Kora – wielka artystka, która uczyła nas wolności, radości. Odeszła dwa lata temu
East News

Kora – wielka artystka, która uczyła nas wolności, radości. Odeszła dwa lata temu

„Wyjątkowa kobieta, żona, matka, siostra, babcia, przyjaciółka. Ikona wolności. Zawsze bezkompromisowa w dążeniu do prawdy”, pisali o Korze przyjaciele. Mijają dwa lata od jej śmierci.
Anna Zaleska
27.07.2020

Ostatnie lata życia Kora spędzała w prywatnym raju, który dla siebie stworzyli z Kamilem Sipowiczem. Ich dom w Bliżowie na Roztoczu otaczał ogród pełen kwiatów: łubinu, żarnowca, jaśminów i budlei, które przyciągały do siebie stada motyli. Wokół rosły stare jabłonie, wiśnie, czereśnie i śliwy, z których Kora robiła konfitury.

Dom, rodzina, przyjaciele – to było najważniejsze. Opowieść o swoim życiu, którą spisał Kamil Sipowicz, a ukazała się pod postacią książki „Kora, Kora… A planety szaleją”, arystka kończyła słowami: „Chwilo, trwaj, jesteś piękna”. Wreszcie odnalazła spokój i szczęście, chciała żyć. Wcześniej latami zmagała się z depresją i myślami samobójczymi.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Kora do końca życia wspominała trudne dzieciństwo

Pierwsze lata życia Olgi upływały w przerażającej biedzie. Siedmioosobowa rodzina gnieździła się w trzydziestometrowej suterenie bez prądu i wody. W wieku czterech lat, gdy jej mama zachorowała na gruźlicę, Olga trafiła do domu dziecka w Jordanowie. W jej wspomnieniach to miejsce przypomina reportaż Justyny Kopińskiej „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?”. Zakonnice psychicznie i fizycznie znęcały się nad dziećmi. Mycie raz na tydzień, wszy, bicie, wykręcanie uszu, klęczenie na grochu, upokarzające kary za zmoczenie prześcieradła i zabrudzenie bielizny, straszenie duchami tak, że dzieci bały się w nocy chodzić do łazienki. Zamiast imion, numery. Olga była numerem osiem.

Czteroletnia dziewczynka miała zakaz kontaktowania się ze starszą o siedem lat siostrą, która została przypisana do innej grupy. Wśród rówieśniczek Olga nie znalazła bratniej duszy. Jedyne szczęśliwe chwile z tamtych pięciu lat zawdzięczała książkom. Wielokrotnie przeczytała wtedy „O krasnoludkach i sierotce Marysi” i „Baśnie” Andersena. „Nienawidziłam tego miejsca, ale z drugiej strony, ponieważ byłam bardzo mała, nie pamiętałam domu rodzinnego ani matki, ojca – przeniesienie dziecka do takiej rzeczywistości sprawia, że wydaje mu się, iż rzeczywistość jest właśnie taka a nie inna, że Jordanów to miejsce normalne”, opowiadała już jako dorosła osoba.

„Dziś wiem, jak wiele mama mnie nauczyła”

W wieku dziewięciu lat wróciła do domu, wkrótce potem zmarł ojciec – to ona znalazła go martwego – a Olga podjęła pierwszą z wielu prób samobójczych, połykając znalezione w domu tabletki. „Przez całe dzieciństwo chciałam umrzeć śmiercią naturalną, chciałam, żeby mnie śmierć dopadła, najlepiej we śnie”, wspominała.

Jedyną jasną postacią z tego pierwszego okresu wydaje się jej matka. Mimo ciężkiej choroby – mając przy sobie nieodpowiedzialnego, niedojrzałego męża – robiła co mogła, by jak najlepiej wychować dzieci. Chorując na gruźlicę nie mogła podjąć stałej pracy, dorabiała więc wykonując jakieś dorywcze zajęcia, między innymi szyjąc lalki. Bardzo dużo czytała, malowała i śpiewała. By czasem zabrać Olgę do teatru czy do kina, pożyczała pieniądze od sąsiadki. Mówiono o niej: „To jest ta, która nie ma pieniędzy, a dla Olusi, dla Ciuci pożyczy, żeby miała na kino!”.

Po latach Kora powie: „Dziś wiem, jak wiele mama mnie nauczyła. Oglądu świata, poczucia piękna.” Ale długo tego nie doceniała: „Po śmierci mamy odczułam ogromny ból. Chyba nigdy nie widziałam jej szczęśliwej. Nic jej nie dałam. Cały czas od niej żądałam. Byłam bezwzględna. Z jednej strony pomagałam, oddawałam jej wszystkie pieniądze, ale z drugiej strony uważałam, że to, co nas spotyka, ta straszna i nieludzka, uwłaczająca godności bieda, to jest jej wina. Jej, nie ojca. Że ona nie daje sobie rady”.

Kora, Pies i czasy hipisowskie

Była druga połowa lat sześćdziesiątych, Olga chodziła do liceum, gdy przyłączyła się do rodzącego się w Krakowie ruch hipisowskiego. Słuchali muzyki rockowej: Doorsów, Boba Dylana, Hendriksa, oczywiście Beatlesów, Rolling Stonesów… Ubierali się „na tandecie”, Olga nosiła długie spódnice i koraliki, włóczyli się po Polsce. I eksperymentowali z narkotykami: dostępna wtedy w każdej aptece bez recepty amfetamina o nazwie fermetrazyna, haszysz, jeśli ktoś przywiózł z Zachodu, wąchanie Tri – środka wywabiającego plamy… Olga po raz pierwszy w życiu nie była samotna, poczuła się szczęśliwa.

Na pierwszym zlocie hipisów polskich w Mielnie w 1968 roku nadawali sobie imiona, to wtedy Olga została Korą. I przeżyła pierwszą wielką miłość – z hipisem o imieniu Pies. Choć we wspomnieniach artystki nie pada jego nazwisku, bez trudu został zidentyfikowany jako Ryszard Terlecki, obecnie wpływowy polityk PIS-u. „Byliśmy ze sobą krótko. Pies mnie dręczył, nasz związek miał psychodelicznie sadomasochistyczny charakter. Żeby to skończyć, zdradziłam go na jego oczach”, opowiadała.

Ale ruch hipisowski to też życie sztuką – Kraków końca lat 60. aż tętnił od działań artystycznych. Happeningi, performance, wystawy. Teatr Tadeusza Kantora i Piwnica pod Baranami. Czytanie Sarte'a, Camusa, Witkacego i Gombrowicza. Nowe przyjaźnie: z Wiesławem Dymnym, z rzeźbiarzem Jerzym Beresiem i Utą Kalinowską, która przekonała Korę, by nie rzucała liceum, argumentując, że nawet człowiek zbuntowany powinien być wykształcony, bo wykształconego bardziej się słucha. A pokusa, by dać sobie spokój z nauką, była silna. Kora i jej towarzysze potrafili być na nieustannym haju, przez tydzień nie wychodzić z domu. W pewnym momencie Kora miała dość. Poczuła, że traci kontrolę nad swoim życiem. Gdy rzuciła narkotyki i zaczęła unikać ludzi, znów powróciły myśli samobójcze.

Kora i Marek Jackowski

Poznali się na koncercie w Piwnicy pod Baranami, potem na długo znikali sobie z oczu i znów się spotykali. Gdy wyznał jej miłość, przestraszyła się tego uczucia, uciekła. On się jednak nie poddawał, znalazł ją, przekonał, że może mu zaufać. Zamieszkali razem w maleńkim pokoiku. „Marek wydawał mi się mężczyzną, a nie chłopcem jak inni. I czułam, że naprawdę mnie kocha. Poczułam, że dobiłam do przystani. Marek był tą przystanią”, opowiadała. Klepali biedę: ona zaczęła pracować jako psychoterapeutka w dziecięcej klinice psychiatrycznej, z dziećmi z poważnymi problemami. Marek dostał stypendium i udzielał korepetycji z angielskiego. Jedli cokolwiek, dużo imprezowali, żyli miłością. Gdy Kora zaszła w ciążę, wzięli ślub. Miała wtedy 20 lat.

Maanam: z dołu do góry, z góry na dół

Maanam powstał w połowie lat 70., na początku lat 80. odnieśli pierwsze ogromne sukcesy. Po tym jak na festiwalu w Opolu Kora zaśpiewała „Boskie Buenos” i „Żądza pieniądza”, zespół stał się powszechnie znany. Po nagraniu pierwszej płyty „Maanam” w 1981 roku zagrali 500 koncertów! Potem był album „O” z takimi hitami jak „O, nie rób tyle hałasu” czy „Nie poganiaj mnie bo tracę oddech”. Zaczęli wyjeżdżać na koncerty na Zachód, grać na największych festiwalach w Europie.

W roku 1984 Maanam mocno podpadł peerelowskiej władzy. Kora odmówiła występu na imprezie poświęconej zjazdowi młodzieży komunistycznej w Pałacu Kultury, w Sali Kongresowej, na którym mieli gościć dygnitarze z ZSRR. Następnego dnia zespół został wyrzucony z hotelu, wszystkie jego fundusze zostały zamrożone, koncerty i wywiady odwołane. Na liście przebojów „Trójki” była wtedy piosenka „Simple Story”. A ponieważ nie można było Maanamu puszczać w radiu, Marek Niedźwiecki emitował zamiast niej wstęp perkusyjny do utworu „To tylko tango”. Powtarzał go tak długo, jak długo trwał utwór „Simple Story”. To był znak, że teraz powinien grać Maanam. „Było to dosyć dramatyczne, bo przez trzy minuty leciała wyłącznie perkusja, ale z drugiej strony jaka wspaniała lojalność i odwaga.”, wspominała Kora. Protesty fanów przeciwko represjom nałożonym na Maanam były jednak tak silne, że po czterech miesiącach zniesiono zakaz, który początkowo miał trwać pięć lat.

Maanam istniał – z przerwami – do 2008 roku. Czasem odpoczynek był konieczny. „Dwa koncerty dziennie, w trasie przez dwadzieścia dni w miesiącu, olbrzymia presja, często nieludzkie warunki, małe dzieci, które co prawda chodziły już do szkoły, ale nadal potrzebowały opieki, a tę znaleźć w PRL-u to był cud prawdziwy. Czułam, że sznur, na którym się tak fajnie huśtałam – bo koncerty to przecież też wielka frajda, uzależnienie – jest coraz cieńszy, że zaraz pęknie. Nie czułam się spełniona jako matka, miałam za mało kontaktu z synami. Świat, priorytety, wszystko zaczęło mi się rozmazywać”. W 1986 roku dali ostatni koncert przed kilkuletnią przerwą.

Kora i Kamil Sipowicz

Poznała go już na początku lat 70., gdy niedługo po ślubie z Markiem Jackowskim przeprowadzili się do Warszawy. Kamil był ich sąsiadem. „Zdradziłam Marka, zaszłam z Kamilem w ciążę, ale przez wiele lat ukrywałam, że jest ojcem Szymona. Został uznany za dziecko Marka”, wyznała po latach.

Gdy po rozwodzie z Jackowskim i rozpadzie Manaamu przeżywała trudny czas, Kamil Sipowicz zaczął do niej przyjeżdżać, nawiązał dobry kontakt z synami Kory, razem spędzali wakacje. Mieszkał w Niemczech, ale zdecydował się na powrót do Polski i wtedy zamieszkali razem. Szymon dowiedział się, kto jest jego ojcem. Kora była przekonana, że już wcześniej to czuł. Założyli firmę producencką Kamiling, która pozwoliła im zyskać finansową niezależność. Kamil pisał, malował, rysował, rzeźbił. Kora zaczęła nagrywać solowe płyty, malować Madonny. W 2010 roku związała się z programem „Must Be the Music”.

Choroba i śmierć, czyli odejście pewnej epoki

O swojej chorobie nowotworowej dowiedziała się w 2013 roku. Ratunkiem dla artystki mogła być operacja i bardzo drogi, nierefundowany w Polsce lek. Część kuracji została sfinansowana z jej własnych środków, część ze zbiórki od fanów. Niestety leczenie, choć początkowo przyniosło dobre rezultaty, nie zapobiegło najgorszemu. Artystka zmarła 28 lipca 2018 roku nad ranem w swoim pięknym domu na Roztoczu w otoczeniu najbliższych osób, ukochanych zwierząt i wspaniałej przyrody. Odeszła w wieku 67 lat.

Rodzina i przyjaciele napisali na pożegnanie: „Wielka artystka, piosenkarka, poetka, malarka. Wyjątkowa kobieta, żona, matka, siostra, babcia, przyjaciółka. Ikona wolności. Zawsze bezkompromisowa w dążeniu do prawdy. Zaangażowana w ruch hipisowski, w działalność pierwszej Solidarności, w budowę demokracji i ruchy kobiece. Kora tworzyła pewną epokę, która wraz z jej odejściem kończy się”.

***Cytaty z wypowiedziami Kory pochodzą z książki Kamila Sipowicza „Kora, Kora. A planety szaleją”, Agora, Warszawa 2014.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Leonard Coehn i Marianne Ihlen, początek lat 70.
Fot. Aviva Layton

Leonard Cohen i Marianne Ihlen. Muza od pierwszego wejrzenia

Był niewierny i miał obsesję na punkcie kobiet. Ale o miłości do niej nigdy nie zapomniał – kim była Marianne Ihlen, tajemnicza muza Leonarda Cohena, twórcy słynnego „Hallelujah”
Magdalena Żakowska
13.10.2020

Jeśli miłość poznaje się po tym, jak się kończy, to Leonard Cohen i Marianne Ihlen doświadczyli uczucia z najwyższej półki. Krótko przed śmiercią chora na białaczkę Marianne poprosiła ich wspólnego przyjaciela, żeby przekazał Cohenowi, że ona umiera. Chociaż niezmiennie przysyłał jej zaproszenia na wszystkie swoje koncerty, nie widzieli się i nie kontaktowali od wielu lat, nie wiedziała więc, że Cohen też jest śmiertelnie chory. Jego odpowiedź przyszła natychmiast: „Najdroższa Marianne, jestem tuż za tobą, dość blisko, by wziąć cię za rękę. Nigdy nie zapomniałem twojej miłości i urody, ale przecież o tym wiesz. Nic więcej nie muszę mówić. Bezpiecznej drogi, stara przyjaciółko. Zobaczymy się nieco dalej. Z wyrazami bezkresnej miłości i wdzięczności – twój Leonard”. Oboje zmarli wkrótce później, daty ich śmierci dzielą trzy miesiące. Marianne była muzą Cohena w czasach gdy stawał się wielkim bardem. To dla niej napisał m.in. słynną piosenkę „So long Marianne”. Leonard Cohen: Byłem przejazdem, zostałem na 7 lat Mówi się, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu. Jeśli tak, to artysta ze swoją muzą dobrze wychodzi tylko w piosenkach, listach i wspomnieniach. Tak było przynajmniej w tym przypadku. Przez większość ich wspólnego życia Marianne była głęboko nieszczęśliwa i samotna. Ale czy muza może być w ogóle szczęśliwa? I właściwie jakie warunki musi spełniać kobieta, żeby zostać muzą artysty? Nie oszukujmy się, musi być piękna. Fajnie, jeśli jest do tego inteligentna. Artyści przez wieki doceniali też w muzach otwartość seksualną, ale nie była ona nigdy obowiązkowa. Zawsze ważne były natomiast opiekuńczość, bezgraniczne oddanie i życiowa mądrość, która w praktyce sprowadzała się do zaradności....

Czytaj dalej
Marek Grechuta z żoną Danutą
Jakub Guca / Newspix.pl

To dla niej Marek Grechuta śpiewał: „I ty, tylko ty, będziesz moją panią”. Historia miłości Marka i Danuty Grechutów

W piosenkach pisanych dla żony był liryczny i romantyczny, ale na co dzień Marek Grechuta nie nadużywał wielkich słów. Proponując ślub, przekonywał ją: „To jest sprawa szybciutko do realizacji i zakontraktowania”.
Anna Zaleska
07.09.2020

To o swojej żonie, Danucie, Marek Grechuta śpiewał: „Cicha jak sen / dobra jak ten / promyk jej ciepłych oczu / Wierna jak cień / w pogodny dzień / w twoim życiowym roztoczu...”. Ona z kolei mówiła o nim: „Marek jest jak chmurka”. Był wrażliwy, delikatny, życiowo nieporadny. Ale też jak nikt umiał ją rozśmieszyć, wzruszyć i zachwycić. Właśnie od zachwytu ich historia się zaczęła. Pani pachnie jak tuberozy… Na Sylwestra 1967 roku – byli wtedy studentami – oboje przyszli z innymi partnerami. I z tymi innymi też jeszcze nad ranem wyszli. Marek odprowadził już towarzyszącą mu dziewczynę i wracał do swojego akademika, gdy na ścieżce natknął się na blondynkę, która się do niego uśmiechnęła. Potem mówił, że to właśnie jej uśmiech go zaciekawił. Zagadnął: „To ty tu mieszkasz?”. Próbował od razu dopytać o numer pokoju, ale dobrze wychowana panienka odpowiedziała: „A tego nie mogę ci powiedzieć”. Przyszły ferie, Marek wyjechał z Krakowa, ale zaraz po powrocie rozpoczął poszukiwania dziewczyny. I pewnego dnia zapukał do drzwi jej pokoju. Jeśli chciał zrobić wrażenie, nie mógł wybrać lepszego momentu – akurat w radiu akademickim puszczali jego „Serce”, o artyście z wydziału architektury zaczynało być głośno. Dana nie odmówiła, gdy zaprosił ją na występ kabaretu Anawa, który założył z kolegami z wydziału. Wieczorem w klubie Bambuko po raz pierwszy usłyszała: „Pani pachnie jak tuberozy / to nastraja i to podnieca…”. Marek śpiewał, patrząc tylko na nią, ona czuła się tak, jakby dla niej. Ale nie byli jeszcze parą, uczucie rodziło się powoli. Przychodził po nią, wyciągał na spacery po Krakowie, dużo rozmawiali. Któregoś dnia znów wyjechał do domu, a wkrótce potem przyszedł list. Dana...

Czytaj dalej
Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz
AFPEAST NEWS

Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz. Poznali się, gdy „wszystkie błędy mieli już za sobą”

On był po trzech rozwodach, ona – po dwóch. A jednak połączyła ich miłość, która przetrwała ponad 40 lat.
Kamila Geodecka
23.12.2020

W 1975 roku w Warszawie Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz wzięli ślub, którego właściwie nie potrzebowali. Towarzyszyło im dwóch świadków –  Basia Ślesicka i Piotr Skrzynecki, który specjalnie przyjechał z Krakowa. Młodzi powiedzieli sobie „tak”, ale nie było wesela. „Moglibyśmy żyć bez tego ślubu też” – mówiła aktorka. Już wtedy mieszkali razem. Oboje mieli za sobą doświadczenia z innych małżeństw, a przed sobą ponad 40 lat wspólnej miłości, przyjaźni, wsparcia i zrozumienia. Mogli spotkać się wcześniej, właściwie bez przerwy się mijali, przeprowadzając się do kolejnych miast, pracując w kolejnych teatrach, zmieniając kierunki studiów. Ona mówiła czasem, że mogli poznać się wcześniej. On uważał, że to dobrze, bo wszystkie błędy mieli już za sobą. Spotkania robocze W 1971 roku Andrzej Wajda pracował w krakowskim Starym Teatrze nad spektaklem „Biesy” Dostojewskiego na podstawie adaptacji Camusa. Reżyser chciał zająć się wszystkim – pracą z aktorami, opracowywaniem tekstu oraz scenografią i dekoracją. Okazało się, że nad tym ostatnim zapanować już nie mógł.  Wtedy Piotr Skrzynecki zapowiedział, że pozna go z Krystyną Zachwatowicz – scenografką i artystką kabaretową Piwnicy pod Baranami. Para poznała się w kawiarni Kolorowa w Krakowie. W końcu Zachwatowicz odwiedziła Wajdę w jego mieszkaniu. Długo dyskutowali o tym, w jaki sposób ma wyglądać przygotowywana sztuka. Od początku dobrze się dogadywali. Z czasem spotkania stały się coraz częstsze, a Andrzej Wajda zaczął przychodzić na występy kabaretowe swojej przyszłej żony. Podobno wchodził  potem do garderoby artystów i żartował. „Mam śmieszną anegdotę. Graliśmy program, w którym miałam blond perukę, usta na zielono. Ale na...

Czytaj dalej
Elżbieta Starostecka i Włodzimierz Korcz
MIECZYSLAW WLODARSKI/REPORTER

Elżbieta Starostecka i Włodzimierz Korcz: „Zdecydowaliśmy, że będziemy razem do końca życia, mając 21 lat”

Od ponad 50 lat uchodzą za małżeństwo doskonałe. Kiedy jedno z nich stawiało na karierę, drugie czekało wiernie w domu.
Sylwia Arlak
23.12.2020

Poznali się na studiach. Uczyli się w jednym budynku łódzkiej filmówki. Ona chodziła na zajęcia na parterze, na wydziale aktorskim, on — do konserwatorium na pierwszym piętrze. Na trzecim roku studiów Włodzimierz Korcz wziął udział w przesłuchaniu. Szukali pianisty do kabaretu. To tam pierwszy raz zobaczył Elżbietę Starostecką. „Poszedłem na próbę, popatrzyłem na Elżbietę i pomyślałem, że rzeczywiście ładna. Nie było rażenia piorunem” — wspominał po latach Korcz. „Miłość od pierwszego wejrzenia? Chyba nie. To, że jesteśmy dla siebie stworzeni, stało się oczywiste dopiero po paru dniach” — mówiła ona. Czytaj też:   Agnieszka Fitkau-Perepeczko i Marek Perepeczko: „To była nie tylko miłość, ale także niezwykła przyjaźń” Czekał godzinę pod jej drzwiami Później znajomy Korcza założył kabaret piosenki przedwojennej. Elżbieta w nim śpiewała, Włodzimierz grał. Razem chodzili na próby, po których on po dżentelmeńsku odprowadzał ją do domu i nosił jej siatkę wypchaną ciężkimi książkami. „Potem przyznał się, że nylonowe żyłki wpijały mu się w palce do krwi, ale nie przekładał siatek do drugiej ręki, bo bał się, że nie wezmę go już pod ramię” — mówiła Starostecka w rozmowie z magazynem „Pani”. Nie potrafili się ze sobą rozstać. „Staliśmy w małym korytarzyku pod schodami i o czwartej rano dziwiliśmy się, że coś tak jasno na dworze. A przecież dotarliśmy do domu koło północy. I te rozmowy spowodowały, że wiedzieliśmy, że będziemy ze sobą do końca życia” — wspominał Korcz w magazynie „Viva!” , dodając: „Rozmawialiśmy o wszystkim — o życiu, o sztuce, teatrze, muzyce, o naszych rodzinach, o sobie. Co kochamy, czego nienawidzimy. Wszystko chcieliśmy...

Czytaj dalej