Kirsten Stewart nie chce już wracać do sagi „Zmierzch”
East News

Kirsten Stewart nie chce już wracać do sagi „Zmierzch”

„Nie tęsknię za sobą sprzed lat” – mówi Kirsten Stewart. Ostatnio mogliśmy ją oglądać w filmie „Seberg”, w którym gra aktorkę-legendę lat 60.
Marta Bałaga
22.05.2020

Nigdy nie czułam się do niczego zmuszana” – mówi Kristen Stewart, gdy spotykamy się w Wenecji. Jak zwykle wygląda trochę chłopięco i ma obsesję na punkcie prywatności. Umawia się ze mną w hotelu położonym przy placu Świętego Marka, a mimo to tak dobrze schowanym, że prawie nie sposób go znaleźć. „Akurat teraz, dzisiaj, po prostu chcę robić filmy. Zawsze byłam przekonana, że mam do tego pełne prawo”.

Wychowana w Hollywood

Urodziła się w Los Angeles, jej ojciec jest producentem, a matka scenarzystką. Jeszcze jako dziewczynka zagrała z Jodie Foster w filmie „Azyl”. Sześć lat później dostała jedną z głównych ról w sadze „Zmierzch” (2008). To dzięki niej stała się jedną z najpopularniejszych i najlepiej opłacanych aktorek na świecie. Szybko jednak postanowiła zerwać z wizerunkiem uwielbianej Belli Swan. Dzisiaj przyjaciele Kirsten żartują, że nawet nie ma co jej wspominać, że być może wyjdzie nowa książka z tej serii. Już w „The Runaways: Prawdziwa historia” z 2010 roku pokazała swoje niepokorne oblicze jako legenda rocka Joan Jett. Potem tańczyła i szalała w stylowym aucie w teledysku Rolling Stonesów, a jej Królewna Śnieżka nie czekała na księcia, tylko dowodziła armią. Dzięki współpracy z Francuzem Olivierem Assayasem nad dramatem „Sils Maria” (2014) została nagrodzona Cezarem jako pierwsza Amerykanka w historii, nie była jednak w stanie odebrać statuetki, tak bardzo trzęsły jej się ręce ze zdenerwowania.

W 2009 roku na oczach milionów widzów upuściła – i zniszczyła – nagrodę MTV. „Całkowicie zgadzam się z opinią, że jestem najbardziej niezdarną osobą na świecie” – przyznawała potem dziennikarzom, którzy słusznie wzięli to za kokieterię. Stewart potrafi bowiem być również pewna siebie i wyzywająca. „Prezydent nie jest moim wielkim fanem” – przyznała niedawno w programie satyrycznym „Saturday Night Live”, opowiadając o Donaldzie Trumpie. Kilka lat temu Trump tweetował o jej związku z Robertem Pattinsonem, nakłaniając go zresztą do porzucenia Kristen. „Nie mam z tym problemu, bo jeśli dotychczas mnie nie lubiłeś, Donald, to teraz tym bardziej już nie polubisz: koleś, jestem zdeklarowaną lesbijką!” 

W roli legendy – Jean Seberg

Teraz przejęta jest swoim najnowszym filmem, w którym gra Jean Seberg, aktorkę uważaną za symbol lat 60., znaną z filmów wielkiego reżysera tych lat Jeana-Luca Godarda (film „Seberg” można obejrzeć na vod). Jej życie można uznać za gotowy scenariusz. Seberg zaangażowana w pomoc radykalnej organizacji Czarne Pantery podpadła FBI. Była zastraszana, inwigilowana, rozpuszczano na jej temat kłamliwe informacje, które miały rozbić małżeństwo aktorki z francuskim pisarzem Romain Garym. Chorowała na schizofrenię, którą potęgowały życie w strachu i inwigilacja. Doprowadziło ją to do załamania psychicznego, w wieku 41 lat popełniła samobójstwo.

Marta Bałaga: Od czasu „Sils Maria” wybierasz znacznie odważniejsze role. Pomysł, żeby zagrać nieżyjącą już gwiazdę, Jean Seberg, też chyba taki był?

Kirsten Stewart: Zagrać, nie naśladować. Beznadziejnie było nią być, nawet przez chwilę. Jej załamanie to coś przerażającego. Pomyślałam, że w tej pracy czasem nie warto aż tak bardzo zagłębiać się w duszę bohatera, być przesadnie świadomym. Lepiej zaufać swojemu instynktowi, jakkolwiek pretensjonalnie to zabrzmi. To luksus, ale na szczęście mogę sobie na to pozwolić. Także tym razem, bo Seberg to niezależny film. Niestety, nie mieliśmy wystarczająco dużo czasu, żeby zagłębiać się w każde jej rozczarowanie i każde bolesne doświadczenie, ale i tak było nad czym pracować.

Seberg, atakowana także przez media, przestała w końcu dostawać duże role.

Oglądając filmy Jean, szybko zauważasz, że na samym początku na jej twarzy maluje się prawdziwa otwartość – to chyba najpiękniejsza rzecz, jaką można sobie wyobrazić. Z czasem jednak Seberg staje się coraz bardziej zamknięta i wycofana. W tamtych latach od aktorek oczekiwano określonego zachowania: pewnej lekkości, łagodności, nie wspominając już o perfekcyjnej dykcji. Jej przychodziło to bez problemu. Zawsze była tą najpopularniejszą dziewczyną w szkole. Ale kiedy oglądasz wywiady, jakich udzieliła, albo po prostu czytasz o jej życiu, widać, że zawsze stawała po stronie słabszych.

Można to zauważyć nawet w projektach, w które się angażowała, w ludziach, którzy byli jej bliscy. Udało jej się zachować pewną autentyczność nawet w tych bardziej komercyjnych filmach, jak na przykład „Port lotniczy”. Podkreślenie tego stanowiło chyba nasz cel. Nie wiem jednak, jak zachowywała się Seberg za zamkniętymi drzwiami. Pod tym względem pozostała dla nas dość tajemnicza.

To ciekawe, bo ciebie też spotykała dość brutalna krytyka. Grasz nie w tych filmach, co trzeba, nigdy się nie uśmiechasz. Na YouTubie można znaleźć kompilacje zatytułowane zwykle tak samo: „Kristen Stewart nienawidzi sławy”. A tym bardziej wywiadów!

Myślę, że to kwestia pewnego stylu. Trudno mówić mi w ten sposób o sobie: „Spójrz na mnie, jestem taaaka naturalna”. Jean na pewno nie potrafiła kłamać i mam nadzieję, że sama też nie jestem mistrzynią manipulacji. Była dość ekstrawagancka, niepokorna. Gdybym miała się sobie bliżej przyjrzeć, powiedziałabym, że mnie nie przychodzi to zbyt łatwo. A uśmiech? Karl Lagerfeld na pewno nie miał ze mną problemu. [Stewart od lat jest twarzą Chanel oraz perfum Gabrielle. I nikt nie karze jej się uśmiechać do zdjęć – przyp. autorki]. Był genialnym gawędziarzem i naprawdę widział ludzi. Tworzył nie tylko niesamowite obrazy, ale przede wszystkim pomagał kobietom wyrażać to, kim są. Albo kim chciałyby być.

Kilka lat temu postanowiłaś spróbować reżyserii. Po krótkometrażowym „Come Swim” pracujesz nad kolejnym filmem. Jest łatwiej?

To dość dziwaczny proces – przyglądanie się czemuś tak uważnie, że znasz to już z każdej możliwej strony. Destylowanie tego doświadczenia i zachowanie go w takiej formie, abyś mogła je potem przekazać innym ludziom. To, nad czym teraz pracuję, to adaptacja książki Lidii Yuknavitch „The Chronology of Water”. Chcę, by ludzie zobaczyli w tej historii to samo co ja – jeden z najwspanialszych tekstów literackich, jaki kiedykolwiek udało mi się przeczytać. To chyba jedyny powód, dla którego warto kręcić taki film.

Film, w którym jednak sama nie zagrasz. To dobra decyzja?

Tak naprawdę nie widzę specjalnej różnicy pomiędzy aktorstwem a reżyserią. Ten pierwszy impuls zawsze pozostaje dokładnie taki sam. Nigdy nie interesowało mnie dochodzenie w filmach do jakiś jasnych konkluzji. Wolę przyglądać się ludziom, którzy gdzieś zagubili się po drodze i zadają sobie teraz różne pytania.

Nie, nie zamierzam występować w tym filmie, ale najwspanialszą rzeczą w byciu aktorką czy aktorem jest możliwość wspięcia się na rusztowanie, które ktoś już dla ciebie wcześniej zbudował, oczekując, że teraz się na nim pobawisz. Teraz to ja mogę być tym rusztowaniem i pozwolić wyróżnić się komuś innemu. Może doświadczy czegoś wyjątkowego dzięki temu, co sama tak bardzo kocham.

Ostatnio dość często podkreślasz, że po tylu latach spędzonych na planie chcesz i – co najważniejsze – możesz pomagać początkującym aktorkom. W kwietniu skończyłaś przecież „aż” 30 lat.

Nie mogłam się już, k…, doczekać. (śmiech) Patrzę sobie na te wszystkie dziewczyny i tak, chyba staram się im jakoś pomóc. Może dlatego, że dobrze wiem, że jeśli na tak wczesnym etapie pozwalasz ludziom wpływać na to, jak sama siebie postrzegasz, to stąpasz po równi pochyłej.

Nie twierdzę, że zawsze dobrze sobie z tym radzę – bo to chyba najgorsze uczucie na świecie: świadomość, że czyjaś opinia na twój temat, nawet zupełnie obcej osoby, jest niesprawiedliwa. Nie ma sensu wykrzykiwać za kimś, kto i tak cię nie słucha: „Nie, poczekaj, źle mnie zrozumiałeś!”. To chyba kolejny powód, dla którego chciałam reżyserować. Myślę, że wiem, jak zadbać o komfort pracy innych aktorów.

Zwłaszcza tych stawiających pierwsze kroki w Hollywood?

Mam kilka młodszych przyjaciółek, wobec których jestem bardzo opiekuńcza. Czuję się podekscytowana, bo widzę, co w tak krótkim czasie udało im się osiągnąć. Margaret Qualley jest tego świetnym przykładem [Qualley zagrała u Quentina Tarantino w „Pewnego razu... w Hollywood” – red.]. Odbyłyśmy kilka poważnych rozmów, które akurat były dla mnie dość zabawne, bo dobrze pamiętam to towarzyszące mi wszędzie uczucie niepewności. A teraz jestem po tej drugiej stronie kamery i mówię: „Pozwól sobie udowodnić, jaka jesteś fantastyczna”. Nie chodzi tu o jakieś fałszywe komplementy, ale trudno czasem samemu dostrzec, że robisz coś dobrze. Potrzebujesz opinii tej drugiej osoby, a ja uwielbiam nią być. Nie tęsknię za sobą sprzed lat, tą niepewną i wystraszoną dziewczyną, o której pisano straszne rzeczy w tabloidach.

Ale wystraszona dziewczyna raczej nie zdjęłaby szpilek na czerwonym dywanie w Cannes? Ani nie zagrała w nowej wersji „Aniołków Charliego”?

Te wszystkie, wydawałoby się bardziej komercyjne role, które ostatnio zagrałam, naprawdę bardzo kocham. Chyba nie dzielę ich na te, które niby gram dla siebie i na te „dla kasy”. Choć nie ukrywam, że te większe filmy są bardzo ważne. To właśnie dzięki nim dalej „funkcjonujesz w obiegu” i możesz coś zmienić. Zawalczyć o to, na czym ci zależy. I nie chodzi tylko o nieustający konkurs popularności, w którym i tak wszyscy bierzemy udział, czy tego chcemy, czy nie.

Zwykle, gdy ludzie robią coś z uczciwych pobudek, rezultat jest po prostu o wiele ciekawszy. A to, co jest jednym wielkim kłamstwem, zawsze nim pozostanie. „Głębia strachu” to na przykład dość prosta historia o przetrwaniu. Opowiadająca o ludziach, którzy trafiają tam, gdzie nigdy nie powinni się znaleźć, i robią rzeczy, których nigdy nie powinni robić. Dość często nam się to zdarza, prawda? W tak ekstremalnych sytuacjach pokazujesz zupełnie inną stronę samego siebie, do tego w otoczeniu ludzi, których właściwie nie znasz.

A w przypadku „Aniołków Charliego” myślę, że to dość oczywiste, dlaczego chciałam być częścią tego filmu. Wśród kobiet panuje teraz taka solidarność, że aż robi mi się od tego wszystkiego ciepło i przyjemnie. Uwielbiam to cholerne uczucie.

Nasz film był w pełni kobiecy, od początku do końca. Nie naśladował kolejnego filmu akcji. Jestem z niego taka dumna. Oraz z tego, że to właśnie Liz mogła opowiedzieć tę historię. Naprawdę! Kiedy tylko pojawiły się napisy końcowe, a na ekranie napis „scenariusz i reżyseria: Elizabeth Banks”, chciałam po prostu poderwać się z krzesła i głośno jej kibicować. Bo nie było jej łatwo. Kiedy postanawiasz zrobić taki film z pomocą ogromnego studia, którym wciąż rządzą mężczyźni, umówmy się – nigdy nie będziesz figurować na szczycie ich priorytetów. Musiała na każdym kroku udowadniać, że naprawdę jest w stanie zrealizować ten projekt. Na szczęście Liz jest do tego stworzona, ma twardy kręgosłup.

Tym razem z Aniołkami można się zaprzyjaźnić?

Przede wszystkim uważam, że mam szczęście – kobiety wreszcie opowiadają własne historie. Nie mając przy tym wrażenia, że ich doświadczenia trzeba najpierw odpowiednio przyciąć, wygładzić. To, o czym mówią, może być trudne, nieprzyjemne, na dodatek w tych filmowych opowieściach może grać ktoś taki jak ja. Z takimi dziewczynami jak nasze Aniołki chciałabyś się zaprzyjaźnić. Także po to, by wreszcie móc komuś powiedzieć: „Koleś, może i nie wygram, siłując się z tobą na rękę, ale z pomocą moich dziewczyn od razu się z tobą rozprawimy”. To świetne uczucie. Pewność, że gdy jesteśmy razem, nikt nas nie powstrzyma.

Tekst ukazał się w „Urodzie Życia" 5/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Reese Witherspoon
East News

Reese Witherspoon wraca jako Elle Woods w „Legalnej blondynce”! 

„Legalna blondynka 3” już powstaje – ale co tym razem spotka Elle Woods, nie wie jeszcze nikt. Wcześniejsi scenarzyści zostali zastąpieni nową parą twórców, którzy zapowiadają „zupełnie świeże podejście”.
Sylwia Niemczyk
20.05.2020

Reese Witherspoon potwierdziła to, na co czekałyśmy: po raz kolejny  zobaczymy ją jako ponadprzeciętnie słodką i tak samo ponadprzeciętnie bystrą Elle Woods. Ekipa pracująca nad „Legalną blondynką 3” wróciła do pracy nad filmem. Poza samą Reese znajduje się w niej para scenarzystów: Mindy Kaling (scenarzystka serialu „Biuro”) oraz twórca serialu „Brooklyn 9-9” Dan Goor. Te dwa nazwiska to zupełna nowość: pierwotnie za trzecią część „Legalnej blondynki” miały odpowiadać twórczynie pierwszej części, które już planowały, że dorosła Elle Woods będzie ubiegać się o pracę w Sądzie Najwyższym i wystartuje w wyścigu do fotela prezydenckiego w Stanach Zjednoczonych. Teraz jednak scenariusz zostanie napisany na nowo. „Legalna blondynka 3”: nowe otwarcie Co zatem wydarzy się w „Legalnej blondynce 3”? Na razie zupełnie tego nie wiadomo, tym bardziej że obecni scenarzyści nie mieli nic wspólnego z wcześniejszymi obiema częściami filmu.  Według branżowego serwisu Deadline, ich wersja nie będzie zaledwie kosmetyczną przeróbką wcześniejszego scenariusza, ale zaoferuje zupełnie nowe spojrzenie na film. Najpewniej jednak i tym razem Elle Woods będzie głosem współczesnych kobiet. Pierwsza część filmu  rozbijała stereotyp „głupiutkiej blondynki” na studiach prawniczych. W drugiej – Elle walczyła o prawa zwierząt. Być może tym razem zabierze głos w sprawie molestowania kobiet w miejscach pracy – w ramach ruchu #metoo Reese wyznała, że i ona mierzyła się z tym doświadczeniem. Reese jest jak Elle – tylko jeszcze lepsza To właśnie dzięki „Legalnej blondynce”, kobiety prawie 20 lat temu pokochały Reese Witerspoon. Jej filmowa wersja,...

Czytaj dalej
Friends
getty images

Jennifer Aniston wróciła w wielkim stylu w serialu „The Morning show”

Co słychać u Rachel?
Magdalena Żakowska
11.02.2020

Po 15 latach od ostatniego sezonu „Przyjaciół” Jennifer Aniston wróciła do telewizji. W serialu „The Morning Show” walczy z seksizmem, ageizmem, załamaniem kariery, rozpadem rodziny. Nigdy nie przestała być gwiazdą, ale teraz przypomniała, że jest również genialną aktorką. Jej pojawienie się na Instagramie spowodowało zawieszenie aplikacji. Jeszcze nikt w historii nie zyskał tylu obserwatorów w tak krótkim czasie. Dziś, po dwóch miesiącach od założenia konta, Jennifer Aniston ma ich blisko 20 milionów. Ta popularność jest zaskakująca – to aktorka jednej roli, do tego telewizyjnej. Może dlatego przyzwyczailiśmy się śledzić jej życie, jakby była bohaterką opery mydlanej? Próbowała się przed tym bronić. Bezskutecznie. Teraz postanowiła zawstydzić nas wszystkich. Rolą Alex w serialu „The Morning Show” pokazuje, jak naprawdę wygląda życie kogoś, kto wszystkie swoje zawodowe porażki i prywatne dramaty ogląda w krzywym zwierciadle mediów.  Rachel z „Przyjaciół” wraca do telewizji jako Alex w „Top of the Morning” Jennifer Aniston długo szukała dla siebie odpowiedniej roli. Kiedy trzy lata temu zgodziła się wrócić do telewizji i zagrać w serialu na podstawie książki „Top of the Morning”, napisanej przez dziennikarza telewizyjnego Briana Steltera, Harvey Weinstein był jeszcze najbardziej wpływowym producentem Ameryki z szansą na kolejnego Oscara. Stacje i platformy streamingowe stoczyły o ten serial chyba największy bój w historii współczesnej telewizji. Każdy chciał mieć w ofercie produkcję, w której w głównych rolach spotykają się Jennifer Aniston i Reese Witherspoon, dwie wielkie gwiazdy Hollywood, a prywatnie przyjaciółki, które przed kamerą spotkały się wcześniej tylko raz –...

Czytaj dalej
Wielka/ Mat. prasowe
Wielka/ Mat. prasowe

Serial „Wielka” z Elle Fanning w roli carycy Katarzyny ucieszy fanów „Faworyty”

Nowa propozycja HBO: komediowy serial „Wielka” o życiu carycy KatarzynyWielkiej z Elle Fanning w tytułowej roli to opowieść o ambicji, samotności i żądzy władzy.
Sylwia Arlak
04.05.2020

„Wielka”, czyli nowy serial HBO, opowiada o młodości Katarzyny Wielkiej, ale dużo bliżej mu do śmieszno-strasznej „Faworyty” niż do nudnego serialu historycznego. Produkcja z Ellą Fanning i Nicholasem Houltem to satyryczna opowieść o zaskakującym awansie  — od pruskiej księżniczki do najdłużej panującej monarchini w historii Rosji. Zdecydowanie więcej w nim filmowej fikcji niż prawdy historycznej: twórcy podeszli ze swobodą nie tylko do samej carskiej pary, ale i w ogóle do historii XVIII-wiecznej Rosji. Młodziutka Katarzyna ma głowę nabitą marzeniami i romantycznymi wizjami miłości. Poznajemy ją, kiedy przybywa z Prus do Rosji, aby zawrzeć zaaranżowane małżeństwo z carem Piotrem. Wchodzi w nie z wielkimi nadziejami – i z każdym dniem coraz boleśniej przeżywa rozczarowanie. Nie będzie to chyba żaden spojler, jeśli dodamy, że ostatecznie Katarzyna zawiąże spisek, zamorduje swojego męża,  dokona zamachu stanu i sama zasiądzie na carskim tronie.  Ella Fanning („Czarownica”, „W deszczowy dzień w Nowym Jorku”) po raz kolejny udowadnia, że świetnie sprawdza się w rolach bohaterek o czystym sercu, ale i „fajterek”. Niech nikogo nie zmyli delikatna uroda aktorki: Fanning jako caryca Katarzyna potrafi zaprowadzić rządy twardej ręki. Partneruje jej Nicholas Hoult („Mad Max: Na drodze gniewu”). „Hoult uczłowiecza cara. Udowadnia, że jego postać to nie tylko zbiór dziwactw, tików i niezręczności. To niesamowita wizytówka jego ogromnego talentu. Świetnie sprawdza się w tworzeniu ekscytujących i różnorodnych postaci” – pisze Variety. Casting twórcom się udał. Autorzy pierwszych recenzji podkreślają, że napięcie pomiędzy bohaterami jest wyraźnie wyczuwalne. Aż iskrzy....

Czytaj dalej