Kreszowe dresy, biust Sabriny i marzenia o złotym życiu. Max Cegielski wspomina lata 80.
Fot. Mariusz Grzelak / Reporter

Kreszowe dresy, biust Sabriny i marzenia o złotym życiu. Max Cegielski wspomina lata 80.

Max Cegielski napisał świetną powieść o latach 80. „Prince Polonia” to historia o maturzystach ze Szczecina, którzy w czasach, kiedy w Polsce rodził się kapitalizm, postanawiają zbić fortunę. Nie do końca legalnie.
Anna Zaleska
30.06.2020

Dżinsy marmurki, getry z lajkry, wielkie plastikowe klipsy, włosy układane na cukier, szkolne dyskoteki przy muzyce Modern Talking i Papa Dance... Każda z nas ma własne wspomnienia z lat osiemdziesiątych, ale Max Cegielski na kartach powieści „Prince Polonia” (wyd. Marginesy) dowodzi, że wiele doświadczeń mamy wspólnych. Jego opowieść o czasach, kiedy w Polsce rodził się kapitalizm, otwierając przed młodymi ludźmi nieznane wcześniej możliwości, jest fascynująca i chwilami bardzo zabawna.

Anna Zaleska: Ludziom, którzy jak ja w latach 80. chodzili do liceum, serwujesz swoją książką „Prince Polonia” kapitalny powrót do przeszłości. Skąd pomysł, by o tych czasach napisać powieść?

Max Cegielski: Jednym z głównych powodów było to, że chciałem wrócić do mojego okresu nastoletniego, do tamtych wspomnień i tamtych emocji. Urodziłem się w 1975 roku, ale pod koniec lat 80. byłem już całkiem dojrzałym chłopakiem. Mieszkałem tylko z matką, więc musiałem szybko dorosnąć. Zresztą rodzice w ogóle starali się wychowywać mnie tak, by dawać mi sporo wolności. Mając 12 lat robiłem różne rzeczy, których normalnie dzieciaki nie robią. Naszą sąsiadką w bloku na Stegnach była Helena Łuczywo. Z jej córką Łucją regularnie nosiliśmy Tygodnik Solidarność do mieszkań po drugiej stronie osiedla albo jakieś bibuły do Wujców. Helena zabierała nas też na demonstracje. No i często były u niej naloty tajniaków, więc i to mogłem obserwować.

Licealiści w twojej powieści to z jednej strony poeci, początkujący opozycjoniści lub artyści, z drugiej młodociani cinkciarze i złodzieje samochodów. Ale w większości to „złoty środek”, czyli „ludzie wahający się między ambicją zdawania na studia a potrzebą zarobienia na wieżę stereo”. Ty gdzie się sytuowałeś?

Przyznam, że zdarzyło mi się w pierwszej klasie liceum, tuż po wyborach 4 czerwca, stać z kolegą z klasy na rondzie de Gaulle'a i z łóżka polowego sprzedawać podróbki jakichś toreb. Zdążyłem się jeszcze na to załapać. Potem handlowałem też gaśnicami. W tamtych czasach nawet w środowisku inteligenckim pojawiła się chęć wzbogacenia się, sporo profesorów zajęło się różnymi biznesami. Ale jednocześnie podczas pierwszych wyborów w 1989 roku, biegałem po mieście i rozlepiałem plakaty Solidarności. W czasie kampanii wyborczej byłem też tłumaczem holenderskiego dziennikarza, który przyjechał do Warszawy relacjonować wydarzenia. Pamiętam, jak na wiecu w Ursusie przemawiał Adam Michnik, a ja, czternastolatek, temu dziennikarzowi na gorąco tłumaczyłem jego przemowę na angielski. Paradoksalnie obie te działalności miały sporo wspólnego.

Na pierwszy rzut oka nie widzę podobieństw.

Sprzedawanie toreb to była jedna z wielu przygód, fascynujących nowych rzeczy, które można było już robić, a wcześniej były zabronione. Równie atrakcyjna jak wiec w Ursusie. Ponieważ sam miałem takie doświadczenia, łatwiej było mi wejść w skórę młodych wilków ze Szczecina z lat. 80., którzy w liceum byli w stanie zarobić pierwsze pieniądze. To naprawdę wpływa na psychikę, kiedy wiesz, że potrafisz, że możesz. A jeśli już masz te swoje małe pieniądze, to myślisz: kurczę, mogę mieć więcej, i zaczynasz się rozkręcać.

Twoi bohaterowie, dwaj maturzyści, tak się rozkręcają, że wyjeżdżają do Indii i tam zostają przemytnikami. Wiem, że poznałeś takich ludzi. Jak na nich trafiłeś?

Razem z Jankiem Simonem, artystą wizualnym, zrobiliśmy w 2017 roku wystawę „Sklep polsko-indyjski”, którą prezentowaliśmy w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, a potem w Bombaju i w Szczecinie. Zbierając do niej materiały, poznałem mnóstwo osób, które w latach 80. na różne sposoby były z Indiami związane. Jedni fascynowali się kulturą, chodzili na zajęcia z jogi, to był taki nurt hipisowsko-newage'owo-duchowy. Innych Indie przyciągnęły jako miejsce, gdzie można było zarobić duże pieniądze na handlu i przemycie bawełny, elektroniki, potem również złota.

Ci przemytnicy stali się pierwowzorami bohaterów „Prince Polonia”?

Każda z postaci w powieści ma realny pierwowzór, ale to nigdy nie jest jeden do jednego. Oparłem swoją książkę na researchu, nie zamierzałem jednak pisać reportażu, miałem mnóstwo osobistych wspomnień, które chciałem wykorzystać. Moi bohaterowie są trochę starsi ode mnie, zdają maturę w 1984 roku, ale emocje związane z okresem dojrzewania, marzenia o wolności, ich rozterki – czy wybrać sztukę, czy pieniądze – są uniwersalne. Gdybyśmy spojrzeli na współczesnych maturzystów, byłoby podobnie. W okresie dojrzewania musimy się jakoś określić wobec świata i odpowiedzieć sobie na pytanie „być czy mieć”. Choć oczywiście zazwyczaj próbujemy to jakoś sprytnie połączyć.

Ty wierzyłeś, że to możliwe?

Tak, zawsze mi się wydawało, że można i być, i mieć. Ale potem pojawiają się takie mikrosytuacje, kiedy musimy decydować, czy na przykład będąc na studiach spędzimy ileś godzin zarabiając jako barmani w knajpie, czy poświęcimy ten czas na naukę do egzaminu albo na pisanie swojej książki. Choć dziś jesteśmy może w trochę innej sytuacji, bo już wiemy, czym kapitalizm i konsumpcyjny styl życia zagraża nam, naszej planecie, równowadze ekologicznej, równowadze społecznej i tak dalej.

Różnicę między dzisiejszymi maturzystami a tymi z lat 80. widzę przede wszystkim w tym, że ci dzisiejsi wiele rzeczy mają już dane, a trzydzieści lat temu o wszystko trzeba było samemu zawalczyć.

Zgadzam się z tobą. Kluczową różnicą pokoleniową w Polsce, a pewnie i w innych krajach postsocjalistycznych, jest to, że ktokolwiek zdążył urodzić się przed rokiem 1989 i poznać sytuację, w której czegoś NIE MA, a potem zobaczyć, że to coś MOŻE BYĆ, bardziej docenia, że teraz pewne rzeczy SĄ.

Lata 80. były czasem naiwnej wiary, że kapitalizm to raj na ziemi. Bohaterowie twojej powieści mocno w to wierzą.

Chłopaki tak, ale dla mnie bardzo ważną postacią jest Magda. To dziewczyna, która po latach wraca do Szczecina z zagranicznej placówki. Ta postać jest w jakiejś części zbudowana na moim wspomnieniu z ósmej klasy, kiedy u nas w szkole też pojawiła się dziewczyna, która przyniosła z sobą powiew Zachodu. Magda występuje w powieści w trzech, czterech scenach, ale wypowiada najważniejsze słowa. Tym chłopakom, którzy się w niej kochają i którzy chcą zarabiać pieniądze, by jej zaimponować, mówi: wy tak naprawdę nie wiecie, co to jest ta wolna konkurencja, o której tak marzycie. Dla niej Zachód nie jest już mityczny, jest realny. Ona jest też bardziej dojrzała od chłopaków, bo jak wiadomo, dziewczyny dojrzewają szybciej. Na etapie liceum to wyraźnie widać.

Wszyscy twoi bohaterowie chcą z Polski wyjechać, bo tu jest, jak mówi jeden z nich – „komuna syf malaria”.

Tak, i nie chodziło tylko o problem wyboru: komunizm czy kapitalizm. Lot do Indii czy do Singapuru pozwalał zakosztować zupełnie innego świata, można było przekonać się, że są różne religie i obyczaje, poznać inne możliwości. Nagle wszystkie modele życia stawały się dostępne. Nie chodziło już o to, czy będę Polakiem w Paryżu czy w Warszawie, ale o to, że mogę być nie-Polakiem. Jeden z bohaterów fantazjuje o ślubie z muzułmańską dziewczyną. Zdarzało się, że polscy przemytnicy brali śluby z Filipinkami.

Warszawa z twojej powieści to miasto szare, biedne, brudne, zaściankowe, z miejscami jak hotel Forum, do którego podjeżdża się wartburgiem czy trabantem, by zakosztować „wielkiego świata”. Ty pamiętasz taką Warszawę?

Dużo pamiętam, ale też oglądałem w internecie wiele filmów z tamtych czasów. Wystarczy otworzyć You Tube i wpisać w wyszukiwarkę na przykład „Warszawa 1988”, by zobaczyć nagrania wideo robione prywatnymi kamerami – z warszawskich ulic, z kolejek czy z bazaru Skra, gdzie handlowało się rzeczami przywożonymi z zagranicy. Ale Warszawa jest też budowana w „Prince Polonia” w kontraście do Szczecina. Żeby docenić to, jak bardzo te miasta się zmieniły, trzeba choć trochę wiedzieć, jak źle wyglądały przed 1989 rokiem. Ja w Szczecinie się zakochałem. Jako miasto pograniczne, miejsce, z którego jest bliżej do Berlina niż do Warszawy, pozwolił mi inaczej spojrzeć na peerel. Zacząłem pisać „Prince Polonia” w pociągu ze Szczecina. Oddalenie się od Warszawy, od dominujących tutaj stereotypów, opowieści i wspomnień, spowodowało, że pomysły ułożyły mi się w głowie.

Mam wrażenie, że nieźle się bawiłeś pisząc tę książkę. Przywołałeś z niebytu takie gwiazdy muzyki, jak Sabrina, zespół Papa Dance czy Danuta Lato.

To prawda, bawiłem się świetnie. To, że ta książka jest muzyczna, wynika z tego, że przez lata pracowałem jako didżej czy jako dziennikarz muzyczny, więc świat muzyczny cały czas u mnie istniał.

Nie wierzę, że zespół Papa Dance jakoś u ciebie istniał.

Kiedy miałem 10 lat, to niestety słuchałem i Modern Talking, i Papa Dance. Potem już raczej punka, metalu… Natomiast Sabrina to było zjawisko kulturowe, dlatego chciałem opisać jej słynny koncert z 1988 roku. Pamiętam, że dziewczyna, z którą – jak to się wtedy mówiło – chodziłem w siódmej klasie, miała w pokoju plakaty półnagiej Sabriny i Samanthy Fox. Moje koleżanki wieszały sobie takie zdjęcia. Współcześnie rzecz nie do pomyślenia, żeby szanująca się dziewczyna, która ma świadomość maczystowskiej dominacji i męskiego szowinizmu, chciała mieć w pokoju tego typu plakaty. Ale pojawienie się wtedy tych seksbomb musiało być dla nastolatek opowieścią o nowych modelach kobiecości. One nie traktowały tego jak my teraz – jak sprzedawanie towarów przez seks, wykorzystywanie męskich fantazji itd. Dla nich to była jakaś oferta tożsamościowa.

Z dużym pietyzmem odtwarzasz też modę tamtych czasów: dresowa bluza z kreszu, spódnica z dekatyzowanego dżinsu, do tego getry z lajkry i adidasy za kostkę… Sama przypominam sobie własne wstydliwe kreacje, wiele zdjęć z lat 80. zniszczyłam. Ty jak się wtedy ubierałeś?

U mnie w domu raczej się nie przelewało, więc ja szedłem w sznyt punkowy. Występowałem z zespołem alternatywnym w ósmej klasie, śpiewałem w chórkach i byłem menedżerem, więc nosiłem skórzaną kurteczkę lotników kanadyjskich z drugiej wojny światowej. Ale generalnie, gdy widzę swoje zdjęcia z przełomu lat 80. i 90., to też się wstydzę. W pierwszej klasie, oprócz tego, że sprzedawałem torby z łóżka polowego, założyłem też z kolegami Klub Młodych Gentlemenów. To były szybkie przejścia, chwilę wcześniej byłem anarchistą – Che Guevara, akcje Międzymiastówki Anarchistycznej i tak dalej.

Co robiliście w Klubie Młodych Gentlemenów?

To jest dobre pytanie (śmiech). Wydaje mi się, że szukaliśmy swojego miejsca w świecie. Skoro już można być punkowcem, anarchistą, nawet monarchistą, można być kimkolwiek się chciało, to pojawił się trend powrotu do arystokratyczności. Klub Młodych Gentlemenów był jakimś poszukiwaniem formy. Generalnie spotykaliśmy się w kawiarniach i prowadziliśmy długie rozmowy. Wyglądałem wtedy dosyć śmiesznie w przydużych marynarkach po moim dziadku.

Gdzie są dzisiaj tacy ludzie jak bohaterowie „Prince Polonia”, ci dawni przemytnicy?

To są w tej chwili stateczni mężczyźni czy kobiety. Zabawne, bo z powodu mojej wystawy i książki oni zaczęli się ponownie spotykać, niedawno zrobili sobie zjazd, oglądali stare zdjęcia, wspominali tamte czasy. Trzeba pamiętać, że formalnie – z punktu widzenia prawa polskiego – oni nigdy nie popełnili przestępstwa. W świetle prawa indyjskiego przemyt magnetowidów, kryształów czy bawełny też nie był przestępstwem, łamali prawo dopiero gdy przerzucili się na złoto. Ciekawe, że wielu tych przemytników mówi to samo, co mówił Robert Brylewski, legenda sceny alternatywnej. Brylewski kiedyś mi powiedział: Max, po 1989 roku my kompletnie zgłupieliśmy, nie wiedzieliśmy, co robić, lata 90. nas wykończyły. Z przemytnikami było podobnie. Legalne zainwestowanie tych zarobionych pieniędzy w Polsce, gdzie panował dziki kapitalizm, mafia, łapówki, było naprawdę trudne. Wielu na tym poległo. Pracuję teraz nad książką o tych czasach.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Wojciech Chmielarz
mat. prasowe

Wojciech Chmielarz: „Każdy człowiek to tajemnica” 

Wojciech Chmielarz jest autorem kryminałów, m.in. zekranizowanego przez Canal+ „Żmijowska”, i laureatem Nagrody Wielkiego Kalibru. Właśnie ukazała się jego nowa książka „Wyrwa”.
Sylwia Niemczyk
11.05.2020

Kiedy bohater „Wyrwy”, czterdziestoletni Maciej Tomski dostaje wiadomość, że jego żona Janina zginęła w wypadku, wali się jego cały świat. Kiedy jednak dowiaduje się, gdzie zdarzył się ten tragiczny wypadek, zaczyna podejrzewać, że o swojej żonie nie wiedział właściwie niczego. Każda nowa informacja utwierdza go w tym przekonaniu – okazuje się nawet, że Janina w swoim równoległym życiu nosiła nawet inne imię.  Wojciech Chmielarz, który zasłynął cyklem o komisarzu Komendy Stołecznej Policji, Jakubie Mortce, w swoich ostatnich książkach odchodzi od klasycznej kryminalnej formy. Jego najnowsza książka to raczej thriller psychologiczny i jednocześnie kolejna, po „Żmijowisku” i „Ranie” wciągająca opowieść o pokoleniu dzisiejszych czterdziestolatków: sfrustrowanych, przegranych, z których wielu sprzedało swoje marzenia sprzed 20 lat za cenę „małej stabilizacji”. To także przejmująco smutny obraz współczesnej rodziny, w której wszyscy żyją obok siebie, właściwie nie znając się nawzajem.  Sylwia Niemczyk: Kobieta ginie w wypadku, odpada nam więc klasyczne pytanie: „Kto zabił?”. To jeszcze jest kryminał?  Wojciech Chmielarz: Nie uciekam od łatki autora kryminałów, ale tak jak w moich ostatnich książkach, „Żmijowisku” czy „Ranie”,  chciałem, aby bohaterami byli zwykli ludzie i ich zwykłe życie. Pomysł na „Wyrwę” zaczął się od sceny, która kiedyś przyszła mi do głowy: na pogrzebie tragicznie zmarłej kobiety pojawia się ktoś obcy, jej kochanek. I zaczynamy się zastanawiać, kim tak naprawdę ta kobieta była. Prawdę o  niej musimy składać kawałek po kawałku, jak puzzle.  I może się zdarzyć, że nie złożymy tej układanki do końca. ...

Czytaj dalej
Agnieszka Grochowska jako Laura Goldsztajn w serialu Netflixa „W głębi lasu” / Fot. materiały promocyjne

Agnieszka Grochowska opowiada o serialu „W głębi lasu” i Harlanie Cobenie

O pracy w serialu Netflixa „W głębi lasu”, niezwykłym spotkaniu z Harlanem Cobenem i nieustającym dążeniu w życiu do wolności – wywiad z Agnieszką Grochowską.
Anna Zaleska
10.06.2020

Serial „W głębi lasu” to kolejna produkcja Netflixa rozgrywająca się w Polsce, a zarazem trzeci wspólny projekt z Harlanem Cobenem. Sześcioodcinkowy serial kryminalny zapowiada się na hit. Ciekawie zapętlona akcja, bogate psychologicznie postaci, mroczny klimat, spora doza nostalgii, polskie realia, a do tego świetna obsada, między innymi Agnieszka Grochowska, Grzegorz Damięcki, Jacek Koman, Ewa Skibińska i Arkadiusz Jakubik. Za kamerami też znakomite nazwiska – za reżyserię odpowiadają Leszek Dawid i Bartosz Konopka, za zdjęcia Paweł Flis. Z odtwórczynią głównej roli kobiecej Agnieszką Grochowską rozmawiam dwa dni przed premierą, zapowiadaną na 12 czerwca. Agnieszka gra Laurę Goldsztajn, wykładowczynię uniwersytecką. Wątek jej i prokuratora Kopińskiego (Grzegorz Damięcki) rozgrywa się we współczesnej Polsce. Ich nastoletnie odpowiedniki zagrali Wiktoria Filus i Hubert Miłkowski. Agnieszka wielokrotnie pracowała w międzynarodowych produkcjach, ale po raz pierwszy wystąpiła w serialu Netflixa. Opowiada mi o nietypowym spotkaniu z Harlanem Cobenem, kulisach pracy dla streamingowego giganta i o tym, jak pod wpływem „W głębi lasu” zaczęła wspominać własną młodość i zastanawiać się, czym jest dla niej wolność. Anna Zaleska: Po obejrzeniu pierwszych odcinków „W głębi lasu” jestem pod wrażeniem. Naprawdę świetny serial! Agnieszka Grochowska: Mnie też tak się wydaje. Dobre jest to, że powstał na podstawie konkretnej rzeczy – powieści Harlana Cobena pod tym samym tytułem. A to pisarz, który świetnie zaplata akcję, ciekawie buduje postaci, pogłębia je psychologicznie. Mając taki scenariusz, tak silną bazę, można zawędrować w ciekawe rejony. Polski serial na Netfliksie wg książki Harlana Cobena Dla polskiej ekipy to chyba ekscytujące zagrać w serialu według...

Czytaj dalej
Magdalena Łuniewska/Uroda Życia

Pięć najlepszych kryminałów – poleca królowa polskiego kryminału, Katarzyna Bonda!

Choć właśnie wydała nową książkę i już intensywnie pracuje nad następną, zawsze znajdzie czas, by przeczytać dobry kryminał. Oto pięć książek, które poleca Katarzyna Bonda.
Anna Zaleska
19.05.2020

Właśnie do księgarń trafiła nowa, długo trzymana w tajemnicy książka Katarzyny Bondy „Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ich ofiary. Z archiwum profilera” (wyd. Muza). Rzecz dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach. O ile bowiem nawet czytając najbardziej brutalny kryminał, możemy sobie powiedzieć: „Okej, ale to nie wydarzyło się naprawdę”, tym razem takiej możliwości nie będzie. „Motyw ukryty” to reportaż kryminalny pisany razem z Bogdanem Lachem, wybitnym polskim profilerem, specjalistą w dziedzinie przestępstw związanych z użyciem przemocy. Wciągające od pierwszej strony studium najciekawszych, a zarazem najbardziej wstrząsających spraw z archiwum psychologa śledczego. – Byli tacy sprawcy, takie ofiary, dokładnie takie motywy im przyświecały i takie ślady zachowania zostawili na miejscu zbrodni – opowiada mi Katarzyna Bonda. A jeśli po przeczytaniu tej książki zatęsknicie za fikcją i historiami, które nie wydarzyły się naprawdę, specjalnie dla czytelniczek „Urody Życia” królowa polskiego kryminału poleca pięć swoich ulubionych kryminałów. 1. „Ostre przedmioty”, Gillian Flynn (wyd. Znak Liternova) Debiutancka powieść autorki „Zaginionej dziewczyny”. W rodzinnym miasteczku dziennikarki śledczej Camille Preaker zostają zamordowane dwie dziewczynki, a ona otrzymuje zadanie opisania toczącego się śledztwa. Musi więc wrócić do Wind Gap, małej mieściny w stanie Missouri, z której uciekła, której szczerze nienawidzi i z której ma najgorsze wspomnienia. W dodatku nadal mieszka tam jej despotyczna matka. Katarzyna Bonda o „Ostrych przedmiotach”: Ta książka dotyka mnie szczególnie, nie tylko jeśli chodzi o wątek macierzyńsko-feministyczny oraz zbroję, jaką bohaterka musi nosić (i jaką noszą wszystkie bohaterki...

Czytaj dalej
Katarzyna Bonda
fot. Magdalena Łuniewska/Buku Team

„Kocha się raz? To wyczerpałam limit 19 żyć!” – Katarzyna Bonda w naszym kwestionariuszu Prousta

Katarzyna Bonda wspólnie z Bogdanem Lachem, profilerem śledczym wydała właśnie książkę, „Motyw ukryty”. W naszym kwestionariuszu odpowiada na najbardziej osobiste pytania!
redakcja „Uroda Życia”
12.06.2020

Katarzyna Bond jest zjawiskiem wśród polskich pisarek i absolutnie najpopularniejszą autorką polskich kryminałów. Każda z jej książek to bestseller, począwszy od debiutu, czyli powieści „Sprawy Niny Frank”, która ukazała się ponad 10 lat temu. Sama pisarka mówi, że najlepsze historie wymyśla podczas spacerów z psem. Jeszcze w tym roku w TVN i na platformie Player ma zostać pokazany serial zrealizowany na podstawie serii jej powieści z bohaterką Saszą Załuską, profilerką i psycholożką śledczą. N iedawno głośno było o związku Katarzyny Bondy z autorem bestsellerów, także kryminałów Remigiuszem Mrozem. Ale para rozstała się. Inspirowana tym uczuciem miała być ostatnia powieść Katarzyny Bondy  „Miłość leczy rany” (wydawnictwo „Muza", 2019). „Nie wiem, czy to Remi otworzył mnie na pisanie tej książki, czy odwrotnie historia miłosna, jaką wymyśliłam na potrzeby tej powieści, otworzyła mnie na niego”, mówiła Katarzyna Bonda w rozmowie z „Urodą życia”. Co mówi w naszym kwestionariuszu? Ludzi najbardziej lubię za… Katarzyna Bonda: Ich niedoskonałości. Chciałabym, ale już chyba nigdy się nie nauczę... Być miła dla wszystkich. Co jest dla mnie najcenniejsze? Rodzina. Ale milionem dolarów w gotówce też nie pogardzę. Pokochałabym siebie za… Brak poczucia humoru. Oraz zdolności kulinarne, rzecz jasna. Genialnie też prasuję. No i jestem gospodarna! Miasto czy wieś? Miasto. Kot czy pies? Pies. Moja najgorsza wada? Pracoholizm. Kiedy dopada mnie lęk… Siadam do pracy. Film lub serial, który niezmiennie doprowadza mnie do łez? „True Detective”. Mój bohater literacki? Hrabia Monte Christo....

Czytaj dalej