Kinga Preis: „Dla Wojtka Smarzowskiego dałabym sobie złamać obie nogi!”
Bartek Wieczorek/LAF
#czytajdlaprzyjemności

Kinga Preis: „Dla Wojtka Smarzowskiego dałabym sobie złamać obie nogi!”

Znana aktorka o swoich filmowych idolach i zatracaniu się w role
Marzena Rogalska
04.01.2019

Kinga Preis, specjalistka od mocnych postaci, ruszyła na podbój nowego terytorium: teraz tańczy i śpiewa w musicalu #WszystkoGra. Mówi, że w pracy potrafi zatracić się na setkę. I że są reżyserzy, dla których dałaby sobie połamać wszystkie kończyny. A jak znosi to jej rodzina – wszystko gra? Pyta Marzena Rogalska.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Walentynki będziesz świętować na premierze filmu z twoim udziałem – #WszystkoGra. Czy swój związek uważasz za romantyczny?

Uważam, że mieścimy się z Piotrusiem w średniej krajowej. Reprezentujemy romantyzm włoski: dużo skrajnych emocji – od wzruszenia do szału. Niedawno znaleźliśmy walizeczkę, w której były różne skarby z początku „naszego razem”, pamiątki z pierwszego roku życia Antosia, mój list do męża i syna: „Chłopaki, niech duży zje, co chce, mały niech zje kaszkę bananową”. Według mnie jesteśmy bardzo „ścisłą” rodziną. Przeżyliśmy razem 21 lat, z czego pierwszych kilkanaście, oprócz dosłownie paru dni, właściwie byliśmy nierozłączni. Teraz z powodu mojej pracy i nieustannych podróży do Warszawy żyjemy trochę na odległość. Ale staramy się być blisko. Dawniej byliśmy nierozerwalną parą, nie taką, która musi cały czas trzymać się za rękę, ale nie wyobrażam sobie spać pod inną kołdrą, niż ta, pod którą śpi mój mąż. Śmiejemy się, że jesteśmy jak takie stado surykatek. Mamy swoje gniazdo. Rozkrzyczane, wesołe, blisko siebie, „ja trzymam cię za łokieć, a ty mnie trzymasz za piętę”. Potrafimy się kłócić nie na żarty i być straszni wobec siebie, ale mamy w tym wszystkim poczucie bezpieczeństwa.

Wiem też, że lubicie romantyczne spacery nad morzem…

O tak! Jeden taki spacer zaplanowałam tuż przed premierą filmu „Pod Mocnym Aniołem”. Powiedziałam mężowi: „Kochany, toż myśmy nigdy nie byli nad morzem zimą. Jedźmy do Kuźnicy, do naszej pani Eli, pospacerować sobie plażą. Premiera w poniedziałek, ja kończę zdjęcia w piątek koło południa, proszę cię, bądź o 15, żebyśmy mogli normalnie dojechać tam wieczorową porą, być całą sobotę i w niedzielę wrócić”. I mój mąż, jak to facet, wyjechał z Wrocławia tuż przed 15, po drodze zaliczył dwa mandaty, ponieważ chciał nadrobić ten czas i myślał, że mu się uda. Przyjechał wieczorem, odbyła się mała awanturka z pretensjami na 10 lat wstecz. Wyruszyliśmy nad morze w sobotę i kiedy dotarliśmy, od razu poszliśmy na romantyczny spacer po plaży. Wracaliśmy zatoką, a że dzień wcześniej był sztorm, to krajobraz jak po bitwie: powyginane krzaki, powyrzucane glony… I nagle widzę, że na płyciźnie leży łabędź. Bezradnie, z łbem w wodzie. W najbardziej dramatyczny sposób, na jaki mnie stać, drę się przez całą zatokę, słychać mnie w Gdyni na redzie: „Pioo-treeek, ra-tuuun-ku! Umiera łabędź!”, na co mąż: „O nie! Nie, nie, nie. Nawet o tym nie myśl!”. 

Trochę mu się nie dziwię, bo regularnie wrabiasz go w bycie ratownikiem!

Spojrzałam na Piotrka kocimi oczami ze „Shreka”, więc wparował do wody i wyciągnął łabędzia. Stoi z nim i mówi: „Proszę bardzo. I co teraz?”. Nie wiedziałam, co teraz, więc pobiegliśmy do domu pani Eli i usiłowaliśmy coś sensownego wymyślić, dzwoniliśmy do fokarium, do straży miejskiej, do weterynarzy… A mąż ciągle z łabędziem na rękach… W końcu ubłagałam jakiegoś weterynarza z Pucka, żeby nam pomógł. Wybiegłam z tą radosną nowiną do męża, ale jego ani widu, ani słychu, nigdzie! Dzwonię. Okazuje się, że łabędź dokonał żywota i Piotrek poszedł go zanieść na wydmy. Ruszam za nim, ale nie wiem, którędy poszedł, czy plażą, czy przez las. Znowu dzwonię, a tu sekretarka. Co robić!

Po chwili oddzwania, dyszy i sapie: „Przyjedź po mnie… Przyjedź na drogę…”. Jadę na umówione miejsce, z krzaków wyłania się Piotruś, który ledwo idzie, powłóczy nogą. Otóż kiedy podchodził pod wydmę z łabędziem, oddzwoniła sekretarka, chciał odebrać i spadł z samej góry. Skończyliśmy na Helu – zerwane więzadła, gips na sześć tygodni. Jazda zimą do Warszawy z nogą za oknem, w hotelu wózek inwalidzki i na premierę filmu, jak się domyślasz, nie dotarł.

I to jest romantyzm w waszym wydaniu.

Mniej więcej. (śmiech) Nasz ukochany weterynarz Tomek Szczypko, który sam o sobie mówi: „doktor nieludzki”, skomentował to jednym zdaniem: „Niewdzięczne ptaszysko, cześć i chwała bohaterom!”.

Wróćmy do walentynkowej premiery #WszystkoGra. Czy porównanie tego filmu do musicalu „Mamma Mia” będzie nadużyciem?

Nie będzie, ale nie myślę tu o rozmachu, estetyce, tylko o pozytywnej energii, którą z całą pewnością ten film ma. Tańczymy i śpiewamy w nim najpiękniejsze polskie przeboje, z którymi może identyfikować się każdy, bez względu na wiek czy gust. To są utwory ze znakomitymi tekstami Kofty, Osieckiej, Grechuty, są przeboje Maanamu i Perfectu.

A sama opowieść?

To historia wielowątkowa. Pokazujemy życie trzech silnych kobiet. Dla mnie to super, ponieważ w takim domu się wychowałam, w domu mocnych bab – babcia, mama i ja. W filmie babcię gra Stasia Celińska, ja jestem mamą, a moja córka Zosia to Eliza Rycembel. Wszystkie mają silną osobowość, kochają się bardzo, chociaż nie potrafią się akceptować i mówić o tym, a jeżeli już mówią, to zwykle kończy się awanturą i pretensjami. Każda z nich realizuje się w inny sposób. Zosia ma naturę buntowniczki, jest undegroundową artystką. Moja bohaterka żyje w poczuciu przegranej, ma o to pretensje do siebie i do całego świata. I nagle w jej życiu pojawia się mężczyzna zupełnie nie z jej świata. Dużo od niej młodszy. Uważam, że ten film to mądra opowieść o współczesności. O wyborach, jakich codziennie dokonujemy. O tym, że musimy mieć odwagę na zmiany w życiu, bo tak naprawdę tylko one mogą nam przynieść szczęście. To opowieść o naszej samotności, lękach, ale też ogromnej potrzebie bycia razem, bycia kochanym i o dawaniu nadziei. 

#WszystkoGra to już drugi musical, w którym zagrałaś, wcześniej były „Córki dancingu”. Podoba mi się ta zmiana, bo jesteś kojarzona głównie z mocnymi rolami. A tu kompletnie inna historia, Kinga Preis wygląda jak milion dolarów i nie ma złamanego nosa jak u Smarzowskiego.

(śmiech) Ja dla Wojtka dałabym sobie połamać wszystkie kończyny. Dla aktora to, że może się zmieniać, jest atrakcją, przygodą i wyzwaniem jednocześnie. Tylko że w Polsce te zmiany nie są postrzegane jako część zawodu, całościowa praca nad postacią, ale jako temat do plotki.

Kiedy chudnę, to nikt nie zastanawia się, do jakiej roli, tylko czy przypadkiem nie zakochałam się, i można by z tego zrobić news i skandal. A jak przytyję, to też mogę być świetnym tematem dla szmatławca. Na całym świecie to jest normalne, że aktor zmienia się do roli. I to tak totalnie. Wchodzi w ciało swojego bohatera, w jego umysł. Owszem, fizyczność jest bardzo potrzebna, ona zmienia w nas dużo, ale gdyby Tomek Kot tylko poruszał się jak Religa, był przygarbiony jak on, to ani ten film, ani historia tego człowieka nie obeszłyby mnie w ogóle.  

Miałam poczucie, że od jakiegoś czasu zaczęłaś bardziej zwracać uwagę na wygląd, bo wcześniej byłaś taką kobietą traperką, która ma w nosie to, jak wygląda.

Ale ja mam dalej w nosie to, jak wyglądam. Generalnie tak, jak mnie widzisz teraz, tak chodzę i jeżdżę na co dzień. Nie jestem osobą, którą się ubiera na galę, której daje się do wyboru suknie, a ona wybrzydza, mówiąc: „Nie ten projektant”. To nie ja. Nie mam cierpliwości i całkiem po prostu nie znam się na tym, ale mam świadomość, że jednak premiera jest świętem filmu i nie muszę ubierać się jak większość filmowców polskich, czyli tak, jakbym wybierała się na misję do Afganistanu – wojskowe spodnie plus wyciągnięty sweter. 

Koledzy aktorzy mówią, że masz nieprawdopodobną gotowość emocjonalną na planie filmowym. Że masz na pstryknięcie płacz i różne skrajne emocje.

To nie jest prawda. Te najwyższe i bardzo skrajne diapazony przychodziły mi na pstryk, kiedy byłam dużo młodsza i nie miałam takiej świadomości, jaką mam teraz. Dziś potrzebuję większego skupienia, świetnego partnera, który oddaje mi emocje. Wtedy to przychodzi samo. Aktorstwo jest zatraceniem się, jest wejściem w czyjeś ciało, umysł, serce. Kiedy masz taki komfort z partnerem i taki rodzaj koncentracji, że możesz to zrobić i się nie wstydzisz – bo aktorstwo jest też bezwstydem – to robisz to. Kiedy zaczynasz kombinować, to fala emocji nie popłynie. 

Czyli zawodowstwo zawodowstwem, ale wciąż trzeba być spontanicznym?

Za każdym razem nowe, spontaniczne przeżycie jest bardzo ważne. Dla mnie mistrzem czułości aktorskiej jest Andrzej Chyra. Andrzej to wielki aktor, który potrafi zagrać wiele niuansów. Otwiera mi dużo więcej dróg, niż jestem w stanie przewidzieć. W „Prostej historii o morderstwie” w reżyserii Arka Jakubika gramy małżeństwo. Przez miesiąc prób widziałam w Andrzeju bardzo nieśmiałego człowieka, który nie wiedział, jak mnie dotknąć, który proponował: „To może ja bym tak...”. Po czym w sekundę grał tyle nieoczywistych tematów – niby takich, jak sobie wyobrażałam, ale jeszcze dużo, dużo więcej. Dokładnie tak samo robi Krzysztof Stroiński, który we #WszystkoGra” siedzi dwie godziny przed swoją sceną i koncentruje się, wchodzi w postać. Ktoś do niego mówi, ktoś mu przynosi obiad, a on sobie cichutko siedzi i nie jest już Krzyśkiem Stroińskim, tylko tą postacią.

To niesamowite, że bardzo często ktoś, o kim myślę, że jest genialny, że może wszystko, najczęściej na planie i w życiu prywatnym jest bardzo nieśmiałym człowiekiem wątpiącym w swoje umiejętności od początku do końca.

Mówiłaś o bezwstydzie w aktorstwie, a czy masz taki komfort bezwstydu w związku, że możesz z mężem rozmawiać o wszystkim?

Piotr ma wielką potrzebę, żebym w nieskrępowany sposób mówiła, albo jak mam jakiś problem, żebym się nim dzieliła. Jest na to otwarty. Natomiast widzę, że czasami robią na nim ogromne wrażenie historie, które ja uważam za coś zupełnie naturalnego. On się nimi przejmuje dużo bardziej niż ja. W tym sensie widzę różnicę między zwykłym człowiekiem, który nie musi się targać z takimi emocjami, a kimś, kto jednak musi.

Kiedy Agata Kulesza grała w sztuce „Merlin Mongoł” reżyserowanej przez Bogusława Lindę albo kiedy tańczyław „Tańcu z gwiazdami” z Terrazzino, to jej mąż Marcin mówił: „Teraz mieszka z nami Boguś Linda”, „Teraz mieszka z nami Stefano”. Zawsze się śmieję z tych opowieści, ale ze mną jest dokładnie tak samo. Choć mam naprawdę normalną rodzinę, która daje mi odreagować i akceptuje mnie z tym wszystkim, to czasem moja koncentracja na pracy powoduje, że zatracam się w niej na setkę. I rzeczywiście mam wtedy poczucie, że mieszkam z Wojtkiem S. Kiedy byłam na planie filmu #WszystkoGra, to moim prawdziwym partnerem, przyjacielem, powiernikiem był Sebastian Fabijański. Jego problemy i potrzeby były dla mnie najważniejsze. Generalnie empatia jest kosztem tego zawodu, to ona doprowadza człowieka do stanu nieważkości, w którym można nie stawiać granic. Choć trzeba to robić, żeby zwyczajnie się w życiu nie pogubić. 

To z jednej strony niesamowite, ale też trochę przerażające...

Kiedy trafisz na człowieka, z którym masz porozumienie, to tych granic nie chce się stawiać, chcesz go otworzyć na swój świat. Myślę, że to działa w dwie strony. To jest piękne w tym zawodzie.

Skąd się bierze twój optymizm? Jacques Tati, francuski aktor i reżyser, powiedział, że „optymizm jest zawsze wynikiem niedostatecznych informacji”, a był specjalistą od komedii!

(śmiech) Może tak być! Powiedziałabym też, że jest wynikiem mojej naiwności wobec wielu rzeczy. Uważam siebie za osobę tryskającą energią i optymizmem. I mam tak 360 dni w roku, ale następnych kilka, które pozostają do końca kalendarza, jest takie, jakby świat się na mnie zawalił. 

Czyli „dołujesz” rzadko, za to intensywnie.

Wygląda to tak, że właściwie znikąd ratunku i nie pomaga mi, że ludzie są wtedy wobec mnie dobrzy i czuli. Czasem jest to wynik ogólnego zmęczenia, spadku formy, a czasem zupełnie nie wiem, z czego się bierze. Może z jakiejś małej przykrości, z czegoś zupełnie niewinnego, co jest w stanie wytrącić mnie do tego stopnia, że mam poczucie, jakbym sięgnęła dna smutku.

Może dlatego, że nie mamy dostępu do takiej kompletnej wiedzy o sobie, znamy tylko mały kawałek siebie.

Poza tym często nie chcemy ujawniać pewnych rzeczy o sobie, bo wiemy, że nie będziemy w tym zaakceptowani. Nie chcemy cierpieć i robimy wszystko, żeby to cierpienie zagłuszyć.

Łykamy pigułkę na ból zęba, więc kiedy pojawia się problem z duszą, to też chcemy coś na to wziąć, chcemy tego nie czuć. Ludzie nie akceptują rozpadania się w sobie, nie dają sobie prawa do przeżywania bólu. Mamy tak ze wszystkim. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Czasem cierpimy w imię tego, jak nas wychowano. Czasem myślimy, że musimy się męczyć. Pamiętam, że strasznie bałam się bólu przed narodzinami Antka i myślę, że 99 procent kobiet boi się tego w sposób opętańczy, ale wstydzi się z tym ujawnić. Najgorzej jest wtedy usłyszeć, a zwłaszcza od kogoś bliskiego: „Weź się w garść!”. Za taką poradę mogę nawet zabić.

Do kogo ci  bliżej – do Lema, który napisał Mrożkowi w liście: „Bądź dobrej myśli, bo po co być złej”, czy do stwierdzenia amerykańskiego psychologa: „Optymistom przytrafia się tyle samo tragedii i nieszczęść, co pesymistom, tyle że optymiści znoszą to lepiej”?

Raczej to drugie, bo to jest zasada szklanki do połowy pustej i do połowy pełnej. Ja jednak zawsze uważam, że jest do połowy pełna, więc pewnie jestem trochę bardziej optymistką. Potrafię się odbić od rzeczy złych, nie chcę się poddawać. Pewnie odziedziczyłam to po kobietach w swojej rodzinie, które często musiały sobie radzić same. Oprócz tego dwie rzeczy mogą mnie wyprowadzić z równowagi: korek i deszcz. To, co przeżyłam, jadąc do ciebie Tamką, graniczy z niepoczytalnością. W sekundę uruchamiam w sobie emocje, jakie trudno sobie wyobrazić nawet w horrorze. I gdybym miała kij baseballowy, to szłabym i cięła rzędy aut, jak Michael Douglas w filmie „Upadek”. No i deszcz… Byłam kiedyś na Bornholmie na wyprawie rowerowej i trafiłam na lato, które było najbardziej deszczowym latem od lat 70. Zawsze, kiedy leje, to idę w ustronne miejsce, jak to mówią: „odebrać sobie samobójstwo” (targnąć się na życie). Taka nieskomplikowana, prosta konstrukcja. (śmiech)

Powiedziałaś kiedyś, że męczy cię powtarzalność pytań w wywiadach. John Cleese z grupy Monthy Pytona miał podobnie.

Jak kiedyś pewna dziennikarka spytała, czy jest coś, o co chciałby być spytany, a jeszcze nikt go o to nie zapytał, to on odparł: „Nikt mnie jeszcze nie zapytał, w którym roku zmarł kardynał Richelieu”. I potem ona go spytała, w którym roku zmarł kardynał Richelieu.

Tak, i on jej odpowiedział, że w 1642.

To ja mogłabym się wykazać wiedzą o bitwie pod Grunwaldem. 

To kiedy była?

Albo nie, spytaj o chrzest Polski.

To kiedy był?

966.

 
Rozmowa z Kingą Preis ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2016
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Danuta Stenka
Bartek Wieczorek/LAF

Danuta Stenka znowu zaskakuje! Aktorka mówi: „Siedzi we mnie facet”

Być kobietą? Danuta Stenka ma swoje przemyślenia na ten temat...
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

„Kiedy patrzę na karierę aktorów – kobiety i mężczyzny – to jeśli oboje są świetni, a choćby i ona była lepsza od niego, to i tak ona wcześniej wypadnie z gry. Gdzie pan widzi te wielkie role dla kobiet?!” – mówi Danuta Stenka  w rozmowie z Jakubem Janiszewskim.   Powiedziała pani w jednym z wywiadów, że jest wyposażona w dwa silne uczucia: ból –  że to, co pani do tej pory zrobiła, jest niedoskonałe, i lęk przed nieznanym, któremu nie będzie pani w stanie sprostać. Lęk towarzyszy mi od zawsze i pewnie nigdy mnie nie opuści. Nawet w najlepszych czasach, kiedy wiatr najsilniej wiał w zawodowe żagle, nawet wtedy mnie nie odstępował. Miałam 30, 40 lat, propozycji tyle, że nie byłam w stanie wszystkich pogodzić czasowo, aż żal było rezygnować, a mimo to nie czułam się wcale pewnie. Pamiętam, jak przyjaciel z pierwszego mojego teatru, Jacek Polaczek, tłumaczył mi: „Ty robisz straszną rzecz. Powtarzając, że się boisz, programujesz się na to, że będziesz się bała”. A ja myślę, że się nie programuję, bo czasem tego lęku jest we mnie tak dużo, że raczej muszę dać upust. Ale przy tym jest coś jeszcze. W równie dużym stopniu wypełnia mnie ciekawość, która często okazuje się silniejsza od lęku, która mnie pcha. Bez niej, bez ciekawości siebie w nowej odsłonie, nowych okolicznościach, niezbadanych, nieprzewidywalnych, nie byłabym w stanie uprawiać tego zawodu. Przecież role są do siebie jakoś tam podobne, nie każda niesie unikalną jakość. Tylko że to nie o samą rolę chodzi. Chodzi też o ludzi, z którymi będę współpracowała, o ekipę, z którą wybieram się na wyprawę. Być może teren, który mamy zwiedzić, nie jest jakiś bardzo interesujący czy wyjątkowo różny od poprzednich, ale sama drużyna może być...

Czytaj dalej