. Są z pewnością odważniejsze w zadawaniu pytań i co bardzo ważne – nie boją się wyrażać swoich poglądów. Na spotkaniach przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi wcale nie były „grzeczne”, wprost mówiły, co myślą o polskiej polityce, ugrupowaniach, nieraz krytykowały, ale też zależało im na...

Czytaj dalej