Krystyna Mirek: Nie odkładam życia na później
Krystyna Mirek / Fot. Radosław Kaźmierczak

Krystyna Mirek: Nie odkładam życia na później

„Gdybym napisała książkę o swojej historii, mało kto by uwierzył, że to naprawdę się wydarzyło. Nauczycielka z małej miejscowości rzuca pracę i spełnia marzenie, zostaje pisarką? Niemożliwe! A jednak” – mówi Krystyna Mirek, pisarka, autorka 24 bestsellerów.
Anna Zaleska
05.06.2020

Krystyna Mirek to polska pisarka, autorka książek obyczajowych, mama czwórki dzieci (trzech dorastających córek i jednego chłopca). Na koncie ma ponad 20 powieści obyczajowych, w których porusza współczesne problemy, ale które zawsze niosą pozytywne przesłanie – że warto walczyć o miłość, rodzinę i marzenia. Najnowsza „Inni mają lepiej” (Wydawnictwo Edipresse) to opowieść o trzech kobietach. Zuza samotnie wychowuje córeczkę i opiekuje się chorym ojcem. Jagoda jest trenerką rozwoju osobistego, ma szczęśliwy dom, męża, z którym łączy ją prawdziwa bliskość, i wspaniałych synów. Natalia cierpi, bo w jej małżeństwie coraz mniej jest uczucia. Każda z nich patrzy na przyjaciółki i jest przekonana, że są szczęśliwsze iż ona. Okazuje się jednak, że pozory mylą. Krystyna Mirek jak zawsze napisała książkę, w której wiele czytelniczek może odnaleźć fragmenty własnych historii.

Anna Zaleska: Czy to przypadek, że pierwszą książkę napisała pani w wieku czterdziestu lat, czy plan na życie?

Krystyna Mirek: To nie przypadek. Czterdziestka to był dla mnie ważny moment. Z jakiegoś powodu wystraszyłam się, że jeśli nie zdążę zostać pisarką do tego momentu, to już nigdy się nie uda. Dziś wiem już, że po czterdziestce też jest życie. Ten impuls dał mi jednak siłę. Długo marzyłam, by zmienić zawód, ale brakowało mi odwagi, czasu, możliwości. Byłam wtedy mamą trójki dzieci, uczyłam w szkole na pełny etat, żyłam w sporym pośpiechu i zmęczeniu. Tak jak żyje wiele kobiet. Rano – wieczór, rano – wieczór, poniedziałek – piątek, poniedziałek – piątek, Boże Narodzenie – Wielkanoc, Boże Narodzenie – Wielkanoc.

Lata szybko mijały wśród licznych obowiązków i wyzwań. Dużym szokiem było uświadomienie sobie, że niedługo skończę czterdzieści lat. Przez te lata ciągle czekałam na tzw. lepszy moment, by wreszcie zrealizować marzenia, a nagle dotarło do mnie, że dobiegam do półmetka, a ten „idealny czas” nie następuje. Uświadomiłam sobie, że być może nigdy nie nadejdzie. Trzeba działać w tych warunkach, jakie są. Czekanie nie ma sensu.

Powiedziała więc pani: stop?

Tak, nagle się zatrzymałam i powiedziałam: stop, tak dłużej nie będzie. W jednym momencie radykalnie przeorganizowałam życie. Złożyłam sobie wtedy trzy postanowienia. Pierwsze – że zmienię zawód i zostanę pisarką. A to niełatwe zadanie. Byłam nauczycielką w małym gimnazjum pod Krakowem, nikt mnie nie znał, nikt w naszej rodzinie nigdy nie był pisarzem. Komukolwiek powiedziałam o swoich planach, raczej mi odradzali.

Co mówili?

Że to bardzo zły pomysł, bo Polacy nie czytają, bo z tego nie da się żyć, bo na rynku wydawniczym nie sposób się przebić bez znajomości, bo trzeba mieć układy, bo wydawcy nie czytają tekstów debiutantów, bo w szkole mam pewną pracę i tak dalej. Nikt mi nie powiedział „spróbuj”. Oprócz mojego męża, on od początku był dobrym duchem tej historii, i dzieci, które zawsze mi kibicowały, do tej pory tak jest. Ale też niewiele osób wiedziało, że mam takie marzenie, a internet dopiero się rozwijał, jeszcze nie był taką kopalnią wiedzy. Dostęp do informacji miałam trudniejszy niż teraz.

Dwa kolejne postanowienia jak brzmiały?

Urodzić jeszcze jedno dziecko. To też było odważne marzenie. Mieliśmy trzy córki, które szczęśliwie odchowaliśmy, wreszcie zaczęliśmy spać po nocach, życie się poukładało, a my chcieliśmy zacząć rodzicielską przygodę jeszcze raz. Cieszę się, że się zdobyłam na tę odwagę, choć mój licznik nieprzespanych nocy znacznie się wzbogacił.

Krystyna Mirek / Fot. Radosław Kaźmierczak

Trzecie postanowienie było zaś takie, że przestanę się nieustająco śpieszyć. Na wszystko, co ważne, będzie w moim życiu czas. Gdy wtedy rozglądałam się wokół siebie, nie widziałam zbyt wielu osób, które by powiedziały, że mają czas. Zresztą teraz też takich często nie spotykam. W naszej kulturze nawet nie wypada tak mówić. Wielu się wydaje, że być zabieganym, ciągle zajętym to szlachetna rzecz. Nieważne, czy z tego zabiegania cokolwiek sensownego wynika, czy ono czemukolwiek służy. Grunt, żeby gnać przed siebie. Nie chciałam tak żyć. Marzyłam, żeby wprowadzić do mojego życia więcej wolnego czasu, odpoczynku, pasji i przyjemności. Chwil dla rodziny, przyjaciół i dla siebie.

Ile czasu dała sobie pani na spełnienie tych marzeń?

Trzy lata. W 2011 roku, kiedy podjęłam te wszystkie postanowienia, debiutowałam, a w 2014 roku, kiedy obchodziłam czterdzieste urodziny, na świecie pojawił się nasz synek Adaś, zdrowe, kochane dziecko, które daje nam mnóstwo radości. Po urlopie macierzyńskim już nie wróciłam do pracy, mogłam się utrzymać wyłącznie z pisania i spełniło się trzecie marzenie – miałam więcej czasu. Ten czas pojawiał się powoli, rok po roku, w miarę jak synek dorastał, a ja coraz więcej wiedziałam o zarządzaniu własnym życiem. To całkiem spory kawałek wiedzy, ale warto jej szukać, bardzo pomaga w codzienności, zwłaszcza kobiecej. Mogłam zająć się spokojnie dzieckiem, wypić kawę na tarasie, pisać, pracować, czytać, jeździć na spotkania z czytelnikami. W ciągu dziewięciu lat wydałam 24 powieści.

Skąd pani tyle wie o kobietach?

Sama jestem kobietą. Jestem w tym świecie mam, przyjaciółek, sióstr, szefowych, singielek, studentek, babć i wnuczek całkowicie zanurzona. Fascynuje mnie i ciekawi. Mam czwórkę dzieci w różnym wieku, przyjaźnię się z innymi mamami, pracowałam też przez wiele lat jako nauczycielka. Mam przyjaciółki z różnych środowisk, o różnych poglądach i życiowych sytuacjach. Zawsze żyłam wśród ludzi i zawsze ci ludzie bardzo mnie ciekawili. Debiutując w wieku czterdziestu lat, miałam już spory bagaż doświadczeń.

Dużo jeździ pani po Polsce, rozmawia z czytelniczkami. Czego kobiety szukają w pani książkach?

Przede wszystkim prawdziwego życia, dobrych emocji, pociechy, odprężenia, siły. Z recenzji wynika, że cenią życiowe obserwacje, a także lekkość pisania. Czytelniczkom pomaga świadomość, że jeśli mają jakiś problem, to nie są z tym same. Inne kobiety też przez to przeszły, a co najważniejsze, poradziły sobie z tym. Można to zrobić.

Nie muszę sama popełniać błędów, mogę się uczyć na cudzych?

Tak, można tak powiedzieć. A jeżeli popełniłaś jakiś błąd, jesteś załamana, to zobacz, da się z tego wyjść. Poradzić sobie. W mojej książce nikt nigdy nie dostał spadku po cioci z Ameryki, nikt nigdy nie spotkał księcia na białym koniu, nie zdarzają się magiczne zrządzenia losu. Bohaterki dają sobie radę samodzielnie lub z pomocą przyjaciół, bliskich osób, powszechnie dostępnymi sposobami. Między innymi odwołując się do życiowej mądrości.

Wiem, że pani sama lubi czytać biografie i z nich pobierać życiowe lekcje. Czyje losy panią inspirowały?

Rzeczywiście przeczytałam masę biografii. To jest część tej ciekawości ludzkim życiem, którą mam w sobie. Jestem też otwarta na ludzi, których spotykam na co dzień, a oni często opowiadają mi o swoim życiu. Czasem zdarza się, że siadam w autobusie, nawet nie zdążę się odezwać, a ktoś zaczyna mi opowiadać swoją historię.

Co pani ma takiego w sobie, że ludzie się przed panią tak chętnie otwierają?

Nie wiem, sama się nad tym czasem zastanawiam. Ale rzeczywiście tak jest. Był taki czas, że mieszkaliśmy w Niemczech. Nie znałam jednego słowa po niemiecku, a pewnego dnia obok mnie w autobusie usiadła starsza pani i przez siedem przystanków mi o sobie opowiadała. Nic nie rozumiałam, tylko kiwałam głową i uśmiechałam się. Jej to wystarczyło. Może to dlatego, że ja naprawdę jestem ciekawa ludzkich historii? Nie oceniam, słucham z życzliwością i z zainteresowaniem, naprawdę rozumiem, że nasze losy bywają pokręcone, że każdy niesie jakiś bagaż i stara się na miarę swoich możliwości jak najlepiej żyć i podejmować jak najlepsze decyzje. Wiem, jak to boli, kiedy coś nie wychodzi i jak cieszy każdy nawet mały sukces. Może ludzie to czują, że naprawdę jestem im życzliwa.

Piękne! Ale wróćmy do tych biografii…

Najpierw czytałam biografie pisarzy, bo po pierwsze studiowałam polonistykę, a po drugie uczyłam się z tych książek, jak zostać pisarzem. Polonistyka daje ogromną wiedzę z historii i teorii literatury, ale nie uczy w pełni, jak napisać powieść czy wejść na rynek wydawniczy. A to niełatwa sztuka. W biografiach pisarzy próbowałam też odnaleźć tego Świętego Graala naszej branży, czyli przepis na bestseller, poszukiwany od najdawniejszych czasów. Potem czytałam historie ludzi, którym udało się zrealizować marzenia: zbudować wielką firmę, stworzyć fantastyczną rodzinę, podróżować, realizować swoje pasje.

Zaczynałam na przykład od Beaty Pawlikowskiej, która jako jedna z pierwszych dawno temu opowiadała, że życiem można kierować. Ostatnio natomiast czytałam „Becoming” Michelle Obamy. Uczyłam się od Agathy Christie, Andrzeja Sapkowskiego, Joanny Chmielewskiej, J.R.R. Tolkiena, Terry'ego Pratcheta, Małgorzaty Musierowicz, Agnieszki Maciąg, Diane Setterfield, a także Kamili Rowińskiej, Briana Tracy'ego czy Mateusza Grzesiaka. Tych książek, nauczycieli oraz mentorów było i jest wielu. Czasem opowieść jest ciekawa, bywa też, że się z nią nie zgadzam. Ale jestem otwarta. Próbuję znaleźć punkty styczne, dowiedzieć się, jak ci ludzie osiągali swoje cele i co ja muszę zmienić w sobie, czego się nauczyć, żebym też mogła to zrobić.

Pani nowa książka „Inni mają lepiej” jest reklamowana jako propozycja dla tych, którym wydaje się, że życie sąsiadów czy znajomych jest bardziej kolorowe. Więc chyba w zasadzie dla wszystkich, bo każdy miewa takie myśli.

Sądzę, że to się często zdarza, mnie również. Czasem wydaje mi się, że mnie jest ciężko, ciągle muszę się starać, a komuś tak lekko wszystko przychodzi. Gdy jednak tego kogoś się poznaje, wchodzi w jego świat, wtedy można zobaczyć, że on też z czymś się zmaga. Każdy jest w jakiejś drodze. Ale książka opowiada przede wszystkim o trzech przyjaciółkach. Różnią się od siebie sytuacją życiową, poglądami, przeszłością i początkowo nieufnie podchodzą do zwierzeń. Każdej się wydaje, że ta druga ma lepiej. Jednak z czasem ich relacja okaże się bardzo cenna.

To też historia o tym, by doceniać to, co mamy, cieszyć się. Dużo ludzi żyje na zasadzie: na razie się nie cieszę, ponieważ jeszcze mam pewne cele do zrealizowania, będę się cieszyć, jak już coś osiągnę: dostanę awans, zarobię ileś tam pieniędzy, wybuduję dom, urodzę dziecko. Cele są różne, ale zasada ta sama – odkładanie radości z życia aż to „coś” nastąpi. To pułapka, bowiem cele nigdy się nie kończą, zawsze pojawiają się nowe, a życie mija. I o tym też mówią bohaterki „Inni mają lepiej”. Żeby się skupić na swoim życiu, nie patrzeć za płot, na tę trawę bardziej zieloną, tylko cieszyć się z tego, co mamy.

Pani wierzy, że szczęście to jest kwestia wyboru, a nie przypadku?

Trochę tak. Wierzę, że szczęście sprzyja przygotowanym. Kiedy zdarzają się tzw. szczęśliwe zbiegi okoliczności, wielu ludzi przechodzi obok, nawet ich nie zauważając. Albo nie potrafią ich wykorzystać, bo nie mają odpowiednich kompetencji. Ci, którzy są przygotowani, inaczej na te szczęśliwe zbiegi okoliczności reagują.

A później działa biblijna zasada: kto ma, temu będzie dane. Im lepiej układa ci się zawodowo, tym więcej dostajesz propozycji. Im bardziej szczęśliwa jesteś w małżeństwie, tym więcej fajnych rzeczy cię w tym małżeństwie spotyka. Potem masz więcej energii w pracy i nie stresujesz się, więc jesteś zdrowszy i tak dalej. To jest koło, które się napędza, i tych dobrych rzeczy pojawia się coraz więcej. Jeżeli natomiast koło się toczy w odwrotnym kierunku, to coraz więcej złych rzeczy nas spotyka. Wierzę, że szczęście to jest coś, o co trzeba dbać. Tak jak o miłość.

W „Inni mają lepiej” ważna jest też przyjaźń między kobietami.

W każdej mojej książce jest ważna, tak jak w moim życiu. Mam stałe przyjaciółki od czasów studiów, ale pojawiają się też nowe osoby, dbam o te relacje. Bardzo je cenię. Myślę, że taka kobieca przyjaźń zastępuje nam dzisiaj dawne życie w wielopokoleniowych rodzinach. Kiedyś młoda kobieta, młoda matka miała obok siebie mamę, babcię, ciotki, szwagierki… Nawet gdy z kimś się nie zgadzała, zawsze były dwie, trzy osoby, z którymi mogła się przyjaźnić, zapytać o radę.

Teraz młode kobiety często są same, mieszkają z dala od rodziny. I potrzebują kobiecej wspólnoty. Taką rolę spełniają magazyny dla kobiet, książki dla kobiet, portale dla kobiet, ale przede wszystkim kobiece przyjaźnie, spotkania przy kawie. Często traktuje się je z przymrużeniem oka jako „babskie pogaduszki”, a one są ważne i niezwykle potrzebne. Żeby się wygadać, usłyszeć, że ktoś też tak ma, że rozumie.

Krystyna Mirek / Fot. Radosław Kaźmierczak

Ten przepis na bestseller – czy pani go już odkryła?

Jednym z przepisów na bestseller jest napisać książkę o tym, jak napisać bestseller (śmiech). Ja tej odpowiedzi wciąż szukam. To, co już znalazłam, sprawia, że moje powieści osiągają status bestsellera. Ale to jest droga, ciągle się uczę. Myślę, że dla każdego pisarza ten przepis jest nieco inny. Ja przede wszystkim szukam sposobów na to, by czytelnik po lekturze poczuł się lepiej, odpoczął, czegoś się nauczył, zrelaksował, rozbawił, wzruszył, odnalazł własne życie. Marzę, by od pierwszego do ostatniego zdania nie mógł się oderwać od książki.

Mam specjalny folder w komputerze, w którym są setki listów o przypalonych naleśnikach, przejechanych przystankach, uciekających autobusach, spóźnieniach do pracy, nieprzespanych nocach, parówkach na obiad – z tego powodu, że ktoś się zaczytał w mojej książce. To jest dla mnie najcudowniejsza nagroda za pracę. Podobnie jak każda życzliwa recenzja, dobre słowo i spotkania autorskie. Czytelnicy to najwspanialszy element tej pracy. Moi są wyjątkowi.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
mat. promocyjne

Depresja, toksyczne miłości i samotność – Natasza Socha wraca z nową książką „Zagubieni”

Największym źródłem rozczarowań bywają związki. „Kiedy książę na białym koniu okazuje się co najwyżej stajennym”, mówi Natasza Socha, autorka powieści dla kobiet „Zagubieni”. Co jeszcze?
Anna Zaleska
28.05.2020

Natasza Socha jest dziennikarką, felietonistką, a przede wszystkich autorką bestsellerowych powieści dla kobiet . Choć pochodzi z Poznania, od lat mieszka z mężem i nastoletnimi dziećmi w małej miejscowości pod Akwizgranem. Mówi o sobie, że na pełen etat wychowuje syna i córkę, a na pół etatu pisze książki. Najnowsza „Zagubieni” (Wydawnictwo Edipresse) to opowieść o współczesnych trzydziestolatkach . Mati jest człowiekiem sukcesu, który zachłysnął się życiem na wysokich obrotach. Sonia przeciwnie – żyje z dnia na dzień, robiąc rzeczy, które w najmniejszym stopniu jej nie interesują, i wchodząc w kolejne nieudane związki . Dla Nataszy Sochy para trzydziestolatków staje się pretekstem do przyjrzenia się przyczynom coraz powszechniejszej depresji . Anna Zaleska: Pani nowa powieść „Zagubieni” opowiada o współczesnych trzydziestolatkach. Dlaczego właściwie są tak sfrustrowani i nieszczęśliwi? Natasza Socha: Bo żyjemy za szybko, wszystko robimy naraz, jesteśmy wiecznie zagonieni i rozproszeni. Jednocześnie gotujemy obiad, przeglądamy książkę, przeszukujemy internet, słuchamy radia, odpowiadamy na wiadomości na Messengerze, a i tak mamy nieustająco poczucie marnowania czasu. Pamiętam, że jako dziecko nie znałam pojęcia „nuda”, mimo że nie miałam komputera, różnych gadżetów, nawet roweru. A moje dzieci jeśli czegoś nie robią przez pięć, dziesięć minut, to już czują niepokój. Współcześni trzydziestolatkowie do 20. roku życia przeżyli całe swoje życie. Nic dziwnego, że są sfrustrowani. I doznali już mnóstwa rozczarowań? Tak. Bo jeśli człowiek za główny cel stawia sobie szybkie osiągnięcie szczęścia, a poprzeczkę oczekiwań ustawia bardzo wysoko, wtedy łatwo o rozczarowania. To działa jak lawina. Coś się zaczyna psuć...

Czytaj dalej
Magdalena Łuniewska/Uroda Życia

Pięć najlepszych kryminałów – poleca królowa polskiego kryminału, Katarzyna Bonda!

Choć właśnie wydała nową książkę i już intensywnie pracuje nad następną, zawsze znajdzie czas, by przeczytać dobry kryminał. Oto pięć książek, które poleca Katarzyna Bonda.
Anna Zaleska
19.05.2020

Właśnie do księgarń trafiła nowa, długo trzymana w tajemnicy książka Katarzyny Bondy „Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ich ofiary. Z archiwum profilera” (wyd. Muza). Rzecz dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach. O ile bowiem nawet czytając najbardziej brutalny kryminał, możemy sobie powiedzieć: „Okej, ale to nie wydarzyło się naprawdę”, tym razem takiej możliwości nie będzie. „Motyw ukryty” to reportaż kryminalny pisany razem z Bogdanem Lachem, wybitnym polskim profilerem, specjalistą w dziedzinie przestępstw związanych z użyciem przemocy. Wciągające od pierwszej strony studium najciekawszych, a zarazem najbardziej wstrząsających spraw z archiwum psychologa śledczego. – Byli tacy sprawcy, takie ofiary, dokładnie takie motywy im przyświecały i takie ślady zachowania zostawili na miejscu zbrodni – opowiada mi Katarzyna Bonda. A jeśli po przeczytaniu tej książki zatęsknicie za fikcją i historiami, które nie wydarzyły się naprawdę, specjalnie dla czytelniczek „Urody Życia” królowa polskiego kryminału poleca pięć swoich ulubionych kryminałów. 1. „Ostre przedmioty”, Gillian Flynn (wyd. Znak Liternova) Debiutancka powieść autorki „Zaginionej dziewczyny”. W rodzinnym miasteczku dziennikarki śledczej Camille Preaker zostają zamordowane dwie dziewczynki, a ona otrzymuje zadanie opisania toczącego się śledztwa. Musi więc wrócić do Wind Gap, małej mieściny w stanie Missouri, z której uciekła, której szczerze nienawidzi i z której ma najgorsze wspomnienia. W dodatku nadal mieszka tam jej despotyczna matka. Katarzyna Bonda o „Ostrych przedmiotach”: Ta książka dotyka mnie szczególnie, nie tylko jeśli chodzi o wątek macierzyńsko-feministyczny oraz zbroję, jaką bohaterka musi nosić (i jaką noszą wszystkie bohaterki...

Czytaj dalej
Katarzyna Bonda
fot. Magdalena Łuniewska/Buku Team

Katarzyna Bonda - jak się zostaje królową kryminału?

Kryminał to ulubiony gatunek Polek, a ona jest jego mistrzynią. Podium zdobyła w ekspresowym tempie, ale historia jej zwycięstwa, jak to często bywa, jest słodko-gorzka.
Aleksandra Szajewska
29.05.2020

Wysoka, posągowa blondynka. Nie wygląda jak pisarka. Wygląda jak gwiazda. I choć jej gwiazda rozbłysła nagle, nie spadła z nieba. Katarzyna Bonda urodziła się w Białymstoku, ale wychowała w Hajnówce . Jej rodzina ma białoruskie korzenie. Skończyła Dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim i scenopisarstwo w Łódzkiej Filmówce , uczestniczyła w wielu kursach kreatywnego pisania w Polsce i za granicą. Przez kilkanaście lat była związana z prasą. Pracowała dla wielu tytułów i jak każdy początkujący dziennikarz zaczynała od pisania o wszystkim. Pewnego dnia w zastępstwie za kolegę z redakcji „Expressu Wieczornego”, trafiła do sądu na swoją pierwszą rozprawę. Jej skrupulatność, dociekliwość i pogłębione podejście psychologicznie do spraw sprawiło, że wsiąkła w tematykę kryminalną, a dziennikarstwo śledcze stało się jej domeną. Poznała prokuratorów, policjantów, sekretarki sądowe i przestępców. Jednak najważniejsze spotkanie w jej życiu zawodowy miało się dopiero odbyć.  Sprawa Niny Frank  Zawsze chciała pisać książki, ale jak sama mówi, do pisania trzeba dojrzeć, trzeba mieć coś do przekazania, przeżyć coś. Ją życie doświadczyło wyjątkowo boleśnie. Jej tata zachorował na raka i zmarł. 11 dni po jego śmierci Katarzyna Bonda potrąciła na pasach pieszego. Ze skutkiem śmiertelnym. Pisarka dostała wyrok w zawieszeniu, ale po tym wydarzeniu już nic nie było w jej życiu takie samo. Potrzebowała pomocy psychologicznej, przez rok chodziła na terapię. W tym czasie napisała „Sprawę Niny Frank”, pierwszą część serii „Hubert Meyer – psycholog śledczy”. To właśnie spotkanie z pierwowzorem Meyera, szefem sekcji psychologów z Komendy Głównej w Katowicach, Bogdanem Lachem , miało największy wpływ na jej pisarstwo. Zawód profilera –...

Czytaj dalej
Katarzyna Bonda
fot. Magdalena Łuniewska/Buku Team

Katarzyna Bonda: „Każda samotna matka w jakimś stopniu jest wojowniczką”

Odniosła zawodowy sukces, jej córka powoli dorasta, a ona na nowo uwierzyła w miłość. „Teraz mogę sobie odpuścić, odłożyć broń, wyrzucić wszystkie ukryte sztylety”, mówi królowa polskiego kryminału.
Marta Strzelecka
28.05.2020

Jest jedną z najpoczytniejszych i najlepiej rozpoznawalnych polskich pisarek. Znaki szczególne? Długie blond włosy i sukienki – zawsze o tym samym kroju. Jednak to nie wygląd sprawił, że jest uznawana za królową polskiego kryminału . Tylko talent, wytrwałość i wyjątkowa odwaga, którą pisarka skromnie nazywa „niefrasobliwością”. Chociaż w swoich książkach kryminalnych Katarzyna Bonda pisze o przemocy, bólu i zbrodniach, to praca nad pierwszym romansem okazała się na tyle niebezpieczna (dosłownie – pisarce grożono) i obciążająca emocjonalnie, że nie mogła jej skończyć przez kilkanaście lat. „Zorientowałam się, że opowiadanie o miłości sprawia mi trudność”, przyznaje Bonda. Pierwsza część trylogii romantycznej „Miłość leczy rany”, ukazała się wreszcie pod koniec 2019, a autorka zadedykowała ją byłemu partnerowi, który – jak mówi – przywrócił jej wiarę w miłość. Teraz Katarzyna Bonda wraca do kryminalnych korzeni i razem z psychologiem sądowym Bogdanem Lachem napisała reportaż „Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ich ofiary. Z archiwum profilera”.   Marta Strzelecka: W tym słonecznym mieszkaniu pisze pani o zbrodniach? Katarzyna Bonda: Mieszkam tu od niedawna, od ponad roku. I tak się składa, że właśnie tu skończyłam pracować nad moją pierwszą książką o miłości. Najwięcej słońca wpada do gabinetu, jest w nim naprawdę jasno. Kiedy weszłam do tego mieszkania po raz pierwszy, poczułam się jak w domu. Wcześniej żyłyśmy z córką w mniejszej przestrzeni, wszystko w jednym pokoju, wszędzie książki. Pisałam w nocy, siadałam przy biurku, kiedy dziecko zasypiało. Teraz ma swój pokój. Nie ma tu pokoju dla męża? Nie ma, ale nie wykluczam. Wystarczy tylko zmienić aranżację wnętrza. Wierzę w miłość....

Czytaj dalej