King i Królik byli idealną parą literacką, ale w życiu układało im się różnie. O małżeństwie Zofii i Melchiora Wańkowiczów
Fot. Muzeum literatury/East News

King i Królik byli idealną parą literacką, ale w życiu układało im się różnie. O małżeństwie Zofii i Melchiora Wańkowiczów

Melchior Wańkowicz i jego żona Zofia przeszli razem przez długie życie, przeżyli tragedię – w Powstaniu Warszawskim zginęła ich starsza córka, Krysia.
Agnieszka Dajbor
24.03.2021

W rodzinie Melchiora Wańkowicza każdy miał jakiś przydomek, nawet rzeczy. On sam był królem – Kingiem, jego żona Zofia – Królikiem albo „mamą – miękkie łapki”. Starsza córka, Krysia – Pytonem, bo stale o wszystko dopytywała. Na młodszą Martę, ulubienicę ojca, wołano Tili albo Tirliporek. Dom na Żoliborzu to był ukochany Domeczek. Auto nazywano Kacperkiem, była w nim zabawka – niedźwiadek Baltazarek. Gdy ruszali w podróż, Melchior Wańkowicz śmiał się, że jadą trzej królowie: Kacper, Melchior i Baltazar.

Te zabawne przezwiska pochodzą z książki Melchiora Wańkowicza „Ziele na kraterze”. To napisane już po wojnie, a wydane po raz pierwszy na emigracji w 1951 roku, wspomnienia o najbliższej rodzinie pisarza, o wspólnych wyprawach i odkrywaniu świata wraz z córkami. Ktoś napisał w komentarzu do książki: „Każdy chciałby mieć taką rodzinę”. Ale Wańkowiczowie byli szczególną rodziną, a w każdym razie szczególnym małżeństwem.

Poznali się w 1914 roku. Ona, dwa lata od niego starsza, studiowała historię. Zobaczył ją, gdy przechadzała się z kolegami po krakowskich Plantach (mało dziewczyn wtedy studiowało). Była trochę zaskoczona, że „Pan Melo taki nieuczony” – on przerwał studia, bo ciągnęło go samo życie i przygody. Pobrali się dwa lata później. Na początku lat 20. mieli już dwie córki. Ona pisała do niego: „Taki byłeś ładny, jak leżeliśmy na plaży w ostatni dzień wyjazdu mego. Chciałam Cię ucałować, ale się speszyłam. Obejmuję serdecznie”. On zachwycał się jej „pochyłą linią szyi, gdzie rośnie ten najdelikatniejszy puch”. „O mój Boże!” – kończył list.

Czytaj też: Autor „Lolity” i jego Przytulanka. O miłości Władimira Nabokowa i jego żony Wiery

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Cukier krzepi finansowo

Jak żyło się u boku Melchiora Wańkowicza? Był przecież wielkim talentem, docenionym już przed wojną. Nazywano go ojcem i królem polskiego reportażu (Wyższa Szkoła Dziennikarska przy Uniwersytecie Warszawskim nosi dzisiaj imię Melchiora Wańkowicza). Był pisarskim celebrytą, ale miał też odwagę, fantazję, mnóstwo energii. Stale się rzucał w jakąś przygodę albo aferę. Przed wojną wydał już kilka  książek reporterskich, w tym najsłynniejszą „Na tropach smętkach” – o losach Polaków, Mazurów i Niemców na Warmii i Mazurach (wtedy Prusach Wschodnich). Założył wydawnictwo „Rój”, gdzie debiutowali: Gombrowicz („Ferdydurke”), Szulc („Sklepy cynamonowe”, „Sanatorium pod Klepsydrą”), Dołęga-Mostowicz („Kariera Nikodema Dyzmy”) i wielu, wielu innych. Zawsze lubił pieniądze, więc imał się różnych zajęć, pracował m.in. jako reklamowiec – dziś powiedzielibyśmy copywriter. Na początku lat 30. wymyślił słynny slogan reklamowy: „Cukier krzepi”, za który dostał astronomiczne pieniądze, 10 tysięcy złotych. Zażądał 5 tysięcy za każde słowo (5 tysięcy to była wówczas pensja Prezydenta RP). Po wojnie, w PRL-u, za świetne hasło „LOT-em bliżej” dostał już tylko darmowy talon na jeden rejs.

Czytaj też: Agnieszka Osiecka wymyśliła hasło reklamowe Coca-Coli. 5 mało znanych faktów o Osieckiej

Raz Królik, a raz paniusia?

Wańkowiczowie wydawali się bardzo dobrze dobrani. On był Kingiem – królem i kreatorem domowego życia. Ona ciepłym Królikiem – przytulała, chroniła, czasem zakłopotana wyczynami Kinga marszczyła nosek (stąd przydomek) i robiła „awanturki”. Ale z fragmentu diariusza pisarza opublikowanego już po śmierci obojga małżonków wynika, że ich życie było nieco bardziej skomplikowane niż marszczenie noska. Wańkowicz źle pisze tam o żonie. Nazywa ją egotyczną paniusią. Pisze, że wracał do domu ze ściśniętym żołądkiem, bo Zosia zawsze była niezadowolona i go zamęczała. Nazywa ją kulą u nogi, a nie życiową partnerką. Gdyby miał taką partnerkę, więcej by osiągnął. Pisze, że jej nie kochał i wiele nocy spędzał sam, gdy ona dobrze spała po awanturach.

Podobno Zofia na rok odeszła od niego do ich wspólnego przyjaciela Tadeusza Lechnickiego, czego Wańkowicz nie mógł jej darować, choć małżeństwo udało się z powrotem skleić. Daleko w tym diariuszu do czułości i obrazu idylli z „Ziela na kraterze”.  Co nie znaczy, że ten ostatni był nieprawdziwy, raczej w jednym wspomnieniu przeważały jasne, a w drugim ciemne barwy.

Jeśli Wańkowiczowie mieli jakieś kłopoty małżeńskie, to wojna przewróciła ich życie do góry nogami. Rodzina praktycznie się rozpadła. King znalazł się za granicą – we wrześniu 1939 roku, z maszyną do pisania pod pachą, pod ostrzałem przeszedł wpław Dniestr i znalazł się w Rumunii. Był na Cyprze, potem w Palestynie, gdzie przez biedę był odcięty od świata, który dla niego, reportera, „buzował”. Podał mu wtedy rękę Jerzy Giedroyc – to dzięki niemu pisarz został oficerem prasowym drugiego korpusu gen. Władysława Andersa. Przeszedł cały szlak bojowy przez Iran, Irak, Syrię, Egipt, aż po Monte Cassino. Dlaczego wyjechał z Polski? Mówiło się, że z powodu antyniemieckich tekstów. Był jednym z pierwszych na liście do aresztowania. Wyjechała także młodsza córka Wańkowiczów, Tili (wyemigrowała do USA). Zofia i Krysia – studentka na tajnych kompletach – zostały w Warszawie.

Nie wiedział, że córka zginęła

W 1944 roku Wańkowicz bierze udział w bitwie pod Monte Cassino. Biega pod artyleryjskim ostrzałem z jednego miejsca w drugie, żeby wszystko zarejestrować, rozmawia z rannymi żołnierzami. Dowódcy chwilami są źli na wszędobylskiego reportera. Ale powstaje z tego wielkie trzytomowe dzieło „Bitwa pod Monte Cassino”.

W tym samym roku, kilka miesięcy później, jego starsza córka Krystyna idzie do Powstania Warszawskiego jako sanitariuszka batalionu „Parasol” i łączniczka dowódcy kompanii Stanisława Leopolda. Ginie 6 sierpnia w walkach o cmentarz kalwiński na Woli.

W maju 1945 roku Melchior Wańkowicz jeszcze nie wie, że jego córka poległa. Pisze w liście do Jerzego Giedroycia: „Nie wiem nic o swojej Krysi. Jeśli Pan będzie widział kobiety z Armii Krajowej albo Pruszkowa, proszę przy okazji spytać o nią. Oby żyła”. W tym samym czasie wiosną i latem 1945 roku Zofia Wańkowiczowa szuka w zrujnowanej Warszawie grobu i ciała Krysi. Ma przygotowane dwa prześcieradła, by jej ciało owinąć. W pewnym momencie jest pewna, że znalazła swoje dziecko, ale po układzie rąk poznaje, że nie, to nie Krysia. Szuka bez skutku.

Krysiuniu żyjesz i żyć będziesz

Gdy przyjeżdża do męża na Boże Narodzenia w 1945 roku, ma ze sobą tylko zapasową koszulę i pończochy Krysi, czapkę męża znalezioną w ruinach spalonego Domeczku i zeznania sanitariuszki Zofii, która była świadkiem śmierci jej córki. Trudno się nawet domyślać, czym była dla obojga śmierć Krysi. Wańkowicz przejmująco pisze o poległej córce i rozpaczy matki w wojennej części „Ziela na kraterze”, kończy książkę listem:

„Krysiuniu!... Dzisiaj od Ciebie przyszedł list pisany do Tili jeszcze w 1943 roku. List, w którym nie wiesz, gdzie jestem. Piszesz, jak ciężko jest nie mieć ojca koło siebie, kiedy jest tak potrzebny. Na ten list nie otrzymałaś odpowiedzi. Wzywałaś mnie na próżno, jeśli istotnie próżne jest wysyłanie żarliwej myśli. Teraz Ciebie nie ma i Domeczku nie ma. Tak mi ciężko, Córeczko, że Ci nie odpisałem. Powietrze dookoła drga Tobą, rzucam te pisane słowa w powietrze. Czy dojdą? (...) Nie jestem już sam. Matka przyszła z Polski z małym zawiniątkiem, którego połowę stanowiły pamiątki po Tobie, wygrzebane w popiołach Domeczku. (...) Wiesz Krysiu – znowu zapuka do rodziny prawdziwe własne życie, Tili oczekuje lada chwila porodu. Jeśli będzie córka, to będzie się nazywała Anna-Krystyna. Anna – Twój pseudonim w powstaniu. (...) Żyjesz, Krysiuniu”. Żyjesz i żyć będziesz.

Czytaj też: Wiesław Gołas: „Wilk” torturowany przez gestapo. Teatr był dla niego jak powietrze

Dzielni, biedni wracają do Polski

W 1945 roku Wańkowiczowie spotkali się po raz pierwszy po 6 latach rozłąki, choć przez cały czas pisali do siebie listy. On bardzo starał się ściągnąć żonę, a jednocześnie obawiał się, że będzie go zamęczała cierpieniem, w dodatku, jak to ujął, „na rachunek zmarłego dziecka”. Ale Zofia, mimo tych obaw męża i żalów, które wylewał, jakoś zdała życiowy egzamin. Przeszli razem trudny czas emigracyjnej tułaczki i biedy. W USA Wańkowicz – król polskiego reportażu – pracował na kurzej farmie. Żona, aby mu pomóc, sprzątała mieszkania. Choć musiało ją to kosztować dużo wysiłku, bo nie była już ani bardzo młoda, ani bardzo sprawna.

W 1958 roku wrócili do Polski, witani owacyjnie przez władze, jak każda znana para, która wracała z emigracji. Wańkowicz miał w Polsce miliony czytelników, ludzie go uwielbiali za barwne anegdotyczne gawędy, za dowcip, za przedwojenny sznyt. Wydawano jego książki, odbywały się spotkania autorskie, odczyty. Ale w 1964 roku Melchior podpisał „List 34”, pierwszy w Polsce protest intelektualistów przeciw komunistycznej władzy. To był sprzeciw wobec ograniczaniu wolności słowa i swobód obywatelskich. Podpisanie go było dużym aktem odwagi, nawet dzieci wiedziały, że na sygnatariuszy sypną się represje, np. zakaz publikacji. Wańkowicza dotknęły szczególnie. Pisarz trafił do więzienia i miał proces – nie tyle za sam list, ile za przesłanie go za granicę, co władza podpięła pod rozpowszechnianie materiałów szkodzących PRL. Surowy wyrok trzech lat więzienia zawieszono. Ale rewizja, którą przeprowadzono w ich mieszkaniu na Puławskiej róg Rakowieckiej w Warszawie, musiała być trudnym przeżyciem.

Niczego nie żałuję

Wańkowiczowie przeżyli ze sobą 54 lata, do śmierci Zofii w 1969 roku. On przeżył ją o 5 lat. Cieszyli się życiem młodszej córki, doczekali się wnuczki Anny Erdman, która z mężem mieszkała przez jakiś czas w Polsce. Współpracowała z KOR-em i prowadziła salon dysydencki. Wańkowiczowi trudno było dotrzymać kroku, choć żona starała się to robić przez całe życie. On zawsze podkreślał, że to żona i ma wobec niej zobowiązania. Niektórzy zżymali się, że kazał jej telepać się ze sobą po USA, kiedy była już bardzo starszą panią (z tej wędrówki powstała potem m.in. książka „Królik i Oceany”). Niedługo przed śmiercią powiedziała do przyjaciela rodziny: „Miałam straszne życie, ale było ciekawie i nie żałuję”.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
krysia morgenstern
1960 rok. Krystyna Morgenstern na plaży Grand Hotelu w Sopocie. Fot. archiwum domowe

Krystyna i Janusz „Kuba” Morgenstern: Jak udomowić takiego kociaka?!

On był słynnym reżyserem Polskiej Szkoły Filmowej, a ona reżyserem życia. Krystyna i Janusz Morgersternowie uchodzili za małżeństwo idealne. I to w środowisku, w którym romanse były czymś zwyczajnym.
Magdalena Żakowska
03.12.2020

Przeżyli razem ponad 50 szczęśliwych lat, aż do śmierci Janusza Morgensterna w 2011 roku. Byli jedną z najbardziej lubianych i uznawanych par w świecie filmu. Być zaproszonym do Morgensternów, oznaczało przyjęcie do warszawskiej elity.  Na przyjęciach  u Morgensternów bywali m.in. Adam Michnik, Roman Polański, Andrzej Wajda, Zuzanna Łapicka, Magda Umer. Poznali się jesienią 1959 roku. On miał 37 lat, ona dużo młodsza. Ale w tym pokoleniu wiek liczyło się inaczej. Wojna zabrała im młodość, więc odzyskiwali ją przez kolejne naście lat. Wieczne dzieciaki. Janusz – dla przyjaciół Kuba – był wesołym, pełnym życia mężczyzną, ale trzymał ludzi na dystans. Niewielu znało go dobrze. Wiadomo było, że w czasie wojny przeżył grozę. W getcie stracił całą rodzinę, został sam, kilkuletni chłopiec. Trochę opowiedział Tadeuszowi Konwickiemu, trochę Romanowi Polańskiemu, trochę Krysi, ale wszystkiego nigdy nikomu. Grunt, że kiedy powiedział jej, że nie chce mieć dzieci, zrozumiała dlaczego. Nie nalegała. Leśnik i lekarka Po wojnie Janusz Morgenstern zapisał się we Wrocławiu na studia rolnicze. Chciał zostać leśnikiem. Przyroda, las, ale przede wszystkim otwarte przestrzenie – chodziło o to, że już nigdy nie będzie zamknięty. Po roku studiów spotkał przypadkiem na ulicy kolegę z dawnych czasów, Kurta Webera (później znanego operatora, autora zdjęć do „Bazy ludzi umarłych” Petelskiego czy „Zaduszek” Konwickiego). Weber opowiedział mu o szkole filmowej w Łodzi. Na tyle zachęcająco, że Kuba z dnia na dzień rzucił studia rolnicze i pojechał na egzaminy do Łodzi. Dostał się bez problemu. W pokoju w akademiku miał Kutza, Bareję i jeszcze dwóch innych kolegów – spali na piętrowych łóżkach. W pokoju obok Andrzej Wajda. Nigdy mu o tym nie powiedzieli, ale...

Czytaj dalej
Magdalena Umer
Jacek Poremba

Magda Umer o Zuzannie Łapickiej: „Od lat choruję na depresję. Zuzia pomagała mi żyć”

Magda Umer opowiada o swoich najważniejszych związkach w życiu: przyjaźni z Zuzią Łapicką i Agnieszką Osiecką, a także miłości do męża.
Magdalena Żakowska
01.11.2020

Dziś, jak myślę o tych wszystkich moich miłościach, zastanawiam się, co w tym było prawdziwym uczuciem. Leciałam za czymś na oślep, życie mi się sypało, a może to była tylko chemia?”, mówi piosenkarka Magda Umer i wspomina swoje ważne związki, nie tylko z mężczyznami. Magdalena Żakowska: Sushi? Magda Umer: Wybrałam to miejsce spotkania nieprzypadkowo. Po raz pierwszy byłam tu z Zuzią Łapicką, którą też dobrze znałaś. Zuzia niedawno umarła, a my jesteśmy na jej osiedlu, sto metrów od jej domu… Byłyście najlepszymi przyjaciółkami, możemy o tym rozmawiać? To trudne. Potrafię o nas tylko coraz ciszej milczeć. Każde słowa wydają mi się banalne i nie oddają tego, co się czuje po stracie kogoś aż tak bliskiego. Trudno nazwać to, co nas łączyło. Poznałyście się w latach 70. W 1977 roku. Oczekiwałam narodzin Mateusza, który jest jej synem chrzestnym, a dziś ma 41 lat. Ale wcześniej poznałam jej przyszłego męża Daniela. Występowałam z nim w różnych programach telewizyjnych Krysi i Michała Bogusławskich, a potem graliśmy razem w „Weselu” Hanuszkiewicza [1974 – red.]. Ale co śmieszniejsze, byłam też wcześniej koleżanką jej taty, Andrzeja Łapickiego, bo w „Weselu” grał Pana Młodego, co było dla mnie szokiem, wydawał mi się wówczas potwornie stary... a miał prawie 50 lat. A pani miała 25 lat. Nie uległa pani urokowi Łapickiego?! Chyba każda kobieta ulegała jego urokowi. Andrzej rzeczywiście był fantastycznym „menem”, potrafił zauważyć i docenić kobietę, szczególnie młodą. Typ przedwojennego, zabójczo przystojnego inteligenta. Lubiłam z nim rozmawiać, ale interesowali mnie inni mężczyźni. Olbrychski był do Łapickiego podobny? Nie. Daniel to kompletnie inny typ. Mimo że od czasu roli Kmicica...

Czytaj dalej
Borys Szyc
Zuza Krajewska/Warsaw Creatives z sesji dla „Vivy!”

Borys Szyc o „Królu”, Radziwiłku i facetach, którzy pogubili się w życiu [WYWIAD]

Borys Szyc to jeden z najlepszych i najbardziej znanych polskich aktorów, jednak tak samo jak jego role, podziw budzi jego determinacja w walce z alkoholizmem. Od lat wspiera go w niej jego żona Justyna Nagłowska. Od 6 listopada możemy zobaczyć go w kolejnej roli, psychopaty Radziwiłka w serialu „Król” na podstawie powieści Szczepana Twardocha.
Anna Zaleska
06.11.2020

Do czterdziestki w męskiej głowie wieje wiatr, który nie pozwala się skupić. Dopiero potem przychodzi moment, gdy można zebrać do kupy wszystkie potknięcia i wypadki, by wyciągnąć z nich wnioski”, mówi Borys Szyc, trzeźwy alkoholik, aktor, ojciec i mąż.  Anna Zaleska: To musi być duża przyjemność zagrać w ekranizacji tak barwnej powieści jak „Król”. Choćby i psychopatę. Borysz Szyc: Czekałem na ten serial długo i z ekscytacją. Właściwie od momentu, gdy zacząłem czytać powieść Szczepana Twardocha. Ona jest tak filmowa, że w głowie od razu pojawiały mi się kadry. A kiedy ogłoszono, że będzie ekranizowana, dodatkowo ucieszyłem się, słysząc, że serial wyreżyseruje Janek Matuszyński, a wyprodukuje Aurum Film, czyli ekipa, która robiła „Ostatnią rodzinę”. Do tego Szczepan zgodził się wziąć udział w pracach nad scenariuszem.  Jeśli serial będą oglądać fani książki, dla nich to też będzie gratka, bo trochę różni się od książki. Pojawiają się nowe smaczki, nowe postaci. Do granego przeze mnie Radziwiłka też sporo zostało dopisane. Radziwiłek to sadysta, psychopata i zdrajca. Podobno w każdej postaci można znaleźć coś pozytywnego, ale w nim naprawdę niełatwo. To taka trudna do określenia kanalia, bo składa się z kilku osób naraz. Począwszy od tego, jakim językiem się posługuje. Składnia jakby niemiecka, mnóstwo rusycyzmów, do tego sporo żydłaczenia. Radziwiłek miksuje wszystko, czego w życiu liznął, miesza style i powstaje z tego wybuchowa mieszanka. Poza tym ma – by powiedzieć elegancko – problemy z moralnością. W zasadzie moralności nie posiada. Maja Komorowska kiedyś powiedziała nam na zajęciach, że gdybyśmy patrzyli z daleka na człowieka cierpiącego, jak się potyka, robi dziwną figurę i upada, a patrzylibyśmy, nie...

Czytaj dalej
Maria Skłodowska-Curie
kolaż: Getty Images, East News

Gazety pisały: „Wszetecznica!”  Maria Skłodowska-Curie dla kochanka poświęciła wszystko, co miała

Czy 43-letnia kobieta, mądra, wybitnie zdolna i znana, ma prawo oszaleć z miłości i ulec namiętnościom, o jakie sama nigdy siebie nie podejrzewała? W taki romans wdała się Maria Skłodowska-Curie, wywołując skandal i zgorszenie.
Anna Tomiak
07.08.2020

Maria Skłodowska-Curie, noblistka i fizyk Paul Langevin, zbliżyli się do siebie w 1906 r. To on pocieszał Marię po tragicznej śmierci Piotra Curie. Ich przyjaźń szybko zmieniła się w miłość. Langevin był nie tylko wybitnym fizykiem, ale i wielkim erudytą. Byłby ideałem, gdyby nie był żonaty.   Połowa 1910 r. Maria Curie i Paul Langevin kochają się od trzech lat, ale znają o wiele dłużej. Oboje należą do grona wybitnych fizyków skupionych wokół Sorbony. Paul jest młodszy od Marii o cztery lata. Kiedyś student jej męża, z czasem stał się jego najbliższym współpracownikiem i niemal codziennym gościem w domu państwa Curie. Ich przyjacielska zażyłość niepostrzeżenie przerodziła się w miłość. Langevin przypomina Piotra Curie. Też jest wybitnym fizykiem, erudytą, równie błyskotliwy i ujmujący. „Należy do niewielu ludzi, których towarzystwo nie irytuje Marii...”, zauważa Maciej Karpiński w książce „Maria i Paul. Miłość geniuszy”.  Kochankowie spotykają się codziennie w małym mansardowym mieszkaniu z niekrępującym wejściem przy Rue du Banquier, tuż obok Sorbony. Takim, jakie przeważnie wybierają niezamożni paryżanie, studenci czy ubodzy artyści. Umeblowane byle jak przypadkowymi sprzętami, ale to nie ma znaczenia. W listach nazywają je czule „chez nous” – u nas.  Maria Skłodowska-Curie: noblistka, skandalistka Burżuazyjna Francja początku XX w. nie jest purytańska, jest pruderyjna, uważa Françoise Giroud, autorka biografii Marii Skłodowskiej-Curie. Kobiety nie mają tam praw wyborczych (otrzymają je dopiero w 1945 r.!), nawet nie mogą bez pozwolenia męża wydawać zarobionych przez siebie pieniędzy. I tylko one są karane za cudzołóstwo, szczególnie wtedy, kiedy spotykają się z kochankiem w „domu...

Czytaj dalej