Krystyna Kofta: pisarka, żona, feministka
fot. M. Mutor/Ag. Gazeta

Krystyna Kofta: pisarka, żona, feministka

„Szczęśliwym w małżeństwie się bywa”, mówi Krystyna Kofta i opowiada o tym, czym jest prawdziwa miłość, kiedy zaczyna się zdrada i dlaczego seks bez uczuć uważa za przereklamowany.
Magdalena Żakowska
15.06.2020

Jest jedną z najbardziej popularnych polskich pisarek, plastyczką i działaczką społeczną. Od wielu lat współpracuje z organizacjami zajmującymi się profilaktyką raka piersi, na którego sama chorowała.

W zeszłym roku po czternastu latach Krystyna Kofta zdecydowała się wznowić jedną ze swoich książek. Nie bez przyczyny. Dopisała do niej kilka ważnych rozdziałów. Rozdziałów w książce i w historii współczesnej. Tak powstała publikacja „Gdyby zamilkły kobiet. #Nigdy”. Mimo formalnego równouprawnienia my, kobiety wciąż musimy o siebie walczyć. O równą płacę, za równą pracę, o prawo do decydowania o sobie i o swoim ciele. Jeszcze nigdy głos kobiet, głos nas wszystkich nie był tak ważny. Nie dajmy go sobie odebrać. 

Magdalena Żakowska: Wznowiłaś książkę sprzed kilkunastu lat. Dlaczego teraz?

Krystyna Kofta: Bo jest dziś potrzebna i wciąż aktualna. Książka „Gdyby zamilkły kobiety. #Nigdy” była w pierwotnej wersji o tym, dlaczego nie jesteśmy słuchane, mimo że nasz głos jest ważny. W nowym wydaniu uzupełniłam ją o kilka nowych rozdziałów, m.in. dotyczących konwencji antyprzemocowej, Czarnego Poniedziałku i akcji #MeToo. Kobiety nie zamilkną nigdy, a czasem muszą krzyczeć. I to jest właśnie ten moment.

Krystyna Kofta o #MeToo

Świat kobiet bardzo się zmienił przez te kilkanaście lat od pierwszego wydania?

Na pewno pod względem obyczajowym. Kobiety bez problemu się dziś rozwodzą, nie piętnuje się singielek ani kobiet, które nie chcą mieć dzieci. Zawdzięczamy to w dużej mierze temu, że należymy do Europy. W nowej wersji książki znajduje się też moje #MeToo, które zdarzyło się lata temu i dziś już chyba nie mieści się w głowie. 

Czy poczujesz się urażona, jeśli powiem, że jesteś literacką ekshibicjonistką?

Nie, bo to po części prawda. Nie ma literatury bez obnażania się. Piszę z siebie, choć jestem skryta. 

Dlaczego Szprycha?

Bo w dzieciństwie byłam chuda, ostra i złośliwa. Miałam także ksywę „kaczka podżegaczka”. Wtedy jeszcze „szprycha” nie kojarzyła się z „laską”.

Ale miałaś powodzenie.

Miałam, dopiero po podstawówce. I wtedy mogłam w chłopakach przebierać. „Chodziłam” z przystojniakami. Jednak, gdy jeden taki, idąc ze mną ulicą, przeglądał się w oknach wystawowych i powiedział, patrząc cały czas na siebie, „Widzisz, jaką jesteśmy piękną parą?” – zrozumiałam, że to nie to. 

Dużo miałaś takich „to nie to”, zanim poznałaś męża?

Pewnie. Wszystkie dziewczyny próbowały. Z reguły kończyło się to na macaniu po ciemku. To były takie czasy, kiedy trzeba było udawać, że jest się do ślubu dziewicą. Dziś kobiety mają większą ciekawość kolejnych mężczyzn i to nie kojarzy się już z puszczalstwem. Wtedy – mąż, dzieci i koniec. Jak u Balzaca. „Kobieta trzydziestoletnia” to była matrona. 

Miałaś 16 lat, kiedy straciłaś dziewictwo. Wcześnie.

To była nieudana, traumatyczna inicjacja. Nazwałam to „gwałtem z przyzwoleniem”. Może to wydać się dziwne, ale nie miałam pojęcia, że to tak wygląda. Coś słyszałam od koleżanek. Miałam potem przeszło trzyletnią przerwę w temacie seksu. Uciekałam od mężczyzn, gdy miało dojść „do czegoś więcej”. Paradoksalnie dzięki temu moja relacja z Mirkiem, moim mężem, miała ciekawszy przebieg. Poznaliśmy się właśnie w tym czasie. Najpierw się „tylko przyjaźniliśmy”, potem rozeszliśmy. I w końcu do siebie wróciliśmy. Wtedy już „poszliśmy na całość”.

Mąż, czyli feminista

Mąż jest częstym tematem twojej literatury. Pytasz go o zgodę?

No coś ty! Myślisz, że bym ją dostała? Nigdy nie pokazuję tego, co napisałam. Dostaje dopiero gotową książkę z dedykacją. Mówię, że mogę płacić mu tantiemy. Jest dla mnie modelem mężczyzny, który jeszcze nie wyrósł z patriarchatu, mimo że wie, że powinien i że mówi o sobie, że jest feministą. 

W twoim dzienniku feministą jeszcze nie był.

Kiedy urodził się nasz syn, Wawrzyn, nagle zostałam z dzieckiem w domu sama. Mąż zajmował się swoją karierą, nie pomagał mi. Pracowałam w rzadkich, wolnych chwilach, „w szczelinach czasu” – stąd tytuł mojej książki. Znalazłam w swoich dziennikach z tamtych lat taką notkę: „Pracuję tylko w szczelinach czasu, gdy obiad gotowy, pranie się suszy, mieszkanie wysprzątane, a dziecko śpi, wtedy siadam do pisania”. Pamiętam dokładnie, jak w 1971 roku zapytałam w końcu męża, czy to dziecko jest moje, czy nasze. Dziś syn jest dorosły, nie mieszka już z nami, a my staramy się być partnerami. Nawet gotujemy razem. Codziennie. W tym mamy porozumienie. I jeszcze w paru innych rzeczach. To, co najlepsze w moim małżeństwie, zaczęło się po 30 latach od ślubu.

Krystyna Kofta, feminizm
archiwum prywatne
Krystyna Kofta z mężem, prof. Mirosławem Koftą (bratem nieżyjącego już poety Jonasza Kofty).

Kiedy zachorowałaś na raka piersi.

W czasie mojej choroby zarówno mój mąż, jak i syn nagle dojrzeli. Staliśmy się sobie bliżsi. A wiem, że wielu mężczyzn odchodzi od chorujących kobiet. Nas łączy jednak, co się okazało, silne uczucie, na dobre i złe. 

Miałaś do męża pretensję, że zostawił cię w domu samą z małym dzieckiem, ale to były inne czasy. Panowało przekonanie, że przez pierwsze cztery lata życia dziecko powinno być przede wszystkim z matką. Nikt nie słyszał jeszcze o urlopie tacierzyńskim.

To prawda, chociaż ja czułam te nierówności od dziecka. Byłam taką feministką naturalną. Moja mama bardzo ciężko pracowała. Zaraz po wojnie rodzice stracili fabrykę, tata był po zawale, chorował, matka zajmowała się nim, domem i jeszcze szyła, żeby zarobić na nasze życie. Bolało mnie to. Miałam sześć lat, gdy dostrzegłam niesprawiedliwość. W niedzielę na dziewiątą całą rodziną chodziliśmy do kościoła, a potem ja z tatą, bratem i siostrą na spacer, a mama wracała do domu przygotować obiad. Czułam, że to nie jest w porządku. 

A jednocześnie byłaś bardzo związana z ojcem.

Ojciec dość schorowany, po zawałach, był cały czas w domu, wychowywał mnie. Nie był typem macho. Poświęcał mi dużo uwagi, był czuły, opiekuńczy, tak jak w tamtych czasach potrafiły być tylko matki. 

Większość moich rówieśników z podwórka była karana biciem. Ja nigdy. Mój tata zamiast bić, rozmawiał. Miałam czasem tego gadania powyżej uszu i wolałabym już dostać lanie. Jednak jestem wdzięczna rodzicom, dzięki nim wiedziałam, jak wychować swoje dziecko. 

Krystyna Kofta o seksie: „Nie ma jednej recepty”

Porozmawiajmy o seksie. To częsty wątek w twoich książkach. W twoim domu rozmawiało się o „tych sprawach”? Istniała domowa edukacja seksualna?

A skąd! U mnie w domu słowo seks nie padło nigdy. Nie istniała też masturbacja. Wiarę traktowało się wtedy poważnie, a Bóg cały czas na nas patrzył. Kiedyś ludzie wierzyli w Boga, ale musieli przed władzą udawać, że nie wierzą, a dziś jest odwrotnie – często nie wierzą, ale chodzą do kościoła i udają, że wierzą. 

Twoi rodzice godzili się seksem.

To też, ale oni po prostu lubili seks. Mieliśmy małe mieszkanie. Między moim łóżeczkiem i łóżkiem rodziców stał chiński parawan, który na co dzień służył klientkom w trakcie przymiarek. Na początku był strach, nie rozumiałam, co rodzice robią. Ale po jakimś czasie zrozumiałam, że skoro po tych jękach następuje chichot i pogaduszki, to znaczy, że nic złego się nie dzieje. 

Ciekawe było to, że o ile w ciągu dnia matka była podporządkowana ojcu, to w nocy zamieniali się rolami. 

Na ile takie doświadczenie „współudziału” w seksie rodziców zdeterminowało twoje wyobrażenie o seksie w ogóle?

To nie miało na mnie złego wpływu. Zorientowałam się, że to świat ich potajemnych przyjemności, straciłam zainteresowanie. Miałam bardzo mocny sen. To dar od losu. Wiele lat później wylądowałam w podobnej sytuacji jak rodzice, tyle że w małym łóżeczku obok był syn, a przez ścianę teściowa. 

Jak wyglądała droga od „piczki zasadniczki”, jak samą siebie w czasach liceum nazywałaś, do kobiety wyzwolonej?

Taką klasyfikację przyjmowaliśmy w podstawówce i w liceum. Kiedy w 1978 roku wyszła książka Michaliny Wisłockiej, byłam już młodą mężatką. Wydawało mi się, że wszystko „w tym temacie” wiem. Mój pierwszy chłopak szalenie mi się podobał, był mężczyzną starszym ode mnie o 10 lat. To była prawdziwa namiętność. Po wszystkim – a jak już wiesz, mój pierwszy raz był wyjątkowo nieprzyjemny, wylądowałam u ginekologa – przyjechał do moich rodziców i się oświadczył. Powiedziałam: „Nigdy!”. Matka go wyprosiła i tyle. 

Ile razy świadkami takich oświadczyn byli twoi rodzice?

Poważnych? Dwa razy. 

Przed mężem byłaś zaręczona z prawnikiem.

Tak. Ale wcześniej poznałam faceta w Toruniu, gdzie wyjechałam na studia. To jemu zawdzięczam powrót seksu do mojego życia.

Czy w seksie każdy powinien wszystkiego w życiu spróbować?

Nie ma jednej recepty ani na seks, ani na miłość. Ja poprzez pisanie o seksie spróbowałam znacznie więcej, niż doświadczyłam w życiu. Czasem wymyślałam scenę, która wydawała mi się bardzo drastyczna, niemożliwa. W „Pawilonie małych drapieżców” opisałam sytuację, w której bohaterka nie może zdradzić męża. Bardzo chce, ale nic z tego nie wychodzi. Wreszcie trafia do niepełnosprawnego kaleki o dziwnych rozbuchanych potrzebach seksualnych, którego matka płaci jej za seks. Na spotkaniu autorskim ktoś zapytał, czy to moje przeżycie. Wtedy mówię, że pisarz nie musi polizać wszystkiego, by poczuć smak. 

 

Krystyna Kofta
fot. M. Mutor/Ag. Gazeta

W życiu byłaś mniej ciekawska niż w literaturze?

Ciekawska byłam, ale nie robiłam z tego laboratorium. Goły seks, odarty z uczuć, jest przereklamowany. Przynajmniej dla mnie. Wiele się o seksie mówi, oglądamy coraz śmielsze sceny w filmach i serialach, a wokół nieszczęśliwych, niespełnionych ludzi przybywa. Zwłaszcza kobiet. 

Mam wrażenie, że w swoich książkach przechodzisz taką niekończącą się edukację, odkrywasz coraz to nowe pola, nowe słowa. Na przykład „ch.j” pojawił się w twoim słowniku bardzo późno.

W moim rodzinnym domu nie było przekleństw ani „wyrazów”. Nigdy. W liceum plastycznym przeklinaliśmy – trochę dla szpanu. A dzisiaj zdarza mi się puścić wiązankę i wcale się tego nie wstydzę. Znam badania, z których wynika, że ci, którzy przeklinają, są nie tylko szczęśliwsi, ale dłużej żyją! Język dotyczący seksu też ewoluował. Bardzo trudno jest stworzyć słownik intymny. Bo jest intymny. Nigdy nie użyłabym w literaturze słownika intymnego, którego używam w relacji z mężem. On należy tylko do nas. Dlatego nie czuję ekshibicjonizmu w tym, co piszę. W powieści dla każdego bohatera tworzę inny język. To ważne, ale też niebywale trudne. 

Dlatego, że polski język dotyczący seksu jest tak ubogi?

W literaturze w zasadzie nie istnieje. Trochę u Witkacego, ale też pośrednio. Dzisiejsze polskie powieści erotyczne nie nadają się do czytania. Ale bardzo cenię na przykład opowiadania Anaïs Nin. Nazywam je podniecaczami. Z jednej strony Nin pisze odważnie, a z drugiej delikatnie. Nie używa wulgarnych słów. Jest penis, wagina i opisy każdej możliwej konfiguracji seksualnej. „Małe ptaszki” i „Delta Wenus” to były pierwsze powieści erotyczne, którymi się zachwyciłam. I jeszcze Henry Miller. Anaïs Nin pisała za niego te opowiadanka, a on odpalał jej kasę. Byli z pewnością bardziej wyzwoleni niż my. Moje najbardziej erotyczne książki to romans „Ciało niczyje” i powieść „Chwała czarownicom”. Niewidomy żebrak uczy młodą dziewczynę miłości, poznając razem z nią jej ciało. 

Gdyby ktoś powiedział ci, że piszesz dobre podniecacze, to byłby komplement?

Jasne, że tak. Bo to coś znaczy. Po to jest scena erotyczna, żeby ją poczuć. Seks w literaturze musi czytelnika brać. Tak samo jak rozpacz – wzruszać, opis zwłok z robakami wzbudzać wstręt, a scena jedzenia – pobudzać apetyt. 

„Prawdziwa miłość to bliskość, nie namiętność”

Seks jest ważnym spoiwem małżeństwa?

To się z biegiem czasu zmienia. Dla nas kiedyś był ważny, jeśli nie najważniejszy. Zdarzało się, że tak jak moi rodzice, godziliśmy się w łóżku. Ale w moim wypadku to się nie sprawdzało. Ja muszę najpierw przegadać wszystko, uspokoić się, wypłakać. Mijają lata, mija ta wczesna namiętność. Ważna staje się bliskość. Wspólna sypialnia. Pisałam o wyciągniętej ręce, która w nocy szuka głowy męża na poduszce. To jest piękne i nie tylko moje. Znam to z relacji innych kobiet. I to się nazywa miłość.

Czy masz taką swoją granicę, kiedy wiesz, że o czymś nigdy nie napiszesz?

Nie mam. Bo wiem, że to nie jest tak, że jak napiszę, to opublikuję. Mnóstwo rzeczy mam w szufladach niepublikowanych. Teraz piszę dzienniki, które nie ukażą się nigdy. Czasami piszę coś i niszczę. Mam dużą potrzebę prywatności, dlatego tak strasznie mnie bolało, że kiedy przeprowadziliśmy się do domu, w którym do dziś mieszkamy, mąż miał gabinet, syn miał swój pokój, a ja nic, tylko wspólną sypialnię. Walczyłam o własny kąt długo, wygrałam dopiero, kiedy postawiłam ultimatum, że wynajmę sobie jakiś kąt do pracy na mieście. 

Krystyny Kofty przyjaźń damsko-męska

Przyjaźniłaś się z Januszem Głowackim, z Janem Komolką, z Tomaszem Łubieńskim. Głównie z mężczyznami.

To prawda. Byłam dość ładną dziewczyną i z chłopakami dużo łatwiej nawiązywałam relacje. W liceum to było zwykłe koleżeństwo. Dopiero na studiach poznałam Jacha Komolkę, mojego pierwszego i największego przyjaciela. Przyjaźnię się z nim do dziś. Z Głowackim zaprzyjaźniłam się później, już w Warszawie. Przysiadł się do mnie w Czytelniku i się przedstawił. W pewnym momencie wyjął z kieszeni pocztówkę, coś na niej napisał i mi podał. To był jego numer telefonu, a na odwrocie zdjęcie małego dziecka. Oddałam mu je i powiedziałam: „Nie chcę pana z dzieckiem”. Chyba mu się to spodobało. Udało się nam zbudować i zachować przyjaźń. Gdy byłam po operacji, przyjechał do mnie do Obór, żeby mi było raźniej, bo Mirek wyjechał na konferencję. Kiedy byłam w rozpaczy, miałam depresję, pokłóciłam się z Mirkiem, to dzwoniłam do Janusza i zawsze mnie pocieszał, radził. Znał stany depresyjne, bo sam je miał. Ale zawsze bronił Mirka: „Owszem, nie powinien zrobić tego czy powiedzieć tamtego, ale cię kocha”. 

O Janie Komolce napisałaś w dziennikach, że zatrzymaliście się „na skraju łóżka”? To trudne, aby być ze sobą blisko i nie przekroczyć tej granicy?

Różnie bywa. Wątek erotyczny często gdzieś tam krąży, coś tam iskrzy, ale da się nad tym zapanować. Zresztą uważam, że takie iskrzenie jest fajne. Przecież jesteśmy tylko ludźmi. Mój mąż też z pewnością takie iskrzenie w relacji z inną kobietą poczuł. Ale wspaniałe jest w nim to, że nigdy nie miał mi za złe moich przyjaźni. Nie oczekiwał ode mnie, że zerwę relacje z innymi mężczyznami tylko dlatego, że jestem jego żoną. Lubi moich przyjaciół. Jest z nimi też zaprzyjaźniony. Kiedy urodziłam Wawrzyna, Jachu pomagał mi w jego wychowaniu, w dużej mierze dzięki temu przetrwałam te trudne pierwsze lata. Przyjaźń bywa równoważna miłości. 

W którym momencie zaczyna się zdrada? 

Napisałam kiedyś, że grzech zaczyna się tam, gdzie się kończy przyjemność. Ale to tylko taki sobie „bon mot”.

Hedonizm w czystej postaci. 

Hedonizm nie jest niczym złym! Z pewnością jest lepszy niż wyrachowana cnota. Jeśli między dwojgiem ludzi wybucha namiętność, to nie można tego nazwać grzechem. Moim zdaniem grzechem jest utrzymywanie relacji seksualnej, za którą nie kryją się żadne namiętności, żadne uczucia. 

Ale to zdrada względem siebie. A zdrada wobec partnera?

Ja tego nie rozdzielam. Uważam, że kobiety, jeśli można tak powiedzieć, zdradzają z większą odpowiedzialnością niż mężczyźni. Kobieta zdradza i często ratuje w ten sposób małżeństwo. Czuje się opuszczona, samotna i chce, żeby ktoś poświęcił jej uwagę, dostrzegł ją. Mężczyzna częściej bagatelizuje swoją zdradę: „To tylko numerek!”. Jednak częściej to facet doprowadza do rozpadu małżeństwa. Te słynne żarty o zamianie starszego modelu żony na młodszy. Albo jeszcze gorzej – porzucenie w chorobie, albo gdy dziecko okazuje się niepełnosprawne. Dla mnie zdrada zaczyna się wtedy, kiedy kończy się lojalność. Byłabym wściekła, gdybym się dowiedziała, że mój mąż mówi o mnie źle w rozmowie z inną kobietą. Nie bałam się nigdy zdrady rozumianej jako pójście z kimś innym do łóżka. Ale może dlatego, że mój mąż to zdeklarowany monogamista? Chociaż, kto to może wiedzieć? Dziś są nowe możliwości. Siedzisz w domu, w sieci i wchodzisz w relację wirtualną. Zdrada to, czy nie zdrada? O tym też piszę w „Gdyby zamilkły…”. 

Pytam o to wszystko, bo wyglądacie na bardzo szczęśliwe małżeństwo.

Wszyscy wyglądają. Mąż zabił żonę, a sąsiedzi mówią, że wyglądali na takie szczęśliwe małżeństwo. On się zawsze kłaniał… No więc szczęśliwym w małżeństwie się bywa. Gdy się wściekam, a mąż nie chce mnie wysłuchać, to piszę do niego mail. Tłumaczę, o co chodzi. Albo koresponduję z nim w felietonach. Prawie całe życie miałam głód czułości. To mnie wkurza, bo zdaję sobie sprawę, że sama też nie potrafię wylewnie okazywać uczuć. Czasem mijam się z mężem w korytarzu, on mnie obejmuje, a ja łapię się na tym, że odruchowo wyrywam się z objęć. To chyba wynika z wychowania. Moi rodzice bardzo się kochali, ale nie okazywali sobie czułości gestami. Tylko w uroczystych chwilach. Łamanie opłatkiem, wyjazd, powrót. Choroba.

Jest coś wyjątkowego w relacji z psychologiem? 

Mój mąż to na szczęście psycholog społeczny. 

Dlaczego na szczęście?

Bo nie jest terapeutą. Pracuje na wielkich grupach ludzi. Badania nad uprzedzeniami, statystyka, te rzeczy. Dużo wie, możemy porozmawiać o tym, co robimy. Podobne poglądy polityczne też się liczą, z zakutym łbem nie dałoby się żyć. Te setki przeczytanych książek, wysłuchanych koncertów, obejrzanych wystaw to nasza baza, ważna dla nas. Z terapeutą bym nie wytrzymała. Jak czasami mąż próbuje podsumować i nazwać moje zachowanie, to szlag mnie trafia. I vice versa.

Co oprócz lojalności cenisz w swoim małżeństwie?

Poczucie humoru. My się bardzo dużo śmiejemy. Kiedyś pokłóciliśmy się przy gościach o to, jak pokroić ser: w kostkę czy w pałeczki… No kompletna bzdura. Podzieliłam ten kawał sera na pół. „Masz swoją część, ja mam swoją, niech każdy kroi, jak chce, a goście wybiorą, co wolą”, mówię. Spojrzeliśmy na siebie i zaczęliśmy się śmiać, nie mogliśmy przestać i wszyscy goście z nami. Przykład bezsensownej zapiekłości, bo i takie głupie bywają przyczyny kłótni.

***

Rozmowa z Krystyną Koftą ukazała się w „Urodzie Życia” 9/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
dobry seks
getty images

Sex coach Karo Akabal: „W miłości cały czas prowadzimy wojnę”

Seks wciąż się nam kojarzy albo z prokreacją, albo z wyuzdaniem. Tymczasem dobry seks to źródło przyjemności i spoiwo miłości. Kluczem do niego jest poznanie i uznanie własnej seksualności.
Aleksandra Pezda
04.01.2019

Dobry seks wzmacnia relację w związku i dodaje nam energii. Sprawia przyjemność i przynosi odprężęnie – tymczasem ciągle jest tematem tabu, nawet w naszych związkach. Co tam w związkach – nawet same w swoich myślach nie dajemy sobie prawa, żeby traktować seks jako źródło czystej przyjemności! Tymczasem sex coach Karo Akabal już od lat przekonuje nas, że dla naszego szczęścia ważne jest, byśmy odnaleźli naszą seksualność i umieli się nią cieszyć. Czym jest dobry seks? Aleksandra Pezda: Napisałaś: „Wierzę, że ludzie, którzy mają dobry seks, tworzą dobry świat”. Naprawdę? Karo Akabal: Oczywiście, że ta zależność nie jest taka prosta. Tym stwierdzeniem chciałam sprowokować pytania o to, czym jest dobry seks. Wbrew pozorom bardzo trudno o jednoznaczną odpowiedź. Większość ludzi przez dobry seks rozumie seks regularny i taki, który przynosi rozładowanie napięcia seksualnego.   A nie o to chodzi? Bywa i tak, skoro seksualne spełnienie jest jedną z podstawowych potrzeb życiowych. Ale nie to jest w seksie najpiękniejsze. Seks jest potrzebny i zdrowy, bo upiększa nasze życie i miłosne relacje, bo daje radość i satysfakcję, dodaje energii.   To dlatego przeciętny stosunek seksualny Polaków trwa 13 minut i odbywa się głównie wieczorem? Cóż, w seksie odbija się nasza cywilizacja: dominują pośpiech, stres i substytuty satysfakcji, takie jak kariera zawodowa czy sporty ekstremalne. Do tego żyjemy w kulturze, która spycha naszą seksualność na obrzeża. Nie uczymy się tego, nie wiemy, jak pielęgnować seksualność. Rozejrzyj się, jakie są relacje między ludźmi? Ile jest wojen i przemocy. Tę samą dynamikę obserwujemy w naszym życiu miłosnym i seksualnym.   Chcesz powiedzieć „make love, not war”? Raczej „stop war...

Czytaj dalej
Kobieta i manekin
magnum photo/photo power

Polka u seksuologa: czy jesteśmy tak wyzwolone, jak nam się wydaje?

Seks to dla Polek „rzecz do odhaczenia” – często jesteśmy zbyt zmęczone, aby cieszyć się bliskością i kontaktem cielesnym. Dają znać o sobie też nasze kompleksy i pruderyjność… większa niż u naszych babek!
Aleksandra Pezda
30.01.2020

Czy ja jestem nienormalna?” – tak zaczynamy zwykle rozmowę u seksuologa, niezależnie od tego, jaki mamy problem. O nowej seksualności kobiet i wstydzie, który wciąż nas pęta, z Martą Szarejko, autorką książki „Seksuolożki”, rozmawia Aleksandra Pezda. Aleksandra Pezda: Po książce „Seksuolożki” spodziewałam się raczej wyznań, jak ciężko kobietom uprawiać ten zawód, chociaż minęły lata od przełomu Michaliny Wisłockiej. A tu mamy rozmowy o seksie i seksualności. Marta Szarejko: Opowiadam historie seksuolożek, tylko schowałam je między wierszami. Najstarsza z moich rozmówczyń to prof. Maria Beisert, ma ponad 70 lat i mówi o sobie, że jest stara. Jednocześnie kipi energią, mądrością i ma naprawdę wiele do zaoferowania nauce i światu. Opowiedziała mi o trudnych początkach – kiedy ponad 40 lat temu zaczynała pracę, była w grupie kilku kobiet zainteresowanych seksuologią. Sama – prawniczka, pozostałe – psycholożki. Nie było w Polsce takiego kierunku studiów, jeździła więc na kursy do Czech. Jako pierwsze materiały edukacyjne musiały jej służyć zdobywane za granicą kolorowe pisma pornograficzne – to na nich pokazywała klientom pozycje seksualne i uczyła budowy części intymnych. Oprócz prof. Beisert jest kilka seksuolożek lekarek w podobnym wieku, następnie długa pokoleniowa luka. Wysyp – jeśli w ogóle mogę tak nazwać grupę kobiet uprawiających ten zawód w 40-milionowym kraju – mamy dopiero w ostatnich latach.  To dowód na co?  Na to, że sprawy dotyczące zdrowia seksualnego są u nas traktowane niepoważnie, a w odniesieniu do kobiet jest jeszcze gorzej. To pokłosie dominującego jeszcze do niedawna podejścia rodem z patriarchalnej kultury, że sprawy seksu należy zostawić mężczyznom. Co zresztą było powodem, dla...

Czytaj dalej
pożądanie
magnum photo/photo power

W łóżku z kompleksami? Atrakcyjność seksualna nie zależy od wyglądu

Psychoterapeuta, Wojciech Kruczyński przekonuje, że pożądanie, jakie budzimy, nie ma wiele wspólnego z tym, jak wyglądamy. Najbardziej podniecające w nas jest zupełnie co innego.
Krystyna Romanowska
20.02.2020

Patrzenie, jak komuś na nasz widok podniecenie odbiera rozsądek i każe robić szalone rzeczy, jest jedną z największych przyjemności na tym świecie. I największym afrodyzjakiem. Czego potrzebujemy, żeby tak było? Mówi Wojciech Kruczyński, psycholog oraz psychoterapeuta. Krystyna Romanowska: Seksuolodzy mówią, że kobiety uważają się za niezbyt sexy: obsesyjnie liczą fałdki i mierzą cellulit. Mężczyźni z kolei boją się oceny długości i twardości. Potem spotykamy się w łóżku i zamiast czerpać z tego samą przyjemność, boimy się, co jest w nas nie tak. Tymczasem dobrze by było, gdybyśmy powiedzieli sobie… No właśnie, co?  Wojciech Kruczyński:  Mogę powiedzieć każdej kobiecie i każdemu mężczyźnie: „Masz już wszystko, czego potrzeba, żeby ktoś stracił dla ciebie głowę. Zadbała o to natura”.  Czyli żeby stać się dla kogoś czystym obiektem seksualnym.  Patrzenie, jak komuś na nasz widok podniecenie odbiera rozsądek i każe robić szalone rzeczy, jest jedną z największych przyjemności na tym świecie. Co nas najbardziej podnieca u kogoś innego? Właśnie świadomość tego, że on lub ona czuje podniecenie na nasz widok.   Kompleksy to nieporozumienie Jedna z moich znajomych, która często zmienia partnerów seksualnych, usłyszała kiedyś od koleżanki: „Nie martwisz się, że ci wszyscy mężczyźni oceniają twoje ciało?”. Odpowiedziała: „To nie ma dla mnie znaczenia”. I nie powinno mieć. Kompleksy to w  większości nieporozumienie, pogoń za Świętym Graalem w postaci płaskiego brzucha, sterczących piersi czy czegoś w  tym rodzaju. Nie trzeba posiadać wszystkich cech idealnego obiektu seksualnego – zwłaszcza że taki ideał nie istnieje – żeby być odebraną jako pociągająca i seksowna. Partnerowi seksualnemu...

Czytaj dalej
Vedrana Rudan
Vedrana Rudan. Fot. Kamil Szkopik

Vedrana Rudan: Podziwiam Polki, jestem z wami, wspieram Strajk Kobiet!

Nikt nie pisze o piekle kobiet tak bezkompromisowo i sugestywnie, jak ona. Zna je na wylot, bo sama przez nie przeszła. „Podziwiam Polki. Kiedy mężczyźni was wkurzą, wychodzicie na ulice” – mówi pisarka Vedrana Rudan.
Magdalena Żakowska
27.10.2020

Chorwacka pisarka Vedrana Rudan mówi o sobie, że wychowała się w typowej chorwackiej rodzinie.  Pierwszy raz pobiła mężczyznę, kiedy miała 12 lat. Chciał ją zgwałcić i chociaż był od niej wyższy o głowę, to i tak dosyć długo leżał później w szpitalu. 10 lat później próbowała zabić ojca , a później przez lata żyła w przemoc owym związku ze swoim pierwszym mężem. Na szczycie listy jej wrogów znajdują się mężczyźni, a zaraz za nimi politycy i kler. Nie oszczędza nikogo, ale najbardziej okrutna jest wobec samej siebie. Vedrana Rudan tnie językiem jak brzytwą.   Magdalena Żakowska: Pani kolejne książki to różne rozdziały pani życia. Zaczęło się od „Ucho, gardło, nóż”, gdzie opisała pani okropieństwa wojny na Bałkanach i dramatyczną sytuację kobiet w powojennej rzeczywistości. Vedrana Rudan: Ta wojna zmieniła wszystko. Także dla mnie. Zanim wybuchła byłam dziennikarką radiową. Z dnia na dzień straciłam pracę, bo mój drugi mąż jest Serbem. Potem większość oszczędności straciłam na to, aby uchronić syna przed poborem do armii. Z dnia na dzień zostaliśmy bez środków do życia. Po wojnie długo ciągnęła się za mną ta „zła Chorwatka”, która wyszła za Serba. Nie mogłam znaleźć pracy, nie mogłam pisać w gazetach, a bez pisania nie potrafiłam żyć. Napisałam więc książkę pełną gniewu na świat. Bicie kobiet to nasz sport narodowy Narratorką „Ucha…” jest 50-letnia kobieta, która w radykalnym, nabitym wulgaryzmami monologu rysuje gorzki obraz otaczającego ją świata. W Polsce pani powieść wystawiła w Teatrze Polonia Krystyna Janda. Jej monodram nie schodził z afisza przez dwa sezony.  W Chorwacji publikacja tej książki wywołała skandal. Wojna to u nas nadal...

Czytaj dalej